Denko #1

Do moich ulubionych typów wpisów (albo filmów na youtube) należy projekt denko. Uwielbiam to! Od początku tego roku mówiłam, że chcę pisać więcej o kosmetykach i dużo się zastanawiałam, co mogę tutaj dodać. Denka to wpisy, które wpadły mi do głowy przypadkiem, i doszłam do wniosku, że to dobry kierunek. Niesamowicie się cieszę, że zaczynam tworzyć wpis, który sama chętnie bym przeczytała. Kolejna rzecz — pozwala mi się skupić na produktach, które już mam. Nie szukam nowości, żeby tylko przetestować, a kupuję produkty pod własne potrzeby, aby ich używać. Mogę pokazać tutaj rzeczy, które mi się sprawdzić, jak i te, których nie polecam.  

Są to produkty, które zużyłam przez wakacje. Pominęłam kosmetyki, o których pisałam już w tym roku — Hairy Tale Cosmetics,  żel aloesowy oraz krem nawilżona skóra z Tołpy (7 kosmetyków, które są stale obecne w mojej pielęgnacji). Na początku chcę przypomnieć — zostawcie w komentarzach pytania do mnie — można pytać się o wszystko, a ja zrobię w jednym w kolejnych wpisów Q&A. Dostałam 3 pytania, więc to trochę za mało. Jeszcze 2 i post się pojawi. Pytać możecie o studia, książki, kosmetyki, włosing i co Was ciekawi.


Żel do mycia twarzy Enzymatyczna odnowa Tołpa

Jest to żel do twarzy, który zastąpił w drogeriach mojego ulubieńca (możecie o nim przeczytać tutaj). Nowa wersja różni się składem, a przez to kolorem i konsystencją. Samo działanie produktu jest bardzo dobre, lepsze niż poprzednika. Nie wysusza, dokładnie oczyszcza, ale jest w tym nieco delikatniejszy.  Wadą jest konsystencja. Jest rzadszy od mojego ulubieńca, przez co wylewało się go za dużo. Za to jest gęstszy niż Tołpa 3 enzymy, więc nie wylatywał od razu po otwarciu opakowania. 

Skład:  Aqua, Lauryl Glucoside, Sodium Coco-Sulfate, Peat Extract, Rosa Canina Flower Extract, Rubus Idaeus Fruit Extract, Bromelain, Lactic Acid, Citric Acid, Sodium Levulinate, Parfum, Potassium Sorbate, Methylpropanediol, Caprylyl Glycol, Propylene Glycol, Sodium Benzoate, Benzoic Acid


Naturalny żel pod prysznic Yope

Miałam dwie wersje zapachowe tego żelu pod prysznic: mandarynka & malina i bez & wanilia. Mój faworyt to wersja mandarynkowa. Znacznie bardziej przypadła mi do gustu. Jest nieco intensywniejsza, ale nie jest przytłaczająca.  Liczyłam na to, że bez i wanilia będzie będzie bardziej waniliowe. Było okej, dobrze się używało, ale zapach aż tak mnie nie zachwycił. 
Jego największa zaleta to opakowanie z pompką. Kocham takie rozwiązanie w produktach kosmetycznych. Jest higieniczne. Pod prysznicem jest to bardzo wygodne, a do tego nie wpada woda do środka, dzięki czemu produkt nie traci swoich właściwości. 


Skład (Bez i Wanilia): Aqua, Lauryl Glucoside, Sodium Cocoamphoacetate, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Chloride, Citric Acid, Disodium Cocoyl Glutamate, Sorbitan Sesquicaprylate, Glycerin, Sambucus Nigra Flower Water, Vanilla Planifolia Fruit Extract, Rosa Gallica Flower Extract, Parfum, Argania Spinosa Oil, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Cinnamyl Alcohol
Skład (Mandarynka i Malina): Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Cocoamphoacetate, Lauryl Glucoside, Sodium Chloride, Citric Acid, Disodium Cocoyl Glutamate, Sorbitan Sesquicaprylate, Polyglyceryl-3 PCA, Sodium Sheabutteramphoacetate, Glycerin, Citrus Nobilis Peel Extract, Fragaria Ananassa Fruit Extract, Rubus Ideaus Fruit Extract, Rubus Fruticosus Fruit Extract, Parfum, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Limonene, Hexyl Cinnamal

Esencja tonizująca w mgiełce Blue Matcha Bielenda  

Kupiona spontanicznie, bo potrzebowałam tonika. Ma bardzo fajny dozownik, pryskała taką ładną, równomierną mgiełką. Sprawdzała mi się pod krem z filtrem (Nivea i Lirene), ale już mój krem nawilżający z Tołpy czasem się na niej rolował. 
Po użyciu czuć odświeżenie i delikatnie wilgotną warstwę. Szybko się wchłania. Jedynie z czasem zaczął mi przeszkadzać zapach. - mocny, taki jak cytrusowe perfumy. Taki lekko alkoholowy, co dziwne, bo nie ma w składzie alkoholu.

Skład: Aqua (Water), Glycerin, Niacinamide, Citrus Limon (Lemon) Fruit Water, Camellia Sinensis (Green Tea) Leaf Extract, Saccharomyces Ferment Filtrate, Saccharomyces Ferment Lysate Filtrate, Clitoria Ternatea Flower Extract, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Juice, Arginine PCA, Polysorbate 20, Disodium EDTA, Citric Acid, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Benzyl Alcohol, Parfum (Fragrance), Hexyl Cinnamal, Geraniol,Citral, Limonene, Linalool.



Przeciwzmarszczkowy krem przeciwsłoneczny do twarzy SPF 50 Nivea Sun

Do tego produktu mam mieszane uczucia. Jako ochrona przeciwsłoneczna sprawdził się dobrze. Ma lekko żółtą barwę, dzięki czemu nie bielił twarzy. Bardzo ładnie się wchłaniał i nie rolował. Jego aplikacja jest naprawdę bezproblemowa. Natomiast jego wykończenie na mojej twarzy (skóra normalna) zależało od dwóch czynników. 
Kiedy stosowałam go na krem nawilżający, pozostawiał tłustą warstwę. Drugim czynnikiem była temperatura. Nie dawał sobie rady w upały, zostawiał tłustą warstwę i moja twarz wyglądała nieświeżo. W takich przypadku czułam go na twarzy, co mnie irytowało. 
 Najlepiej radził sobie na żelu aloesowym oraz toniku do twarzy, wtedy to wykończenie było świetliste. W temperaturze ok. 20 stopni również to wykończenie było świetliste. Przy pogodzie, jaka jest obecnie, jest dla mnie bardzo komfortowy. 
Minusem też tubka produktu, która miała dość grube ścianki. Przez to ciężko było wydobyć produkt do końca. Myślałam, że w środku zostały jakieś resztki, a tam zostało go naprawdę dużo.

Skład: Aqua , Homosalate, Glycerin, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Ethylhexyl Salicylate, Butylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate , Alcohol Denat. , Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Ethylhexyl Triazone, C12-15 Alkyl Benzoate, Cetearyl Alcohol, Distarch Phosphate, Phenylbenzimidazole Sulfonic Acid, Diethylamino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate, Glycyrrhiza Inflata Root Extract, Ubiquinone , Tocopheryl Acetate , Sodium Stearoyl Glutamate, Glyceryl Stearate, Xanthan Gum , Carbomer, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer , Dime- thicone, Sodium Chloride, Sodium Hydroxide, Trisodium EDTA , Ethylhexylglycerin, Phenoxyethanol, Linalool, Limonene, Benzyl Alcohol, AlphaIsomethyl Ionone, Geraniol, Citronellol, Coumarin, Parfum
Składniki aktywne: Licorice Extract, Glycerine

Nawilżający ochronny krem do twarzy IR COMPLEX SPF 50 Lirene Dermoprogram 

W przypadku tego produktu widzę więcej zalet niż wad. Jako ochrona przeciwsłoneczna sprawdzał się równie dobrze. Wymagał nieco większej uważności przy aplikacji na twarz, bo inaczej mógł się rolować. Jego wykończenie mniej świetliste, bardziej matowe. Trochę właśnie zastyga na twarzy. Dla mnie to było dużą zaletą. 
Najlepiej sprawdzał mi się aplikowany na żel aloesowy. Ograniczało to rolowanie się produktu. 
Bardzo podobało mi się opakowanie produktu — tubka o cienkich ścianach. Z łatwością mogłam  zużyć produkt prawie do końca. W środku po rozcięciu tubki została ilość na jeszcze jedno użycie. 

Skład: Aqua (Water), Ethylhexyl Methoxycinnamate, Dibutyl Adipate, Caprylic/Capric Triglyceride, Glyceryl Stearate, Glycerin, Methylene Bis-Benzotriazolyl Tetramethylbutylphenol (nano), Cetearyl Alcohol, PEG-100 Stearate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, 1,2-Hexanediol, Diethylamino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate, Dimethicone, Galactoarabinan, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Acrylates/C12-22 Alkyl Methacrylate Copolymer, Ethylhexyl Triazone, Hydroxyacetophenone, Xanthan Gum, Decyl Glucoside, Tocopheryl Acetate, Arginine, Allantoin, Disodium EDTA, Coco-Glucoside, Citric Acid, Disodium Lauryl Sulfosuccinate, Propylene Glycol, Laminaria Ochroleuca Extract


Powrównanie, ile produktu zostało, kiedy już nie byłam w stanie wycisnąć produkt z tubki. 


Szampon nawilżający Hair in Balance by OnlyBio 

Prawdopodobnie jest to ostatnie opakowanie tego produktu, które kupiłam. Używałam tego szamponu około 1,5 roku. Sprawdzał mi się dobrze. Domywał skórę głowy. Nie czułam, żeby skóra głowy po niej była bardziej nawilżona, ale też nie czułam, aby bardziej się wysuszała. 
Zdecydowałam się na zmianę szamponu, bo widziałam wiele komentarzy na temat tego produktu, że na początku się sprawdzał. Ktoś kupił jedno, dwa opakowania i było super, ale z kolejnym opakowaniem coś było nie tak — świąd, wypadanie włosów, łupież. Wyglądało mi to tak, jakby coś się zmieniło w partii produktu. Skład mojego szamponu pokrywa się z tym ze strony. Możliwe jest, że do produkcji zaczęli używać składników z innej partii lub od innego dostawcy, które mogły być słabszej jakości.

Skład:  Aqua, Decyl Glucoside, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Decyl Cocoate, Astrocarya Murumuru Seed Butter, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Lactic Acid, Coco-Glucoside, Shea Butter Ethyl Esters, Glyceryl Oleate, Sodium Stearoyl Lactylate, Propanediol, Hydrogenated Palm Glycerides Citrate, Cellulose Gum, Sodium Citrate, Tocopherol, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Citric Acid, Xanthan Gum, Parfum, Citronellol, Geraniol


Tripple Vitamin Booster Alterra 

Serum witaminowe, którego nie zużyłam do końca. Jest to produkt na olejowej bazie. Nie dawało rady go stosować pod krem, a nakładany na krem — rolował go i ściągał. Miał okropny, chemiczny zapach, przez co nie używało się go przyjemnie. 
Używałam go na noc, na krem. Zaczął mnie również zapychać i pojawiały się na mojej twarzy wypryski. Nie widzę dla niego zastosowania, było z niego więcej szkody niż pożytku.

Skład: Aqua, Lauryl Glucoside, Sodium Coco-Sulfate, Peat Extract, Rosa Canina Flower Extract, Rubus Idaeus Fruit Extract, Bromelain, Lactic Acid, Citric Acid, Sodium Levulinate, Parfum, Potassium Sorbate, Methylpropanediol, Caprylyl Glycol, Propylene Glycol, Sodium Benzoate, Benzoic Acid



Znacie, któryś z tych kosmetyków? 
Jak Wam się sprawdziły?

Dajcie znać, jak Wam się podoba ten typ postów! Coś byście dodali? Przypominam też o pytaniach do Q&A. 




Nie tylko do włosów! - Hairy Tale Cosmetic. Peeling, wcierka, kuracja laminująca




Cześć!

Dziś recenzja inna niż zwykle, bo dotyczy kosmetyków do włosów. Włosing mój konik, uwielbiam dbać o włosy, a Hairy Tale Cosmetics to marka, której byłam ciekawa od ponad roku. Szampony, odżywki do włosów i zdjęcia efektów, szczególnie podbitego skrętu bardzo mnie do siebie zachęciły. Zamówienie pierwszych kosmetyków zajęło mi trochę czasu, bo nie ukrywajmy,  nie są to rzeczy najtańsze, a ja sama musiałam się dobrze zastanowić, czy będą to rzeczy, których będę używać i czy odpowiedzą na moje potrzeby. Wybór produktów poprzedzało aktywne śledzenie profilu marki, czytanie o ich produktach, jak powstają (moje chemiczne serce jest tym zachwycone) i jak mają działać. Produkty odebrałam na koniec stycznia tego i od tamtej pory ich używam regularnie, dlatego wreszcie zdecydowałam się, aby opublikować o nich opinie.

Co warto wiedzieć o Hairy Tale Cosmetics?

HairyTale Cosmetics to marka, która powstała na koniec 2019 roku. Założona przez Agnieszkę Niedziałek, która od lat popularyzuje wiedzę o włosingu. Produkty są specyficzne, odpowiadają na konkretne potrzeby, ich składy są unikalne, ale jednocześnie są to kosmetyki, które można nazwać uniwersalnymi i wielozadaniowymi. W teorii dedykowane włosom i skórze głowy, a w praktyce jeden produkt może być wykorzystywany na różne sposoby.

Jak produkty wybrałam?

Peeling chelatujący Squeaky to produkt, dla którego złożyłam zamówienie. Jakoś w tamtym okresie zaczęłam mieć większe problemy ze skórą głowy – swędzenie, łuszczenie, a także twarda woda, a czasem tak chlorowana, jakbym była na basenie. Do tego przeczytałam, że ten peeling mogę stosować na ramiona i poradzi sobie z moim rogowaceniem okołomieszkowym. 

Zależało mi na zakupie jednej ze wcierek, bo zapuszczam włosy i jednocześnie, żeby działała na dobrze na moją skórę głowy. Był to dla mnie najtrudniejszy wybór, bo wahałam się między Grasshopperem a Wasabi. Do Grasshoppera przekonało mnie to, że wykazuje działanie w pięciu aspektach - zapuszczanie włosów, brak objętości, przetłuszczanie, suchość oraz może być stosowany do wrażliwej skóry głowy. Wcierka Wasabi nie wykazuje działania przeciwko przetłuszczaniu, dlatego jej nie wybrałam. 

Trzecim produktem jest Seal the Deal, czyli kuracja laminująca. Cóż… Nie ukrywam, że dorzuciłam to sobie, bo był to produkt limitowany. Spoiler do dalszej części wpisu. :D Na całe szczęście w tym momencie jest wprowadzony jako produkt sezonowy, bo nie wyobrażam sobie mojej pielęgnacji bez niego. 

Stan mojej skóry głowy i włosów – wtedy  

Koniecznie muszę wspomnieć, z czym te produkty musiały się zmierzyć. Mój stan skóry głowy w zimę się pogorszył – niby nic dziwnego, ale nie chodziło tutaj tylko przetłuszczanie się od czapki. Cóż, z dermatologiem nie było mi po drodze w tamtym czasie, jednak winowajcę tego stanu rzeczy znalazłam. Nie była to twarda woda ani chlor. Także nie było to spowodowane stresem, jak podejrzewałam, bo w okolicy sesji było gorzej. Po sesji lepiej, a potem znowu gorzej. Winowajcą okazał się szampon z Crazy Hair. Na początku wydawało mi się, że dobrze działa. Zupełnie nie skojarzyłam, że w domu używałam czegoś innego. Uświadomiłam sobie to na koniec kwietnia, kiedy przez dwa tygodnie go nie używałam, a gdy go użyłam, uderzył mnie chemiczny odór. Na początku zapach tego produktu, to była chemiczna jagoda, znośne, ale później był to dla mnie okropny smród, do którego się pewnie przyzwyczaiłam przez półtora miesiąca regularnego używania. Było to sporym utrudnieniem dla tych produktów.  Odkąd go przestałam używać, jest znaczna poprawa jej stanu.

Wzmożonego wypadania włosów nie zauważałam. 

Moje włosy się kręcą, jednak ciężko mi określić ich skręt. Najwięcej pasm jest o typie skrętu 2b i 2c, ale zdarzają się o pasma o skręcie bliskim 2a i 3a. Wszystko zależy. Jedyne, co jest pewne, że mocniejszy skręt mam gdzieś od żuchwy. Między czubkiem głowy a żuchwą są falowane. Ich porowatość jest średnia, w kierunku niskiej. Nie są podatne na prostowanie. Kręcą się, potrafią mieć skręt zdefiniowany (przy odpowiedniej stylizacji), jednak ciężko jest mi go utrzymać przez cały dzień. Są gładkie, rzadko się puszą.


Peeling kwasowy Squeaky Clean

Cena: 75 zł
Pojemność: 150 ml
PAO: 6 miesięcy
Wegański: Tak
Skład: Aqua, Panthenol, Arginine PCA, Tartaric Acid, Lactic Acid, Glycolic Acid, Maltodextrine, Shikimic Acid, Citric Acid, Xanthan Gum, Malpighia Glabra Fruit Juice, Glycerin, Inulin Lauryl Carbamate, Biosaccharide Gum-1, Sodium Levulinate, Potassium Sorbate, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, Sodium Hydroxide, Parfum, d-Limonene, Linalool, Citral.

Kwasowy peeling, który można stosować do skóry głowy i… twarzy. Raz użyłam go na ramiona, ale więcej tego nie powtórzyłam z braku czasu.  Jest dość lejący się, łatwo można go wydobyć z opakowania. Jego naturalną właściwością jest to, że ciemnie po pewnym czasem i jego barwa zmienia się z żółtej na brązową. Jest on naprawdę mocny. Uważajcie latem, bo może fotouczulać. Jeśli wychodzicie na słońce po jego użyciu, koniecznie mocny SPF na twarz i ciało oraz zasłaniajcie przedziałek.

W jego składzie znajduje się kombinacja czterech kwasów: winowego, mlekowego, glikolowego i szikimowego. Bazą produktu jest arginina i pantenol, których zadaniem jest nawilżenie. W ten sposób peeling zachowuje mocne działanie złuszczające, ale nie podrażnia skóry głowy, gdy jest stosowany zgodnie z zaleceniami producenta.

Użycie 

Peelingu stosowałam raz na tydzień albo dwa w zależności od potrzeb. W moim przypadku optymalnym czasem było trzymanie go przez 8 minut na głowie. Następnie zmywałam go, myłam dwa razy delikatnym, nawilżającym szamponem i na koniec używałam Grasshopppera. Raz przetrzymałam ten peeling nieco dłużej i miałam lekko podrażnioną skórę, co nie trwało długo.
Na twarz nakładałam go z podobną częstotliwością albo nieco rzadziej. Trzymam 5 minut. Zmywam pianką, tonik (czyli znowu Grasshopper) i krem z tołpy.
Na ramionach trzymałam go 10 minut, a następnie zmywałam ciepłą wodą i żelem.

Wydajność 

Ciężko jest mi ocenić zużycie tego produktu przez jego opakowanie. Wydaje mi się, że nie jest tak wydajny jak wcierka, którą stosowałam częściej. Mam wrażenie, że zostało go około 1/3 opakowania. Ostatnio używałam go jakoś w maju, a piszę to w połowie czerwca. Kiedy go zużyję — nie wiem, ale nie wykluczam, że może mi starczyć na dłużej niż zakładałam.

Efekty

Tutaj były bardzo dobrze widoczne, nawet gołym okiem. Bardzo dobrze radzi sobie złuszczaniem suchej skóry i nadbudowy produktów. On ją dosłownie rozpuszcza. Po jego użyciu czuć oczyszczenie i świeżość skóry głowy.
Na twarzy czuć podobnie. Widać gładkość, skóra po prostu oczyszczona. Ze zrogowaconą skórą na moich ramionach poradził sobie również rewelacyjnie. 


Wcierka Grasshopper 

Cena: 75 zł
Pojemność: 100 ml
PAO: 6 miesięcy 
Wegański: TAK
Skład: Aqua, Saccharomyces Cerevisiae, Humulus Lupulus (Hop) Extract, Panthenol, Propanediol, Glycerin, Inulin Lauryl Carbamate, Gluconolactone, Sodium Levulinate, Potassium Sorbate.

Demon wydajności! Dosłownie. Produkt, który może być stosowany jako wcierka do włosów, ale także tonik do skóry twarzy. Wcierka ma za zadanie regulować skórę głowy i nawilżać, a także przewdziałać nadmiernu wypadniu włosów. W przypadku stosowania tej wcierki jako toni do twarzy, najlepiej sprawdzi się cerze mieszanej, ale moja cera normalna też jest zadowolona. 
Jednym z najważniejszych składników aktywnych jest lupeina, która znajduje się w ekstrakcie z chmielu. Ma działanie bakteriobójcze w stosunku do bakterii gram dodatnich i gram ujemnych, dzięki czemu warto ją stosować przy problemach z łupież. Z kolei ekstrakt z drożdży zawiera aminokwasy o właściwościach nawilżających, polipeptydy oraz witaminy i mikroelementy, który wywierają pozytywny wpływ na stan skóry głowy.  
Wcierka jest w masywnym, szklanym opakowaniu, które ciężko jest zbić. 

Użycie

W zależności od tego ile byłam w domu, to używałam jej od dwóch do czterech, czy nawet pięciu razy w tygodniu jako wcierki i codziennie jako tonik do twarzy. Później, gdy w domu byłam tylko na weekendy, miałam wrażenie, że tego produktu nie ubywało.
Jako wcierki używałam tego produktu po myciu skóry głowy, tak jak zaleca producent, oraz na suchą skórę głowy. W obydwu przypadkach nie obciążała włosów, nie było wrażenie, jakby włosy były nieświeże. W moim przypadku na całą głowę stosuję ok. 6-7 psiknięć.
Jako toniku psikam trzy razy na twarz i wystarcza. Ostatnio nieco więcej, bo zależy mi, żeby zużyć ten produkt. 

Wydajność

Jak wspominałam, ten produkt jest niezwykle wydajny. W lutym, kiedy była to moja „główna” wcierka i tonik, ciężko mi dostrzec, że ją zużywam. Gdzieś na początku marca zauważyłam, że zużyłam około 1/6 pojemności. Póżniej gdy patrzyłam, to właśnie taką ilość zużywałam w ciągu miesiąca. PAO tego produktu to 6 miesięcy, więc uważam to za dobry wynik i cały produkt zostanie zużyty przed końcem tego czasu. 

Efekty 

Pierwsze efekty ciężko mi było jednoznacznie ocenić, bo to, co ta wcierka koiła, ten nieszczęsny szampon od nowa rujnował. Do tego nie jest to jedyna wcierka, którą stosuję na porost włosów. Zdecydowanie wydłuża świeżość włosów i zauważalnie reguluje wydzielanie łoju. W zimę myłam włosy co dwa dni, ale gdybym zdecydowała się być co trzeci dzień, nie byłoby tragedii. Obecnie mogę myć włosy co 3/4 dni.
Grasshopper świetnie się sprawdzał po kwasowym peelingu. Stosowałam to z obawy, że peeling mógł być za mocny i chciałam od razu łagodzić skórę głowy. Przy moim standardowym stosowaniu tego peelingu, nie odczułam żadnych nieprzyjemności. Nie wiem w jakim stopniu, to zasługa tego produktu.
W porównaniu z grudniem cały czas mam wysyp nowych włosów. Moje baby hairy rosną jak szalone i co chwilę widzę, że pojawia się nowa tura. Tutaj myślę, że to połączenie dwóch wcierek (Hairy Tale Cosmetics i Sattvy) z peelingiem pozwoliło na ich wzrost, a przede wszystkim jest to zasługa regularności we wcieraniu i masażu skóry głowy. 
Wcierka naprawdę dobrze daje sobie radę z łagodzeniem skóry głowy i jej nawilżaniem. Można to odczuć przy regularnym użyciu. Szybko się wchłania w skórę głowy. 


Kuracja laminująca Seal the Deal 

Cena: 65 zł
Pojemność: 50 ml
PAO: 6 miesięcy 
Wegański: NIE
Skład:  Aqua, Collagen, Coco Caprylate/Caprate, Lactic Acid, Avocado Oil Aminopropanediol Esters, Grapeseed Oil Aminopropanediol Esters, Raspberry Seed Oil/Tocopherol Succinate Aminopropanediol Esters, Sodium Hyaluronate, Phenoxyethanol, Benzoic Acid, Hydroacetic Acid, Citronellol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Hydroxycitronellal, Parfum.

Seal the Deal (foczka) to produkt sezonowy, ponieważ w jego składzie znajdują się ceramidy, kolagen oraz kwas hialuronowy z rybich skór. Rybie skóry to produkt, który jest odpadem w przemyśle spożywczym i sprzedawany jest wyłącznie raz w roku w sezonie. Jego powrót do sklepu marki jest planowany na jesień.
Produkt jest w opakowaniu typu air less z białego plastiku, dlatego nie widać jego zużycia. Ma konsystencję glutka, która upłynnia się i traci swoje właściwości w temperaturze powyżej 25 stopni, dlatego latem producent zaleca trzymać produkt w lodówce. Ma specyficzny zapach – białkowy, rybi. Różnie jest określany. Mnie akurat pachnie takim jeziorem, ale nie jest to dla mnie w żaden sposób nieprzyjemne. 

To tak wielofunkcyjny produkt, że muszę się posłużyć grafiką ze Instagrama marki. 

Użycie 

Sama stosowałam ten produkt jako:

    • kurację laminująca,

    • żel lub BS do stylizacji włosów, 

    • do reanimacji skrętu,

    •  na skórę głowy dla nawilżenia i odżywienia,

    • serum na twarz.

Zależnie od sposobu użycia, stosowałam od 0,5 do 2 pompek produktu. Dwie pompki stosowałam wyłącznie do laminacji włosów. Najczęściej na włosy i twarz nakładałam jedną pompę produktu i było to wystarczające. 

Stosowałam różnie. Czasem raz w tygodniu na włosy, czasem dwa, a innym razem raz na dwa tygodnie. Na skórę głowy nakładałam nieregularnie, chyba średnio wychodziło dwa razy w miesiące. Na twarz nieco częściej, ale również nieregularnie.

Wydajność:

Ze względu na typ opakowania nie jest w stanie określić zużycia. Starałam się używać go maksymalnie oszczędnie, bo chcę go używać jak najdłużej i być może świadomie oleję PAO.
Jest to produkt, który daje maksymalnie dobre efekty przy minimalnej ilości produktu. Do tego stosowałam na kilka różnych sposobów, w różnych kombinacjach i z różną częstotliwością. W niektórych myciach nakładałam go skórę głowy, twarz i włosy. Te fakty utwierdzają mnie w przekonaniu, że jest to produkt wydajny.

Efekty:

Nic, ale to NIC tak nie podbija i definiuje skrętu jak Seal the Deal. Po jego użyciu zawsze mam bardzo ładne ruloniki i drobniejsze loki, co ciężko mi osiągnąć używając innych produktów.
Oprócz tego włosy są miękkie, gładkie, lśniące i mięsiste, czyli same zalety.
Skórę głowy nawilża, niweluje uczucie ściągnięcia. Nie miałam również żadnych nieprzyjemności po jego użyciu, takich jak swędzenie czy łupież.
Seal the deal dzięki zawartości ceramidów sprawił, że nie mam w tym momencie żadnych rozdwojonych końcówek. Ostatnio włosy podcinałam na początku grudnia, więc od tego czasu minęło ponad pół roku. Zwykle po około czterech miesiącach pojawiały się u mnie pierwsze rozdwojenia.
Bardzo fajnie odżywia też skórę twarzy. Raczej polecam stosować to doraźnie, jako taki mocniejszy kop odżywienia. Ja stosowałam to właśnie w takim celu, gdy czułam, że twarz potrzebuje czegoś więcej. Efekt to po prostu widocznie nawilżona skóra, nieco bardziej sprężysta. Od razu po jego nałożeniu używałam kremu.


Krótko mówiąc - kosmetyki Hairy Tale Cosmetics to produkty, które są przemyślane, stosunek wydajności do ceny jest w moim odczuciu bardzo dobry. Ich niewątpliwą zaletą jest to, że są wielozadaniowe. Na pewno będę wracać do peelingu i foczki. Będę chciała przetestować jeszcze wcierkę Wasabi, żel Lemur Lemon i sera olejowe. 

7 kosmetyków, które są stale obecne w mojej pielęgnacji

Hejo!
Temat kosmetyczny to coś, co chciałam prowadzić od dawna. Do tej pory pojawił się, tylko jeden wpis - 2 lata temu i od tego czasu wiele się zmieniło. Przede wszystkim znalazłam kosmetyki, których używam regularnie, moja skóra i włosy je lubią. W pielęgnacji włosów zaszłam dużo, dużo dalej i doszłam do etapu, w którym chcę dzielić się moją wiedzą. Ten wpis to taki zalążek tematów włosowych, jakie będą się tutaj pojawiać. Myślę, że w tym miesiącu powinna się pojawić recenzja trzech produktów do włosów, a później zacznę od opowiedzenia mojej włosowej historii. Pomysły na inne kosmetyczne wpisy też są. :D Jednak pielęgnacja włosów jest mi najbliższa i w nią najbardziej się zagłębiłam.



1. Żel enzymatyczny Tołpa Super Seed

Moim totalnym hitem, jeśli chodzi o oczyszczanie twarzy jest żel enzymatyczny Super Seed z tołpy. Dobrze oczyszcza, po użyciu nie zostawiał mi bardzo ściągniętej skóry. Na zdjęciu jest chyba moje 4 opakowanie, więc naprawdę dobrze mi się sprawdza. Jeśli nie jestem do czegoś przekonana w pełni i czuję, że może być lepiej — próbuję coś innego, a to jedyny żel, który mi się tak sprawdził, żebym go kupiła ponownie. Czasem sobie kupię inny do domu, ale ten Super Seeds zawsze jest. Poza działaniem jestem zadowolona z jego konsystencji. Zawsze narzekam na żele z Tołpy, że są za rzadkie i wypływa ich za dużo. Ten ma idealną konsystencję — odpowiednio gęsty, aby nie wylewało się pół opakowania. 

Miałam też jego kolegę ze zdjęcia i zdenkowałam, więc mogę ponarzekać. Żel z kultowej linii Tołpa 3 Enzymy powielił ten sam problem, czyli konsystencja. Dobrze oczyszcza, jednak lepiej sprawdzał mi się stosowany kilka razy w tygodniu niż codziennie. Przy zbyt częstym stosowaniu miałam wrażenie, że przesuszał mi twarz. Do tego konsystencja — tak rzadka, że nie trzeba było naciskać, a sam wylatywał z opakowania. 

Cena: ok. 18 zł

EDIT 17.05.2022 r.: Niestety nie widzę ostatnio tego żelu w Rossmanie. Kupiłam nową wersję z linii Enzymatyczna Odnowa Malina i dzika róża i będę testować. Na stronie Tołpy jeszcze jest ta wersja z dynią i sezamem.


2. Krem Tołpa nawilżona skóra


Ten krem to moje największe zaskoczenie. Używam go stosunkowo krótko, bo od początku lutego. Już po pierwszym użyciu byłam oczarowana — wyraźnie czułam nawilżenie na twarzy, żadnego ściągnięcia, rolowania czy pozostawiania dziwnych warstw. Również nie zapychał mnie, nie pozostawiał na twarzy tłustej warstwy. Nie miałam problemu z utrzymaniem się korektora.
Przy regularnym stosowaniu naprawdę czuć, że skóra jest elastyczna, bardziej napięta (w pozytywnym sensie) i nawilżona. Bardzo lubię nakładać pod niego  żel aloesowym lub Seal the Deal z HairyTale Cosmetics (o tym produkcie będzie niedługo). 
Ma bardzo prosty skład - 12 składników, żadnych kompozycji zapachowych, które mogłyby podrażniać. Jedynie powinny uważać osoby wrażliwe na Benzoic Acid, który jest tutaj konserwantem.
Produkt jest w aluminiowej tubce, co jest dla mnie dużą zaletą. Przede wszystkim jest to rozwiązanie higieniczne i wygodne. Tubki aluminiowe są łatwiejsze w ponownej obróbce.

Cena: ok. 31 zł


3. Żel aloesowy SOQU


O tym produkcie wspominałam parę razy na blogu. Rzeczy najbardziej uniwersalna z całej tej listy. Żel aloesowy używam zarówno do twarzy, jak i do włosów. Zdarzyło mi się nakładać go także na ciało, kiedy słońce mnie spaliło.

Najczęściej stosuję go pod krem do twarzy lub SPF,  rzadko się zdarza, żebym stosowała go solo na twarz. Szybko się wchłania, krem na nim się nie roluje. Stosowany samemu nie pozostawiał uczucia ściągnięcia, gdy się wchłonął, jak czasem takie lekkie produkty potrafią. 
Oprócz tego stosuję go na włosy. Zwykle służy jako podkład do olejowania włosów. Czasem stosuję po prostu do nawilżania i nakładam na włosy przed myciem. Później spłukuję, myję głowę szamponem i na to odżywka emolientowa. 
Wykorzystuje to też do nawilżania skóry głowy. Po prostu czasem przed snem nakładam na skórę. Co ciekawe, przedłuża mi to świeżość włosów, więc po nałożeniu rano albo je umyję, albo nie.

Cena: ok. 25 zł


4. Wcierka Joanna Konopie

Najbardziej nawilżająca wcierka do skóry głowy, jaką znam! Stosuję ja najczęściej na mokrą skórę głowy, bezpośrednio po myciu. Kiedy stosuję na sucho, obciąża mi włosy, wyglądają na przetłuszczone, więc unikam tego. Czasem stosuję w dzień przed myciem głowy, jeśli wiem, że nie będę nigdzie wychodzić i nie zależy mi na widocznej świeżości. 
Najważniejsze jest działanie. Koi skórę głowy, nie mam żadnego uczucia swędzenia, jakie zdarza mi się, gdy mam przesuszoną skórę głowy, co zdarza się często, bo mieszkam w miejscach, gdzie bardzo często woda jest koszmarnie chlorowana. Moja skóra głowy ją dosłownie pije.  
Wadą jest atomizer, który czasem przecieka podczas stosowania i nie "strzela" tak, jak powinien. 

Cena: ok. 11 zł


5. Anwen Emolientowa Róża 



Używam tej odżywki od września 2020 roku i chyba wykorzystałam ją na wszystkie możliwe sposoby. Dedykowana jest włosom o wysokiej porowatości, jednak moim średnioporom minus sprawdza się najlepiej. Jest to moja ulubiona emolientowa odżywka.  
Najważniejsze, co mogę o niej powiedzieć — dociąża, ale nie obciąża. Opakowanie o pojemności 200 ml starcza mi na jakieś pół roku, a używam jej niemalże co mycie. 
Używam jej po myciu skóry głowy, a następnie spłukuje. Czasem po prostu nakładam ją po myciu, wczesuję i zostawiam bez spłukiwania. Wszystko zależy od moich chęci. W myciach nieemelioentowych stosuję ją jako odżywkę bez spłukiwania  pod stylizatory. Na moich włosach przyczyniła się do tego, jak mój skręt wygląda oraz nadaje blasku.
Dostępne są dwie pojemności: 100 ml w aluminiowej tubce oraz 200 ml w plastikowej. Niedawno pojawiły się opakowania o pojemności 500 ml. 

Cena: ok. 18 zł/100 ml
          ok. 30 zł/200 ml
          ok. 55 zł/500 ml



 6. Odżywka proteinowa OnlyBio



Kolejny produkt, który zużywam tubkami. Nie jest aż tak wydajny, jak ta odżywka z Anwen, ale też jedno opakowanie zużywam jakieś 4 miesiące. Najczęściej używam tej odżywki raz w tygodniu. Na początku stosowałam jej jako odżywki przed myciem szamponem, ale później, kiedy zrezygnowałam z metody OMO, nakładałam ją tylko jako drugie O. Bardzo ładnie podbija skręt, włosy po niej są lekkie, ale takie mięsiste. Włosy mniej się plączą po jej użyciu. Również nadaje włosom błysku. 

Cena: 22,99 zł


7. Pomadka Isana Classic



Pomadka idealna. Bezbarwna, bezzapachowa i tania. Nie jest za twarda ani za miękka Nawilża i odżywia usta i jest mało na nich wyczuwalna. Nie wchłania się za szybko, ale też nie zostaje na ustach godzinami. Nie pozostawia tłustej warstwy na ustach. Po prostu działa tak, jak powinna i daje efekty. 
Swoją drogą, to pierwszy balsam do ust z Isany, jaki kupiłam i przepadłam. Potem próbowałam jeszcze dwóch balsamów. Czerwony lepiej się sprawdzał jako pomadka ochronna na zewnątrz, bo zostawiał tłustą, niewchłaniającą się warstwę, a różowego nie rozumiem — twarde, jakoś nakłada się na usta, ale nie zauważam takich efektów, jak ta niebieska.

Cena: ok. 6 zł

W poszukiwaniu idealnych kosmetyków #1



Hejo!
Dzisiaj przychodzę z zupełnie innych wpisem niż zwykle. Pierwszy raz robię taki wpis i starałam się, jak najlepiej do niego przygotować. Obecnie jestem na etapie szukania "moich" kosmetyków. Od jakichś dwóch, może trzech lat interesuję się naturalną pielęgnacją. Najpierw dotyczyła ona włosów, a później rozchodziła się coraz szerzej, że w tej dziedzinie. Na tyle, że do twarzy staram się wybierać kosmetyki z bardziej naturalnym składem (z pielęgnacji, nie maluję się na co dzień) i moje skóra już się do tego tak przyzwyczaiła, że przy używaniu kosmetyków z mniej naturalnym (lub mniej bezpiecznym składem) pojawiają mi się drobne wypryski.
Rozpoczęcie tej serii postów będzie miało ogromny plus - zacznę głębiej analizować składy kosmetyków, co na pewno mi nie zaszkodzi. Jak na razie bardziej się skupię na działaniu, ale do tego starałam się przeanalizować składy, jednak nie będę wyrażać na razie bardziej rozległych opinii, bo muszę się douczyć. Mimo to myślę, że ten wpis pomoże mi określi, co warto kupić ponownie. Swoją drogą, na początku przeraziłam się, gdy zobaczyłam w kilku składach NaOH i KOH, ale po głębszym sprawdzeniu i przeanalizowaniu badań wiem, że nie jest bezpieczny (Jak Was to ciekawi - czytałam m.in. TO *link*). Co prawda w produktach do mycia twarzy będę chciała z niego rezygnować, bo wiem, że są kosmetyki, które go nie zawierają. Głównie dla własnego komfortu psychicznego. :D




1. Garnier Hair Food Papaya
Seria tych masek to jest hit, pewnie wiele z Was ją zna. U mnie najlepiej się sprawdza Papaya, ale próbowałam też reszty i do tej powracam najczęściej. Używałam jej jako odżywki do spłukiwania, używałam spłukując po 10 minutach, a ostatnio używam jako pielęgnacji bez spłukiwania i radzi sobie równie świetnie. Nie obciąża moich włosów. Nakładam ją na całe włosy (pomijając skórę głowy). Używam po każdym myciu głowy (czyli różnie, aktualnie jest to co dwa, nawet trzy dni Używam jej do ploppingu i się sprawdza.
Po jej użyciu mam włosy miękkie, bardzo przyjemne w dotyku. Używam jej około roku. Jestem pewna, że przyczyniła się do tego, że moje włosy nie niszczą się aż tak, a nie oszczędzałam ich - były farbowane chyba trzy razy, do tego regularnie przez cztery miesiące chodziłam na basen.

Cena: ok. 25 zł
Pojemność: 390 ml



2. Bania Agafii/Babuszka Agafia Maska do włosów drożdżowa na wzrost

Ogólnie Bania Agafii to moja ulubiona firma kosmetyczna. Mają produkty w niskich cenach, naturalne składy, które zawierają dużo aktywnych składników i są wydajne. WAŻNE! Jeśli zależy Wam na naturalnych składach, patrzcie na to, gdzie produkt został wyprodukowany. Jak jest to Rosja, macie gwarancję, że weźmiecie produkt z oryginalną recepturą i dobrym składem.
Nakładam przez każdym myciem głowy, tylko na samą skórę głowy. Używam jej głównie, aby wspomogła wzrost moich włosów i wzmocniła cebulki.  Nie umiem określić jej indywidualnego działa, bo używam jej jednocześnie z wcierką Jantar. Oba te kosmetyki dały efekt po jakiś trzech tygodniach regularnego stosowania - mniej wypadają mi włosy, mam więcej babyhairów. Nie umiem określić, czy włosy rosną mi szybciej.
Zaczęłam już drugie opakowanie tego produktu. :D Ostatki z pierwszego nałożyłam na całe włosy i przy tym jednym użyciu już był widoczny efekt, włosy wydawały się mocniejsze. Możliwe, że maski do włosów z tej firmy wyprą pierwszą pozycję.
Mała uwaga! Na początku zapach może być nieprzyjemny, ale później albo wietrzeje, albo się przyzwyczajam.

Cena: ok. 10 zł
Pojemność: 300 ml





3. Bania Agafii Maska oczyszczająca niebieska glinka i maska daurska - tonizująca.
Jedna z moich ulubionych maseczek. Bardzo fajnie oczyszcza. Jest bardzo wydajna, nie potrzeba jej dużo, aby wystarczyła na całą twarz, bo jest dość gęsta. Jedyną jej wadą jest to, że lekko przesusza cerę, więc bezpośrednio po jej nałożeniu nakładam krem. Używam raz na tydzień/raz na dwa tygodnie.
Druga maska - tonizująca, to dla mnie nowość i miłość od pierwszego użycia. Świetnie nawilża i odżywia skórę. Byłam w szoku, że jedno zastosowanie może dać tak świetny efekt. Ma rzadszą konsystencję niż ta z niebieską glinką, ale nie spływa z twarzy.
Obie maski dobrze się zmywa i są się moim maseczkowym must havem.
Jak wyżej - skład naturalny. Co ważne i fajne - NIE zawiera phenoxytanolu, który jest jeszcze niedokładnie przebadany, ale może działać alergennie i nie jest zalecany dla osób z chorobami skóry. Jest to składnik, którego staram się unikać, a jest powszechny w wielu maseczkach.

Cena: ok. 8 zł
Pojemność: 100 ml



4. Farmona Wcierka Jantar
Bezalkoholowa wcierka do włosów, którą pewnie wiele osób kojarzy. Skład ma dobry, sporo aktywnych składników, ale jednocześnie nie przesusza skóry głowy. Stosuję codziennie. Wmasowując w skalp około sześciu kropli w skalp. Niestety, pękł mi korek od tej buteleczki. Nawet nie wiem jak...
Jest to moja druga styczność z tym produktem. Pierwsza była półtora roku temu. Zużyłam pół butelki oddałam siostrze, bo efekt mnie zadowolił. Teraz pewnie zużyję całość. Jak napisałam - w połączeniu z maską - działa super! :D

Cena: ok. 15 zł
Pojemność: 100 ml

5. Farmona Szampon Jantar
Mocny oczyszczający szampon, ale nie przesusza mi skóry. Nie spowodował też łupieżu. Ogólnie jestem zadowolona z jego działania, bo moje włosy dzięki niemu są w dobrym stanie, nic dziwnego się z nimi nie dzieje, a nawet nie przetłuszczają się tak szybko jak wcześniej, więc na plus.
Zawiera w składzie SLS i sylikony, z których chciałabym zrezygnować, aby nie zaburzały skrętu moich włosów.

Cena: ok. 10-15 zł
Pojemność: 330 ml



6. Bielenda Bluberry C-tox Krem pianka do twarzy
Wybór spontaniczny. Weszłam do Rossmana, zobaczyłam półkę z nowościami od Bielendy, przeczytałam "krem pianka" i "Muszę sprawdzić". Wzięłam łopatkę, nałożyłam odrobinę z testera i przepadłam. Konsystencja naprawdę super! Zapach cudowny. A działanie? Jest okej, jeśli ktoś nie ma bardzo wymagającej i suchej skóry twarzy. W moim przypadku dobrze utrzymuje nawilżenie. Przy nałożeniu ciut przy dużej ilości, pojawia się na twarzy niefajna, niebieskawa poświata. Jego zaletą jest to, że nadaje przyjemnego, naturalnego blasku twarzy. Nie jestem pewna, czy go ponownie kupię. Szukam dalej, a do niego będę wracać jako "krem awaryjny", gdy nic lepszego nie będę mogła kupić.
Wydaje mi się, że to fajna opcja, żeby wieczorem się zrelaksować z ładnymi zapachami. Wiecie, taka radość dla wielu zmysłów - ładny zapach, miła konsystencja i przyjemne działanie, nawet jeśli nie jest spektakularne.

Cena: ok. 20 zł
Pojemność: 40 g




7. Tołpa Green Oils żel micelarny do twarzy
Do tego produktu mam mieszane uczucia, bo skład ma dobry, może nie najlepszy, ale dobry. Produkt jest w pełni wegański, więc kolejny plus. Dobrze oczyszcza, nie zapycha, nie szczypie w oczy, czyli kolejne trzy plusy. Ale! Teraz trzeba przejść do minusów. Według zapewnień producenta powinien nawilżać, a tego nie robi. Na pewno nie poradzi sobie ze zmyciem mocniejszego makijażu - miał problemy ze myciem zastygającej pomadki z Golden Rose. Nie mam pojęcia, jak sobie radzi z tuszem do rzęs, podkładem i korektorem, bo tych kosmetyków nie używam. Za to daje sobie dobrze radę z rozświetlaczem na policzkach. W skrócie na codzienne potrzeby jest okej, ale nie do końca robi to, co jest napisane na opakowaniu. To i tak nie jest jego największą wadą. Ma strasznie rzadką konsystencję, przez co jest mniej wydajny i trudno wylać odpowiednią ilość, żeby starczyło na twarz lub nie było za dużo. Oprócz tego lubi się wylewać przy otwieraniu.
Czyli znowu kosmetyk, który ląduje na półkę "awaryjne", jak będę musiała kupię ponownie.

Cena: ok. 13 zł
Pojemność: 150 ml

Chętnie przyjmę rady, co poprawić, co jeszcze zawrzeć w tego typu postach. :D To na pewno nie będzie ostatni wpis z tej serii.