Problemy książkowego świata #1 - działania wydawnictw, których nie popieram


Jest to jeden z tych wpisów, które zaczęłam jakieś dwa tygodnie przed publikacją, będąc niesamowicie zirytowaną, bo przecież nie mam czasu, a mam tyle fajnych pomysłów! Miał być wpis o moich frustracjach, taki luźniejszy. Jednak wyjdzie co innego, bo rozpisałam się bardzo mocno i ta luźna forma przestała mi pasować. Zostawiam same poważniejsze kwestii, nakreślam, co mi się nie podoba. Nie mam zamiaru nikogo wzywać do tablicy i nie chodzi mi o konkretne osoby, ale o zjawiska. Po prostu piszę o tym, co mi się nie podoba i na co warto zwrócić uwagę, aby to poprawić. 

Ostatnio wdawałam się sporo w dyskusje na temat książkowej społeczności. Mam przemyślenia, mam gotowy szkic wpisu na dłuższy wpis i mam nadzieję, że zacznie dochodzić do ich realizacji. Być może są to niepopularne opinie, ale może być fajna dyskusja. Ten wpis również piszę z lekką obawą, bo część tematów jest gorąca, a ja wtrącę moje trzy grosze. 


1. Słabe działania promocyjne ze strony wydawnictw


W ciągu ostatniego roku widzę różne trendy, jeśli chodzi o wydawnictwa i promocję ich produktów. Niestety, te gorsze aspekty promocji, dużo lepiej widać niż te pozytywne. Obserwuję na bieżąco kilka wydawnictw i głównie są to wydawnictwa wydające książki młodzieżowe (young adult) i new adult. I tu się zaczynają schody, fikołki i inne absurdy. 

Dawanie książek, które są +18, niepełnoletnim recenzentom. 

Nie ma tak jasnych wytycznych, określających treści odpowiednie dla osób w danych przedziale wiekowym, ale są treści, których osoby w okresie dojrzewania nie powinny jeszcze czytać. Po prostu nie mają jeszcze odpowiedniej dojrzałości do odbioru treści trudnych. Wydawnictwo przede wszystkim powinno o to zadbać, aby ich książki były promowane przez osoby, do których ta książka jest skierowana. To również ułatwia dotarcie do docelowej grupy odbiorców, a niedopasowanie jej na początku utrudni dalszą promocję książki. 

Wydawnictwa z YA w nazwie, które wydają książki nie YA

Łączy się to z powyższym punktem, ale chcę to osobno rozwinąć. Trochę jak nazwać knajpę "WegeKrysia" (nie mam nic do Kryś, po prostu pierwsze imię, jakie mi wpadło do głowy)  i serwować steki wołowe. Jak dla mnie jest to wprowadzanie konsumenta w błąd. Po prostu nazywając markę w ten sposób, oświadcza się, że będzie się dostarczało produkt z określonej grupy. Osoby, które śledzą na bieżąco wydawnictwa i orientują się w nich, to tylko jedna bańska odbiorców. Są jeszcze osoby spoza tej grupy, których książka zaciekawi lub chcą kupić prezent bliskiej osobie i zupełnie się w tym nie orientują. Jest tutaj więcej szkody niż pożytku. 
Biorąc pod uwagę, że young adult to gatunek, który jest skierowanych do młodzieży i po prostu jest on ograniczony pewnymi zasadami. Jest to dość zróżnicowana grupa pod względem dojrzałości, bo wchodzą do niej osoby od 12 do 17 roku życia. Wydawanie przez wydawnictwa deklarujące się jako young adult, nie powinny po prostu wydawać książek skierowanych dla dorosłych. Jasne, jak siedemnastoletnia osoba przeczyta książkę +18 to nic się nie stanie. Chodzi tutaj o te młodsze osoby, przed 16 rokiem życia, które często nie mają wystarczającej dojrzałości, aby odbierać trudne i niekiedy toksyczne treści. Szczególnie że jest wiele książek, które takie treści chcą sprzedawać jako oznaki romantyczności. Również ważne jest dawanie listy "wyzwalaczy" (trigger warning), które przestrzegają przed trudnymi wątkami i motywami w książkach. Na niektóre książki należy poczekać i to nie jest nic złego. Czytanie znacznie wcześniej często nie jest dobrym wyborem, a powstrzymanie się od przeczytania czegoś nie jest wstydem. 

Tłusty Czwartek i nieudany marketing 

Tłusty Czwartek pokazał, jak bardzo wydawnictwa nie potrafią w marketing. Naprawdę... Nie sądziłam, że można zrobić, tak słabe akcje z tej okazji. Zamiana elementów okładek na pączki i... zamiana urny na pączka na okładce "Cieszę się, że moja mama umarła". Jest to autobiografia gwiazdy iCarly, Jennette McCurdy. Zawiera wiele traumatycznych przeżyć aktorki. Inny przykład to zastąpienie słowem początek fragmentu tytułu autobiografii gwiazdy Przyjaciół, "Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz"... Matthew Perry w swojej książce również rozlicza się ze swoimi demonami, w tym z alkoholizmem. Wybór tych książek to postów o zabarwieniu humorystycznym jest nie na miejscu. 
Jest masa książek, które są po prostu zwykłe i nie są związane z cudzą tragedią, więc jak najbardziej nadają się do tego wpisów o zabarwieniu humorystycznym. 

2. Słabej jakości współprace


Inną rzeczą, która wiąże się z promocją, a bardzo rzuca mi się w oczy, są słabe współprace. Z jednej strony to przecież twórca się tym zajmuje, on odpowiada za jakość treści, ale wydawnictwa też powinny trzymać  rękę na pulsie i kończyć takie współprace, jak najszybciej 

Wrażenie, że ktoś nie przeczytał książki

Słowo recenzja nawet mi nie przechodzi przez palce. Chodzi o teksty, które mają na celu polecenie książki, ale jest wrażenie, że ich autor nie przeczytał tej książki i jej w ogóle nie zna. Można pisać o książce krótko i zwięźle, tylko nie to mam na myśli. Widziałam wpisy naprawdę dużych kont, które dały mi takie wrażenie. Jedno to była recenzja drugiego tomu książki, która wyglądało tak:
 Ta książka była dobra, wzbudziła we mnie mniej emocji niż pierwszy tom, ale nie będę wam dużo tym pisać, bo nie chcę spoilerować.
Tutaj również — zdaję sobie sprawę z tego, że spoilery są źle widziane, przez co trudno się recenzuje kontynuacje. Tylko to nie jest tak, że jest to niemożliwe. Jest ciężej, ale da się to zrobić lepiej. Wystarczy nieco więcej napisać. Można napisać, czy bohaterowie się zmienili. Jakie jest tempo akcji, czy fabuła zaskoczyła, czy nie zaskoczyła. O książkach po ich przeczytaniu można naprawdę dużo napisać, unikając spoilerów. Tylko trzeba je przeczytać. 
Są to naprawdę słabe teksty, które nic nie wnoszą do dyskusji o książce ani do jej promocji. Największym szokiem dla mnie jest to, że wydawnictwa nie rezygnują z takich recenzentów, a nawet decydują się na ponowne współprace. 

Relacja wydawnictwo-recenzent 

W kwestii współprac jest też jeszcze jedna ważna kwestia, która już znacznie bardziej dotyczy wydawnictwa. Mianowicie warunki współprac i relacja z recenzentem. Jestem akurat po tej drugiej stronie. Ciśnie mi się na usta, że moje doświadczenie we współpracach jest niewielkie, ale przecież już tak nie jest. Zdobyłam go na tyle, aby wiedzieć, z kim mi się dobrze współpracuje i na jakich warunkach pasuje mi współpraca. 

Najczęściej spotykane są współprace barterowe, w których zapłatą za recenzję jest produkt, czyli książka. Jednym z problemów są egzemplarze recenzenckie, czyli tak zwane "szczoty". Są wydruki książki przed korektą, po prostu surowy tekst. Często bez dodatkowych ozdób lub map, które są w wersji finalnej. Krótko mówiąc, jest to niegotowy produkt. Często recenzent musi się prosić o finalny egzemplarz, co nie powinno mieć miejsca. Zapłatą za recenzję musi być produkt finalny i tyle. 
Jest również kwestia, że współprace za pieniądze to po prostu święty Graal. Zdarzają się rzadko i wyłącznie u osób, które mają bardzo duże zasięgi. Szkoda, bo pokazuje to, że wielu recenzentów, mimo wykonywania naprawdę ogromnej i dobrej pracy, nie jest traktowanych jako pracownik, a jako tania siła robocza. Szczególnie widzę, że tak traktowane są osoby młode, często niepełnoletnie. Robią naprawdę dużo w kwestii promocji książki, a mają wyłącznie książkę. Jest to oczywiście tańsze dla wydawnictwa.

Dla mnie jest również bardzo ważne, jak przebiega komunikacja między mną a wydawnictwem. W tej kwestii jestem w pełni zadowolona z dwóch wydawnictw. Zawsze po wstawieniu recenzji wysyłam linki i doceniam, kiedy wydawnictwo odpisze, że wszystko dotarło. Mam poczucie, że jestem traktowana poważnie i współpraca została w pełni rozliczona. Również spotkała mnie sytuacja, gdzie byłam zapewniona, że książka przyjdzie w okolicach premiery, a została wysłana jakieś dwa czy trzy tygodnie po niej. Myślałam, że wydawnictwo uznało, że  rezygnują ze współprac, nic nie pisząc. Oczywiście, że mogłam sama się odezwać, tylko skupiłam się ogarnianiu bieżących rzeczy na studiach i ostatnie o czym myślałam, to pisanie do wydawnictw. Komunikacja i jasne warunki współprac to podstawa!


3. Tytuły po angielsku


Nowa moda, która przybiera na sile i mocno polaryzuje książkowe społeczeństwo. Ten temat powraca co kilka dni i właściwie wydawnictwo albo obrywa się za przetłumaczony tytuł, albo za jego nieprzetłumaczenie. Ostatnio czuję, że dyskusja robi się szczególnie gorąca.

Nie jestem za zostawianiem oryginalnych tytułów. Przede wszystkim, jeśli książka jest wydawana na polskim rynku, to niech ma też polski tytuł, bo treść jest również po polsku. Widzisz książkę z polskim tytułem, to wiesz, że masz do czynienia z przetłumaczoną książką i tyle. Widziałam w Internecie wiele razy, że ktoś kupił wydanie angielskie, a nie polskie przez oryginalny tytuł. Nawet krąży filmik osoby z zagranicy, która nieświadomie kupiła sobie książkę w polskim języku. To naprawdę wprowadza w błąd. Szczególnie że książki są dawane również na prezenty, a osoby z pokolenia obecnych czterdziestolatków i starze często nie znają tak biegle angielskiego lub naturalnie myślą, że jest to książka po angielsku. Zresztą, wystarczy po prostu nie śledzić książkowej społeczności, aby nie wiedzieć, że jest obecnie taki trend i unikać takich książek przez tytuł. 
Częsty argument, jaki się pojawia w tej dyskusji to "po angielsku" brzmi lepiej. Ten argument jest straszny i głupi jednocześnie. Tytuł może się podobać albo nie, ale to już jest niezależne od języka. Po polsku i po angielsku brzmi tak samo, bo znaczy to samo (pomijam sytuacje, gdy polki tytuł ma całkowicie inne znaczenie). Nie podoba mi się, że ktoś z góry zakłada, że jakiś język jest gorszy. Nawet trudno mi z tym argumentem dyskutować, bo sprowadzanie tej dyskusji do kwestii jakiejś tam estetyki czy luksusu jest dla mnie kuriozalne. Generalnie tytuł to kwestia marketingu, dlatego ważniejsze jest, aby trafił do jak najszerszej grupy odbiorców na danym rynku, a nie tylko tych śledzących nowości wydawnicze na swiecie.

Wybitnym koszmarkiem są dla mnie książki z angielskim tytułem napisane przez polskie autorki. W tym przypadku zupełnie nie widzę sensu takiego zabiegu. Naprawdę, jest to dla mnie wybitnie bez sensu. Również nie widzę w tym żadnych zalet — prędzej to odstraszy czytelników spoza internetowej bańki, niż ich zachęci nowe osoby do sięgnięcia po książkę. Zastanawiam się, jak to się ma w przypadku tiktoka, kiedy książka pójdzie w viral i jedyne co o niej wiadomo to tytuł po angielsku. Ile osób obcojęzycznych da się zmylić i kupi taką książkę? 

Z moich rozważań to tyle! Wyszło naprawdę długo, więc mam nadzieję na jakąś ciekawą dyskusję w komentarzach. 

Zapraszam również na mój profil na Vinted, gdzie wstawiłam książki na sprzedaż oraz ubrania. 

VINTED - KASIULEK1770




Chcę Was również zaprosić na Instagrama, gdzie do jutra trwa rozdanie. Można zgarnąć całą serię Delirium!


Nie oceniaj



Hejo!
W tym miesiącu miałam dwa kursy - pierwszy to była akademia kreatywności, a drugi to kurs sketchnotingu. Na nich obu padły słowa "Nie oceniaj się". Za pierwszym razem dotyczyło to generowania pomysłów. Za drugim razem tego, czy sketchnotka wyjdzie tak, jak się chciało czy inaczej. I dopiero ten drugi raz wpłynął na to, że to piszę. Dało mi to więcej do myślenia, bo jednak to dwie inne rzeczy, dotyczą czegoś innego, ale na obu padły te słowa. Myślę, myślę, myślę i wiecie co? Warto to Wam powiedzieć. Będę mówić głównie w oparciu o te zajęcia z Inkubatura UW, ale też własne informacje dostosowane do Was.

Pod pewnymi względami jestem pedantką. Bałaganiarą także, ale nie chodzi tutaj, że tworzę wokół siebie chaos - zwykle wiem, co gdzie mam.  Jeśli coś robię, to chcę, żeby było jak najlepiej. Do tego jest niecierpliwa, więc nie chcę i nie umiem wytrzymać, kiedy coś doskonalę. Jak nie jest tak, jak w mojej głowie to się wkurzam. Wykształciłam sobie też ciekawe zachowania, żeby się nie irytować nadmiernie. Wykorzystywałam je podczas zajęć plastyki, czyli robiłam coś "na odwal się". Miałam świadomość, że się nie staram, więc nie mogę się wściekać, że nie wychodzi to tak, jakbym chciała. Logiczne, no nie? Robienie minimum, żeby tylko było i skupienie się na czymś, co mi wychodzi.

Tutaj  będę się odnosić głównie do Instagrama/bookstagrama. Tam dużo łatwiej jest zauważyć to samoocenianie, które jest częściej negatywne niż pozytywne. Głównie łatwiej mi to zauważyć, bo tam jest większy  codzienny kontakt niż blogu - są stories, gdzie dużo ludzi wstawia luźniejsze rzeczy niż profilu. Głównie tam się przejawia ta krytyka wobec siebie - często osoby nie są aż tak zadowolone ze zdjęcia, często zmieniają feed, dążą do tego idealnego i to, co teraz jest "to nie to". W pewnym momencie dochodzi też pisanie, że nie ma się pomysłu na zdjęcie. Pisałam już o presji, którą ludzie sami na siebie nakładają - O presji. Miej przyjemność! W tym tygodniu doszła mi jeszcze jedna myśl - ocenianie się i zbyt duży wpływ wewnętrznego krytyka. Podejrzewam też, że dochodzi porównywanie się z innymi.

 

Podczas burzy mózgów generujemy pomysły. Podczas tworzenia samych pomysłów pozwalamy się ponieść fantazjami, wytwarzamy jak najwięcej, aby było z czego wybierać. Nie musimy ich wszystkich realizować. Wtedy KAŻDY POMYSŁ JEST DOBRY. Tak samo z pomysłami na zdjęcia, nawet jestem skłonna się pokusić, że zrobieniem zdjęć, jeśli wymagają układania czegoś. Po prostu robimy zdjęcia - układamy, przekładamy, a dopiero potem sprawdzamy, co z tego weszło. Po prostu myślimy, wymyślimy, kombinujemy, przestawiamy. W zdjęciach i w pomysłach - działa podobnie. 
Później porównujemy pomysły i zdjęcia między sobą. To pozwala wybrać, jak najlepsze ze wszystkie. 


Gdy stawiasz pierwsze kroki (w robieniu zdjęciu, w rysowaniu, w sporcie) też się nie oceniaj. Po prostu pamiętaj, że wiele rzeczy potrzebuje praktyki, musisz wyrobić sobie pewne zdolności, a po pewnym czasie będzie już dużo łatwiej. Zwykle nie byłam zwolenniczką podejść "Skoro tak wyszło, to tak miało być", ale myślę, że w przypadku tworzenia to może być prawda. Teraz nie wyszło tak, jak sobie umyśliłam, ale nie oznacza to, że wyszło źle. Z czasem nabierzesz wprawy, a zbyt ostre podejście do siebie bardziej zniechęca niż motywuje. 

Jedyne co oceniaj to pomysły/zdjęcia na tle innych, które Ty zrobiłeś. Nie porównuj tego z pracami innych, bo to nie ma sensu - różne techniki,  style pracy, a przede wszystkim inne osoby. Łatwo jest zobaczyć u innych coś świetnego, a ciężej dojrzeć to u siebie. Porównywanie konkretnych pomysłów w danym obszarze pomaga wybrać ten najlepszy lub stworzyć z nich coś nowego. Fragment z pomysłu A, trochę z pomysłu B, coś z pomysłu D, a pomysł C tutaj nie pasuje. Z robieniem zdjęć może być podobnie - to super zdjęcie można stworzyć z elementów, które były na innych zdjęciach. Może być tak, że zdjęcie będzie wypada dużo lepiej od innych. Ocena to końcowa faza, gdy już masz porównanie WŚRÓD TEGO, CO ZROBIŁEŚ. Gdy robisz, to nie myśl o tym, jak to wypadnie. Zrób to później, na spokojnie.

Warto jest też mieć zaufaną osobę, której będzie można dać coś obejrzenia, przeczytania. Prośba o pomoc w wyborze lub sprawdzenie, czy pisząc o rozległym temacie wszystko zostało zawarte.


Faza akceptacji




Hejo!
Zaczynając pisać ten post żałowałam, że nie zaczęłam go w niedzielę, bo miałam bardzo dobry humor. A tak to był poniedziałkowy poranek i poniedziałkowe marudzenie, że poniedziałki to moje dni. Im dłużej ten dzień trwał tym gorzej, ale koniec końców wyszło spoko i humor miałam dobry, naprawdę. Liczyłam na to, że zbiorę moje myśli do kupy i napiszę post o tym, co u mnie. Raz na dwa miesiące tak jest. A z tego postu wyszły jakiejś poważniejsze przemyślenia i post zjawia się we wtorek. Dawno nie pisałam nic tak długo, nad niczym aż tak nie myślałam. I nawet ten wpis jest dla mnie dużo bardziej odkrywczy niż się spodziewałam. Mam nadzieję, że pozwoli mi to ruszyć dalej.

Dwa miesiące temu pisałam o uldze po sesji. Teraz jeszcze nie umiem określić dobrze o czym piszę, ale pewnie trochę będzie o tej fazie akceptacji, którą ostatnio miałam. Tamten tydzień, a raczej cały pierwszy tydzień miesiąca był dla mnie ciężki. Miałam spadek chęci, spadek motywacji, do tego jakieś takie ogólne zmęczenie mnie dopadało, mimo że nie robiłam nic takiego. No bywa po prostu. Starałam się co robić, ale minimalnie, bo dłużej było mi ciężko. Zawsze najgorzej było zacząć, więc czasem się przymuszałam, ale wiem, że to nie był ten stan, kiedy lekko się przymuszę i wszystko pójdzie z górki. 
Moje lenistwo i brak chęci można podzielić na dwa stan. Stan lekki "nie chce mi się dupy ruszyć" i stan ciężki "męczy mnie życie".
I to pierwsze to jest serio lekkie. Bo wiem, że jak się tylko ruszę to będę coś robić. Bylebym tylko nie zaczęła robić miliona rzeczy na raz, bo się mogę trochę w tym pogubić i kończyć to dłużej niż powinnam. Jeśli tylko się skupię na jednej rzeczy, a potem kolejna i tak będę robić, to wszytko będzie spoko. Moje chwilowe "nie chce mi się" szybko się usuwa i działam prawie półautomatycznie. Zaczynam mieć więcej energii i jest mi lepiej. Często wchodzi mi spontaniczność.

Za ten stan ciężki brak chęci jest bardziej złożony. Najprościej jest mi go określić jako "męczy mnie życie", bo chyba to wszechogarniające zmęczenie jest w tym dominujące. Zdaje mi się, że każdy tak ma. I w sumie tak chcę dojść do tego, czym on był spowodowany, to mam kilka podejrzeń, ale żadnej pewności. Był skutkiem ubocznym, a jednocześnie konsekwencją pewnych działań (a może ich braku). Mogłam mieć wpływ, żeby było lepiej i nie było aż tak, a jednocześnie nie mogłam. Czyli po prostu kumulacja czynników, na które miałam wpływ i tych na które nie miałam  (aż tyle) wpływu. W dużym skrócie zespół napięcia przedmiesiączkowego i stres. W tym pierwszym przypadku to, niestety, z hormonami nie zawsze wygram. Raz lepiej ten czas znoszę, raz gorzej. Raz jest bardziej nerwowa, raz zmęczona. Różnie. Ciężko mi to przewidzieć i ma na to wpływ dużo czynników. 
Oprócz tego stres, bo moja uczelnia zaczęła sobie przypominać, że fajnie przywrócić jak najwięcej zajęć, zacząć robić kolokwia i tak dalej. A moja regularność w nauce była w tym czasie bardzo różna. Uczyłam się głównie matematyki, trochę mnie chemii analitycznej, a fizyka? Fizyka nie jest czymś, co sprawia mi przyjemność i mnie interesuje. Zresztą, ten przedmiot jest tak uroczy, że materiał z wykładu i materiał na ćwiczenia, i zadania z kolokwiów nie mają ze sobą wiele wspólnego. Więc bardzo często odkładałam ją na później. Przecież nie ma obowiązku odsyłania, no nie? Aż w końcu ogłoszone kolokwium i ogarnij to w tydzień, Kiedy się uczyłam? Oczywiście, że tego samego dnia, co kolokwium. Przecież nie miałam czasu. Oczywiście byłam zła na siebie, ale co z tego jak już po fakcie? Kolokwium wywołało we mnie atak histeryczne śmiechu. Materiał, który ogarnęłam nie miał zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Jak zawsze. Przy pierwszym zadaniu poprosiłam mamę o melisę. A potem już chill out i śmiech. Paranoja. Nie tylko treść zadań, ale też przebieg tego. 
Pewnie też jakieś inny rzeczy na to wpłynęły, ale nie przykułam do tego takiej uwagi. Myślę, że te dwa to były główne powody mojego samopoczucia. Do tego jeszcze poczucie niewypełnionych obowiązków i proszę bardzo! Tydzień z życia wyjęty.

Jak dla mnie to taki moment, kiedy już nic nie działa. Więc zostaje mi pogodzić się z tym. Nie mam na wszystko wpływu. Brzydko mówiąc, zj*bałam sprawę. I pozostaje mi tylko to zaakceptować. Nie chcę sobie tego wyrzucać w nieskończoność, bo to tylko pogarsza mój nastrój. Więc po co? Zresztą nic się nie skończyło, wszystko działa dalej, więc ja też mogę działać tak, jak wcześniej albo i lepiej. Po prostu, gdy zaczynam akceptować to, że tak mam, nie mogę wiecznie działać na pełnych obrotach, pozwalam sobie powiedzieć "A pi*przyć to", robi mi się lepiej.
Cieszę się, że powróciłam do książek Michała Zawadki. "Chcę być kimś cz.3" pomaga mi wziąć się w garść. Z żadnej z tych książek nie wyciągnęłam tyle co z tej.  Z czego jestem bardzo zadowolona, bo zamiast siedzieć i marudzić, zmieniam choć trochę swoje podejście. Jak na razie wyciągnęłam dwie szczególne rady i staram się do nich stosować. Liczę od pięciu i wstecz i siadam, że coś zacząć. Druga to pytanie "Co zamierzam z tym zrobić". Niby nic, ale pomocne.

Powracam do celów. Całości nie opublikuję, ale na razie powiem, że jednym z nich jest stawianie sobie realnych celów do wykonania. Chodzi o te plany na dzień. Bardzo często wpisuję sobie więcej niż w rzeczywistości jestem w stanie ogarnąć. I podejrzewam, że to jedna z przyczyn, że coś mi nie wychodzi i mi się nie odechciewa. Patrzysz na listę, zrobiłaś już tyle, a tu jeszcze tyle przed Tobą. Do tego już prawie 15! Tak dla przykładu, żebyście zrozumieli o co mi chodzi. 
Próbowałam też z książkowymi TBR-ami, ale to nie dla mnie. Jak w maju zaszalałam z tym, co bym chciała przeczytać, to trochę mi się czytać odechciało. No serio...  Jak wpisałam, to wyszło mi z 11 książek. Na szczęście się nie poddaję, czytam normalnie i w nosie mam TBR. Od początku kwietnia nie było dnia, żebym nie czytała i staram się utrzymać. Choćbym czytała i dwie strony w ciągu dnia, to staram się coś czytać. Chociaż tyle, że sprawdziłam, że taki listy nie są dla mnie.


I zaprszam Was na rozdanie na moim Instagramie. Wszystkie informacje w opisie zdjęcia. KLIKNIJ TUTAJ

PS. To nie tak, że boję się przekleństw. Tylko po prostu AdSense może się czepiać. 

O edukacji seksualnej słów kilka




Cześć!
Jednak się nie poddaję. Pamiętacie mój wpis o lekcjach wychowania do życia w rodzinie? Znajdziecie go na blogu? Niestety już nie. Musiałam go usunąć, bo jego zawartość nie podobała się algorytmom Instagrama, przez co nie mogłam wstawiać linka do bloga tam ani też wysłać na Facebooku. Doszłam do wniosku, że na razie usunę, później poprawię. Uznałam, że możliwość wejścia na mojego bloga z mojego konta jest ważniejsza. I nadszedł ten dzień, spontanicznie zaczynam pisać ten wpis, bo patrząc na to, co się dzieję nie mogę już wytrzymać i siedzieć cicho. I nie wiem, ile wspólnego będzie.
Nie wiem, czy kiedykolwiek kogoś uchronił brak wiedzy. Tak, brak wiedzy. Zakaz edukacji seksualnej to zakaz zdobywania wiedzy. To wiedza nas chroni, a nie wstyd. Wiedza historyczna? Pomaga wyciągać wnioski na przyszłość. Wiedza o racjonalnym żywieniu może ochronić przed otyłością albo niedożywieniem i ich konsekwencjami. Mam wrażenie, że ludzie w tych czasach mają szczególną zdolność do odrzucania możliwości zdobywania wiedzy. No dobra, tutaj chodzi o odebranie możliwości tej edukacji, zdobywania wiedzy.


Ciekawość jest normalna, zdrowa. To objawy dążenia do zdobywania wiedzy, do własnego rozwoju, do wyrobienia sobie własnego zdania. Chyba każde dziecko zadało kiedyś pytanie „Skąd się biorą dzieci?” albo poprosiło o wyjaśnienie różnicy między chłopcem a dziewczynką. To teraz pomyślmy, co jest lepsze. Dać dziecku odpowiedź dostosowaną do jego wieku czy zostawić to jak jest i jednocześnie pozwolić na to, żeby szukało odpowiedzi samo? A samo może znaleźć coś, co jest nieodpowiednie. Są dzieci, które są bardzo dociekliwe i uparte, więc na pewno będą szukać.
Edukacja w tym zakresie jest naprawdę ważna, bo dotyczy ona nie tylko seksualności człowieka, ale całej jego tożsamości.

Miałam zajęcia wychowania do życia w rodzinie przez całe gimnazjum. W podstawówce na to nie uczęszczałam, jak cała klasa, bo wychowawczyni doradziła rodzicom, aby nie puszczali nas na to, bo to i tak będzie w gimnazjum. Czy to dobrze? Z perspektywy czasu uważam, że tak, bo w tym wykonaniu te zajęcia mogłyby mi bardziej zaszkodzić, a tak to oceniam neutralnie, ale dobrze nie było. Moja szkoła to był zespół szkół, więc uczyłaby mnie ta sama nauczycielka. Wtedy moi rodzice byli zadowoleni z tego, że na to uczęszczam. Uważali to za przydatne, głównie dlatego, że sami czegoś takiego nie mieli. Prawdopodobnie od przyszłego roku moje siostry nie będą uczęszczać na te zajęcia. Rodzice sami zamawiają książki do tego, więc mają wgląd w to, co tam jest. Gdy ja chodziłam do szkoły, podręczniki wypożyczaliśmy z biblioteki. Nauczycielka ciągle ta sama, sposób prowadzenia lekcji też. Jednak nie mam pojęcia, ile w tym jest jej winy.

(tak, moje zdjęcia, ale stary adres bloga)


Czy mi coś te zajęcia pomogły?
No niezbyt, skoro miesiąc temu szukałam w Google na czym polega połóg. Mam prawie 20 lat, chodziłam na rozszerzenie z biologii, a o połogu wiedziałam tyle, że to okres, kiedy ciało kobiety wraca do stanu sprzed porodu. Więc jak kobieta ma świadomie zajść w ciążę, skoro nie zna jej konsekwencji? Uwierzcie, takich dziewczyn bez tak podstawowej wiedzy jest więcej. I nawet nie wiecie, jaki wstyd mi się do tego przyznawać, że nie wiem, czegoś tak podstawowego. Zresztą, to nawet nie tylko tych zajęć, ale też zajęć biologii. W moim podręczniku od biologii rozszerzonej nie ma nawet wzmianki o połogu, w podręczniku od 7 klasy podstawówki są cztery linijki. Ba, podstawa programowa nie obejmuje połogu. To idealnie obrazuje podejście do kobiety. Nie wiesz dobrze co się dzieje w trakcie ciąży i po niej z kobiecym ciałem, tylko coś o hormonach i że rozwija się w nim płód. A o rozwoju płodu, o tworzeniu się komórki jajowej i o tworzeniu plemników można recytować z pamięci. Chore.

W zajęciach wychowania do życia w rodzinie są jeszcze dwie rzeczy „nie tak”.
Pierwsza z nich to prowadzenie osobnych lekcji dziewczynkom i chłopcom. W podstawówce nie interesowałam się tym przedmiotem, jak on wygląda, bo wiedziałam, że i tak będę mieć to w gimnazjum. Dopiero będąc w szóstej klasie i rozmawiając z rok starszą koleżanką, dowiedziałam się trochę jak to wygląda w praktyce i się zdziwiłam, że lekcje o narządach płciowych są oddzielne dla chłopaków i dla dziewczyn. Było to dla mnie dziwne, bo przecież już w czwartej klasie mieliśmy pierwsze lekcje  o układzie rozrodczym i omówienie budowy narządów RAZEM. I nic złego wtedy się nie działo. Więc mając te dwanaście czy trzynaście lat, miałam świadomość, że ważna jest też znajomość budowy ciała drugiej płci. Zresztą tworzy to tylko tematy tabu, a to też jest bez sensu.

I tutaj druga rzecz. Tematy tabu. No właśnie... Prowadzi to tylko do problemów z komunikacją między osobami. Tak samo z okresem. To normalna rzecz. Nie należy się wstydzić swojej fizyczności. Każda zdrowa kobieta miesiączkuje i to nie powód do wstydu czy do wyśmiewania, co czasem młodsi chłopcy robią. Dlaczego? Bo pewnie tego sami nie rozumieją. Sama pamiętam, jak starałam wyciągać podpaski z plecaka tak, żeby nikt nie zauważył czy też w łazience otwierać je jak najciszej, żeby nikt nie usłyszał, ale po co? Przecież większość dziewczyn, które korzystały z tej łazienki też ma miesiączkę. TO NORMALNE. I tutaj zapraszam do wpisu o miesiączce – Najmniej doceniania przyjaciółka. Tematy tabu rodzą poczucie wstydu, a to jest problemem nie tylko w kwestii miesiączki, ale również przyczynia się do niskiej pewności siebie, kompleksów związanych z normalnymi rzeczami i przyczynia się do wzrostu pewnego rodzaju niebezpieczeństwa, ale o tym później.

Trochę przybiera mi to formę rozprawki, ale już ostatnia rzecz, jeśli chodzi co było nie tak z WDŻem. Kojarzycie scenę lekcji polskiego z „Ferdydurke” Gombrowicza? Tę scenę, gdzie nauczyciel wpaja uczniom, że „Słowacki wielkim poetą był”. Tak widzę te zajęcia, bo to były jedyne lekcje, gdzie wiedza była przekazywana z konkretną opinią, oczywiście jedyną słuszną.
Teraz sobie wyobraźcie, że nauczycielka przynosi na lekcję trzy kartki i kładzie na trzech ławkach. Na pierwszej podejście „seks tylko po ślubie”, na drugiej „można uprawiać seks przed ślubem, gdy jest się w stałym w związku”, na trzeciej „można uprawiać seks z kim się chce i kiedy się chce” i każe uczennicom wybrać, z którym podejściem się zgadzają. Możecie się domyśleć, że to zadanie podpucha i tylko jedno rozwiązanie było „słuszne i poprawne”. Później był wywód, dlaczego ono jest JEDYNYM słusznym i dobrym wyjściem, i dlaczego powinnyśmy tak postępować. Jeśli nie trafia do Was porównanie z „Ferdydurke”, to powiem inaczej. To jest tak, jakby nauczyciel biologii uznawał mejozę jako jedyny słuszny i prawidłowy podział komórek, bo takie są jego przekonania. Brzmi absurdalnie? Owszem.
Są rzeczy, które są złe. Mówiąc po prostu. Jeśli coś krzywdzi drugiego człowieka, jest złe – pedofilia, molestowanie, hejt, nienawiść i pewnie inne rzeczy, które teraz mi nie przychodzą do głowy są złe. 

Jest nam potrzeba rzetelna i obiektywna edukacja seksualna, a nie to, co wiele z nas dostało – coś propagujące wstyd, powielające szkodliwe tematy tabu, ukazujące naturalne rzeczy, jako coś złego. Dlaczego napisałam, że wstyd może być niebezpieczny? Bo częściej ofiarami przemocy, molestowania są te ciche osoby, bo one „nikomu nie powiedzą”, bo się będą wstydzić. WSTYD NIKOGO NIE OCHRONI. WIEDZA JUŻ TAK. Nie należy odbierać uczniom prawa do zdobywania wiedzy, należy edukować i dzieci, i nauczycieli, aby te informacje były, jak najbardziej przydatne i zapewniły bezpieczeństwo.
Nie mogę jednak napisać, że w moim przypadku szkoła zawiodła w edukacji w tym zakresie. Nie. Moja wychowawczyni, jednocześnie biolożka i wuefistka, sprostała temu zadaniu bardzo dobrze – wiele tematów mieliśmy z nią czy to na biologii, czy na godzinie wychowawczej, czy też na wf-ie. Pod tym względem miałam choć trochę szczęścia, że akurat te zajęcia miałam z nią.




"Dziewczyny znikąd" Amy Reed



Hej!

Jednak wyszły małe zmiany. Dzisiaj nie będzie recenzji „Wichrowych wzgórz”, tylko innej książki. „Dziewczyny znikąd” to idealna książka, aby napisać o niej w Dzień Kobiet. Dlaczego? Bo dotyczy każdej z nas. Jeśli nie bezpośrednio, to pośrednio, bo może dotyczyć kogoś z naszego otoczenia. Książka bardzo mądra, części osób otworzy oczy. I nie tylko dla kobiet. Serio, moim zdaniem powinna być to lektura szkolna ze względu na wartości, jakie przekazuje.
To chyba inna niż zwykle recenzja, bo zawiera więcej przemyśleń o życiu niż o książce. 



Tytuł: Dziewczyny znikąd
Autorka: Amy Reed
Liczba stron: 418
Data wydania: 29.01.2020
Wydawnictwo: Poradnia K
Moja ocena: 9/10



Trzy dziewczyny, każda zupełnie inna, ale mają jeden cel - sprzeciwić się kulturze gwałtu, zmniejszyć seksizm i oddać szacunek zgwałconej dziewczynie, której nikt nie chciał uwierzyć i o której się milczy. Zaczynają tworzyć Dziewczyny Znikąd i zachęcają do tego inne dziewczyny. Aż z czasem ich ruch ma naprawdę duże znaczenie, co nie podoba się wielu osobom.
Wydaje mi się, że będzie to jedna z najważniejszych książek w moim życiu. To taka książka, którą każdy powinien przeczytać. Dlaczego? Bo zawiera ważne rzeczy. Coś o czym się powinno mówić. Są w niej rzeczy, które każdy powinien usłyszeć po tym, gdy usłyszał coś, czego nikt nie mógł usłyszeć. Albo poprawne reakcje na rzeczy, które nigdy nie powinny się wydarzyć

Najmniej doceniana przyjaciółka - miesiączka



Cześć!
Dziś znowu poważniej. Przychodzę ze spontanicznymi przemyśleniami, które przyszły do mnie w nocy. Tak bardzo nie chciałam, aby mi uciekły, że niemalże od razu siadłam dopisania. Dlaczego w nagłówku takie zdjęcie? Bo kobiecy temat, więc zdjęcie ukazujące szczyt moich możliwości, jeśli chodzi o kobiecość. Ten tekst nie powstałby, gdyby nie Maja (@zaczytana.querida). Bardzo dziękuję Ci za ten Twój wczorajszy wpis na Instagramie i za to, co mi nim uświadomiłaś. 
Kurde, co miesiąc narzekam na miesiączkę. Zresztą nie tylko ja. Masa dziewczyn to robi. Ale w gruncie rzeczy mam szczęście, że mogę na to narzekać. Mam szczęście, że miesiączkuję. Mój organizm daje mi znać, że wszystko ze mną w porządku, że nie mam o co się martwić. I to jest ważne. 

A może trochę o bookstagramie?



Hejo!
Dzisiaj postanowiłam, że w pełni świadomie sobie odpocznę i się zrelaksuję. Obiecałam sobie, że dziś nie będę się uczyć, więc tego spokoju nie zepsuje żadne poczucie niewypełnionych obowiązków. Pełen relaks i tylko to. :D A że chyba nie ma dla mnie nic bardziej relaksującego niż pisanie, więc prostym było to, że sobie tutaj coś napiszę.
Tym razem co nieco o bookstagramie. Mój instagram, który założyłam jako wsparcie mojego bloga, w pewnym momencie przybrał formę bookstagrama i ta forma tam dominuje. Na blogu zresztą jest podobnie, tutaj też duża część wpisów dotyczy książek, rzadko kiedy filmów. Jednak tutaj dochodzi więcej moich przemyśleń, bo tutaj mam większą możliwości, aby się rozpisać. I generalnie, na bloga wchodzi się po to, aby coś poczytać, nie tylko dla zdjęć, a na Instagramie bywa z tym różnie.

Kubeczek menstruacyjny - najlepsze rozwiązanie w trakcie miesiączki?

Cześć!
Wreszcie znalazłam dobry moment, aby napisać o kubeczkach menstruacyjnych. Kiedy duża część internetu tonie w świątecznych postach, ja stawiam na coś innego. Taka oryginalność czy coś. Ten post będzie przede wszystkim o moich doświadczeniach z kubeczkiem, co mną kierowało oraz zaletach, jakie ta rzecz ma i jak obejść jego wady. Od lipca, kiedy go kupiłam, wiedziałam, że na pewno pojawi się tutaj na blogu. Musiałam go najpierw sprawdzić, a teraz nawet doszła dobra okazja, aby się pojawił na blogu. Jakoś w tamtym tygodniu na instagramie @panimiesiaczka został wrzucony link do petycji dotyczącej zmniejszenia podatku VAT na kubeczki menstruacyjne. Obecnie stawka tego podatku 23%, podczas gdy na podpaski i tampony 8% i ma być zmniejszona do 5%. Te trzy rzeczy służą do tego samego, więc nie ma powodu, aby jedna z nich była traktowana jako produkt luksusowy. Tym bardziej skoro kubeczki menstruacyjne robią się coraz popularniejsze, więc myślę, że wiele osób zapoznało już się z tym terminem i nie muszę podawać jego definicji. Jak dla mnie to jest najlepsza z tych trzech rzeczy. Jeśli chcecie podpisać tutaj jest link.


Zacznę od tego, co mnie zachęciło do kupienia. Kupiłam go w lipcu, ale sprawdzałam już jakoś wcześniej, tylko nie miałam odwagi spróbować. Szczególnie zachęcił mnie do tego filmiki na kanale Kasi Mecinski. Tak właściwie od razy po obejrzeniu tego zaczęłam szukać w Internecie więcej informacji na ten temat i dosłownie dwie godziny później go zamówiłam. Bardzo polecam ten filmik, podaje bardzo dużo informacji na ten temat.

Chaos



Hej!
Tak się zastanawiam, jak bardzo chcę pisać ten post. Mam wątpliwości, czy na pewno chcę się tak otwierać tutaj. Czy to nie będzie za prywatne, czy nie będę za bardzo narzekać. Nikt nie lubi cudzego narzeka, nie ukrywajmy to odpycha.
Ludzi przyciąga entuzjazm, radość. Kto chce słuchać o tym, że komuś coś nie wychodzi? Nikt. Nawet jeśli ktoś odczuje satysfakcję, że jest mu lepiej, to nie zostanie dłużej by o tym czytać. Do tego jak to skomentować? Dać radę? Może nie lepiej, bo przecież nie znamy tej osoby, nie wiemy jak do tego podchodzi. Jakieś suche "przykro mi"? No nie wiem... Jest właśnie suche i często nieszczere. Do tego nie każdy lubi wyciąganie prywaty w Internecie. Na przykład. Tutaj podaję głównie rzeczy ogólne, które nie dotyczą bezpośrednio mojego prywatnego życia.  A radość, zadowolenie z życia?  Może "zadowolenie z życia" to za dużo powiedziane, ale zwykłe pozytywne nastawianie. To serio przyciąga ludzi. Dużo milej się czyta, gdy ktoś pisze o pozytywnych rzeczach, że jest mu dobrze. Ludzie chcą o tym czytać, dlatego tyle tego jest. Dlatego też często jest to aż tak przerysowane, wyidealizowane. Udaje się, że nie ma tej drugiej, smutnej, negatywnej strony z problemami. Są ludzie, którzy w to nie wierzą. Są tacy, którym jawnie się to nie podoba, ale to sprawia, że dlatego na to uwagę zwracają.  Nawet, gdy jest ktoś zazdrosny, nie podoba mu się to, to zdarzy mu się tam wejść, aby sprawdzić, czy może coś się zmieniło na gorsze. A może po prostu potrzebuje się dobić, bo nigdy mu tak dobrze nie będzie. Inny popatrzy na to i sam zacznie marzyć o tak idealnym życiu, a potem mu się zrobi przykro, bo dla niego nierealne. 

Zagubieni w świecie



Hejo!
Dzisiaj moje przemyślenia. Mogę nawet powiedzieć, że jedne z ważniejszych w moim życiu. Pewne obserwacje świata i wnioski z nich płynące, a przede wszystkim potrzeba serca. Albo bardziej umysłu. Myśl, która mi wpadła do głowy późnym popołudniem, trochę obgadana na żywo, a potem wieczorem się rozrosła. Znowu została obgadana. Tym razem z trzema osobami, bo musiałam poznać zdanie innych. Dlatego też piszę tutaj, aby poznać Wasze zdanie, ale też pozostawić po sobie pewien ślad. Może to początek tego przełomu, o którym pisałam tydzień temu. A przynajmniej coś, co uświadomiło mi pewne rzeczy. Ciężko mi nawet nadać tytuł tego i znaleźć początek, od którego powinnam zacząć. To nie jest po to, żeby się żalić czy coś.

Zaczęło się od słuchania piosenki, któregoś z tych młodych raperów. Młodszych ode mnie o kilka lat. Po chwili uświadomiłam sobie, że jest coraz więcej sławnych nastolatków. Pozostało pytanie pytanie, dlaczego? Proste, są świadomi swoich możliwości i potrafią je wykorzystać. Tak samo na bookstagramie jest dużo osób, które skończyły podstawówkę, są w jej ostatniej klasie, szybciej zdobywają obserwatorów czy osiągają pewne sukcesy w tym, co robią.

Regularność czy pisanie na siłę?



Hej!
Czuję się nieco rozregulowana. Naprawdę. Wpisy są, ale drugi tydzień z rzędu z małym poślizgiem. Nie podoba mi się to. Jak zawsze. Robię znowu tysiąc rzeczy na raz i do tego dwa tygodnie bez laptopa zrobiły swoje. Dużo mniej mnie jest na Instragramie. Znaczy jest tam, ale jakoś z robieniem zdjęć nie jest mi tak po drodze jak wcześniej. Nie mam pojęcia, dlaczego. Chyba teraz życie osobiste wygrywa, trochę sporo rzeczy mam nim do ogarnięcia. Co chwila coś ze studiami - udało mi się plan ułożyć tak, jak chciałam! Więc jest mały sukces. Albo pół sukcesu. Jeszcze OGUN, lektoraty i wf. Będę musiała się mocno ogarnąć i pilnować, jeśli chodzi o naukę, ale myślę, że dam sobie radę z tym wszystkim.

Regularność w pisaniu była dla mnie kiedyś czarną magią. Regularność w czymkolwiek. Wychodziłam z założenia, że nie ma co się zmuszać i pisać na siłę. Ale jeśli pomysły są, to czy zmuszeniem się jest zrezygnowanie z kolejnego filmu na youtubie, odcinka serialu dla czegoś, co sprawia przyjemność? Chyba nie. Przynajmniej nie dla mnie. Wolę mieć dni wypełnione, nie mieć czasu na bezsensowne leżenie, bo napisałabym coś, ale mi się nie chce. Najprościej powiedzieć "niech ci się zachce", ale kto nas zmusi? Jeśli nie my sami, to nikt inny też tego nie zrobi. Czasem po prostu trzeba najpierw usiąść, pomyśleć, co jest ważniejsze, co chcę osiągnąć i jak to zrobić.

Od gąsienicy do motyla



Hej!
Na ten temat chciałam napisać od kilku dni. Wiecie, tak z potrzeby serce. Znacie pewnie wiele takich postów, czasem się i u mnie zdarzają. Są takie tematy, które wpadają nagle i nawet po kilku tygodnia można je w spokoju realizować, bo są aktualne. Brakowało tylko tytułu. Znowu zmiany? Nieee, to nie pasuje, to już było. Ten wpis to co innego. Jest o moim przepoczwarzeniu się,
Dzisiaj nieco bardziej osobiście, bo chcę Wam napisać ile się zmieniło u mnie przez liceum. W sumie to nie tylko kwestia tej szkoły i zmiany otoczenia. Szkoła tu niewiele zmieniła. Naprawdę, jestem w takim miejscu w moim życiu, który nigdy nie spodziewałam się, że będę. Po prostu przez te trzy lata odwróciło się o 180 stopni. Robiłam rzeczy, których nigdy się spodziewałam. Moje życie wygląda naprawdę inaczej. I wiecie co? Jestem szczęśliwa, cieszę się, że wydarzyło się tyle rzeczy, takie rzeczy, że wyciągnęłam z nich wnioski i powoli zaczęłam się zmieniać. Niedawno pisałam ze znajomą i napisałam, że niewiele pamiętam z pierwszej klasy liceum, jakbym była w kokonie. (Pozdrawiam Cię, Sylwia!)

Jestem narcystyczna?!



Hejo!
Trochę więcej luźnych przemyśleń, bo w sumie czemu nie. Tak jak w tytule. Jestem narcystyczna? Trochę tak. Zwykle jest w żartach w stylu "zawsze będę piękna i młoda". Po prostu to są żarty, ale wiem, że nie każdy to załapie. Nie będę ukrywać, że mam wysoką samoocenę i mocne poczucie własnej wartości, ale wydaje mi się, że jest odpowiednia w stosunku do mojego wyglądu. W kwestii charakteru chyba też, znam swoje mocne strony, ale umiem podkreślić, że mam wady i nie z każdym typem człowieka mogę żyć dobrze. Chociaż będę się starać być kulturalna i miła w rozmowie, to nie znaczy się z kimś dogadam. Wracając do samooceny i poczucia własnej wartości, to mogę powiedzieć, że wypracowałam się sobie to i boję się mówić, że coś mi się udało i sama się sobie podobam.

O własnym zdaniu i rzeczach powiązanych



Dzisiaj nieco poważniej, ale jednocześnie chyba bardziej emocjonalnie, bo właśnie siedzę i jestem pod wpływem silnych emocji. Nie umiem dobrze określić jakich, bo jest to niezła mieszanka. Wkurzenie? Zawsze mnie wkurza, gdy ktoś nie myśli. Przerażanie? To strasznie, jak można być zaślepionym swoim idolem i uważać jego zdanie za "świętość". Pogarda? Nie, to zbyt negatywne i przesadzone. Bardziej niesmak, że ludzie nie wykorzystują możliwości, jakie teraz są dostępne albo jakie mają do tego podejście. Chodzi o zdobywanie wiedzy. Nie chcę, żeby wyszedł z tego jakiś negatywny post, pełen hejtu na cały gatunek ludzki, bo "ludzie to bezmózgi". Nie o to w tym chodzi. Prawdopodobnie ten post zniknie gdzieś w odmętach tego bloga i nie trafi do dużej liczby osób, szczególnie tych młodszych. I w tej chwili, chyba po raz pierwszy jest mi szkoda, że nie mam większego rozgłosu, ale może kilka osób na to trafi. W sumie to nie jest ważne, to nie żebranie o uwagę, tylko moje myśli, moje zdanie, ale temat, który uważam za ważny. Chcę po prostu napisać, że myślenie jest fajne i zdobywanie wiedzy też jest super! Dalsza część wydaje mi się dość oczywista, ale naprawdę potrzebuję powiedzieć o tym głośno.

Dlaczego postanowienia nie wypalają?



Hejo!
Jak mi teraz czas szybko leci. Konkretnie tydzień, może tak jest, bo nie dzieje się zbyt wiele? Tamten miałam naprawdę intensywny, a w tym spędzam czas głównie z rodziną i ruszałam się z domu, gdy musiałam coś załatwić. Już ze spokojną głową, w mniejszym upale zaczynam tutaj coś pisać.
Szczerze mówiąc sama nie wpadłabym na to, żeby napisać ten post, gdyby nie komentarz Patrycji z bloga Me life. Napisała tam, że jest tego typu cele są jak postanowienia noworoczne - nie do wykonania. Teraz chcę rozwinąć to, co napisałam w komentarzu, czym to dla mnie jest i jak to traktuję. Bardzo dziękuję za natchnienie! :D
Nie pomyślałabym, że wyjdzie mi z tego postu coś tak poważnego. Wiecie, miały być luźnie przemyślenia, a wyszło co wyszło.


Słowo "postanowienia" właśnie kojarzy mi się z czymś nie do wykonania. Może to za dużo powiedziane, ale wiem, że nie czułabym aż takiego obowiązku wypełniania tego, bo przecież co by się stało? Ile osób dotrzymuje postanowień? Mogę sobie zawsze odpuścić i nic się nie stanie, nie teraz to później. To żaden wstyd. To słowo stało się puste, zatraciło swoje znaczenie. Teraz gdy myślimy o postanowieniach, wiemy, że będziemy mogli przestać je wypełniać i nikt nie spojrzy na nas gorzej, bo jest to czymś normalny. Oczywiście nie powinno się sugerować w tej kwestii innymi, ale rozumiecie, jak już się z tymi postanowieniami utarło. Jest to coś, czego nikt wypełnia, mimo że chce, przestało się wiązać z poczuciem obowiązku, dlatego łatwiej jest odpuścić.

Kiedy zdanie innych się liczy?



Hej!
Odkąd napisałam posta o krytyce, chodził mi po głowie kolejny temat, żeby coś napisać o przejmowaniu się opinią innych ludzi. Od pewnego czasu myślałam nad tym intensywnie, ale ciężko mi było znaleźć odpowiednie słowa, żeby to wszystko uchwycić, ale podczas porządków znalazłam zeszyt, w którym zaczęłam to wszystko planować. Później zaczęłam to zmieniać, żeby wyszło coś ciekawego, ale czegoś mi brakowało. Nie było żadnej spójności, było chaotycznie. Myśli pourywane, niby rozwinięte, ale jednak nie do końca. Zostawiłam to na jakiś czas i w końcu wpadłam na to, jak to zrobić lepiej. Po prostu wystarczyło zmienić formę.

Miało być coś w stylu "Czy zdanie innych się liczy?", ale nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi, dlatego było tak niespójnie, bo nawet, gdy stawiałam obie opinie obok siebie "tak" i "nie", zawsze coś umykało, był jakiś wyjątek i tworzył się chaos, jakiś ogólny bałagan. Postanowiłam zmienić pytanie z "czy" na "kiedy", bo lepiej mieć rozeznanie, co może nam pomóc, a co lepiej olać, bo każdy jest krytykowany i każdy krytykuje. Nie ma co z tym walczyć, bo wszyscy wyrażają swoją opinię na różne tematy. Zwykle nikt nie chce, żeby to dotyczyło jego samego.

Moja organizacja...

 a raczej jej brak.

Hej!
Dziś przyszła pora, abym poruszyła temat dość ważny, lecz w moim przypadku abstrakcyjny. Nie będzie to post o tym, jak sobie organizuję moje działanie, pracę czy dzień albo jakieś porady. Bardziej to przemyślenia na ten temat i kwestia tego, że nie zawsze umiem sobie zorganizować wszystko w taki sposób, że starcza mi czasu na wszystko, co chcę i po prostu jak to wychodzi, że nic wychodzi.
Naprawdę bardzo chciałabym się zorganizować tak porządnie. Jest jednym z moich celi na ten rok, do którego potrzebuję czasu. Muszę sobie wypracować pewne nawyki i zachowania.

Zjadacze czasu


Hej!
 
Niedawno wszystkie social media mnie znudziły. Nic się nie działo, a ja cały czas z nadzieją sprawdzałam, a może coś ciekawego się dzieje. Traciłam w ten sposób tylko czas. Siadałam do lekcji, ale najpierw musiałam sprawdzić, co jest ciekawego na instagramie. Oczywiście - nic nie było. Później odrobiłam trochę lekcji i przecież należy mi się przerwa. Znowu nic ciekawego, telefon odłożyłam znudzona i zanim wkręciłam się w moje zajęcie, minęło więcej czasu niż gdybym nie robiła tych przerw.

Książka czy film?


Hej!
Znacie to uczucie, gdy ktoś podczas rozmowy o jakiejś historii książkowej mówi "O! Oglądałem to!"? Cóż... Ze mną jest odwrotnie. Moi znajomi oglądają filmy, a ja czytam książki. Sama z siebie filmy oglądam dość rzadko, nie umiem się na nich skupić i muszę mieć jakąś większą ochotę. A filmowe nowości? Jeszcze rzadziej, bo zwykle stawiam na coś, co już widziałam, z sentymentu czy dla przypomnienia albo na ekranizacje, więc historia jest już mi znana.

Ogólnie ekranizacje nie są dla mnie czymś zbędnym. Fajnie jest porównać swoją wizję bohaterów, książki, świata z czyjąś inną. Jest to bardzo obrazowe. Czasem może się to nie zgadzać z naszym wyobrażeniem. Dodajmy do tego, że nie wszystko da radę pokazać. Część rzeczy będzie usunięta, a część niemożliwa do okazania
Dla mnie ekranizacje dzielą się na trzy podstawowe grupy. Pisząc ten post zauważyłam, że dużo zależy od wykonania. W jednym filmie to razi, nie pasuje, a w drugim jest okej i można na to oko przymknąć, mimo że błędy są dość podobne.

Jak się zmotywować?

Hej!
Przyda się coś o motywacji na nowy rok szkolny! Jest to post, który w dużej mierze ma pomóc mi samej. Nie będzie to tylko motywacji do nauki, ale ogólnie do robienia rzeczy zarówno przykrych, koniecznych jak i przyjemnych, które mogę mieć jakiś wpływ na nas. Brak chęci, brak większej motywacji, dodatkowo zaraz jesień i zima - szaro, buro i ponuro. Aż na myśl o tym mi odechciewa, a tu mam naprawdę spore ambicje i nie chciałabym, żebym to zaprzepaściła.
W dużej mierze wpływ na to, że wreszcie piszę ten post, miał filmik na kanale Lisie Piekło.