Brawurowa, wciągająca, ale... - recenzja "Wyjęci spod prawa Scarlett i Browne" Jonathan Stroud


Cześć!

Planowałam tę recenzję wstawić kilka dni wcześniej, ale miałam ciekawy tydzień. Zostałam całkiem sama w domu z psem, a niestety okazuje się, że potrzebowałam w tygodniu opieki. Jestem pierdołą i codziennie coś odwaliłam. Zaczęło się od zostawienia torby w pociągu (odzyskana), wyrwania gniazdka i skończy się na utopieniu telefonu w toalecie. Planowałam w tym roku zmienić sobie telefon, ale dopiero za 2 miesiące. Teraz zrobię to szybciej, bo po prostu ma wodę pod przednim aparatem i trochę wariuje. Sobota jak na razie jest spokojna, ale jeszcze nie zaczęłam czytać książek w ramach maratonu, który trwa przez ten weekend. Możecie dołączyć do niego w dowolnym momencie tego weekendu — dajcie znać na Instagramie i Was dodam.

[Współpraca z Wydawnictwem Poradnia K]

Tytuł: Wyjęci spod prawa Scarlett i Browne
Seria: Scarlett i Browne
Autor: Jonathan Stroud
Tłumacz: Wojciech Szypuła
Wydawnictwo: Poradnia K
Liczba stron: 396
Data wydania: 27 września 2023 

Scarlett McCain samotnie wędruje po niebezpiecznym świecie i sama jest niebezpieczna. W zniszczonym autobusie pełnym trupów spotyka chłopaka — Alberta Browne'a, który jest cóż... Jest uroczą pierdołą, która sama zginęłaby w tym okrutnym świecie.  Jego celem jest dotarcie do Wolnych Wysp, dlatego zawiera umowę ze Scarlett. Razem muszą uciec od swoich problemów i konsekwencji swoich dokonań. Książka pełna nielegalnych działań, ale również świetnego poczucia humoru. 

"Wyjęci spod prawa Scarlett i Browne" to naprawdę fajna książka młodzieżowa. Nie jest to książka idealna, którą pokochałam całym sercem, ale z pewnością warto zwrócić na nią uwagę.  Określiłabym ją jako +14, ponieważ występują w niej sceny przemocy, ale nie są jakoś szczegółowo i mocno opisane. Cóż, właściwie życia Scarlett opiera się na brawurze, łamaniu prawa i czasem zabijaniu. W przypadku Alberta jest inaczej. Bohater sprawia wrażenie, jakby sam nie przeżył w tym świecie kilku minut, ale skrywa tajemnicę. 

Fabuła pełna brawury

Fabuła jest po prostu super! Lubię książki, w których bohaterowie podróżują, a jednocześnie muszą się nawzajem poznać. Zawsze jest to ciekawe. Bohaterowie spotykają się przypadkiem — ona wyciąga go z wraku autobusu, w którym jest jedynym żywym człowiekiem. On z kolei jest wystraszony, nie wie, co się dzieje. Tutaj zaczyna się przygoda, która polega na wspólnej ucieczce. Pomyłki Alberta są zabawne, chociaż zbliżają bohaterów do niebezpieczeństwa. Przygody bohaterów są naprawdę brawurowe, a pewność siebie Scarlett po prostu dominuje i nadaje tempa wszystkiemu. Akcja biegnie szybko, a także ma zaskakujące zwroty akcji. No dobra, na pewno jeden zwrot akcji mnie zaskoczył, co i tak uważam za sukces w książkach. Nie zmienia to faktu, że jest kilka momentów, które zmuszają bohaterów do zmiany swoich planów.

W tej historii pojawia się motyw found family używam angielskiego zwrotu, bo wydaje mi się, że więcej osób nim się posługuje i polskiego odpowiednika nikt nie zna. Nie tylko Scarlett i Browne z czasem stają się dla siebie rodziną, ale na ich drodze pojawia się też Stary Joe i jego wnuczka Ettie. Niby ich planem jest dotarcie do Londyńskiej Laguny, gdzie każdy pójdzie w swoją stronę, ale w trakcie tej podróży zaczynają się ze sobą zżywać.

Klimat — inny niż się spodziewałam

Opis książki dał mi wrażenie, że klimat tej książki będzie mroczniejszy. Może to kwestia doboru słów, może to, że wciąż mam w głowie Lockwood i sp., a może to kwestia moich skojarzeń z książkami postapokaliptycznymi. Tutaj jest po prostu niebezpiecznie i brawurowo, a bohaterowie ciągle przed czymś uciekają. Dużo strzelanin, mało potworów. Są ruiny, są bezpieczne miasta, czyli bardzo dobrze znany motyw, w którym poza miastem czeka cię śmierć. 
Na ten klimat wpływają też relacje bohaterów — sprawiają, że książka jest przyjemniejsza i cieplejsza. Bohaterowie są niemalże skrajnie różni, ale ich relacje nie są one wymuszone. Są ciekawą mieszaniną wzajemnej troski, próby zrozumienia, tajemnic i humoru. Humor tutaj miesza się z ironią, a czasem jest nawet czarny, co bardzo lubię. Narracja jest trzecioosobowa, ale możemy wniknąć w głąb umysłu postaci i poznać ich najskrytsze myśli. Ich myśli są nietuzinkowe — zawsze wynikają i pasują do obecnej sytuacji bohaterów, ale bywają nie na miejscu. W moich oczach to sprawia, że bohaterowie są naturalni i żywi. 

Świat Scarlett i Browne'a — ciekawy, ale nierozbudowany

Wielka Brytania w tej historii jest podzielona na siedem osobnych królestw. Taki podział powstał po serii kataklizmów, o których czytelnik się nie dowiaduje szczegółowo. Wiadomo natomiast, jak ludzie funkcjonują — żyją w miastach, które są jednym bezpiecznym miejscem. Poza nimi grasują Skażeni, czyli kanibale, a także zmutowane zwierzęta. Władze nad wszystkim pełną Domy Wiary, które prócz tego dbają o czystość genetyczną — każdy, kto chociaż trochę odbiega od przyjętej normy, zostaje wygnany poza miasto, gdzie czeka go śmierć. Tyle właściwie wiem, bo nie zostało to tak dokładnie opisane. W notatkach mam zapisane jakieś "Wielkie Umieranie" i "Wojny Graniczne", ale po przeczytaniu już o nich nie pamiętałam. Prawdopodobnie pojawiła się o nich tylko jedna, może dwie wzmianki o nich, które nie były rozbudowane, dlatego uleciało mi to z pamięci. 

Potencjał tego świata nie został w pełni wykorzystany, przez co czuję ogromny niedosyt. Głównie to wpływa na niższą ocenę. Przede wszystkim po przeczytaniu książki dalej nie wiem, jakie kataklizmy spotkały to państwo i dlaczego zdecydowano się na podział na siedem królestw. Podobnie ze Skażonymi — mniej więcej wiem, czym są, ale czy to byli kiedyś ludzie? Jeśli tak, to dlaczego tak wyglądają i dlaczego nie zachowują się na ludzie? O Domach Wiary zyskałam mgliste pojęcie na sam koniec, ale nie zaspokoiło to mojej ciekawości. Chciałabym dokładniej poznać ich funkcję w społeczeństwie i sposób, w jaki sprawują władzę. Brak przybliżenia tej funkcji sprawia, że antagoniście są niewyraźni. Są źli, bo są źli i są elementem Domu Wiary, ale poza tym nie ma tutaj opowiedzianej ich historii. 

Oprócz tego świat nie ogranicza się do dystopii (myślę, że ta postapokaliptyczna wizja już się pod to łapie), ale też część bohaterów wykazuje zdolności psioniczne. Jest rozwinięte tylko w kontekście jednej postaci, ale nie ma wyjaśnionej ich genezy. Sposób budowy świata jest właśnie dystopijny, ale nie mam pewności, czy jest to na pewno dystopia — bunt przeciwko władzy w tej serii pojawia się jako jednostkowy. Być może w kolejnych częściach się to zmieni, ale zobaczymy.

Kim są Scarlett i Browne?

Bardzo spodobała mi się kreacja bohaterów. Scarlett i Albert świetnie się dopełniają, to jeden z tych duetów, o których nie umiem pisać inaczej niż razem. Ona pomaga mu zyskać pewność siebie i uwierzyć w swoje możliwości. Albert z kolei sprawia, że Scarlett się wycisza nie tylko w trakcie medytacji, ale po prostu jest bardziej ostrożna. Jej brawura jest mniejsza. 

Postać Alberta była dla mnie lekkim zaskoczeniem. Po opisie, tytule i okładce spodziewałam się, że Browne również będzie odważny i taki "hej do przodu". Jest dużo inaczej. W pierwszej chwili człowiek ma wrażenie, że jest to taka ciapa, miękka klucha, która nie powinna się znaleźć w tak niebezpiecznym i okrutnym świecie. Na całe szczęścia Albert ma swoją tajemnicę, która przede wszystkim czyni go wyjątkowym, ale też sprawia, że nie jest tak bezbronną istotą. Dość szybko wychodzi to na jaw i urozmaica historię, ale nie będę o tym się rozpisywać, żeby nie spoilerować. Samo poprowadzenie tego wątku uważam za satysfakcjonujące — wystarczająco rozwinięte, aby czytelnik nie czuł, że czegoś brakuje, a jednocześnie zadawałam sobie pytanie "dlaczego?".

Scarlett mówi, że nie opowie o swojej przeszłości, a jednocześnie widać, jak ogromny ślad na niej odcisnęła. Coś niesamowitego! Bardzo mnie to przyciągało do czytania, zostało w pamięci i przede wszystkim zachęca do czytania dalej. Lubię taką aurę tajemniczości. Chcę podkreślić i docenić, że to zostało po prostu dobrze zrobione. Nie ma poczucie, ze Scarlett istnieje tu i teraz, nie ma własnej historii. Jest taki zdrowy niedosyt — chcesz wiedzieć więcej, bo widzisz, jak to oddziałuje na bohatera po takim czasie. Ogromny plus!

Tej historii naprawdę dużo dały postaci drugoplanowe — Stary Joe oraz jego wnuczka Ettie. Całą czwórkę połączyła niesamowita relacja, niemalże rodzinne. Różnice między bohaterami są ogromne — mają zupełnie inne podejście do życia. Dwójka głównych bohaterów jest żądna przygód, a Stary Joe pragnie spokoju. Albertowi łatwiej jest się zbliżyć do niego, gorzej ze Scarlett. Ettie jest dla niego oczkiem w głowie. Z czasem każdy z bohaterów otacza ją opieką i tworzą po prostu rodzinę. 


Wyjęci spod prawa Scarlett i Browne to naprawdę fajna młodzieżówka. Dobrze się ją czytało, wciągała i zaciekawiła swoim światem na tyle, abym chciała poznać dalsze przygody bohaterów. Świat w tej historii nie został tak rozbudowany, jak bym oczekiwała po książce w klimatach postapo. Nie wpłynęło to na odbiór tej części, tylko zostawiło mnie z niedosytem. Wiem jednak, że jeśli nie poznam odpowiedzi na te pytania w drugim tomie albo przynajmniej częściowo nie zostanie to przybliżone, to będę niezadowolona. Kończę tę recenzję kilka dni po przeczytaniu i myślę, że to powinno wybrzmieć — w tym momencie czuję dużo więcej pozytywnych emocji po przeczytaniu i najsilniejsze są te pozytywne wrażenia, więc naprawdę jest dobrze. Jest we mnie dużo ciekawości, jak to dalej się potoczy i czego nowego się dowiem.

Najlepszą herbatę wypijesz po śmierci - Recenzja "Pod szepczącymi drzwiami" TJ Klune


Cześć!

Powracam do życia po obronie. Dojście do siebie naprawdę zajęło mi kilka dni, ale teraz faktycznie czuję się zmotywowana do działania. Myślę, jak to rozwiązać, aby mieć napisany wpisy na zapas, bo zawsze ciężko z tym u mnie. Nie wiem, czy o tym pisałam, ale znowu jestem na etapie pewnych zmian w treściach. Po prostu po eksperymentach zobaczyłam, które treści sprawiają mi samej przyjemność i tego chcę się trzymać. Na razie zaczynam od nadrobienia recenzji ze współprac. W międzyczasie postaram się dodawać też inne wpisy, aby nie było zbyt monotonnie. Muszę przejrzeć moje pomysły i rozpoczęte wpisy, bo wiem, że mam tak trochę fajnych rzeczy i chciałabym je w końcu zrealizować. 

Przede wszystkim dziękuję wydawnictwu Muza za możliwość współpracy, ale również przepraszam za taką zwłokę z publikacją recenzji. 

[Post sponsorowany — współpraca z wydawnictwem Muza]

Tytuł: Pod szepczącymi drzwiami 
Oryginalny tytuł: Under the Whispering Door
Autor: TJ Klune
Tłumacz: Arkadiusz Nakoniecznik 
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 382

Pod szepczącymi drzwiami  to nie jest książka, po jaką zwykle sięgam. Była dla mnie czymś nowym, czymś innym, co bardzo mi się spodobało. Nie do końca wiem, jaką formę przybierze ta recenzja, bo trudno mi się ustrukturyzować w mojej głowie. Dodatkowo nie pomaga fakt, że już minęły 2 tygodnie od jej przeczytania, a ja czytałam ją ponad miesiąc. Mam spisane wrażenia i przemyślenia, ale nie wiem, jak je ubrać w słowa i jak je odpowiednio uporządkować. 

Spokój 

Myśląc o tej książce, czuję taki wszechogarniający spokój. Inaczej nie umiem tego opisać, ale trochę o tym jest ta książka. Jest to dążeniu do osiągnięcia spokoju i o akceptacji. Akceptacji własnej śmierci. Wallace, główny bohater, umiera już w pierwszym rozdziale. Przez ten pierwszy rozdział możemy go poznać takim, jakim był za życia. Nie ma cenzuralnych słów, które wystarczająco dobrze opisują, jaki był. Mogę to ująć w jednym brzydkim słowie, ale dziś to sobie odpuszczę. Wallace był egoistą, sknerą i człowiekiem, który żył dla zarabiania pieniędzy. Nic poza pracą nie liczyło się dla niego. Inni ludzie to tylko maszynki, które pozwalają mu się bogacić, a jak popełnią najmniejszy błąd, to należy się ich pozbyć, nie patrząc na nic. Poznajemy go, kiedy zwalnia swoją wieloletnią pracownicę. Generalnie, jest to współczesna wersja Ebenezera Scrooge'a z "Opowieści wigilijnej", ale ich historia jest diametralnie różna. A później umiera. W jego przypadku śmierć to moment zwrotny. Na początku jej nie akceptuje. Nie wierzy, że umarł. Kiedy zaakceptował, pragnie powrócić i pragnie żyć dalej. 

Akceptacja

Akceptacja swojej własnej śmierci nie przyszła sama. Tutaj jest pora, aby wyjaśnić, jak autor przedstawił to, co jest po śmierci. Określenie życie po śmierci nie pasuje mi do tego stanu, który został przedstawiony w książce. Odczuwam to jako etap pośredni między życiem ziemskim a życiem po śmierci. 
W tej książce po śmierci przychodzi żniwiarz, który zabiera duszę. Z niektórymi jest prościej, z innymi ciężej. Następnie Żniwiarz prowadzi zmarłego do przewodnika, który pomaga w przeprawie. W ten sposób Wallace trafia do Przeprawy Charona. Urokliwej kawiarni pośrodku niczego, która z wierzchu wygląda jak zlepiona z różnych, niepasujących do siebie budynków. Przyprowadza go tam Mei — pełna energii, młoda Żniwiarka. Właściwa osoba na właściwym stanowisku — jest cierpliwa wobec udręczonych i zszokowanych dusz, tłumaczy tyle, ile może powiedzieć, ale jednocześnie potrafi być stanowcza. Przewodnikiem, do którego trafia Wallace, jest Hugo — człowiek bardzo spokojny, pełen empatii, współczucia i zrozumienia. Co najważniejsze, ogromny miłośnik herbaty i jej znawca. Po prostu nie można trafić pod lepsze skrzydła!

Herbata

Przeprawa Charona to klimatyczne miejsce. Czuć w nim rodzinną atmosferę. Każdy z klientów jest znany i lubi wracać w to miejsce. Z kolei zmarłe dusze witane są herbatą — zawsze idealnie dopasowaną do danej osoby. Następnie ich czas mija na rozmowach z Hugo, z Mei oraz Nelsonem. Umożliwia to inne spojrzenie na własne życie i oswojenie z tym, że to już koniec. Chociaż koniec to za dużo powiedziane. Nie ma tam końca, jest przejście — drzwi na suficie, zza których słychać szepty. Kiedy zmarły jest gotowy, przechodzi dalej. Czas, który można spędzić w Przeprawie, nie zawsze bywa spokojny. Wszystko zależy od zmarłego. Jednym akceptacja przyjdzie szybko, innym stosunkowo wolno i będą się zmagać z trudnymi emocjami. Jeden dość szybko przejdzie dalej, inny będzie potrzebował więcej czasu. 
Taka wizja czasu po śmierci bardzo mi się podoba. Jest spokojnie, jest czas na rozmyślania. Nie jest strasznie w żaden sposób. Znaczy, może trochę, jeśli chcesz się oddalić od Przeprawy Charona, ale tak poza tym to jest cisza, spokój i herbata. 

Zmiany

Właśnie to miejsce i ci ludzie — Hugo, Mei i Nelson — są przyczyną zmian, które zaszły w głównym bohaterze. Wallace z początku wydaje się przypadkiem beznadziejnym, któremu nic nie pomoże. Jednak po pewnym czasie, przychodzi coś więcej niż akceptacja swojej śmierci. Przypomina sobie swoje życia, zaczyna rozumieć, co go ukształtowało i w jakich momentach popełnił największe błędy. Doznał pierwszy raz czułości i wsparcia od ludzi. Obserwowanie jego zmiany było świetne, lubię taki rozwój postaci i ukazanie całego procesu. Po pierwszy stronach poczułam, że ja się z tym bohaterem nie polubię. Jednak później wszystko się zmienia — on sam zaczyna się troszczyć o innych, nawet jeżeli ich nie zna. Zaczyna pomagać innym, wspierać i chce po prostu, aby im było lżej. O tej zmianie trzeba samemu przeczytać i zobaczyć to na własne oczy. 

Miłość

Najbardziej w tej książce zaskoczyła mnie obecność wątku romantycznego. Zupełnie się go nie spodziewałam. Relacja romantyczna rozwija się naprawdę powoli, na początku trudno w ogóle zauważyć, że to idzie w tę stronę. Jednak idzie, o czym czyta się bardzo przyjemnie. Bohaterowie zaczynają pałać do siebie uczuciem po wielu szczerych rozmowach. Naprawdę, bardzo dobrze się czyta o związku, który rozpoczyna się w taki sposób. Sam w sobie jest on dość nietypowy. Jedyne co wzbudziło moją konsternację, to różnica wieku między bohaterami. Chociaż może ona nie być aż taka duża, jak w mojej w głowie — niestety moje wyobrażenia na temat postaci na podstawie ich imienia potrafią być silniejsze niż ich opisy w książkach. Wydaje mi się, że dokładnie opowiedzenie o nim będzie zbyt dużym spoilerem, więc na tym zakończę ten wątek.

Pod szepczącymi drzwiami to książka, którą warto sięgnąć. Jest dość nietypowa, ale z pewnością pozostawi coś po sobie. Nie jest w żaden sposób moralizatorka, ale daje czas na przemyślenia. Pozwala zwolnić, zastanowić się i ukoić. Można znaleźć w niej kilka złotych myśli, ale nie jest ona nimi przeładowana. To mnie właśnie zaskoczyło, bo myślałam, że będzie tutaj więcej pojedynczych cytatów, które można zaznaczyć (spotkałam się raz taką książką, że fabularnie było średnio, styl bardzo surowy, ale jednocześnie była przeładowana takimi złotymi myślami).
Ogólnie — ta książka jest faktycznie dobra dla fanów Dobrego miejsca! Przypadkiem wyszło tak, że w podobnym czasie oglądałam ten serial i czytałam książkę. Takie doświadczenie było świetne — zderzały się ze sobą dwie różne wizje tego, co po śmierci. Dwie różne budowy wszechświata. 

Poniższy widget jest afilacją - jeśli zakupicie książkę, klikając w niego, to dostanę prowizję.

Syndrom drugiego tomu? - recenzja "This wicked fate. Przeklęte przeznaczenie" Kalynn Bayron

Hejo!
Powiem szczerze, że miałam naprawdę intensywny miesiąc, ale jestem bardzo zadowolona. Przede wszystkim łączenie aktywności na blogu i studiów - wyszło świetnie. Dawno nie miałam takiej regularności, ale również mam sama z siebie dużo radości z pisania i dyskusji z Wami. Teraz pewnie będzie tydzień bez wpisu, chyba że uda mi się napisać wpis z serii "Krótko o..." i zaplanować, bo majówkę spędzam w Poznaniu. Na pewno będą zdjęcia!
W styczniu dodałam recenzję This poison heart. Zatrute serce, które mnie zachwyciło. Klimat tej części był niesamowity i kojarzył mi się z Wednesday

[Materiał reklamowy - współpraca z Moondrive]

Tytuł: This wicked fate. Przeklęte przeznaczenie
Seria: This poison heart #2
Autorka: Kalynn Bayron
Tłumaczka: Alka Konieczka
Strony: 318 
Moja ocena: 7,5


Ogólnie ubolewam nad tym, że This poison heart jest jeszcze tak mało znane, przynajmniej sugerując się LubimyCzytać. Chociaż młodzież teraz woli używać GoodReads, to może też dlatego. Pierwsza część mnie naprawdę mocno zachwyciła i uważam, że to jest jedna z lepszych młodzieżówek, jakie ostatnio wyszły. Tak mi się spodobała, że wcisnęłam ją siostrze do czytania, ale chyba zrobi to dopiero w wakacje, bo ma swoje książki. 
Bardzo nie mogłam się doczekać drugiej części tej historii i miałam do niej duże oczekiwania. Moment, w którym pierwszy raz zobaczyłam grzbiet tej książki, mnie zaniepokoił — druga część jest cieńsza i krótsza, a moje oczekiwania ogromne.

Oczekiwania vs. rzeczywistość 

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie chcę w tej recenzji poruszyć, są moje oczekiwania. Tak będzie uczciwie, bo miałam bardzo silne oczekiwania względem tej książki i jej fabułę wyobrażałam sobie zupełnie inaczej. 
Przede wszystkim sądziłam, że Briseis musi odszukać jeszcze cztery części serca Apsyrtosa, skoro już dwie ma, przez co również logiczne było dla mnie, że znacznie więcej będzie tutaj podróży. Ogólnie jeśli miałabym zobrazować jakąś książką, to spodziewałam się czegoś podobnego do drugiej części przygód Percy'ego Jacksona, Morze Potworów. Oczekiwałam, że bohaterowie wyruszą w podróż, jak najszybciej, czyli w ciągu pierwszych 50 stron książki, w nie całe cztery zwiedzą sporą część świata, szukając pozostałych części serca. Co się okazało? Do odnalezienia pozostała tylko jedna część serca Apsyrtosa, która znajduje się na zaginionej wyspie Ajai. Większość książki to są przygotowania do wyprawy, a dopiero druga połowa to te właściwe poszukiwania. 

Trochę wpłynęło to na mój odbiór, bo oczekiwałam znacznie więcej akcji, a tutaj było dość spokojnie. Jednak można było się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy i szczegółów dla historii. Również postaci epizodyczne, które się pojawiają w tej części, niesamowicie wzbogacają historię. Czytelnik ma szansę poznać wiele ciekawych szczegółów i innych obraz mitologii. Nie jestem pewna na tyle, ile autorka bawiła się mitologią i dostosowała ją do potrzeb swojej powieści, ale niemniej jest to bardzo ciekawe. Nie mam wystarczającej wiedzy, aby móc to weryfikować, ale też nie widzę sensu w tym, bo targetem są nastolatkowie i nie każdy 

Znane schematy w nowym wydaniu 

Moje skojarzenie z Morzem potworów nasunęło mi tutaj jeszcze jeden wniosek, który moim zdaniem jest pozytywny. Przeklęte przeznaczenie wykorzystuje popularne schematy, ale jednak wnosi coś świeżego. 

Przede wszystkim motyw podróży związanej z mitologią. Mamy przedstawione w miarę dokładnie szczegóły przygotowań, ale bez zbędnych i nudnych szczegółów. Widać, że zależy im na przygotowaniu merytorycznym i gotowości na niemalże każdą okazję. Starają się wszystko zorganizować maksymalnie legalnie, aby to wyszło. Rzadko kiedy w książkach dla młodzieży jest tak dobrze opisane. Bohaterki przygotowywały się przede wszystkim merytorycznie, musiały odnaleźć wyspę, a do tego prowadziły wskazówki z mitologii, które były zupełnie zapomniane. Co więcej, okazało się, że część bohaterek z rodziny Colchis miało jakieś informacje na ten temat, ale były błędne i trzeba było je korygować. 
Innym znanym schematy jest śmiertelna nastolatka w relacji romantycznej z osobą o nadnaturalnych zdolnościach, która ma kilkaset lat i jest nieśmiertelna. Bardzo dobrze to znamy ze Zmierzchu  czy Krwi i popiołu. Tutaj jest to o tyle świeże, że jest to romans dwóch dziewczyn. Co mi się tutaj podoba to to, że Marie zachowuje się jak zwykła, nieco zbuntowana, ale zwyczajna nastolatka. Jedyne co ją odróżnia to większa skłonność do zamartwiania się, która wynika z jej doświadczenia życiowego i doznanych strat przez tyle. W przeciwieństwie do wcześniejszych przytoczonych przeze mnie relacji nie zauważyłam tutaj żadnych toksycznych zachowań, jakie mogą się pojawiać w takich sytuacjach (Edward i jego chorobliwa troskliwość czy właśnie Hawke).

Mniej emocji 

Kwestia emocji jest bardzo subiektywna. Ja mam poczucie, że warstwa emocjonalna w tej części wypada słabiej niż pierwszym tomie. Nie wzbudziła we mnie aż tylu emocji. Czytałam z ciekawością, ale dopiero samą końcówkę chłonęłam z zapartym tchem i nie mogłam się oderwać. Być może to kwestia tego, że nie miałam czasu na czytanie i czytałam tę książkę w niewielkich fragmentach z dość długimi przerwami. 


[Uwaga w poniższym akapicie znajduje się spoiler do pierwszej części, pod zdjęciem dalsza część bez spoilerów]


Wątek śmierci matki głównej bohaterki nie wzbudzał aż tak wielu emocji. Z jednej strony to rozumiem, bo skoro Bri dążyła do odzyskania Mamy, to etap żałoby jeszcze nie mógł nadejść — wciąż wierzyła, że ją odzyska. Zabrakło mi tutaj większej ilości scen z Mo i wzajemnego wsparcia. W końcu jedną z rzeczy, za które tak pokochałam tę serię, to właśnie te ciepłe relacje matek z córką. Dużo większa uwaga była skierowana relację Briseis z Circe, czyli siostrą biologicznej mamy dziewczyny. Jest to relacja z początku dość dziwna, nieco formalna — nic dziwnego, skoro Circe powinna nie żyć. Mimo tego jest ona opisana ciekawie, obie bohaterki przełamują lody i chcą się poznać. Jednocześnie dbając o zrozpaczoną Mo, co uważam za bardzo dobre. 

[Koniec spoileru] 

Za mało stron, aby docenić bohaterów

To punkt tej recenzji, o którym najciężej jest mi pisać. Poprzednio bohaterów poznawało się przez ich relacje, a relacje Bri i jej mam są pełne ciepła i wzajemnie miłości. Nowe przyjaźnie Bri uskrzydlają ją i pozwalają się otworzyć na innych, ale też na swoją moc. Tych ważniejszych bohaterów jest sześcioro i przy niecałych 400 stronach to zdało egzamin. Można było ich poznać, polubić i docenić. 
W tej części pozostaje kilku starych bohaterów, ale dochodzą dwie nowe postaci oraz jedna wysuwa się na pierwszy plan. Jednak mimo mniejszego znaczenia części postaci z poprzedniego tomu, to jednak czuć, że się zrobiło tłoczno. Ta część ma 320 stron i czuję, że ta długość sprawiła, że bohaterzy zostali zaniedbani. Jak myślę o postaciach, które dopiero teraz poznajemy — Circe, Persephone i właściwie Nyx, która tutaj odgrywa większą rolę, to ich kreacja jest okej. Jest to wystarczające, zaciekawia czytelnika i nie czuć niedosytu. Jednak starzy bohaterowie na tym ucierpieli. Przede wszystkim Bri i jej mamy — w tej sytuacji można było przedstawić więcej rzeczy związanych, które ukazywałyby siłę i moc ich relacji. 
Czuję też, że Bri w tej części była bardziej obserwatorem. To też nie jest coś, do czego jestem przyzwyczajona. Jej rola była istotna w wyprawie i koniec końców bez nie można było tego osiągnąć, ale to nie ona byłą mózgiem tej wyprawy. Brała udział w rozmowach, a w planowaniu, ale tak właściwie nie ona decydowała i bardziej właśnie była szarym członkiem. Również jest to nietypowe, aby głównej bohater nie był przywódcą, jednak jest to logiczne w tej sytuacji. Bri jest najmłodsza, a większość członków wyprawy jest nieśmiertelna. Ciekawi mnie, czy to jest nowy trend, gdzie główna bohaterka, to nie superbohaterka, która sama sobie radzi ze wszystkim, ale osoba, która wie, z czym sobie poradzi. 

This wicked fate. Przeklęte przeznaczenie to bardzo dobra kontynuacja, chociaż wyczuwam w niej syndrom drugiego tomu. Miałam do niej inne oczekiwania, ale nie czuję się w żaden sposób zawiedziona. Ilość ciekawostek i nawiązań mitologicznych mnie zadowoliła, ale to jest kolejna książka, która jest dla mnie za krótka. Chciałabym, aby poszczególne etapy podróży poza przygotowaniem do niej były bardziej opisane, a zwłaszcza wydarzenia z wyspy. Jednak mam cały czas na uwadze, że jest to książka skierowana do młodzieży, skąd mogą wynikać te bardziej ogólne opisy. W porównaniu do pierwszej części wypada w moich oczach nieco gorzej. Widzę, że parę rzeczy mogłoby być bardziej rozwiniętych, co wywołałoby we mnie więcej emocji.

Jeśli chodzi o całą serię, to niezmiernie ją polecam. Moje ocena jednak wynika z tego, że miałam dość mocne oczekiwania względem tej części i jakieś wyobrażenie, ale także z tego, że jednak jest nieco dojrzalszym czytelnik, niż byłam. Akurat ta dojrzałość czytelnicza to sprawa dla mnie dość świeża i wydaje mi się, że to się nagle zarysowało w ciągu ostatnich tygodni. Z pewnością nastolatki powinny sprawdzić na sobie, czy im się ta seria spodoba.

Książka, która zatrzymała się w czasie - recenzja "Darkfever" Karen Marie Moning



Cześć!
Kalendarz jakoś nie jest moim przyjacielem w ciągu ostatnich dni. Naprawdę, zupełnie się pogubiłam w datach i gdybym popatrzyła w kalendarz, to na spokojnie dokończyłabym i opublikowała ten wpis wczoraj. Planowo miał być weekend, a potem chciałam przełożyć na czwartek, bo nie spojrzałam w kalendarz. Jak mnie oświeciło, jaki mamy dzień tygodnia i jaką datę, to w końcu wyszło tak, że harmonogram postów nie jest zaburzony. Tym razem naprawdę mi na tym zależało. Może nie wyjdzie idealnie tak, jak chciałam, bo weekend mnie zaskoczył, ale jest dobrze. Kolejnym wpisem bardzo się jaram i jest w pewien sposób dla mnie ważny, dlatego nie mogę się doczekać publikacji!

[Materiał reklamowy - współpraca z wydawnictwem You&YA]

Tytuł: Darkfever
Autorka: Karen Marie Moning
Tłumaczka: Agnieszka Bonisławska
Wydawnictwo: You&YA 
Data wydania: 12 kwietnia 2023 r.
Liczba stron: 320
Moja ocena: 6/10
Sugerowany wiek: +18
TW: śmierć, przemoc (seksualna, psychiczna, fizyczna), trauma

MacKayla dostaje wstrząsającą wiadomość - jej siostra została zamordowana. Śledztwo szybko zostaje umorzone, a gdy MacKayla odsłuchuje ostatnią wiadmość pozostawioną przez siostrę na poczcie głosowej, decysuje się pojechać do Dublina i zrobić wszystko, aby morderca jej siostry został ukarany. Nie spodziewa się jednak, że odkryje coś, co wywróci jej życie do góry nogami i zmieni całkowicie spostrzeganie świata. MacKayla jest sidhe-seer, widzącą fae, co stawia ją w ogromnym niebezpieczeństwie i jednocześnie jest jedyną możliwość, aby poznać tajemnicę śmierci siostry. Jedyne co musi zrobić to odnaleźć najbardziej pożądanej i niebezpiecznej księgi, jaka istnieje na świecie.

Na przeczytanie i zrecenzowanie Darkfever zdecydowałam się, dlatego że jest to urban fantasy z elfami. No dobra, bardziej zachęciły mnie fae niż urban fantasy. Poza jest to wznowienie, więc od razu nastawiłam się nieco lepiej i pozytywniej, bo skoro wznawiają, to powinno być naprawdę dobrze? Niestety, w moim przypadku nie ma miłości, jest zaciekawienie, ale również wiele innych emocji. 
Początkowo nie mogłam się wczuć tę książkę. Jednego dnia przeczytałam prolog i odłożyłam. Zajęłam się dwoma innymi książkami i przeczytałam prolog znowu, i już przeszłam do dalszych rozdziałów. Miałam ogromny opór, aby zacząć to czytać, ponieważ prolog zasiał we mnie wątpliwość — ludzie, którzy są dla elfów niczym zabawka erotyczna. Jak dla mnie takie zabiegi fabularne są ryzykowne — ciężko je odpowiednio ograć, aby nie wyszły żenująco lub obrzydliwie. Później czytała, ale przez pierwszą połowę było po prostu nudno. Akcja nie zachęcała, mało się działo, a bohaterka również niewiele wiedziała. Dopiero moment, w którym Mac zaczęła działać razem z Jericho, akcja przyspieszyła, a ja byłam autentycznie zaciekawiona. Im bliżej końca, tym coraz bardziej mi się to podobało i chciałam wiedzieć więcej. Na tyle mnie to zachęciło, że raczej zdecyduję się na przeczytanie kolejnych części. 

Elfy przenikające do świata ludzi 

Równolegle do świata ludzi istnieją też inne wymiary oraz fae, które dzielą się na Seelie i Unseelie. Seelie są łagodniejsze wobec ludzi, co oznacza tyle, że nie zabijają ich od razu. Dla nich ludzie mają zastosowanie jak zabawka erotyczna jednokrotnego użytku. Unseelie z kolei zazdroszczą ludziom i zabijają ich na wymyślnie sposoby tak, aby móc skompensować sobie to, czego nie mają.
W tej części świetlistych fae nie było tak dużo. Seelie pojawiły się raptem dwa razy i ich pojawienia się nie oceniam dobrze. Pierwsze spotkanie wzbudziło we mnie nadzieję, że to może być naprawdę ciekawe. Jednak później cała fabuła pobiegła w zupełnie innym kierunku, co w sumie nie było takie złe. Wracając do samych scen spotkań, to zawiodła główna cecha charakterystyczna Seelie, czyli natychmiastowe wzbudzanie pożądania w ludziach. Mam wrażenie, że ten motyw powinien być na liście zakazanych do stosowania przez autorów bądź, zanim go zastosują, powinni napisać egzamin. Naprawdę bardzo łatwo go spieprzyć. Są jedyne sceny erotyczne, jakie pojawiają się w książce, jednak są moim zdaniem opisane niesmacznie. Szczególnie opis drugiego spotkania jest... Aż mi brakuje słów, po prostu przechodzą mnie ciarki żenady, jak pomyślę o tych opisach. Główna bohaterka nagle ściąga majtki, nawet sama nie wie kiedy, gdy w pobliżu wyczuwa fae. Opis kolejnych zdarzeń, które mają miejsce w muzeum, jest po prostu niesmaczny. Może to też kwestia, że jest wzmianka o obecności dziecka, które widzi całą scenę i to wzmacnia nieprzyjemny wydźwięk tej sceny. 
Zaciekawił mnie również wątek zapomnianych dzielnic. Jest sobie ulica i nagle znika. Nikt tego nie zauważa, każdy myśli, że wszystko jest, jak było. Co to ma wspólnego z plagą zaginięć w Dublinie? Jak dzielnica mogła stać zapomniana? Właściwie to ten wątek w całej historii zainteresował mnie najbardziej i dlatego sięgnę po kolejne tomy.

Narracja z perspektywy czasu

Jedną z zalet tej książki jest dla mnie narracja. Mamy do czynienia z pierwszoosobowym narratorem, który opowiada swoją historię z perspektywy czasu. Bardzo mi się ten zabieg podobał, mimo że lubię poznawać świat razem z bohaterami. Tutaj taka forma sprawdza się lepiej, ponieważ książka jest krótka i Mac nie ma wielu okazji, aby obcować z fae oraz poznawać ten świat. W ten sposób czytelnik można poznać wiele cennych informacji i odpowiedzi na część nurtujących pytań. Niekiedy wychodzi to dziwnie np. w scenie, gdy Mac po raz pierwszym spotyka księcia Seelie, podaje jego imię, zanim ten się przedstawi. 

Najsłabszy aspekt książki — bohaterowie

Bohaterowie to dla mnie jeden z najważniejszych aspektów książki. Jeśli ich polubię lub po prostu są dobrze napisani, to aż chce się czytać i książka mniej drażni. Nawet irytujące postaci bywają dobre albo mogą być po prostu dobrze napisane, ale są niestety książki, gdzie coś tak podstawowego zawodzi. 
Zacznę od bohaterów drugoplanowych, bo nie ma ich tutaj zbyt wielu. Ciężko jest nawet mówić o bohaterach drugoplanowych, bo wiele postaci pojawia się raz czy dwa. Te postaci nie mają osobowości, bo jakieś cechy charakteru posiadają. Jednak nie jest to w żaden sposób rozbudowane. Ich jedyny cel to napędzenie fabuły dalej. Jedynie Fiona, pracownica Jericho, pojawia się i ma jakiś lepiej zarysowany charakter. Jednocześnie o jej roli dla fabuły trudno mi cokolwiek powiedzieć. 

Główni bohaterowie nie ratują sytuacji. Może nie są postaciami zupełnie bez charakteru, ale ich charaktery są... Specyficzne, że tak odpowiem. Niestety mi to nie przypadło do gustu i mam sporo zastrzeżeń do ich kreacji. 

Zacznijmy od Mac, która jest na siłę wpychana w rolę głupiej blondynki, a jednocześnie jest  z niej wyciągana. Jest to połączenie równie dziwne, co irytujące. Mam wrażenie, że autorka wzorowała się na bohaterce Legalnej Blondynki, ale niestety nie wyszło. Opisy Mac, a szczególnie jej ubioru, przywodzą mi na myśl właśnie Legalną Blondynkę i Wredne dziewczyny. Pod tym względem autorka idealnie oddała styl głównej bohaterki! Z pewnością w tamtych czasach to, co nosiła Mac, było szczytem mody dla zamożnych nastolatek. Jeśli chodzi o sam charakter, to w sumie jest w porządku. To ten typ, który jest Zosią-samosią i najchętniej wszystko by robiła sama. Całkiem dobrze odnajduje się w nowej sytuacji, tutaj mam na myśli poznanie świata fae, a nie żałobę po siostrze. Czuję, że na żałobę przyjdzie dopiero później, kiedy Mac pozna prawdziwą przyczynę śmierci i jej mordercę. Jak nie może się z nią w pełni pożegnać, bo zrobi to dopiero, gdy poznać prawdę. Póki co motywuje ją chęć oddania czci i należytego pożegnania jej siostry. 

Drugim głównym bohaterem jest Jericho Barrons. Jest to postać, do której miałam naprawdę duże oczekiwania. Spodziewałam się, że będzie kimś jak Pan Gniewu z "Królestwa Nikczemnych". Niestety, na jego postaci bardzo się zawiodłam. Przede wszystkim Jericho Barrons to buc. Odkąd czytam książki, to nigdy nie spotkałam się z tak postacią, która byłaby aż tak bucowata. Jest to istny król buców. Jak dla mnie to słowo go najlepiej opisuje i najchętniej bym na tym skończyła, bo przez większość książki go nie lubiłam. Przede wszystkim drażniło mnie jego podejście do kobiet — jakby nadawały się tylko do zaspokajania jego potrzeb i to też niedługo. Również w stosunku do Mac nie jest okej — uważanie, że ktoś jest głupszy, bo lubi różowy? Mam świadomość, że to był powszechny stereotyp w tamtych czasach, ale teraz to się nie broni po prostu. Pod koniec książki zaczęłam zmieniać o nim zdanie, kiedy zaczął się zachowywać trochę bardziej ludzko i wyraził chęć współpracy z Mac. 

Jedyną relacją, jaką możemy poznać jest relacja między Mac a Jericho. To też jest jeden z mocniejszych aspektów tej powieści, bo właściwie nie ma tutaj wątku romantycznego. Bohaterowie na początku nie przepadają za sobą, dziewczyna najchętniej nie chciałaby mieć nic wspólnego z tym mężczyzną. Im bliżej koniec tym powoli przełamują lody i dopiero jakaś sympatia pojawia się na samym końcu. Jednak i tak nie widzę w ich relacji nic romantycznego. Nie zniosłabym tutaj nagłej wielkiej miłości, która jest niczym niepoparta. 

Źle się zestarzała

Darkfever to kolejna książka, która jest swoistym reliktem przeszłości. W 2006 roku dopiero uczyłam się czytać i obracałam się jedynie w bajkach, więc te czasy mogę kojarzyć jedynie z filmów. Nie mam pojęcia, jak została odebrana ta książka w tamtych czasach ani jaka atmosfera panowała wokół jej pierwszego wydania w Polsce. Jednak widzę, że po prostu tak książka źle się zestarzała i wiele scen jest ciężko obronić. Sama kreacja głównej bohaterki dużo o niej mówi — głupia blondynka, która musi pokazać, że blondynki nie są głupie. W tych czasach to by już nie przeszło. Podobnie cała ta otoczka tego towarzystwa Jericho — kobiety to tylko ozdoby mężczyzn, mają być cicho i się nie odzywać. Dla mnie jest to bardzo rażące i po prostu się z tym nie zgadzam. Czy może gdzieś faktycznie jeszcze tak jest? Pewnie tak, ale z pewnością nie powinno tak być i należy się temu sprzeciwiać. 

Gdyby nie to, że ta książka pod pewnymi względami jest nieaktualna, to pewnie bym dała jej wyższą ocenę. Być może kreacja bohaterów by mogła to uratować. Darkfever jest na tyle dobra, w jakim stopniu może być w moich oczach dobra książka fantasy, która ma ledwo ponad 320 stron. Jest to, w moich standardach książek z tego gatunku, bardzo krótka powieść. Co się przekłada na rozbudowanie świata — tu w sumie mogło być więcej, ale nie jest najgorzej. Liczyłam, że pojawi się więcej fae. Plusem tej książki jest obecność słownika pojęć na końcu książki, więc z łatwością można się zorientować, z czym mamy do czynienia. Dużo bardziej boli kreacja bohaterów oraz fakt, że połowa książki była dla mnie nudna i nie mogłam się nią zainteresować. Jednocześnie nie było to męczące, więc jest to jakiś plus. 
Na sam koniec książka mi się spodobałą, co nawet mnie samą zaskoczyło. Tyle wątpliwości, ten nudny początek i niemożność przekonania się, aby w ogóle wyjść poza prolog, i na sam koniec okazuje się, że jest ciekawie. No właśnie, na tyle końcówka mnie zachęciła, że sięgnę po kolejny tom. 


Mój rok z czytnikiem - czy warto kupić czytnik Inkbook Calypso Plus?

Cześć!

Dziś będzie wpis o moim największym książkowym ulubieńcu ubiegłego roku — czyli czytniku e-booków. Był to zakup, nad którym myślałam kilka miesięcy, a gdy już byłam pewna, że na pewno go kupię, to sam zakup wyszedł spontanicznie. Początkowo planowałam kupić go sobie po moich urodzinach jako prezent ode mnie dla mnie, ale w kwietniu weszłam na stronę InkBooka i zobaczyłam, że jest bardzo korzystna promocja. Nawet się nie zastanawiałam, tylko od razu kupiłam. 

Dlaczego wybrałam InkBooka? 

Rozważając zakup czytnika e-booków brałam pod uwagę produkty marki Inkbook i Pocketbook. Od razu odrzuciłam Kindle z dwóch powodów. Pierwszy to limit na Legimi - 10 książek w ciągu miesiąca to całkiem sporo, ale nie zawsze mam ochotę czytać i porzucam książki w trakcie czytania. Wolę mieć poczucie, że nic mnie nie ogranicza. Druga kwestia to po prostu fakt, że jest to produkt Amazona, a nie nie chcę wspierać tej firmy.
InkBook przewyższył Pocketbooka pod względem funkcjonalności Legimi. O obydwu widziałam dobre opinie w Internecie, ale na tym pierwszym ta aplikacja działa lepiej. Dodatkowo układ przycisków na boku urządzenia bardziej mnie przekonał. Model Inkbook Calypso Plus ma przyciski po bokach, co jest  bardzo wygodne w trakcie czytania.

Jakie są koszty?

Promocja, która mnie skłoniła do kupna, obejmowała zestaw czytnik Inkbook Calypso Plus i etui Yoga. Zestaw wyniósł mnie 529 złotych. Dodatkowo wybrałam Legimi za darmo przez 60 dni. 
Ceny do tej pory się nie zmieniły — sam ten sam model czytnika poza promocją kosztuje 549 złotych, a etui 79 złotych. W promocji zaoszczędziłam 99 złotych. 

Na taką promocję warto poczekać, bo bardziej opłaca się niż kupno samego czytnika. Etui jest praktycznie za darmo, a jeszcze jest zniżka na czytnik. 

Z pozostałych kosztów, jakie miałam, to abonament Empik Go, który kupiłam na początku kwietnia, oraz Empik Premium, który w tamtym momencie miałam od kilku miesięcy. Wliczam to, bo korzystałam z tego też po kupieniu czytnika. 

Nowa jakość czytania — zalety Inkbook Calypso Plus

Nie będę tutaj pisała o parametrach urządzenia, bo się na tym nie znam. Najważniejsze jest to, że urządzenie mi się sprawdza i kupiłabym je ponownie.

Jedną z bezwzględnych zalet tego urządzenia jest oszczędność pieniędzy. Koszt początkowy jest spory, ale zwraca się całkiem szybko. Czytając na czytniku w ramach abonamentu, mam dostęp do bardzo dużej ilości książek, dzięki temu czytam to, co mnie interesuje. Mogłam przeczytać wiele książek, które wydawały mi się ciekawe i okazywało się, że są dobre, ale tylko na jeden raz lub są nawet słabe. Były tylko trzy książki, które po przeczytaniu zdecydowałam się kupić, bo tak mi się spodobały. 

Czytnik zmienił mój komfort czytania. Jest to niewielkie urządzenie, które mogą wziąć w plecak i nie zajmuje dużo miejsca. Najważniejsze — znacznie wygodniej czyta mi się w pociągu. W ten sposób jestem w stanie czytać większość trasy dwa razy w tygodniu. Czasem też wygodniej jest mi czytać w łóżku z czytnikiem. Nie muszę się tak kręcić, aby znaleźć wygodną pozycję. 
Kolejna kwestia, która jest poniekąd z tym związana — nie muszę brać książek w podróż. To był dla mnie naprawdę duży problem, bo jeżdżąc na wakacje, czasem nie starczały mi dwie książki lub specjalnie brałam jakieś grubaski, aby mieć, co czytać w obie strony. Czytnik pozwala mi mieć dostęp do takiej ilości książek, jaką potrzebuję, a jednocześnie zajmuje bardzo mało miejsca.

Kolejna zaleta jest dość dziwna, ale czytnik pozwala mi na zaspokojenie potrzeby bezmyślnego scrollowania i gapienia się w ekran. Ostatnio jakoś z tego nie korzystam, ale przez pierwsze miesiące, jak złapałam się na bezmyślnym scrollowaniu, to brałam czytnik do ręki. Może warto do tego powrócić?

Jakie są wady? 

Nie widzę wielu wad w tym urządzeniu, naprawdę. Przez większość czasu używa mi się go naprawdę dobrze i przyjemnie. 
Na początku byłam w szoku, że działa tak wolno. Przyzwyczaiłam się, że dotykam ekranu w telefonie i działa praktycznie od razu. Tutaj należy dać mu więcej czasu na reakcję czasu na reakcję. 
Miałam jedną sytuację, gdy to urządzenie mnie zawiodło, której muszę wspomnieć. Jakoś w listopadzie zaciął mi się na amen. Nie reagował na nic — na dotykanie klawisza startu, na włączanie i wyłączanie, na podłączanie do ładowarki. Trwało to dobry tydzień, gdy ja nie wiedziałam, co zrobić i już byłam gotowa odsyłać go na gwarancję, ale coś mnie tknęło i podłączyłam do ładowarki, i zadziałał. Przez ten czas czytnik się całkiem rozładował i dzięki temu sam się zresetował. Nie wiem, co było przyczyną tego zacięcia — podejrzewam dwie rzeczy. Niską temperaturę lub/i nie podeszła mu jakaś aktualizacja. Od tamtej pory nie było żadnej takiej sytuacji, a urządzenie działa bez zarzutu. 
Inną wadą jest to, że po jakimś czasie nieco rozkleiło się etui. Dalej działa i spełnia swoją podstawową funkcję, ale nie wygląda już tak estetycznie.  Nie przeszkadza to w żaden sposób w użytkowaniu, ale zaznaczam, bo etui, które kosztuje prawie 80 zł, powinno przetrwać co najmniej rok bez zniszczeń. 

Ile zaoszczędziłam dzięki czytnikowi?

W moim przypadku zakup zwrócił się na początku lipca, a kupiłam go w połowie kwietnia. Wychodzi, że to jakieś 2,5 miesiąca, w trakcie których przeczytałam 16 książek wyłącznie na czytniku i jedną, którą czytałam w formie tradycyjnej i elektronicznej. Ceny książek liczę według cen okładkowych.

Moment zwrócenia się czytnika

Koszty: 648,97 zł
Oszczędności: 663,62 zł 
Oszczędności przez 60 dni darmowego Legimi: 349,23 zł 

Koniec 2022 roku 

Przez wakacje czytnik był mniej w użyciu, więcej czytałam książek papierowych. Łącznie od kwietnia do końca roku przeczytałam na czytniku 24 książki oraz było 5 książek, które posiadałam w wersji fizycznej i czytałam w obydwu formach. Ze wszystkich przeczytanych książek kupiłam tylko dwie, które najbardziej mi się spodobały. W drugiej połowie roku, czyli w okresie, w których zaczął mi się rok akademiczki, czytałam po prostu mniej. 

Koszty: 918,9 zł
Oszczędności: 961,19 zł

Za sam 2022 rok  wychodzę delikatnie na plusie — zaoszczędziłam nieco ponad 42 zł. Nie jest to duża liczba, ale biorę poprawkę na to, że to pierwszy rok z czytnik, gdzie jednym wydatków był czytnik, który stanowi blisko połowę kosztów, które poniosłam. 

Jak to wygląda w skali roku?

W styczniu czytnik był w użyciu na równi z książkami papierowymi. Czytałam na zmianę — jedna książka tradycyjna, jeden e-book. Od lutego już przerzuciłam się na zwykłe książki i przeczytałam jednego e-booka, ale chyba dwie książki czytałam zarówno na czytniku, jak i w papierze. Do tego momentu kupiłam 10 razy abonament Legimi. W tym momencie chyba znowu wracam do e-booków, a przynajmniej mam tam tak ciekawe tytuły, że chcę jak najszybciej przeczytać. 

Koszta: 1038,87 zł
Oszczędności: 1305,58 zł

Sumując, w ciągu roku korzystania z czytnik zaoszczędziłam 266,71 zł. Przeczytałam 30 książek, z czego 7 od początku 2023 roku, a 7 książek czytałam w obydwu formach. Jestem ciekawa, jak to będzie wyglądało w bieżącym roku, kiedy moim jedynym wydatkiem jest comiesięczna subskrypcja Legimi.

Czy polecam? 

Zdecydowanie! Czytnik działa bez zarzutu, pomijając to jedno nieszczęsne wydarzenie na jesieni. 
Po prostu ułatwia mi czytanie — jeśli nie chce mi się czytać w papierze, sięgam po czytnik. W pociągu również wygodniej jest mi korzystać z czytnika. Szczególnie dobrze sprawdza się w długich podróżach, dzięki czemu nie muszę brać ze sobą kilku książek, bo ciężko jest przewidzieć, ile się przeczyta. Nie ma też ryzyka, że wezmę za mało książek, bo dostęp do biblioteki Legimi mam cały czas. 
Poza tym czytnik ułatwiał mi naukę. Przesyłam sobie skrypty do ćwiczeń lub kolokwiów i czytałam je właśnie na nim, kiedy nie chciało mi się czytać w papierze lub nie miałam zupełnie chęci do tego. Myślę, że również sprawdziłby mi się w liceum, kiedy trzeba było czytać lektury. Na czytniku jest po prostu szybciej, szczególnie kiedy papier nie ciągnie do siebie aż tak jak ekran.

Powyższy widżet to afiliacja — jeśli przejdziecie przez niego do strony i zakupicie produkt, ja dostanę prowizję od jakiegoś zakupu. 

Mroczny świat snów - recenzja Nevermore "Kruk" Kelly Creagh

Cześć!

Dziś przychodzę z recenzję książki, o której już słyszałam w gimnazjum, ale nie byłam do niej przekonana i nie czyta. Przekonało mnie do tego mojego skojarzenie, bo skoro w Wednesday była Akademia Nevermore to tutaj pewnie też to Nevermore to szkoła, a opis przecież jest w porządku i ciekawy. Moje własne oczekiwania były zdecydowanie inne od tego, co dostałam. Poza tym jakoś lubię wracać do literatury, którą była popularna, kiedy byłam w gimnazjum. Lubię tamten okres w książkach, mimo że daleko mu ideału. Wznowienia kolejnych książek pozwalają mi nadrobienie powieści z tego ważnego czasu w moim w życiu, kiedy nie miałam takich możliwości, aby czytać wszystko, co bym chciała. Jedne książki z tamtych lat uważam za rewelacyjne, a inne źle się zestarzały. 

[Materiał reklamowy — recenzja we współpracy z wydawnictwem Jaguar]

Tytuł: Kruk
Seria: Nevermore
Autorka: Kelly Creagh
Tłumacz: Jacek Drewnowski
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 479
Moja ocena: 7/10

Kruk to książka, która jest idealnym przedstawicielem lat, w których została wydana. Zarówno pod względem fabuły, motywów, jak i (niestety) wad. Gdybym przeczytała tę książkę tych kilka lat wcześniej, oceniłabym ją wyżej, bo teraz zwracam uwagę na inne rzeczy. Jestem bardziej świadoma, nie tylko jako czytelnik, ale również i człowiek, dlatego część rzeczy budzi mój niepokój i uważam, że powinno się podkreślić, że takie rzeczy występują w książce. W później części recenzji napiszę, co dokładnie mam na myśli.  

Bardziej mroczny Disney niż Wednesday 

Skojarzenie z Wednesday było w dużej mierze mylne. Jedyne co ich łączy to Edgar Alan Poe, ale to również wygląda inaczej. W Kruku Edgar Alan Poe pojawia się jako... No właśnie, chcę napisać, że temat wypracowania głównych bohaterów, ale to za mało. Edgar Alan Poe to duch tej książki. To chyba najlepsze określenie, bo słowo motyw tutaj nie pasuje, Utwory, bo nie tylko autorka ogranicza się do wierszy, pojawiają się dość często, co jest bardzo fajnym urozmaiceniem. 
Całokształt klimatu tej książki to taki film czy serial Disneya dla nastolatków, ale w mrocznej wersji. Najbardziej kojarzyło mi się z Liceum Avalon, które uwielbiam do tej pory. Większość akcji jest powiązania ze szkołą, czyli typowym amerykańskim high school w stereotypowym wydaniu. Mamy sportowców i czirliderki, którzy są elitą szkoły. Mamy gotów, outsiderów, którzy nic złego nie robią, a są gnębieni. Można przymknąć na to oko przez obecność ducha Edgara Alana Poego w powieści, a także motywowi snów. Są to rzeczy, które wyróżniają tę książkę i nadają unikalnego klimatu, dzięki czemu nie jest irytującą młodzieżówką, którą chciałoby się rzucić w kąt, a naprawdę wciągającą lekturą. Jest to książka, której pomimo wad, czyta się z zapartym tchem i nie można jej odłożyć, a myśli jeszcze jeden rozdział kończą się tym, że czytam pięć rozdziałów, zastanawiając, czy jak zarwiesz dla niej nockę, to jutro będziesz zombie czy może jakimś cudem się wyśpisz. 

Mroczna kraina snów

Sny i ta tajemnica kraina snów są bardzo ważne w tej książce. Pojawienie się tego motywu w książce, automatycznie sprawiło, że nastawiłam się do niej przychylniej, bo pierwsze strony tej książki były "no spoko, ale chce czegoś więcej". Czy ten motyw mi to zapewnił? Ogólnie tak — wciągnął mnie, nie mogłam się oderwać i nawet starałam się przeczytać rozdział lub dwa, gdy byłam zmęczona. Chociaż i pewne zastrzeżenia, nie do końca do samego motywu, ale ogólnie.

Isobel trafia do świata snów przypadkiem. Śni jej się tajemniczy mężczyzna, który nazywa się Reynolds. Nowy znajomy coś jej mówi, ale ona niewiele z tego rozumie. Nie wprowadza jej dokładnie w ten świat, nie tłumaczy co i jak, jedynie mówi, że ma ważne zadanie do wykonania. W świecie snów dzieją się najważniejsze rzeczy dla całej fabuły. Jednak to nie one są najciekawsze. Takimi są wydarzenia z ostatnich 150 stron, gdzie akcja gwałtownie przyspiesza, niebezpieczeństwo wzrasta i  świat realny jest zagrożony,  a Isobel zastanawia się, czy wszystko z nią w porządku i jak go uratować. Dzieje się bardzo dużo, bardzo szybko i niekiedy chaotycznie. Były sceny, które musiałam czytać ponownie, aby w pełni zrozumieć, dlaczego z punktu A bohaterowie znaleźli się w punkcie B. Nie lubię czegoś takie, strasznie mnie to z rytmu wybija.
Co ważne, obecność tej krainy snów i jej połączenia z ludzkim światem jest wyjaśniona połowicznie. Mam na myśli, że nie znamy dokładniej genezy, skąd ona się wzięła, ale dowiadujemy się, dlaczego Isobel została w to zamieszana i jak to się wszystko stało. Również dowiadujemy się, jak funkcjonuje świat snów, chociaż mam wrażenie, że nie zostało to aż tak dokładnie przedstawione.

Problemy jak z Disneya

Odkąd mam Disney+, oglądam seriali, które uwielbiałam w podstawówce — Nie ma to jak hotel, Słoneczna Sonny — i zastanawiam się, jakim cudem ktoś uznał, że są to dobre produkcje dla dzieci. Z perspektywy osoby dorosłej widzę, ile jest w nich problematycznych kwestii — seksizm, przemoc, bullying... To tylko kilka rzeczy, na które zwróciłam uwagę. Podobne odczucia mam względem tej książki, ale znacznie lżejsze. Nie jest to takie toksyczne gówno jak wyżej wymienione produkcje Disneya, ale czuję, że muszę Was przed tym ostrzec.

Przede wszystkim największy problem w tej książce, jaki zauważam to bullying. Nie ma dobrego tłumaczenia na polski, ale chodzi tutaj o przemoc rówieśniczą, znęcanie się nad innym. Tutaj akurat w środowisku szkolnym. Pojawiają się różne formy przemocy — werbalna, uszkodzenia mienia, zastraszanie, ale również dochodziło do rękoczynów. Z czego w przemocy werbalnej jest  także zawarta homofobia — używanie p-word. To słowo nie jest użyte w stosunku do osoby homoseksualnej, jednak jego użycie mnie raziło. Jest to też kolejny stereotyp, jaki można znaleźć w książce — jak chłopak ubiera się inaczej, to na pewno jest gejem. Uważam, że może być to triggerujące, dlatego podkreślam to w recenzji. Szczególnie że mam poczucie, że w tej książce przemoc została ukazana jako coś normalnego, element codzienności. Głównie tak odebrałam kwestie przemocy werbalnej, bo przy przemocy fizycznej było to zaznaczone, aczkolwiek bardziej na zasadzie "przesada" niż to jest faktycznie złe.

Dziwne zachowania bohaterów

Jeśli chodzi o fabułę i zachowanie bohaterów w trakcie ich codzienności, to rany... Jakie to było dla mnie nielogiczne! Naprawdę były sceny, które sprawiały, że obok mojej głowy pojawiał się znak zapytania, a ja zastanawiałam się, o co tutaj chodzi i z czego wynika to zachowanie. Część zachowań później nabierała sensu, co nie zmienia faktu, że i tak były z dupy. 

Przez również relacje między bohaterami są dziwne. Najdziwniejsza jest relacja Isobel z jej chłopakiem, Bradem. Poznajemy ich w momencie, gdy przestaje im się układać, a dzieje się przez to, że Isobel została przydzielona do grupy projektowej z Varenem, który ubiera się w gotyckim stylu, co go wyróżnia i budzi w wielu osobach niepokój. W relacji Isobel i Brada nie dostrzegam zbyt wiele pozytywnych uczuć — jest zazdrość o Varena, jest żal Isobel o zachowanie Brada i brak chęci komunikacji między sobą. Później po zerwaniu Brad zaczyna robić na złość Isobel spotykając się z jej przyjaciółką, Nikki, a jednocześnie dalej jest o nią zazdrosny. Co również jest bez sensu.

Podobne zdanie mam o relacjach Isobel i jej znajomych. Nikki jest irytującą postacią. Przede wszystkim nie wydaje mi się, aby jakkolwiek lubiła Isobel. Bardziej jest osobą, która tylko czyha, aż głównej bohaterce podwinie się noga. Cała ich paczka nie ma problemu z odwróceniem się od niej, bo robi projekt z kimś innym, gdzie nawet nie miała możliwości, aby być z kimś innym w grupie. 
Kiedy zostaje całkiem sama nawiązuje bliższą relację z Gwen, dziewczyną mającą szafkę obok niej. Jest to również dziwna relacja, ale chyba najbardziej pozytywna w całej książce. Nie do końca logiczne jest dla mnie początek ich znajomości, jednak z czasem przestaje to aż tak razić. Dziewczyny naprawdę się lubią, a Gwen stara się być wsparciem dla nowej przyjaciółki. Niekiedy jej metody są niekonwencjonalne. 

Isobel — irytująca czy jednak nie? 

Główna bohaterka z pewnością będzie irytować wiele osób. Ja akurat nie miałam z nią aż takiego problemu — była i nie przeszkadzała mi w czytaniu, mimo że jej zachowania nie zawsze mi się podobały i drażniły. Nie weszła do pierwszej 5 najbardziej irytujących bohaterów, więc uznajmy to sukces. Co więcej, byłam w stanie rozumieć, skąd wynika jej zachowanie. 

Najbardziej irytująca może być relacja Isobel i jej taty. Jej ojciec jest surowy wobec niej i wiele od niej wymaga, przez co ona się buntuje. W takich momentach Isobel często działa pod wpływem emocji i może się wydawać, że w stosunku do rodziców zachowuje się jak rozkapryszone dziecko. Jednak jej zachowanie jest naprawdę logiczne i adekwatne do jej wieku. Osoby w nastoletnim wieku chcą być traktowani jak dorośli i domagają się autonomii, a kiedy rodzic wychodzi do nich z karami i ogólnie jak do dziecka, oni zaczynają się buntować. 

Atutem dla mnie jest jeszcze to, że Isobel nie jest superbohaterką. Zupełnie nie odnajduje się w sytuacji, w której musi kogoś ratować i to jest naprawdę naturalne. Nie wie, jak to zrobić, popełnia błędy i słucha się złych rad. Jednocześnie nie można jej nazwać fajtłapą albo uznać, że nie myśli, bo jej zachowanie wynika z tego, że nie zna świata, w którym się znalazła.
W skrócie Isobel jest jak zwykła nastolatka, co się świetnie udało oddać autorce. Myślę, że wiele dziewczyn może się z nią utożsamić.

Varen — tajemniczy główny bohater

O Varenie ciężko mi cokolwiek napisać, mimo że jest drugi główny bohater. Przede wszystkim wynika to z tego, że poznajemy wszystko z perspektywy Isobel, pomimo narracji trzecioosobowej. Dziewczyna nie zna dobrze chłopaka i to, co o nim wie, słyszała głównie z plotek. Oboje obracają się w innym kręgu towarzyskim. 

Varen to skryty chłopak, który zaskakuje. Przede wszystkim problemami, jakie skrywa. Wydaje mi się, że ta część tylko zarysowuje jego problemy, pokazuje ich główne źródło, a dopiero w kolejnych częściach będzie to dalej rozwinięte. Jestem tego bardzo ciekawa, bo jest bardzo ważne dla całego tego książkowego świata i powinno wiele wytłumaczyć czytelnikom. 

Nastoletni romans — jak on wypada?

Obowiązkowy wątek powieści dla nastolatków z lat 2010-2015, czyli romans. Najlepiej romans, który ma elementy paranormalne. Oczywiście, że mamy to!

Jeśli dotrwaliście do tego momentu, to nie zdziwi Was, co napiszę. Ten wątek jest dziwny. Nie do końca zrozumiale rozpoczyna się ich zauroczenie. Nawet ciężko jest mi określić, kto pierwszy się zauracza, ale chyba Varen. W przypadku Isobel te uczucia są po prostu niezrozumiałe, być może sama ich nie rozumie, ale na koniec widać, że coś do chłopaka czuje. Na całe szczęście nie jest to nagła wielka miłość, może dlatego tak ciężko jest mi to oceniać. 

Mniej rzucającym plusem tej relacji jest to, że Varen jest normalny w stosunku do Isobel. Poza wchodzeniem do jej domu przez okno to zachowuje się naprawdę poprawnie. Wchodzenie przez okno jest najdziwniejsze, ale roni to, gdy dziewczyna nie śpi i czeka, aż ona go wpuści. Poza tym nie stalkuje jej, nie osacza, nie śledzi ani nie narusza jej prywatności na inne osoby. Cóż, nie zawsze jest to oczywiste w romansach, ale to dla mnie kolejna rzeczy, na którą nauczyłam się zwracać uwagę. 

Całościowo uważam tę książkę za bardzo dobrą. Przede wszystkim miło spędziłam przy niej czas, zajęła mnie i moje myśli, i co najważniejsze nie mogłam się od niej oderwać. Nie dostarczyła mi może emocjonalnego rollercoasteru, ale wystarczająco dużo emocji mi dała. Szczególnie na sam koniec. Myślę, że na spokojnie mogę ją Wam polecić. Szczególnie kiedy szukacie czegoś z nietypowym klimatem, nutą fantastyki i jednoczesnego po prostu lekkiego do czytania. Na pewno się przy niej odprężycie (chyba że bohaterowie będą Was irytować, bo tak też może się zdarzyć). Na spokojnie możecie po nią sięgać, jeśli lubicie klimat filmów i seriali z Disney Channel z lat 2006-2011 i jesteście w stanie wybaczyć pewne problematyczne kwestie. 


Materiał na pocieszną książkę - Recenzja "Mroczny Sobowtór" Jonathan Stroud

Cześć!

Dziś przychodzę z recenzją, na którą się bardzo cieszę, a jednocześnie boję się jej pisać. Dlaczego? Bo nie wiem, czy oddam wszystkie emocje, jakie mi towarzyszyły podczas czytania i to jak bardzo pokochałam ten świat. Książki z serii Lockwood & sp. to moja nowa obsesja. Obejrzałam serial i niemal od razu zakochałam się w tym pełnym duchów świecie. Od razu zaczęłam czytać na Legimi, pierwszy tom kupiłam z drugiej ręki, a drugiego nie mogłam znaleźć w ten sposób, wiec kupiłam nową. Fakt, że mogę recenzować trzeci tom we współpracy z wydawnictwem, bardzo mnie cieszy. 

Materiał reklamowy — współpraca z wydawnictwem Poradnia K

Jeśli nie czytaliście jeszcze pierwszego tomu z serii Lockwood and sp. zapraszam na mojego Instagrama. Poniżej zdjęcie, pod którym znajduje się recenzja. 

Tytuł: Mroczny sobowtór
Seria: Lockwood i sp.
Autor: Jonathan Stroud
Tłumaczka: Tina Oziewicz
Wydawnictwo: Poradnia K
Liczba stron: 374
Data wydania: 8 marca 2023 
Moja ocena: 10/10

W Chelsea pojawia się nagły i ogromny wysyp duchów. Skala tego problemu jest tak wielka, że zostają do tego zatrudnione wszystkie londyńskie agencje łowców duchów. Oprócz najmniej, Lockwooda i spółki. Ci mają ręce pełne pracy od zleceń, dzięki sławie, którą zdobyli. Jedno z nich jest szczególnie istotne, a zleceniodawczyni jest z nich tak zadowolona, że rekomenduje ich, by dołączyli do agencji, zwalczających wysyp. 

Ostatnio jest naprawdę mało książek, które aż tak by mnie zachwyciły. Większość książek, które poznaje, jest bardzo dobrych, ale zawsze czegoś mi brakuje. A to za mało emocji, a to chciałabym, aby jakiegoś wątku było więcej. A to nie do końca historia mi się, ale wszystko poza tym jest okej i styl bardzo dobry, i historia się trzyma kupy, mimo że nie poszła tak, jak bym chciała. Czasem oczekuję więcej, niż dostaję i też ocena jest niższa. 
I pojawiają się książki Jonathana Strouda. Pierwszy tom nie wzbudził we mnie aż tylu emocji, być może dlatego, że ta część była mi już znana z serialu. Drugi tom był rewelacyjny, dałam 10/10. A potem przeczytałam Mrocznego Sobowtóra, który jest jeszcze lepszy!

Idealna comfort book 

Lockwood&sp. to idealny przedstawiciel książek młodzieżowych. Wydaje mi się, że na spokojnie można ją czuć już od 10/11 roku życia. Najprościej jest mi napisać, że jest to książka skierowana do tej samej grupy odbiorców, co Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy. Nie ma tutaj krwawych scen, a opisy walk z duchami są bez drastycznych szczegółów. 
Jednocześnie jest to na tyle unikalna historia, że może się spodobać również dorosłym. Zresztą, sama wiem, że będę do niej wracać nie tylko myślami. Z podekscytowaniem wyczekuję do premiery kolejnych części. Historia trójosobowej agencji łowców duchów po prostu otula czytelnika. Jest jak taki ciepły, puchaty kocyk, spod którego nie chce się wyjść w zimowy dzień. Jednocześnie potrafi dostarczyć odrobinę dreszczyku, zaintrygować oraz wzruszyć. Dosłownie idealny materiał pocieszną książkę!

Świat — tak znajomy, ale tak bardzo różny

Świat, w którym żyją bohaterowie, nie różni się zbyt wiele od naszego. Jest Londyn, jest Tamiza i są duchy... Duchy i walka z nimi całkowicie mnie kupiła. Szczególnie że pojawienie się duchów było nagłe i ma swoją, nieodkrytą historię. 
Autor postanowił dodać w książce wydarzenie, nazwane Problemem, przez które w całej Anglii zaczęły pojawiać się duchy. Najbardziej czułe na nie są dzieci — wiele z nich obdarzonych jest Talentem, dzięki któremu może widzieć ich manifestacje i postaci, a niekiedy słyszeć co one mówią. Tylko jednej osobie do tej pory udało się komunikować z duchami. Z wiekiem ta zdolność zaczyna zanikać, a osoby dorosłe mogą wyczuwać tylko wpływ duchów, ale nie są w stanie z nimi walczyć. 
Książka jest przesycona słownictwem, które można określić specjalistycznym. Na całe szczęście każdy z tomów jest uzbrojony w słownik, dzięki każdy czytelnik może zostać ekspertem od duchów. Są tam wyjaśnione podstawowe pojęcia, które się pojawiają, talenty oraz typy duchów, jakie się pojawiają. Każda kolejna część dodaje coraz więcej szczegółów do obrazu świata i jego funkcjonowania. 

Nie ma syndromu drugiego tomu!

Jestem już przy trzeciej części z pięciu i najważniejsza rzecz — nie ma syndromu drugiego tomu. Co więcej, z każdym kolejnym tomem bawię coraz lepiej. To zasługa tego, że bohaterowie mierzą się z nowymi zagadkami. W Mrocznym Sobowtórze problem do rozwiązania podoba mi się najbardziej. 
Po części dlatego, że jest dla mnie całkowicie nowy. Są tutaj dwa problemy. Jeden to bardzo ciekawa historia, a drugi to coś wielkiego, czego Londyn jeszcze nie widział. Skala wysypu w Chelsea uderza, ale to nie jest w nim najgorsze. Po prostu nie wiadomo, o co chodzi. Jest najbardziej zawiłą i najmniej oczywista zagadka, z jaką mierzą się wszystkie londyńskie agencje łowców i duchów. W końcu zaangażowani zostają Lucy, Lockwood i George. George wpada na trop, na który nikt inny nie wpadł, co jest genialne. Jednocześnie bardzo dużo tłumaczy czytelnikowi, jak działają duchy i co je odstrasza. 

Rozwiązanie zagadki samo w sobie nie wbiło w fotel, ale było logiczne. Duch, który sprawiał problem, był jednym z ciekawszych. Pojawienie się go w książce było świetnym ruchem, w pewnym sensie nadało temu autentyczności. Najważniejsze jest to, że zakończenie powoduje wiele pytań — kto? Po co? Dlaczego? Co potem? 

A szczególnie to ostatnie — co potem? No właśnie. W serii pojawiają się pewne wątku od samego początku — tajemnice rodzinne Lockwooda, Stowarzyszenie Orfeusza. To pierwsze trochę się rozjaśniało w tej części, ale tylko po to, aby pojawiło się dużo więcej pytań. 
Wątek Stowarzyszenia Orfeusza jest niezwykle tajemniczy. Wiadomo niewiele, nikt nie chce nic mówić. Właściwie wspominane jest to mimochodem, ale wiadomo, że coś więcej znaczy. W tej części pojawiło się coraz więcej wskazówek, a bohaterowie zaczęli już je powoli łączyć. Mam nadzieję, że czwarta część przyniesie więcej informacji na ten temat, a ostatnio tom wyjaśni już wszystko.


Nowy pracownik — nowe trudności 

Innym wątkiem, który wprowadza powiew świeżości, jest wprowadzenie nowej postaci — Holly, która została asystentką w Lockwood&sp. Jest to postać, która z założenia ma irytować. A raczej irytuje nas, bo widzimy ją z perspektywy Lucy. 
Ten wątek bardzo mi się podoba, dodaje więcej emocji do książki. Lucy musi się zmierzyć z niechęcią do nowej współpracownicy, a jednocześnie musi z nią współpracować. Jest to dla niej bardzo trudne emocjonalnie — czuje, że przyjaciele się od niej oddalają, wolą towarzystwo kogoś nowego. Czuje się zamieniona, niepotrzebna. Autor naprawdę dobrze oddał uczucia dziewczyny i czytało się o tym bardzo dobrze. Nie miałam żadnych zgrzytów w tej perspektywie ani poczucia zażenowania. 

Z kolei Holly — tak, irytowała mnie, ale nie mogę tego zrzucić tylko perspektywę Lucy. Mnie po prostu irytują tak idealne postaci i ludzie, którzy starają się zachowywać nieskazitelnie. Nie da rady być zawsze nieskazitelnym. Chyba najbardziej w Holly drażni mnie to, że matkuje wszystkim. Nie traktuje ich jako współpracowników, ale jako podopiecznych. Być może w kolejnych tomach się to zmieni.

Odkryty rąbek tajemnic Lockwooda 

Anthony Lockwood to bohater tajemniczy i skryty, i z pewnością straumatyzowany. Zdecydowanie przyciąga! Widziałam porównania do Kaza Brekkera z Szóstki Wron i coś w tym jest, mimo że tego drugiego znam tylko z serialu. Warto zaznaczyć, że to nie jest tak mroczne i tak dosadnie opisane, jak to pewnie było w przypadku Szóstki Wron.
Tytułowy bohater jest nastoletnim chłopakiem, gdy poznajemy ma tylko 14 lat i jest najmłodszym szefem agencji  łowców duchów. W Mrocznym Sobowtórze ma 15 lat. Mimo swojej skrytości wzbudza sympatię. Troszczy się o swoich pracowników, stara się, jak najlepiej wykonywać swoją pracę i zdobyć, jak najwięcej klientów. Jego aspiracją jest dorównanie dwóch największym agencjom — Fittes i Rottwell.
Wydaje mi się, że to jeden z bohaterów, których ciężko jest nie lubić. Na szczęście ma wady. Przede wszystkim jest nastolatkiem o ogromnych ambicjach. Samo w sobie to nie wada, ale przez to czasem jest nadgorliwy, za bardzo się spieszy, aby wykonać zlecenie, przez co nie ma wszystkich informacji od George'a  i to powoduje niebezpieczeństwo. 

Wyjątkowa wśród wyjątkowych 

Lucy Carlyle to narratorka i (do tej pory) nowy nabytek agencji Lockwood&sp. Dziewczyna jest bardzo utalentowaną łowczynią duchów. W drugim tomie odkrywa, że jej Talent jest o wiele większy, niż sama myślała. W Mrocznym sobowtórze możemy obserwować, jak Lucy stara się poznać swoje możliwości i dowiedzieć, jak wiele potrafi i na co może sobie pozwolić. Dodatkowo wszystko utrudniają jej emocje, które przeżywa właściwie sama. Nie dość, że czuje się opuszczona przez przyjaciół, to ma poczucie, że nawet gdyby wszystko było między nimi po staremu, to i tak mogliby jej nie zrozumieć. Wśród żywych nie ma osoby, która potrafiłaby zrozumieć zdolności Lucy ani tym bardziej pomogła jej przejść przez to wszystko. 
Jako narratorka postać Lucy sprawdza się rewelacyjnie. Ma wnikliwe obserwacje, wiernie opisuje otaczającą ją rzeczywistość oraz ma ciekawe przemyślenia. Dygresje są wtrącanie umiejętnie, podobnie jak opisy przeżyć i uczuć bohaterki. Zawsze wszystko do siebie pasuje i tworzy spójną całość. 

Zakopany w archiwach

Ostatni z członków Lockwood&spółka to George. Do jego postaci musiałam się najdłużej przekonywać. Na początku nie przypadł mi do gustu, nie do końca rozumiałam jego zachowanie. George to bardzo specyficzna postać. Wejdzie do archiwów i znika. Nie ma go godzinami, często spóźnia się na misje, bo znalazł coś takie istotnego, że nie mógł tego zostawić. Po prostu ma swój świat i swoje kredki.
Poza tym jest to typ, który woli archiwalne książki niż ludzi, a szczególnie nie znosi Quilla Kippsa, ale o nim za chwilę. Dlaczego potrzebowałam więcej czasu, aby się przekonać do George'a? Jest to bohater bardzo sarkastyczny, a niekiedy po prostu wredny. Nie podobało mi się, jak na początku podchodził do Lucy. Był wobec niej bardzo zdystansowany, niekiedy zachowywał się tak, jakby była niepożądanym gościem. Jednak z w toku trylogii ich relacje ulegały poprawie, Do George'a przekonało mnie jego poczucie humoru — ostre, sarkastyczne, ale jak bawi! 

Nie tylko Lockwood i spółka!

Nie mogę nie wspomnieć o bohaterach drugoplanowych, którzy również są ciekawi. A raczej najciekawsze relacje, które łączą bohaterów z nimi.
Quill Kipps to wróg naszej małej agencji. Jak to się zaczęło? W sumie nie wiadomo, ale widać, że chłopaki go nie lubią i chcą pokazać, że ich agencja jest lepsza. I vice versa. Prowadzi to do wielu zabawnych scen, ale z czasem bardzo fajnie jest obserwować, jak dynamika ich relacji się zmienia. Wszyscy dojrzewają i zaczynają się traktować nieco lepiej.
Flo Bones to chyba najbardziej specyficzna postać w tej książce. Bije na głowę nawet klientów Lockwooda, a ci bywają naprawdę nietuzinkowi. Jest to postać bardzo wyobcowana, unika ludzi, ale darzy nie do końca zrozumiałą sympatią Lockwooda. Użyłam takiego określenia, bo jej stosunek do innych osób to mniej lub bardziej jawna niechęć. Najważniejsze w jej postaci jest, co sobą reprezentuje. Nie zajmuje się walką z duchami, a zbieraniem źródeł i ich dalszym handlem. Jest to zupełnie inne podejście niż reprezentowane przez agencje łowców duchów. 

Zupełnie nie spodziewałam się, że recenzja wyjdzie tak długa. Książkę skończyłam ponad tydzień temu. Pierwsze emocje na pewno już opadły, ale bardzo dobre wrażenie dalej zostało. Myślę, że to też dużo mówi o tej książce, że mimo kilku dni od skończenia oraz zaczęcia już innej książki, dalej jestem zachwycona i jestem w stanie wiele o niej napisać. Starałam się pisać, jak najwięcej o tym tomie, ale skoro jest to trzecia część, nie mogłam nie nawiązać do poprzednich. Szczególnie w opisie bohaterów.
Seria Lockwood i sp. to seria książek, którą mam ochotę wcisnąć do czytania każdemu. Chciałabym, aby był z niej klasyk na miarę Percy'ego Jacksona czy Harry'ego Pottera. Książka, którą jeśli się pozna, to będzie się do niej wracało, a bohaterowie na stałe zamieszkają w sercu. Ogromnie Wam ją polecam, niezależnie od tego, czy macie lat 13, 18, 30 czy 50.  
Książka jest również dostępna na Legimi, dlatego jeśli macie abonament, koniecznie dodajcie ją na półkę. 

Książka, która sama się ogranicza - Cory Anderson "What beauty there is" recenzja



Spodziewałam się, że w styczniu pojawi się jeszcze jakiś wpis, ale jak zawsze moje oczekiwania przegrały w walce z rzeczywistością. Cieszę się, że plan minimum, który  sobie obrałam, został zrealizowany. Nie będę w tym roku cisnąć, aby wpisy były co weekend, bo wiem, że pewnie tego nie zrealizuję, a takie coś bardziej mnie blokuje, niż motywuje. Może uda mi się (w końcu) napisać trochę wpisów na zapas. 
Oczywiście, dziś nie o tym, jakie ja mam zamiary i co u mnie, i dlaczego nie piszę, ale recenzja książki. Zdecydowałam się na współpracę przy tym tytule, bo po prostu mnie zaintrygował. Opis mnie nieco zwiódł, bo liczyłam, że będę mieć do czynienia z książką o nastoletnich problemach, ogromnych problemach rodzinnych, a otrzymałam thriller młodzieżowy. Tyle słowem wstępu, ale zaraz i tak dowiecie, jak spodobała mi się ta książka. 

Tytuł: What beauty there is
Autorka: Cory Andreson
Tłumaczka: Karolina Podlipna
Liczba stron: 352
Data wydania: 18 stycznia 2023 r. 
Moja ocena: 6/10

Można powiedzieć, że Jack Dahl od urodzenia nie miał szczęścia, a z czasem było tylko gorzej. Ojciec w więzieniu, matka popełnia samobójstwo, a pieniędzy nie ma. Nie jest sam, ma młodszego brata, którego za wszelką cenę chcę obronić przed tym całym złem. Nad Jackiem ciąży widmo utraty brata, przez co decyduje się, aby odnaleźć pieniądze, za które jego ojciec poszedł do więzienia. Nie spodziewał się, że będzie to aż tak niebezpieczne... 

Thrillery to gatunek, który przede wszystkim czytam rzadko. Nie do końca rozumiem jego ideę, więc te książki często mnie nie zachwycają. Najczęściej moje oczekiwania są większe i się zawodzę, bo okolice punktu kulminacyjnego są aż nazbyt absurdalne lub odwrotnie, nie są aż tak zaskakujące. Może trafiałam na mało reprezentatywne książki, co mnie trochę zraża i książki z tego gatunku nie są moim pierwszym wyborem. 
Chyba powoli się to zmienia, bo jest to drugi thriller, co prawda młodzieżowy, który przeczytałam w tym roku. Tylko dalej nie ma miłości do tego gatunku. Może to nie dla mnie gatunek.

Zapowiadało się tak dobrze... 

Pierwsze wrażenie było naprawdę dobre. Mroczny klimat, ale nie w takim znaczeniu, jak jest w książkach fantastycznych. Mroczny, jak bardzo może być mroczne życie. Tragedie od pierwszych stron. Problemy zbyt duże dla nastolatków, które jednak bohater musi udźwignąć. I właśnie... Czego się spodziewałam? 
Oczekiwałam bardziej książki o problemach i ich rozwiązaniu, nietypowym, ale jednak dostałam coś innego. Tutaj to właśnie thriller — nie dość, że bohaterowie znaleźli się w trudnej sytuacji, to w dodatku grozi im jeszcze inne niebezpieczeństwo!
Od połowy coś zaczęło mi przeszkadzać. Przede wszystkim zaczął mnie drażnić styl pisania. Początkowo jego surowość i chłód mi pasowała. Później wydawało mi się to zbyt puste. W połowie zorientowałam się, że nie wiele mogę powiedzieć o bohaterach. Z opisów mało o nich wywnioskowałam, ale najgorszy aspekt tej książki to dialogi. Są po prostu słabe. Krótkie wypowiedzi, często na zasadzie pytanie-odpowiedź. Bardzo mnie to drażniło. Sprawę ratowały opisy, które oddawały klimat książki. Był ciekawe i pełne akcji. Chociaż niekiedy się same w tej akcji gubiły.

Historia, którą ogranicza konwencja

Wydaje mi się, że również chciałam więcej od tej historii, niż mogła mi dać młodzieżówka. Zwykle nie czepiam się tego, że książka spełnia cechy danego gatunku. Ba, nawet tego nie lubię. Jak mi przeszkadza konwencja danego gatunku, to go nie czytam. Tylko zawsze znajdzie się wyjątek. 
What beauty there is to właśnie ten wyjątek. Jedną z cech tej książki miała być brutalność, co się gryzie z książkami dla młodzieży. Sceny przemocy były pisane maksymalnie delikatnie, ale przez to one były tymi najbardziej chaotycznymi. Zamiast mocno we mnie uderzać i szokować swoją brutalnością, to się w nich gubiłam i musiałam czytać od nowa. Frustrujące. 
Mogę sobie narzekać, że za mało brutalne, ale to nie ma większego znaczenia. Młodzieżą już nie jestem, więc nie należę do grupy docelowej tej książki. Fajnie, że pojawia się coraz większa różnorodność wśród książek młodzieżowych. Jeśli szukacie czegoś świeżego w tym gatunku, to może być dobry kierunek. 

Bohaterowie, z którymi łatwo sympatyzować

Bohaterowie to zarówno zaleta tej książki, jak i jej wada. 
Jack i Matty wzbudzają współczucie. Ogólnie ich obraz jest budowany jako pozytywny, mimo że niezbyt szczegółowy. Najlepiej przedstawiony jest Matty, co wynika z tego, że jego straszy brat dużo o nim myśli i rozmawia. Matty jest również światełkiem w mroku. Taki mały promyczek słońca w pochmurny dzień i źródło nadziei. 
O Jacku mało umiem powiedzieć. Niewiele wiem o jego przeszłości, właściwie tylko najważniejsze wydarzenia, które go ukształtowały. Jednocześnie Jacka jest łatwo polubić — ma ciężko w życiu, chce być uczciwy i zapewnić dobre życie swojemu bratu. Niby zataja śmierć matki, ale to mu można wybaczyć — przecież chce dobrze. 
Ava z kolei jest bystra. Poznajemy ją przez dziennik i retrospekcje. Jej przeszłość jest najlepiej opisana i najwięcej można się o niej w ten sposób dowiedzieć. Jednak autorka nie rozwinęła relacji Avy i jej ojca. Czuję, że wiele rzeczy zostało tutaj niedopowiedzianych, a szkoda. Z pewnością byłoby to korzystne dla obydwu postaci.

Postaci, które zagrażają bohaterom, są płytkie. Czuję, że zostali bardzo stereotypowo wykreowani. Są źli, bo są źli i nie ma w tym żadnej głębi. Okrucieństwo dla samego okrucieństwa, co również nie ma żadnego motywu w psychice antagonistów.

What beauty there is to dla mnie kolejny thriller, którego nie czuję. Z tym gatunkiem mam właśnie problem — wszystko jest spoko, ale nie ma tego WOW. Jeśli szukacie czegoś oryginalnego, jakieś perełki wśród młodzieżówek to z pewnością warto spróbować. Szczególnie że nie jest to długa książka. Nieco ponad 300 stron. Czyta się ją bardzo szybko i nie stracicie wiele, poświęcając jej czasu. To również kopalnia złotych myśli. Jest w niej wiele mądrych i trafiających w serce cytatów. Można z niej wiele wynieść, jeśli akurat taka forma do Was trafia.