10 urodziny bloga i 10 rzeczy, które się zmieniły przez ten czas


Hejo!
Miałam naprawdę męczący tydzień. Do czwartku praktycznie wstawałam martwa i dopiero dochodziłam do siebie jakieś 3 godziny po wstaniu. W piątek się dopiero wyspałam i sobotę poświęciłam w dużej mierze na odpoczynek. Stąd też wpis wyszedł dziś, a nie w piątek.

To jest chwila, w którą nie wierzyłam przez większość czasu, kiedy prowadziłam tego bloga. Jak to 10 lat pisania bloga i ja? Przecież to niemożliwe! Myślałam, że mój słomiany zapał po pewnym czasie wszystko zaprzepaści. Ale stało się. Mamy 2023 rok, a 19 kwietnia mój blog skończył 10 lat, a ja nie wyobrażam sobie momentu, w którym uznam, że to koniec pisania bloga. Naprawdę, wydaje mi się, że to coś, co będę robiła jeszcze długie lata, nie zastanawiając się, czy mi to wypada czy nie.
Tym razem zdecydowałam się na inny wpis z tej okazji, czyli 10 rzeczy, które zmieniły się przez te wszystkie lata, odkąd prowadzę bloga. Wszelkie myśli, jakie kiedyś miałam, a jakie się już zmieniły i w ogóle ich nie traktuję poważnie. Raczej są okołoksiążkowe niż mądrości życiowe, ale kto wie? Może ktoś z Was jest na tym etapie, co ja wtedy? 

Nie może się obyć bez odrobiny statystyk, czy ja bym sobie mogła odpuścić zebranie cyferek w jednym miejscu? Oczywiście, że nie! Jest to coś bardziej dla mnie, aby mogła sobie łatwo wrócić do tego. 

Porównanie statystyk

Obserwatorzy: 164                                                 | +13
Wyświetlenia: prawie 113,7 tys.                            | + 14,7 tys.
Napisane posty: 371                                               | +  40  
Komentarze: 3545                                                  | + 336

10 rzeczy, które się zmieniły w moim blogowaniu

1. Nie muszę recenzować każdej książki, jaką przeczytam 
Na początkowym etapie pisania recenzji myślałam, że powinnam recenzować wszystkie książki, jakie przeczytam, a szczególnie te ulubione. Cóż... Naprawdę szybko z tego wyrosłam i recenzuję te, o których chcę coś napisać. Są jeszcze te ze współprac, ale współprace wybieram sama i to tylko takie, które wydają mi się naprawdę ciekawe lub planowałam je przeczytać. Na początku były takie sytuacje, że potrafiłam pisać o książce przez kilka tygodni i w końcu to opublikować, ale to było takie suche, bo większość wrażeń tak uleciała. 

2. Nie ma znaczenia, co pierwsze poznam — książkę czy film
Jak każdy trve książkoholik (ówczesny odpowiednik prawilnej książkary) wyznawałam zasadę najpierw książka potem film. Chyba nawet do liceum się tego trzymałam, co było dość proste, kiedy nie ogląda się filmów i właściwie jedyne, co się ogląda to ekranizacje. Filmy, które obejrzałam przed przeczytaniem książki, uznawałam za wyjątki i robiłam wszystko, aby jak najszybciej przeczytać pierwowzór.  

3. Nie mam presji czytania książek, których ekranizacje widziałam 
To akurat łączy się z poprzednim punktem. Po pierwsze oglądam więcej filmu niż wtedy i zaczęłam też oglądać seriale, więc już mniej się skupiam na tym, czy jest to na podstawie książki, czy nie. Po drugie w wielu przypadkach obejrzenie ekranizacji mi wystarcza. W ciągu ostatnich lat, a właściwie nawet można zacząć liczyć od 2022 roku, tylko dwie ekranizacje spodobały mi się na tyle, że zdecydowałam się sięgnąć po książkę. Pierwsze to książki Leigh Bardugo — tu idzie mi opornie, bo kupiłam trylogię po angielsku i pierwszą część przesłuchałam w audiobooku, a pozostałe chcę już przeczytać. Drugi przypadek to świeża sprawa, czyli Lockwood i spółka. Serial pozwolił mi na odkrycie takiego cudeńka! A poza tym musiałam wiedzieć wcześniej, co się kryje za tymi drzwiami! I się dowiedziałam! 

4. Nie skupiam się na streszczeniu książek 
Recenzje, które pisałam przed pierwsze 2 lata, teraz mnie po prostu bawią. Większość z nich to było streszczenie książki, a potem 2-3 zdania o tym, że książka była fajna albo niefajna. Z czasem to się oczywiście wydłużało, i wydłużało, i wydłużało... Aż nadeszła wiosna 2023 i piszę recenzje na kilkanaście tysięcy znaków ze spacjami, co naprawdę jest imponujące. Nawet w styczniu pisałam krócej (ale przez zimę byłam jakoś nie w formie, naprawdę widzę ogromną zmianę w moim zachowaniu i ilości energii oraz chęci).
Wraz z tym jak wydłużała się część tej mojej opinii, to opis książki był coraz krótszy. Czasem wcale go nie było, zwłaszcza jeśli była to kontynuacja, a jej opis zawierałby jakiś bardzo duży spoiler.

5. Dostosowuję formę recenzji do danej książki 
Kolejna ważna rzecz, która się zmieniała w ciągu tych lat — forma recenzji. Szczególnie dużo eksperymentowałam w ciągu ostatnich dwóch lat — przemyślenia recenzyjne, recenzje z podziałem na części obiektywne, subiektywne oraz spojlerowe czy po prostu recenzje. W jednych zawieram dużo moich wrażeń i emocji, które mi towarzyszyły, a ostatnio co raz więcej pojawia się analiz i mam wrażenie, że nawet są dogłębne. Przynajmniej w dwóch ostatnich recenzjach, co mam nadzieję, że stanie się normą, bo naprawdę bardzo dobrze mi się tak pisze. Zauważyłam też, że zdobyta wiedza i doświadczenie pozwalają mi lepiej rozumieć naturę bohaterów, co również staram się zawrzeć i wyjaśnić. Również łatwiej mi idzie zauważanie pewnych schematów, motywów czy przekonań oraz odnoszenie ich do tego, co się dzieje teraz. Ostatnio tak się trafia, że czytałam książki, które zostały napisane już kilkanaście lat temu i jedna nawet w tych czasach wypada dobrze, a druga źle się zestarzała.

6. Nie boję się użyć wulgaryzmów 
Przez kilka pierwszych lat bardzo starałam się nie używać słów wulgarnych. Teraz sobie odpuściłam i jak zależy mi na wzmocnieniu wypowiedzi lub uważam, że to konkretne słowo lepiej odda to, co mam na myśli, niż jakaś delikatniejsza wersja, to po prostu piszę. Krótko jak coś jest zajebiste, to jest zajebisty i tyle. Ewentualnie coś nie jest toksycznym gównem, więc jest nieco lepiej. Nie jest to nagminne, ale czasem się zdarzy.

7. Rozumiem wpływ moich oczekiwań względem książki na jej ocenę
Jako recenzentce dużo mi dało odkrycie, że moje oczekiwania względem książki, mają ogromny wpływ na to, jak ją odbieram. Niekiedy się pozytywnie zaskoczę, mimo że po opisie wyobrażałam sobie coś zupełnie innego. Innym razem będę zawiedziona, bo książka nie sprosta moim oczekiwaniom. Czasem w ogóle ich nie mam i po prostu czytam, jednak to rzadkość. Ciężko jest nie mieć żadnych oczekiwań, kiedy czyta się recenzje, nawet wyrywkowo, i ogólnie jest się obecnym w internetowej społeczności moli książkowych. Jednak najważniejsze jest to, że umiem skonfrontować moje oczekiwania z książką. Nie zawsze książka, która mnie zawiodła, jest zła, bo wydaje mi się, że w tym przypadku to najważniejsze.  

8. Dałam na luz — nie musi być idealnie! 
W tym punkcie mam na myśli zdjęcia, bo jednak w tekstach staram się maksymalnie wyeliminować błędy, ale niestety w moim przypadku zdarzają się one dość często. Mam ręce, które nie nadążają za mózgiem, a czasem w ogóle nie są z nim kompatybilne. 
W kwestii zdjęć miałam i w sumie mam do siebie spore wymagania, ale staram się wrzucić na luz. Przede wszystkim, jakbym chciała im sprostać, to by się tu żadne zdjęcia nie pojawiały, a Instagram by umarł. Wyszłam z wprawy w robieniu zdjęć, nie mam też tego w nawyku i rzadko kiedy w ogóle wychodzę porobić zdjęcia. Aparat więcej leży, niż jest w użyciu, a jednocześnie gdzieś z tyłu mojej głowy mam cichy głos, a jakby sobie kupić nowy aparat, to wtedy będę się rozwijać. Jasne... Znam siebie na tyle dobrze, że w tym momencie ten aparat i tak, by leżał.
Wracając do głównego tematu, w tym momencie większe znaczenie dla mnie ma, aby w ogóle robić zdjęcia, niż to aby były dobre jakościowo. Wystarczy, że są po prostu ładne, nawet jeśli nie do końca idealne.

9. Zmieniam ocenę punktową książki 
Coś, czego unikałam przez kilka pierwszych lat, odkąd założyłam LubimyCzytać, czyli zmiana oceny po przeczytaniu książki. Nie chodzi mi o to, że po którymś przeczytaniu książkę podoba mi się bardziej lub mniej, ale po prostu z upływem czasu od skończenia książki dochodzę do wniosku, że jednak nie była taka dobra i po prostu obniżam ocenę. Rzadko kiedy jakoś znacznie, zwykle o jedną gwiazdkę, ewentualnie połówkę, jeśli się wahałam. 
Hitem było, gdy zapomniałam, że w ogóle przeczytałam jedną książkę i zorientowałam się, że mam ją dodaną na LubimyCzytać z oceną 9/10... Jakby była 9/10 to na pewno bym o niej nie zapomniała. Nigdy wcześniej i później coś takiego mi się nie zdarzyło.

10. Widzę błędy! 
W tym roku zorientowałam się, że nie jest tak ślepa na błędy, jak myślałam. Swoich błędów i dziwnych rzeczy w zdaniach dalej nie widzę, bo wiem, co chciałam przekazać, ale cudze zaczynam dostrzegać. Szczególnie mnie cieszy, że widzę je w książkach, które czytam. Niestety niektóre książki mają słabą korektę, a błędy, które przeszły, powodują, że włos się jeży na głowie. Spotkałam się nawet, z tym że przez 20 stron ciągle pojawiało się błędnie zapisane nazwisko jednego z bohaterów! Główny bohater, a w dodatku wznowienie serii kochanej przez nastolatki i taki błąd? W głowie mi się to nie mieści. U siebie też mam sposób na wyłapywanie błędów — zmiana czcionki.  

Moje ulubione wpisy dodane w ciągu ostatniego roku 

Kilka wyjątkowych dla mnie wpisów, które warto przeczytać ponownie. Jestem z nich bardzo zadowolona. Nie wyróżniam tutaj recenzji, bo mogłabym je wszystkie wstawić. Chociaż nie ukrywam, że te ostatnie są najlepsze i jak na razie jestem z nich najbardziej dumna.

Jeśli mam wybrać dla mnie najważniejszy wpis, to będą to Problemy książkowego świata. Stwierdzenie, że kosztował mnie dużo nerwów to za dużo powiedziane, ale faktycznie stresowałam się jego odbiorem. Pierwszy raz poruszyłam kwestie, które są dość kontrowersyjne i są obiektem wielu dyskusji w Internecie, wyraźnie też polaryzują książkowe społeczeństwo. Stresowałam się nie tyle odmiennym zdaniem, co ewentualnymi negatywnymi komentarzami uderzającymi bezpośrednio we mnie, byciem zamkniętym na argumenty i na dyskusję. Poruszyłam tematy, które wzbudzały w tamtym momencie wiele emocji, a wiadomo, że pod ich wpływem ludzie (zwłaszcza młodzi) zachowują się różnie.  Moje obawy były bezpodstawne i uświadomiłam sobie, że ludzie, którzy mnie śledzą, to naprawdę fajne, rozgarnięte i otwarte na dyskusję osoby. I przede wszystkim odnoszące się do siebie z szacunkiem. 

Do wpisu o czytniku szykowałam się odkąd go tylko kupiłam. Stworzyłam arkusz w excelu, w którym przez rok spisywałam książki, które czytałam na czytniku. Starałam się opisać urządzenie, jak najbardziej rzetelnie, ale od strony czysto użytkowej. Po prostu to, co interesuje zwykłego, szarego czytelnika, który nie zna się na takiej technologii. Czyli co by mnie zainteresowało, a co ciężko było mi znaleźć, kiedy decydowałam się na kupno. Tutaj jest dumna z tego, jak wyszedł ten wpis, bo kilka osób odezwało się w komentarzach, że czegoś takiego szukali. 

Również zadowolona jestem z wpisu o organizacji i przygotowaniu się do sesji. Rady, które podałam, są całkiem uniwersalne i w większości sama się do nich stosuję. Nie czuję potrzeby poprawy tego wpisu, zaraz pewnie znowu wejdzie w życie. 


Co ze zmienami, które rok temu zapowiadałam?

Kurczę, nie wiem. Dotarło do mnie, że nie chcę pisać o studiach ani o kosmetykach. Dobrze mi, pisząc o książkach i ewentualnie raz na jakiś czas, wrzucając luźny wpis i jakieś zdjęcia z podróży. 
Z pisaniem o studiach jest tak, że czuję, że wyczerpałam tematy. W lipcu poajwi się jeszcze podsumowanie ostatniego semestru licencjatu i to koniec. Na magisterce nie chcę kontynuować tej serii. 
Z kosmetykami mam tak, że wystarcza mi pisanie o nich w Kwartalniku. Zbieranie rzeczy do denka zajmuje mi kilka miesięcy, a potem nie pamiętam połowy z wrażeniem i efektów danych kosmetyków. Nie pasuje mi to po prostu. Jedynie z okołokosmetycznych wpisów mam ochotę napisać o mnie i mojej drodze ze świadomą pielęgnacją włosów, ale nie wiem i nie jestem pewna, czy to zrobię. Dajcie znać, czy takie wpisy by Was zainteresowały. 
Cieszę się, że dałam sobie szansę i spróbowałam z nowymi wpisami i seriami, ale teraz już wiem, że to nie dla mnie. Wolę pisać o książkach i chcę się bardziej w tym wyspecjalizować. Planuję z Problemów książkowego świata stworzyć miniserię, co najmniej trzy wpisy będą. Pierwszy mama nadzieję, że w maju lub czerwcu. Od jesieni również tworzę pewną serię wpisów, ale jeszcze ich nie opublikowałam. Jestem już blisko końca pierwszego wpisu, więc myślę, że w maju to opublikuję.

Dziękuję Wam, że byliście tu ze mną przez ten rok i mogłam czytać Wasze komentarze i wchodzić w dyskusje. :D

 



Kwartalnik IX - poproszę o odrobinę spokoju

Hejo!

W kwiecień wchodzę z nadzieją, że będzie nieco spokojnie. Chociaż sama dobrze wiem, że tak się nie stanie. Szczególnie że bliżej niż dalej do rozpoczęcia pisania teorii do licencjatu. Jak dobrze, że pisałam monografię do posteru w tym marcu (a raczej ostatnim tygodniu marca) i wiem, że czego mogę się spodziewać. Zarówno pod względem mojego zachowania i podejścia do tego, jak i mniej więcej, jak to ma wyglądać i jak mam pisać. Spokoju też za bardzo nie będzie, bo mam ambitne plany, jeśli chodzi o bloga i znowu wpadłam w krąg współprac, więc będę się cisnąć podwójne, aby nie zasypać Was samymi współpracami. Ale! Myślę, że będą to udane współprace. Jedna z książek to coś, o czym słyszałam już w gimnazjum i chciałam spróbować. Druga to wznowienie, które jest dla mnie niespodziankę i nie mam pojęcia, czy mi się spodoba. Z kolei trzecia to kontynuacja świetnej książki. Ekscytuję się na myśl o każdej z nich (no dobra, tą pierwszą to już kończę). Poza tym szykuję też inne wpisy, aby to poprzeplatać. Jeden mam prawie w całości napisany od lutego, ale czekam do połowy kwietnia z publikacją. Akurat do tego czasu powinnam go dokończyć i jakoś sensownie podsumować. Poza tym będę szykowała rocznicowy post, którego zarys mam od dłuższego czasu. Łącznie myślę, że pojawi się jakieś 5 wpisów, poza tym dzisiejszym.

Co u mnie?

Nie skłamię, jeśli określę trzy pierwsze miesiące tego roku jako szalone. Dużo się dzieje, czasem jest męcząco. Szczególnie uciążliwy był pod tym względem marzec, ale im bliżej końca tym było lepiej. Moja uczelnia zadbała o to, abym się nie nudziła (jak zawsze). W sumie to w tym semestrze jest jakoś wszystko nieorganizowane i mam wrażenie, że organizacja czegokolwiek z semestru na semestr spada. Okazuje się, że plan, który na początku zapowiadałam się fajnie, to jednak można zepsuć bezsensownym ustawieniem grup. Tym sposobem będę mieć blisko miesiąc przerwy w laboratoriach i zamiast je kończyć w maju, to skończę je w czerwcu. Marzenie każdego studenta — zamiast szlifować pracę licencjacką, to jeszcze trzeba się uczyć na wejściówki i spędzać kilka godzin na laboratoriach. Rozpisuję się o marcu, mimo że przedostatni wpis jego dotyczył. Jednak te emocje są mi najbliższe i jeszcze ze mnie nie uszły.
A styczeń i luty?
Nauka do sesji, sesja i upragniony odpoczynek. Pierwsze i najbardziej oczywiste skojarzenia i wspomnienia. Co by nie było, to były dobre miesiące. Stopniowo wdrażałam się w moje cele na 2023 rok i nawet udało mi się je osiągnąć. Szczególnie lepiej wspominam luty, bo naprawdę odpoczęłam w pełni, niczym się nie martwiłam i robiłam to, co chciałam. Przeczytałam ponownie Percy'ego Jacksona, na co miałam ogromną ochotę od pewnego czasu. I pisałam nieco więcej. Właśnie wtedy udało mi się rozpocząć lub dalej pisać wpisy, które mam rozpoczęte od kilku miesięcy. Mam nadzieję, że do maja w końcu się z nimi uporam, bo naprawdę szkoda, aby tkwiły niedopisane.

Książki

W ciągu tych trzech miesięcy przeczytałam 22 książki. Jestem znowu w okresie, gdy jeśli sięgam po książkę, to częściej wybieram tę tradycyjne. Na e-booki, a tym bardziej audiobooki nie mam ostatnio ochoty. Pewnie mi się to znowu zmieni albo znajdę sobie jakiś e-book do czytania w pociągu, bo jednak jest to dla mnie wygodniejsze.

Co polecam?
1. This poison heart. Zatrute serce Kalynn Byron — mitologia grecka i rośliny — cudowne połączenie. Książka o magii z tego typu, jakie lubię. Czyli magia ma swoje źródło, jest rozwój mocy bohaterki oraz jest głębsza historia. Poza tym akcja sama w sobie jest bardzo ciekawa, a relacje między bohaterami są pełne ciepła. 9/10
2. Królestwo mostu Danielle L. Jensen — nie do końca typowy romans. O ile, do schematyczności rozwoju relacji bohaterów, mogę mieć pewne zarzuty, to jednak cała reszta robi wrażenie i sprawia, że tego się aż tak nie odczuwa. Przede wszystkim postać głównej bohaterki to naprawdę silna postać kobieca. Ogromny plus za to, że nie straciła rozumu, gdy się zakochała. Druga rzecz to skupienie się na polityce świata — jest to równie ważne, jak wątek miłosny, co dało naprawdę fajny efekt. Książkę czytałam z zapartym tchem i byłam zachwycona. 8/10
3. seria Lockwood&sp. Jonathan Stroud — ta seria to moja nowa książkowa obsesja i miłość. Uwielbiam ten zamysł świata, w którym nastolatkowie mogą widzieć duchy i to oni muszą obronić świat przed nimi. Ciekawe zagadki i sympatyczni bohaterowie sprawiają, że książka nie jest w żaden sposób straszna, mimo że istoty z zaświatów są tym, co ją wyróżnia. Ta seria jest jak ciepły kocyk — otula serce czytelnika. Jak dla mnie z tomu na tom staje się coraz lepsza. - za całość 9/10

Czego nie polecam?
1. Korona ze złoconych kości Jennifer L. Armentrout — ogólnie jako "nie polecam" jest cała seria Z krwi i popiołu, ale to dopiero trzeci tom mi uświadomił, że po prostu nie warto nawet tego zaczynać. Po pierwszym tomie uznałam, że okej, dam jeszcze szansę drugiej części, bo jest podobno lepsza. Poza tym czasem trzeba świadomie poczytać słabe książki. Drugi tom był faktycznie lepszy i dał mi złudną nadzieję, że może być lepiej. Ale Korona ze złoconych kości... To było nieporozumienie. Punkt rozpoczęcia fabuły — spoko. Punkt zakończenia fabuły — spoko. Wszystko pomiędzy? Do kosza. Naprawdę, ta książka jest sama w sobie słaba. Nie w niej wielu zalet, a największa to, to, że szybko się czyta. Zabiegi fabularne zupełnie bez sensu i rzutują na odbiór całej serii do tego stopnia, że po prostu nie warto tracić czasu na tę serię, gdy można przeczytać coś lepszego. Świadomość, że to ma mieć jeszcze trzy części, mnie osłabia. 3/10, bo ostatnie 150 stron było spoko.

Filmy

Filmów praktycznie nie oglądałam. Może było ich kilka, ale żaden mnie na tyle nie zachwycił, aby go bardziej zapamiętała. Były też filmy, które ponownie oglądałam, głównie animowane. Znowu więcej seriali oglądałam. Chyba zacznę od nowa spisywać obejrzane filmy, bo jednak nie ogarniam tego aż tak dobrze i korzystam z trzech platform streamingowych, a tylko na Netflixie znalazłam historię oglądania.

Seriale

Seriali oglądałam naprawdę dużo. Część sezonów była naprawdę dobra i oglądałam z zapartym tchem, jedno to było miłe zaskoczenie. Za to kilka kontynuacji było... Meh... Zaraz wyjaśnię. W tym zestawieniu najlepsze seriale, to polskie produkcje, co mnie dziwi. Jestem jeden wyjątek zagraniczny. Akurat nie mam im wiele do zarzucenia, te zagraniczne zawiodły mnie bardziej. Wybrałam trzy najlepsze, a o pozostałych postaram się napisać osobny wpis. Trochę tego było, a najlepiej będzie, jak skupię się na tym, co było dla mnie najlepsze.

Co polecam?
1. Gang zielonej rękawiczki — na tym serialu bawiłam się naprawdę dobrze! Obejrzałam w dwa wieczory. Bardzo podoba mi się przedstawienie osób starszych w tak szeroki sposób. Są różne osoby, różne typy i każdy z nich jest inny. To ogromny plus tego serialu, że pokazuje starość różnorodnie. Sama fabuła też jest super. Wiadomo, że ten serial nie jest obyczajowy i nie ma co oczekiwać od niego odzwierciedlenia rzeczywistości.
2. Gry rodzinne — ten serial z każdym odcinkiem rozwalał mi mózg coraz bardziej. Stereotypy, zgrywanie idealnej rodziny na pokaz, podejście "bo dziecko musi mieć ojca". Oczywiście, jak ciąża, to i ślub. Polska w wyolbrzymieniu, ale czy jakimś dużym? Co ciekawe, można zobaczyć w tym serialu perspektywy różnych postaci na jedno wydarzenie. Niezmiernie polecam ten serial, mimo że jest to raczej specyficzna twórczość. Na pewno nie przypadnie każdemu do gustu.
3. Lockwood i spółka — nie mogłam zapomnieć o serialu, który otworzył mi drogę do nowej książkowej miłości. Serial polecam równie mocno, co książki. Jest całkiem dobrą ekranizacją dwóch pierwszych części. Wypada nieco bardziej blado, bo książka ma znacznie więcej szczegółów. Klimat tego świata jest naprawdę dobrze odwzorowany. Po przeczytaniu mam większe zastrzeżenia do poprowadzenia wątku George'a, ale tak właściwie, to się dopiero okaże podczas kolejnego sezonu.

Kosmetyki

Przez te trzy miesiące wpadło mi trochę nowości, szczególnie do włosów. Z kolei do twarzy zaliczyłam powrót do sprawdzonego kremu, bo bardziej wpasował się w moje aktualne potrzeby. 

Co polecam?
1. Hairy Tale Cosmetics Wasabi scrub myjący — mój nowy hit od Hairy Tale Cosmetics. Nie sądziłam, że ten scrub spodoba mi się bardziej niż ich peeling chelatujący. Działa równie dobrze, skóra jest doczyszczona. Przewaga jest głównie w szybkości — chwila masowania głowy przed myciem, nie trzeba z tym chodzić. Wydaje mi się, że jest to też opcja "bezpieczniejsza" - nie da rady sobie nim zrobić krzywdy, a Squeaky jednak był mocny i jak się go odrobinę przetrzymało, to już był nieprzyjemne konsekwencje. Krótko: ogromnie polecam! Scrub spełnia swoją rolę, jest wygodny w użyciu oraz widocznie i długo trwałe łagodzi skórę głowy. Przez zimę miałam większe kłopoty z nią, ale używanie tego produktu i booster od so!flow regularnie przez miesiąc pozwoliło mi na pozbycie się ich albo wyciszenie nieprzyjemnych objawów. Sprawdziłam też, jak scrub radzi sobie na twarzy — tutaj również efekty bardzo mnie zadowoliły. 

2. APIS Hydro Evolution Ultralekki Krem Nawilżający — megafajny produkt! Bardzo dobrze mi się go używało, daje bardzo przyjemne odczucie na twarzy. Jednak jest dla mnie za lekki w zimie. Podejrzewam, że w lecie kupię sobie nowe opakowanie i wtedy będzie mi się lepiej sprawdzał. Mimo to jestem z niego zadowolona, bo faktycznie dobrze nawilżał. 
3. So!flow Wzmacniający Booster do skóry głowy — dobry kumpel peelingu od HTC. Boostera używałam raz lub dwa razy w tygodniu od grudnia do lutego, bo w marcu gdzieś zgubiłam całe opakowanie tego produktu. Miałam bardzo suchą skórę głowy, co powodowało nieprzyjemności. Booster poradził sobie z tym naprawdę dobrze — po ok. miesiącu przerwy od tego produktu i dwóch tygodniach przerwy od peelingu, nie czuję żadnych nieprzyjemności. Skóra dalej jest nawilżona, nie kaprysi i wszystko jest okej. Jedynie mogę się przyczepić do wydajności, bo jedno opakowanie starczyło mi na jakieś 1,5 miesiąca. Chociaż korzyści z jego stosowania i tak przewyższają te negatywne aspekty.

Z czego jestem dumna?

Ze zdobycia luzu i większej otwartości w kontaktach międzyludzkich. Ogólnie zawsze byłam osobą, która się dość stresowała w kontaktach międzyludzkich, szczególnie tych oficjalnych, kiedy rozmawiam z osobą, która w jakiejś hierarchii jest wyżej niż ja. Ostatnio zauważyłam, że wejście do dziekanatu, aby coś załatwić, nie budzi we mnie stresu. Po prostu wchodzę, pytam się i załatwiam, co mam załatwić. Przy okazji pogadam sobie z paniami dziekanatu. Podobnie jeśli chodzi o rozmowy z promotorką czy innymi wykładowcami albo opiekunami koła, zaczęłam czuć bardziej swobodnie i nie jest to dla mnie aż tak stresujące. To też nie było tak, że mnie jakoś stres blokował wcześniej, ale odczuwałam z tego powodu jakiś większy dyskomfort. Teraz zniknął i czuję się z tym naprawdę dobrze. 



Studia semestr V - to było zaskoczenie!

 Hejo!

Po skończeniu semestru przychodzę do Was ze wpisem, który jest już pewnego rodzaju tradycją. Podsumowanie przedostatniego semestru na kierunku chemia środków bioaktywnych i kosmetyków na UMCS. Jestem na studiach licencjackich, więc w tym semestrze będę zabierała się za pisanie pracy i robienie badań do niej. Dodatkowo robię sobie specjalizację nauczycielską, jestem w zarządzie Studenckiego Koła Naukowego Chemików Bioaktywni oraz zaczynam angażować się w działalność samorządu studenckiego. 


Ogólne odczucia 

Ten semestr był dla mnie zaskakujący, ale w większości negatywny sposób. Patrząc na plan studiów i ilość godzin do wyrobienia, myślałam, że nie będzie tak ciężko. Były semestry, w których miałam więcej godzin do wyrobienia, więc myślałam, że będzie lżej. Jak ja się myliłam! Nawet plan zajęć był naprawdę dobry, ale uważam, że w tym semestrze zawiodła organizacja i wiele rzeczy było cięższych niż to potrzebne. Myślę, że to również kwestia tego, że miałam dwa wykłady, które nie miały żadnych laboratoriów i ćwiczeń, przez co trzeba było się uczyć wyłącznie do egzaminu i z materiałów z wykładu. 
Przedmioty wydawały mi się ciekawe po nazwie lub sylabusie, ale w niektórych przypadkach zajęcia były słabo prowadzone. 

Przedmioty

  • biotechnologia 
  • chemia fizyczna w układach biologicznych 
  • socjologia 
  • synteza i chemia organicznych związków chiralnych 
  • wybrane zagadnienia z fizjologii roślin 
  • związki biologicznie czynne pochodzenia zwierzęcego 
  • związki mineralne stosowane w kosmetyce
Ze specjalizacji nauczycielskiej doszły mi dwa przedmioty:
  • przygotowanie pedagogiczne do pracy w szkole podstawowej 
  • psychologiczne podstawy w szkole podstawowej 

Jak oceniam przedmioty?


Nie przypadła mi do gustu forma samodzielnych wykładów — wolę, kiedy materiał jest także omawiany na konwersatoriach lub jest odniesienie do niego na laboratoriach. Wybrane zagadnienia z fizjologii roślin to był naprawdę ciekawy wykład i prowadzony równie dobrze. Prowadząca aktywizowała nas w trakcie zajęć, więc to dla mnie kolejny plus tego przedmiotu. Z kolei związki biologicznie czynne pochodzenia zwierzęcego były nieco chaotycznie prowadzone. Trudno było notować na zajęciach i też układ informacji był taki dziwny. Najważniejsza lekcja dla mnie z tych zajęć — chyba preferuję składniki aktywne pochodzenia roślinnego.

Związki mineralne stosowane w kosmetyce to chyba moje największe rozczarowanie. Przedmiot składał się z wykładu i laboratoriów. Zakres materiału był dla mnie nieinteresujący, a laboratoria zupełnie niepraktyczne. Głównie sprawdzaliśmy parametry błota. Przedmiot zapychacz. Mam poczucie, że te 45 godzin można były lepiej spożytkować.

Chemia fizyczna w układach biologicznych to kolejny semestr chemii fizycznej. Tym razem zagadnienia, które poznałam w ubiegłym roku, zostały umieszczone w organizmie człowieka. Dość ciekawe, ale znowu... Wykład był prowadzony tak, że trudno było mi się w niego angażować, ale był naprawdę sensowny. Ciężko mi określić, co tam poszło nie tak. Oprócz tego były laboratoria, które wyglądały podobnie jak w poprzednich semestrach. Ćwiczenia były ciekawa i czułam, że wiem, co robię. Również mieliśmy konwersatoria, których forma mogłaby być lepsza. Wolałabym bardziej formę dyskusji i omówienie zagadnień z wykładu tak, abyśmy faktycznie potrafiły odnieść te chemiczne parametry do układów biologicznych. Głównie zajmowaliśmy się suchymi obliczeniami.

Miłym zaskoczeniem był wykład z syntezy i chemii organicznych związków chiralnych, Był bardzo dobrze prowadzony. Zagadnienia poruszane na tych zajęciach są bardzo trudne — wymagają wyobraźni przestrzennej i umiejętności obrotu bryły w wyobraźni. Wykładowca naprawdę starał się wyjaśniać wszystko w przystępny sposób, wykorzystywał modele atomów. Czułam, że to nie był stracony czas i naprawdę warto było chodzić na te wykłady. Gorzej wypadały laboratoria. Głównie to były kwestie organizacyjne — nasze sale laboratoryjne poszły do remontu w połowie semestru, przez co trzeba było kombinować. Wyszło tak, że zajęcia były co dwa tygodnie i robiłyśmy na nich dwa preparaty. Było ciężko po prostu. 

Biotechnologia to również był ciekawy przedmiot. Wykłady były interesujące, szczególnie w drugiej połowie semestru, gdy były tematy związane z kosmetykami. Również laboratoria były ciekawe i przyjemnie mi się na nich pracowało. Jedne z lepszych zajęć. Jednak wolałabym mieć podane zagadnienia do kolokwiów i prezentacje — wolę inną formę nauki niż naukę z gotowych materiałów. Szczególnie że było tutaj więcej nauki na pamięć niż na zrozumienie. 

Specjalizacja nauczycielka 


W tym semestrze pierwszy raz miałam wykłady ze specjalizacji nauczycielskiej stacjonarnie. Zarówno zajęcia z psychologii, jak i pedagogiki bardzo mi się podobały. Poruszały wiele ciekawych zagadnień, a wiele z nich z łatwością mogłam zaobserwować w otoczeniu (co nie do końca dobrze świadczy o moim otoczeniu). Prowadzące stwarzały możliwość do aktywnego udziału w zajęciach i możliwość dyskusji z grupą oraz prowadzącymi. Niestety były to tylko wykłady, które były zrealizowane w ciągu pięciu spotkań, więc nie mam za wiele o nich do powiedzenia. W tym semestrze będę mieć konwersatoria z tych przedmiotów i myślę, że te zajęcia przypadną mi do gustu.

Koło naukowe

Działalność w kole naukowym nabrała tempa i kurde... Ile z tym wszystkim jest papierów! Pierwszy raz organizowałyśmy wszystko same, co było ogromnym wyzwaniem. 
Pisanie grantu, sprawozdań, budżetu... Naprawdę dużo tego było. Do tego niezliczona liczba podań o cokolwiek, czekanie na pozwolenie i czekanie na odpowiedzi. Naprawdę dużo papierów i biegania po całym kampusie. 
Poza tym pierwszy raz organizowałyśmy urodziny kola, co nam naprawdę dobrze wyszło. Miałyśmy pokazy z preparatyki kosmetyków na Nocy Innowacji w Puławach, a druga połowa naszej grupy w tym czasie prowadziła pokazy z eksperymentów chemicznych. Mimo że już prowadziłam preparatykę, to zawsze było to na uczelni, więc strasznie się tym stresowałam. Wszystko wyszło naprawdę dobrze. Tylko baloniki nam zabrali... 

Pierwsza konferencja

Inną naprawdę ważną rzeczą było dla mnie pierwsze wystąpienie z posterem na konferencji Bliżej Chemii organizowanej przez koła naukowe z Uniwersytetu Jagielońskiego. Była to zdalna konferencja, co było jej ogromną wadą. 
Pierwszy raz przygotowywałam abstrakt i poster, i po prostu nie miałam pojęcia, jak się za to zabrać Z pomocą znajomych to ogarnęłam. Sam poster wyszedł mi naprawdę ładnie. Była to praca przeglądowa — omawiająca artykuły i wykonane badania przez innych naukowców. 
Najgorsza była prezentacja... Konferencja była na teamsie, a każda osoba prezentująca poster musiała udostępnić ekran, aby był on widoczny. Miałam ogromne problemy techniczne — nie mogłam udostępnić posteru, nie był wcale widoczne. Gdy była więcej niż jedna osoba w spotkaniu, zrywało połączenie i musiałam dołączać od nowa. Naprawdę bardziej stresujące niż to warte. 

Podsumowanie 2022



Cześć!

Jest to ostatnie podsumowanie, jakie w najbliższym czasie zobaczycie u mnie na blogu. Jest ono dość symboliczne, po prostu pozwala mi rozliczyć się z poprzednim rokiem i sprawdzić, co udało mi się osiągnąć i jak poradziłam sobie z realizacją moich celów. 


Jak wspominam 2022 rok?

Słowo, które najczęściej pojawiało się na blogu, niemalże w każdym podsumowaniu, to ciężko. I aż mi głupio pisać je po raz kolejny, ale tak. Było ciężko. Było dużo pracy. Było dużo wymagających rzeczy. 
Ale też było więcej czasu niż wcześniej. Mogłam więcej czytać. Mogłam więcej czasu z bliskimi spędzić. Mogłam więcej czasu mieć dla siebie. 
Robiłam wszystkiego po trochu, chciałam we wszystkim ważnych dla mnie sprawach być. I mimo wszystko, aby być wszędzie tam, gdzie chcę, to było męczące. Szczególnie w ostatnich trzech miesiącach tego roku, gdzie musiałam odpuszczać i nie dawać z siebie 100%. 


Moje cele — jak mi wyszła ich realizacja? 

Łącznie postawiłam sobie 11 celów, ale na blogu napisałam o 5. Ogólnie ich realizacja poszła mi dobrze. Nie każdy udało mi się zrealizować w takim stopniu, w jakim chciałam, ale każdy choć trochę spróbowałam. 

1. Wrócić do robienia zdjęć — nieprecesyjne, ale myślę, że zaliczone. Robiłam więcej zdjęć niż w poprzednim roku, ale głównie telefonem. Aparatu używałam rzadziej. 
2. Przeczytać 75 książek — zrobione! Przeczytałam 82 książki.
3. Mieć mniej niż 15 nieprzeczytanych książek — zaczynałam ubiegły rok z 25 nieprzeczytanymi książkami. Z tych książek zostało mi 8 do przeczytania, ale doszły przez rok jeszcze inne. Zaczynam ten rok z 18 nieprzeczytanymi książki. Uważam, że jest to sukces.
4. Kupić mniej niż 20 książek — w praktyce nie wliczałam książek ze współprac (zmieniło mi się podejście do współprac). Kupiłam 28 książek - 9 z nich było kupionych z pierwszej ręki, a 19 z drugiej ręki. Wyrobiłabym się, gdybym w grudniu nie kupiła wszystkich książek z serii o Ali Makocie. 
5. Odwiedzić 2 miasta, w których nie byłam — z tych, o których myślałam, tworząc ten cel, to byłam w jednym. Ogólnie byłam w trzech miastach, których wcześniej nie miałam okazji zwiedzić. Byłam we Wrocławiu, Piasecznie (wycieczka do Ireny Eris) oraz w Chełmie (wycieczka do cementowni).

Oprócz tego miałam cel związany z blogiem. Mianowicie — wstawiać minimum 2 wpisy w miesiącu. Zaliczam to sobie, bo łącznie napisałam 35 postów, mimo że w styczniu był tylko 1. Patrząc całościowo na cały rok, osiągnęłam nawet więcej niż minimum, które sobie założyłam. 

Ulubieńcy roku 

1. Film 

Nie mam pojęcia, ile filmów obejrzałam w ciągu tego roku. Bez wątpienia obejrzałam ich mniej niż seriali. Powróciłam do chodzenia do kina. Co prawda, byłam tylko 4 razy w ciągu całego roku, ale to zawsze coś. 

Najlepszy film, jaki w tym roku obejrzałam, to Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie. Ten film jest rewelacyjny. Zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie. Do tego stopnia, że po kilku miesiącach od obejrzenia wciąż wracam do niego myślami.  Polecam bez zbędnych słów. 

2. Książki 

Tym razem nietypowo, bo moim największym książkowym ulubieńcem jest czytnik Inkbook Calypso Plus. Temu małemu urządzeniu zawdzięczam to, że moje książkowe cele udało mi się tak dobrze zrealizować. 
Odkryłam nowy komfort czytania. Mogłam czytać szybciej. Nie byłam ograniczana, przez to, że nie mam książki, na którą mam ochotę. Również pozwoliło mi to ograniczyć kupowanie książek. Są książki, które nie wiem, czy mi się spodobają lub uważam, że są dobre na jeden raz. W takim przypadku czytnik i Legimi sprawdziło mi się rewelacyjne. Na Legimi przeczytałam 23 ebooki, a na zakup książek w wersji papierowej zdecydowałam się tylko w dwóch przypadkach. Również były 6 książek, które decydowałam się na czytanie w na czytniku, mimo że miałam tradycyjną książkę. Zakup zdecydowanie udany! 

3. Zdjęcie

Powrót do fotografii ograniczył się właściwie do robienia zdjęć siebie samej i do Wrocławia. Nie udało mi się wyjść na żaden spacer z aparatem. 
Uważam, że i tak jest to krok w dobrą stronę. Szczególnie że zaczęłam z powrotem bawić zdjęciami, czego efekty można było zauważyć. Mam dwóch ulubieńców. 
Z rzeczy, których nie widać — dałam sobie przestrzeń w zdjęciach, aby nie były idealne. Pozwalam sobie na drobne niedociągnięcia. Z czasem ich nie będzie, a ja wtedy lepiej zobaczę postęp, jaki zaszedł.


4. Seriale 

Obejrzałam wiele seriali, nawet założyłam sobie TVTime, aby wszystko sobie spisać. Komediowe, familijne, dla młodzieży, fantastyczne... Dużo tego było, ale faworytów mam dwóch. 
Pierwszy to Brooklyn 9-9. Godny następna Niani w moim sercu, lepsza i bardziej aktualna wersja 13 posterunku. Zabawny, aktualny i nikogo niedyskryminujący. Doceniam szeroką reprezentację mniejszości oraz pokazanie, że może być zabawnie bez żartów z grup mniejszościowych i szkodliwych stereotypów. Jest osiem sezonów, które oglądałam z zapartym tchem i niecierpliwie czekałam, aż ostatni sezon pojawi się w Polsce. Ósmy sezon był świetnym zakończeniem. Był inny, bo nie mógłbyś dalej utrzymany w tej samej konwencji. Zaszły ogromne zmiany na świecie, które ten sezon pokazał i wyjaśnił, dlaczego Brooklyn 9-9 się kończy. 

5. Kosmetyki 

Absolutny i niezaprzeczalny ulubieniec tego roku to Seal the Deal z HairyTaleCosmetis. To produkt tak cudowny, tak wielofunkcyjny i faktycznie dobrze działający w wielu funkcjach, że jestem w szoku. Powiedzenie "jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego" w tym przypadku się nie sprawdza. 
Do tej pory nie znalazłam nic, co by lepiej podbijało skręt moich włosów. Jest idealny do szybkiego wydobywania skrętu — nakłada się go jako BS i potem stylizator. Więcej nie trzeba, naprawdę!

Jakie mam cele 2023? 

Podobnie jak w poprzednim roku, przedstawię Wam tylko wybrane cele. Łącznie jest ich dziesięć. Nie chciałam przeginać i skupiłam się tylko na najważniejszych dla mnie aspektach, które chcę rozwijać. Postanowiłam sobie, że spiszę je na kartce i nie będę do nich zaglądać aż do końca roku. Wiem, co chcę zrobić i na czym mi zależy, dlatego uważam, że nie muszę tego mieć cały czas przed oczami, aby to osiągnąć. To również fajnie mi pokaże na koniec roku, co faktycznie się dla mnie liczyło. 

1. Przeczytać 100 książek 

Myślę, że to jest już ostatni raz, kiedy podnoszę sobie poprzeczkę w przeczytanych książkach. W 2017 roku zaczynałam od przeczytania 52 książek roku, później poprzeczkę podniosłam w 2020, aby przeczytać 60. W 2021 podniosłam poprzeczkę do 75.
Na początku każdego roku starałam się realnie przewidzieć, ile będę w stanie przeczytać. Nie jest to łatwe w skali roku, ale z czasem coraz łatwiej mi to przewidzieć. 100 książek w moim przypadku powinno być odpowiednim wyzwaniem. Realnym i do osiągnięcia, ale wymagającym większego wysiłku ode mnie. Będzie to też motywacja, aby więcej odpoczywać, bo nic mnie tak nie relaksuje, jak czas z książką, a to będzie w tym roku ważne. Nadchodzący licencjat oraz inne projekty mogą mnie naprawdę pochłonąć. 

2. Zejść poniżej 10 nieprzeczytanych książek na półce 

Zaczęłam ten rok z 18 nieprzeczytanymi książkami. Już doszły dwie — jedna to prezent, a druga to współpraca. 
Jest to takie minimum, które myślę, że osiągnę w tym roku. Wliczam w to również sprzedaż książek, jeśli zdecyduje, że jednak nie chcę ich czytać.

3. Zrobić zdjęcie każdej pory roku 

Mała motywacja, aby zacząć wychodzić na zdjęcia. Nie narzucam sobie robienia zdjęć aparatem, ale byłoby to wyjście idealne. Obym była w stanie współpracować z pogodą i czasem. 

4. Wziąć czynny udział w konferencjach 

Założyłam sobie, żeby wziąć udział w 4 konferencjach. Jedna jest już za mną. To było ciekawe doświadczenie, chociaż wyobrażałam je sobie inaczej. Na pewno czekają mnie jeszcze dwie konferencje. Znalezienie i udział w czwartej też nie powinien być problemem, tylko muszę pilnować terminów. 


Cieszę się, że uporałam się z tym postem. Jego samo pisanie było pewnym rozliczeniem się z rokiem, ale zanim go dopieściłam, trochę czasu minęło. 

Kwartalnik VIII - za szybko

 Hejo!

Dziś przychodzę z podsumowaniem ostatnich trzech miesięcy, a następnie chwila przerwy od tego typu wpisów. 
Na początek. Dziś do północy można jeszcze głosować w Rankingu OpowiemCi - kliknij tutaj. Zostałam nominowana w trzech kategoriach: 

  • bloga - Myśli z głowy wylatujące
  • Instagram - @myslizglowywylujace
  • Akcja książkowa - Najgłośniejsza książka roku

Co u mnie? 

Będę się powtarzała, ale ten rok akademicki jest ciężki! Naprawdę nie spodziewałam się, że cały czas będzie się coś i właściwie cały czas trzeba będzie coś ogarniać, i ogarniać to, czego ktoś inny nie ogarnął. 
Wydarzyło się kilka rzeczy, których się nie spodziewałam. Zaangażowałam się w projekty, które w przyszłości naprawdę mogą zaowocować. 
Mój czas dla mnie i dla moich zainteresowań był niewielki. Kiedy już go miałam, to wolałam sobie po prostu odpocząć z serialem niż pisać lub czytać. Przez to też mniej czytałam i mniej pisałam na bloga. Musiałam się nauczyć, jak nadawać priorytety zadaniom. A raczej, jak odpuszczać to, gdzie nie muszę się starać na 100%. Pocieszała mnie również zasada 80/20, czyli że 80% efektów wynika z 20% działań. Czy to działa? Nie jestem pewna, ale chociaż pozwala mi odpuścić i wyluzować. 
Tak sobie myślę, że również wiele rzeczy zaczynałam i nie kończyłam przez brak czasu. Czyli coś robiłam, ale efektów ostatecznie nikt nie zobaczył



Książki 

Przez te trzy miesiące przeczytałam 10 książek. Zdecydowanie poszłam w jakość, a nie w ilość. Żartuję, nie przepadam za tych stwierdzeniem w sensie. Po prostu miałam mało czasu na czytanie, więc nie był to mój świadomy wybór. Po prostu tak wyszło. 

Co polecam? 
1. Córka Smoka Adam Faber — rewelacyjne zakończenie trylogii! Mimo tytułu, który sugeruje, kim jest Sky, książka mnie zaskoczyła. Samo jej czytanie było bardzo przyjemne. Krew Ferów jedna z moich ulubionych serii. Polecam każdemu, kto lubi magiczne klimaty. 9/10  
2. Cuda wianki — kolejny zbiór opowiadań o rodzinie Koźlaczek. Ma inny klimat niż Cud Miód Malina. Na niesamowitą całość składają się opowiadania, które nie są idealne. Mają drobne wady, tu mi czegoś zabrakło, tu czegoś jest za dużo, ale ostatecznie razem tworzą coś świetnego. 9/10
3. Lonely Heart — poruszająca serce historia. Zakochiwałam się coraz bardziej z każdą stroną, aby na koniec zostać ze złamanym sercem. Dużo emocji mi dała. 9/19

Każda z tych książek jest na podobnym poziomie i wywarły na mnie ogromne wrażenie. Córki Smoka i Cuda Wianki zdecydowałam się nie umieszczać w najlepszych książek. Wolałam dodać tam Lonely Heart, które było przeczytane na świeżo i było z innego gatunku, ponieważ w tym momencie mam delikatny przesyt fantastyką. 
Na całe szczęście nie przeczytałam żadnej słabej książki, więc nie mam czego Wam odradzać. 

Filmy

Ostatnio zaczęłam więcej filmów oglądać. Byłam dwa razy w kinie, planowałam jeszcze pójść na Avatara 2, ale zrobię to po Nowym Roku, bo nie zdążyłam.  

Co polecam?
1. Avatar — byłam w kinie i to było coś niesamowitego! Efekty specjalne w 3D zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Co prawda, wyszłam przed końcem, bo już to oglądałam i wiem, że bym się popłakała, ale i tak świetnie się to oglądało.
2. Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie — jakie to było dobre! Sceny z tego filmu powracają do mnie w myślach bardzo często. Puściłam, myśląc, że to będzie komedia. Bardzo się myliłam, ale nie żałuję, bo to chyba najlepszy film tego roku. 
3. Jeździec bez głowy  — klimat tego filmu jest niesamowity. Motyw Jeźdźca bez głowy kojarzyłam, ale nigdy  nie interesowałam się historią. Jeden z nielicznych filmów, który oglądałam, uważnie śledząc to, co się dzieje na ekranie.



Seriale

Seriale nie poszły przez ten czas w odstawkę, mimo że zaczęłam oglądać więcej filmów. Przez te trzy miesiące obejrzałam naprawdę dużo odcinków. Oglądałam nowości, następne sezony ulubionych seriali, ale także powróciłam do seriali z dzieciństwa i obejrzałam coś, co zaczęłam oglądać w trakcie egzaminów gimnazjalnych.

Co polecam? 
1. Wednesday  — jestem zachwycona! Klimat Addamsów zachowany, Jenna Ortega zagrała rewelacyjnie. Fabuła mnie wciągnęła. Naprawdę przeżywałam to, co się dzieje na ekranie. Jestem zachwycona i jestem ogromną fanką!
2. Emily w Paryżu — obejrzałam w październiku dwa sceny praktycznie na raz. Fajny, lekki i przyjemny serial. Jakiś tydzień temu wyszedł trzeci sezon, ale wciągnął mnie na tyle, aby to pochłonęła w jeden dzień. Zostały mi trzy odcinku do końca sezonu. Gdzieś od czwartego robi się klimat, taki jaki kojarzył mi się z tym serialem. Trzy pierwsze odcinki były średnio ciekawe, nieco nawet irytujące. 
3. Szkoła złamanych serc — świetny serial dla młodzieży! Porusza wiele ważnych tematów, ma szeroką reprezentację mniejszości. Łatwo mi było przeżywać historię bohaterów, mimo że niekiedy zachowywali się irytująco lub niezrozumiale dla mnie. 

Czego nie polecam?
Ginny i Georgia — z tym serialem mam ogromny problem. Historia ma naprawdę duży potencjał, ale wykonanie nie przypadło mi do gustu. Największy problem mam z seksualizacją nastolatek. Dziewczyny, które mają szesnaście lat, tańczą w zespole, a ich trener mówi, że mają rozpalić publikę? Obrzydziło mnie to. Inny przykład — do piętnastolatki przychodzi sąsiad, którego ledwo co zna, i zaczynają uprawiać seks. Już na pewno, to tak cholernie bezsensowne. To akurat dwa przykłady, które najbardziej zapamiętałam.

Kosmetyki 

Trochę nowych rzeczy używałam w ostatnim czasie, więc mam o czym pisać. Jeden kosmetyk, który jest cudem i używam go regularnie. Drugi to fajna rzecz w fajnej cenie i w dodatku łatwo dostępna. O dwóch kolejnych wypowiem się kiedy indziej, a naprawdę mają potencjał. Jest też jedna rzecz, która chyba będzie bublem, ale jeszcze jest za wcześnie, aby to ocenić. 

Co polecam?
Odbudowująca maska na noc APIS — najświeższe odkrycie, ale jestem zakochana. Po pierwsze, forma — maska na noc, której nie trzeba zmywać. Idealne dla takiego leniwca jak ja. Po drugie, komfort użycia. To dla mnie naprawdę ważne w kosmetykach. Bardzo przyjemnie mi się tego używa, przez co używam regularnie 2 lub 3 razy w tygodniu. Po trzecie, efekty — stosuję to nie cały miesiąc, więc użyłam tego nie więcej niż 10 razy. To, co zauważyłam od razu, to milsza skóra po nocy, gdy ją nakładałam. Jest również lepiej nawilżona, ale to wpłynęły też inne zmiany w mojej pielęgnacji. 

Oczyszczający peeling trychologiczny SO!FLOW — drogeryjny peeling, który naprawdę dobrze sobie radzi. Po jego użyciu czułam, że mam oczyszczoną skórę głowy. Co prawda, to nie było takie uczucie, jak po peelingu z HTC. Nie miałam żadnych nieprzyjemności po nim. Nie jest za mocny ani za słaby. Wszystko okej i pewnie będę wracać do niego. 


Najlepsze książki 2022

 Cześć!

Rozpoczynam maraton podsumowań — zaczynam od książek, czego nie robiłam w tamtym roku. Następnym wpisem będzie podsumowanie kwartału, czyli sprawy bieżące. Przerwa na recenzję i podsumowanie roku wraz z planami na przyszły rok. 

Zmieniłam formę spisu przeczytanych książek — jest to link do Excela. W takiej formie je sobie spisuję na komputerze. W przyszłym roku planuję zrobić tak samo, łatwiej będzie mi utrzymać regularność aktualizowania tego. 

Wybór najlepszych książek był zadziwiająco łatwy... Uznałam, że nie będę się rozdrabniać i pisałam seriami, co pewnie mi dużo ułatwiło. Jest siedem pozycji, które są w ścisłej topce, oraz trzy, które mają mięcej mankamentów, ale kojarzą mi się dobrze i często wracam do nich myślami.

1. Ostatnie Godziny Cassandra Clare

Książki od Clare z uniwersum Nocnych Łowców biorę i czytam w ciemno. Ostatnie Godziny jednak szczególnie ekscytowały, ponieważ głównymi bohaterami są dzieci Willa i Tessy oraz ich rówieśnicy. Akcja ma miejsce w Londynie przed stu laty, a ja naprawdę kocham ten klimat.
Młodzi bohaterowie przechodzą do działania, kiedy ich rodzice zajęci są formalnościami, których wymaga od nich prawo Nocnych Łowców. Ta ma najlepiej pokazać, jak ono jest surowe i niekiedy bezsensowne. 
Pokochałam bohaterów, których jest ogrom. Każdy z nich jest wyjątkowy, ma swój czas w tych dwóch tomach i swoją rolę w rozwiązaniu zagadki. Wydane są na razie tylko dwa z trzech tomów, ale już jest to dla mnie druga ulubiona seria Clare zaraz po Diabelskich Maszynach. Jestem pewna, że ostatnia część będzie genialna, a finał mnie zaskoczy.

2. Trylogia Królestwo Nikczemnych Kerri Maniscalco

W tym przypadku też będę się odnosić do dwóch tomów, które zostały wydane w Polsce i je przeczytałam.
Emilia wiążę się z jednym z Książąt Piekieł, Panem Gniewu, aby rozwikłać zagadkę nagłej śmierci swojej siostry. 
Pokochałam tę historię. Przede wszystkim za klimat. Powieść pełna magii. Akcja w pierwszym tomie biegnie tak leniwie i jakby nieśpiesznie, a jednocześnie jest jej pełna. Później, wszystko przyspiesza i jest znacznie więcej emocji. Królestwo Przeklętych  jest jeszcze lepsze niż pierwszy tom. Autorka skupia się na relacji bohaterów bardziej niż na odkryciu prawdy i zemście za śmierć Vittorii. Po prostu zaszła drobna zmiana priorytetów, co wyszło korzystnie. Przez to klimat jest tak niesamowity. Sensualny, pełen napięcia między bohaterami. Emilię i Pana Gniewu ciągnie do siebie, ale sami tego nie rozumieją. Świetnie mi się to czytało. 
Dodatkowo magia w tym świecie jest dokładnie opisana. Ma swoje źródło, rytuały oraz legendy. Emilia przypomina sobie nauki babki, a w drugim skupia się bardziej na rozwoju swoich magicznych zdolności.

3. Żniwiarz Paulina Hendel

Pierwszy raz Pustą Noc przeczytałam w 2019 roku. Spodobało mi się, ale nie na tyle, żebym czuła potrzebę, że muszę mieć kolejne tomy od razu. Czerwony Słońce stało u mnie na półce jakieś pół roku, aż zdecydowałam się to przeczytać i zebrać całość. Przepadłam po prostu.

Pierwszy to naprawdę świetna książka, ale czegoś mi w nim zabrakło. Wciągnęłam się, byłam zaskoczona i przeżywałam to, co się dzieje, ale czegoś mi zabrakło. Natomiast Czerwone słońce pochłonęłam, z każdą stroną coraz bardziej wgłębiałam się w tę historię. Pokochałam bohaterów, a nowe postaci to ZŁOTO. Szczególnie Janina — starsza, złośliwa i roszczeniowa pani. Głównie ona odpowiada za elementy humorystyczne. Ta część spowodowała, że musiałam przeczytać resztę, jak najszybciej (co się nie udało). Trzeci tom wypadł nieco gorzej — miał po prostu syndrom drugiego tomu. Wiele zaczętych wątków, część z poprzednich tomów, jakieś nowe wątki. To było przytłaczające, ale w połowie wszystko się ładnie połączyło i już było lepiej. Czwarty tom ma nieco inny klimat, co nie całkiem mi się podobało, ale też świetnie mi się to czytało Za to finał serii! Wow! Po prostu wow! Autorka poprowadziła fabułę w taki sposób, że nie widziałam innego rozwiązania, a jednak udało jej się wybrnąć z tego i mnie zaskoczyć. Coś niesamowitego!

4. The love hypothesis Ali Hazelwood

Jakie to było urocze! Dosłownie jedna z najsłodszych historii, a jednocześnie wszystko jest takie normalne. Może poza początkiem, kiedy Olive całuje losowego typa (największą kosę wśród doktorów, czyli Adama), aby pokazać przyjaciółce, że ma chłopaka. Później dochodzi do tego, że udają związek, a to oczywiście prowadzi do związku. 
Narracja jest lekko ironiczna, co uwielbiam i już od pierwszych stron wiedziałam, że się zakocham w tej książce. Dalej było tylko lepiej. Zdrowy rozwój relacji między bohaterami i odpowiednie tempo rozwoju. Relacja bardzo pełna wsparcia, zrozumienia oraz poszanowania własnych granic. Do tego najlepsza scena erotyczna. Jest długa, ale jaka mądra! Zawiera kilkukrotne pytanie o zgodę i przypomnienie, że zgodę można wycofać w każdym momencie. Jest poruszona kwestia antykoncepcji i chorób wenerycznych. Rzadko się spotykałam z tym w książkach, więc to ogromny plus. Mam nadzieję, że będzie więcej tak dobrze napisanych scen.  


5. Mroczne umysły Alexandra Bracken

To chyba największe zaskoczenie tego roku! O Mrocznych umysłach słyszałam już w gimnazjum, ale nie ciągnęło mnie wtedy do czytania. Teraz przy okazji wznowienia zdecydowałam się na to. 
Znowu miłość!
To najlepsza dystopia, z jaką kiedykolwiek miałam do czynienia. Akcja ma miejsce w pierwszych latach zmian w państwie, co jest rzadko spotykane. Widać, jak choroba zabijała dzieci, a inni wykazywali ponadprzeciętne zdolności. Władze zaczynają tworzyć kłamstwa o młodzieży, która przeżyła, a dorośli ślepo w to wierzą.
Jest tutaj motyw "znalezionej rodziny", czyli grupkę obcych osób, które znalazły się w trudnej sytuacji, zaczynają łączyć mocne więzi, że stają się swoją jedyną rodziną. Relacje między bohaterami są wyjątkowe. 

6. The Atlas Six Olivie Blake

The Atlas Six to kolejna książka, która się wyróżniła w tym roku. Jest to historia szóstki wybitnych Medejów, którzy zostali wytypowani i mają możliwość wstąpienia do Towarzystwa Aleksandryjskiego. Jest to tajne, elitarne stowarzyszenie, które ma dostęp do zasobów Biblioteki Aleksandryjskiej. 
Klimat tej książki jest wyjątkowy. W fabule nie chodzi o cały o to, co doprowadza bohaterów do wtajemniczenia. Jest to przede wszystkim historia dążenia do władzy. Pokazuje, jak wyglądają relacje elity oraz jak ludzie reagują na możliwość awansu społecznego. Badania każdego z bohaterów mają znaczenie, ale nie jest to główny wątek książki. Jest tutaj wiele okołonaukowych tematów, nawiązania do fizyki i chemii, co było dla mnie fascynujące.
Również bardzo dobrze jest zbudowany świat. Magia i zdolności bohaterów opierają się przede wszystkim na chemii i fizyce kwantowej, co było dla mnie niesamowite. Część bohaterów ma zdolności powiązane z psychiką, ale to również jest tłumaczone w podobny sposób.  

7. Władca Pierścieni J.R.R. Tolkien

Klasyk literatury fantastycznej, który wreszcie przeczytałam. Styl pisania jest cudowny. Byłam zachwycona kunsztem literackim. Chłonęłam każde słowo i byłam zachwycona. Klimat jest niesamowity. Cudowne, obrazowe i rozległe opisy, które mnie męczyły. Cudo! Miałam ogromnego kaca książkowego po tej książce, bo nic nie dorównuje temu stylowi. 

8. Trylogia Caraval Stephanie Garber

Pierwszy raz do czynienia z Caravalem miałam 4 lata. Byłam zachwycona tym baśniowym klimatem i ubolewałam, że pozostałe części nie zostały wydane. Aż do tego roku! Cała trylogia została wydana, a ja miałam przyjemność zostania recenzentką kolejnych części. 
Podczas ponownego czytania Caravalu towarzyszyły mi inne emocje. Nie uważałam już tego magicznego przedstawienia za baśniowe. Jest ono po prostu okrutne — miesza w głowie, wykorzystuje marzenia i stwarza pozór, że w nocy można być bezkarnym, przez co wychodzi z ludzi to, co najgorsze.
Legenda ma inny klimat. Główną bohaterką jest Tella, która jest zdeterminowana. Dla niej ta gra to tylko środek do celu, ale i tak widać, jak bardzo jest ona zwodnicza. Poznajemy Mojrów, przez co powieść ma mistyczny i tajemniczy klimat.  
Finał wypada nieco słabiej niż poprzednie tomy, ale to wciąż bardzo dobre zakończenie historii. Jest tutaj perspektywa obydwu bohaterek. Podobał się mi wątek Scarlett, pokazał jej prawdziwą moc. Jednak wątek Telli nie wykorzystał w pełni potencjału tej bohaterki.

9. Trylogia Delirium Lauren Oliver

Trylogia Delirium to również seria, która została wznowiona w tym roku. Pierwszą część przeczytałam 5 lat temu, a ponownie na początku tego roku. Kolejne tomy tej serii były dla mnie zaskoczeniem. Każdy z nich ma inny klimat. 
Delirium pokazuje, jak Lena odkrywa kłamstwa świata, w którym żyje. Okazuje się, że to miłość nie jest tak niebezpieczna, jak każdy chce jej wmówić. Bohaterka przechodzi ogromną przemianę z osoby, która ślepo podąża za regułami, w buntowniczkę. Pandemonium to po prostu wir walki. Lena walczy o to, co uważa za słuszne. Jeszcze lepiej można zauważyć zmianę, która w niej zaszła. Natomiast Requiem to zestawienie życia, które Lena wybrała, i takiego, jakie mogłaby mieć, gdyby została w mieście. 
Najbardziej w tej serii podoba mi się to, że walka o miłość, to tak naprawdę walka wolność. 

10. Lonely Heart Mona Kasten

Książką, którą dopiero co skończyłam i szybko wkradła się w moje serce. Z każdą stroną zakochiwałam się coraz bardziej w historii bohaterów, aż złamało mi serce. Czuję, że kolejna część połata je, a pewnie później znowu złamie. 
Rosie prowadzi własną audycję radiową i nie posiada się ze szczęścia, kiedy jej gośćmi są Scarlet Luck. Zespół, który kocha od ich początków. Niestety wywiad nie idzie po jej myśli, mały incydent przekreśla wszystko, a Bestia, jeden z członków, wychodzi wściekły. Na Rosie spada ogromny hejt, co nie podoba mi się członkom zespołu i chcą jej pomóc odbudować reputację. I tak zaczyna łączyć ją nić porozumienia z Bestią. 

Ta historia jest tak pełna ciepła, wiary w drugą osobę i zaufania, że się rozpływałam. Jednocześnie Bestia skrywa tajemnicę i ma problemy, przez co książka łamie serce i daje to też nadzieję. Chcę naprawdę poznać dalsze losy bohaterów, dowiedzieć się więcej o historii Bestii, ale też zobaczyć, jak będzie wyglądać audycja Rosie.

Kwartalnik VII - czas sukcesów?

Hejo!

Powrót na studia mnie zaskoczył. Piszę to przed trzecim dniem na uczelni i może nie mam żadnych obaw, ale już te dwa dni mnie trochę zmęczyły. Głównie trudności organizacyjne i szybkie ogarnianie tego, co inni spieprzyli (kto by się spodziewał?). Dziwnie od razu jest wskoczyć na tak wysokie obroty i jest męczące. Chociaż mam nadzieję, że dzięki temu szybciej się wczuję w to, co mam do zrobienia. 

Plan jest taki, żeby wpisy pojawiały się raz w tygodniu. Nie wiem, jak to wyjdzie w praktyce. Semestr zapowiada się lżejszy niż poprzednie, ale chcę zacząć wcześniej pracownie do licencjatu. Jednocześnie mam kilka współprac zaplanowanych, więc naprawdę trudno mi przewidzieć, jak to będzie wyglądać.

Co u mnie? 

Mam ambiwalentny stosunek do tych trzech miesięcy. Z jednej strony miałam jakieś spadki nastroju, szczególnie przytłaczający był dla mnie lipiec. Sierpień był lepszy, ale znowu wrzesień był strasznie stresujący. Głównie denerwowałam się praktykami w obcej szkole. W skróci dziwny czas dla mnie, ale jednak owocny. Oprócz tego byłam w Warszawie i Wrocławiu. Krótkie wyjazdy, ale miło je wspominam i fajnie było się wyrwać.
Przede wszystkim zaczęłam wychodzić ze swojej strefy komfortu, co jest dla mnie sukcesem. Szczególnie w kwestii bloga. Pojawiło się więcej recenzji na blogu, zaczęłam więcej publikować na Instagramie i eksperymentować z formą. Powróciłam do robienia zdjęć oraz zabaw w Gimpie, a także próbowałam nowych typów wpisów, które okazały się strzałem w 10!  
Praktyki w szkole podstawowej uświadomiły mi, że nie chcę nigdy w życiu uczyć dzieci w podstawówce. Zderzyłam się z tym, że mam za dużą wiedzę, że tłumaczyć tak proste rzeczy było ciężko. Najgorszy dla mnie był fakt, że czasem dzieci nie mają podstaw z matematyki, aby zrozumieć pewne zagadnienia chemiczne. To chyba był dla mnie największym szok. Drugim szokiem było to, że często nie czytają ze zrozumieniem i wychodzą ogromne głupoty.

Książki

Przeczytałam przez ten czas 25 książki. Większość z nich była bardzo dobra, część tylko dobra, ale także były jakieś słabe książki. Nie było tak, że się bardzo zawiodłam. Na szczęście było więcej zachwytów. Zachwyty były tak wielkie, że wybór trzech książek do wpisu był dla mnie trudny. Zdecydowałam się na wybranie po jednej najlepszej książce z miesiąca i dwa wyróżnienia w postaci linku do recenzji.

Co polecam?

The love hypothesis Ali Hazelwood — bardzo urocza i lekka książka. Taka komedia romantyczna w wersji książkowej. Jak szukacie czegoś, co ogrzeje Wasze serduszko w zimny jesienny wieczór — przeczytajcie. Dodatkowym plusem tej książki jest ukazanie akademickiego świata, które wydaje mi się trafna. 10/10 - RECENZJA

Władca Pierścieni J. R. R. Tolkien — zachwyt i miłość. Czytanie ułatwił mi czytnik. Jak się w to wciągnęłam w pociągu, to mogłabym nie kończyć czytania, a kończyłam z ogromnym bólem. Kunszt pisarski Tolkiena jest niesamowity i chyba na stałe podniósł moje oczekiwania co do książek. Trzy pierwsze księgi mnie tak nie wciągnęły, a samej "Drużyny Pierścienia" nie czytało mi się tak dobrze. Za to "Dwie wieże" i "Powrót Króla" są po prostu cudowne. 9,5/10

Legenda Stephanie Garber — najlepsza książka, którą przeczytałam we wrześniu. Jest dla mnie wyjątkowa, ponieważ rzuciła nowe światło na Caraval i pozwoliła mi się ponownie zachwycić tą historią, ale w inny sposób niż poprzednio. Uwielbiam motyw Mojr i Mojrów, który nadaje mistycznego klimatu oraz głębi tej historii. 9/10 RECENZJA

Również wyróżniły się dwie książki - Królestwo Nikczemnych oraz Mroczne umysły. Trudno mi o nich nie wspomnieć, bo pierwszą świetnie mi się czytało i ma pięknie opisaną relację między bohaterami. "Mroczne umysły" to dystopia, która najbardziej wyróżnia się w tej tematyce. Linki do recenzji podałam w tytułach.

Czego nie polecam?

Trzy razy ty Federico Moccia — książka, z której przeczytaniem zwlekałam 4 lata. I może, gdybym wtedy ją przeczytała, uznałabym ją za OK. To słaba historia, którą ma dobre elementy i potencjał. Gdyby tylko autor nie postawił na toksyczne relacje, zdrady i ciągłe kłamstwa, byłoby o wiele lepiej, a powieść byłaby o trudnych emocjach i radzeniu sobie z nimi.

Filmy 

Oglądałam naprawdę mało filmów. Dosłownie kilka przez trzy miesiące, a z tego jeden polecam, drugiego nie i reszta była nijaka lub oglądałam je wcześniej. 

Co polecam? 

Gnijąca Panna Młoda reż. Tim Burton — nowość dla mnie. Fabularnie podobało mi się, ale miałam problem z animacją - po prostu te postaci były tak nienaturalne, że dziwnie mi się to oglądało. Polecam, będzie dobre na październik i spooky season. 

Straszny dom reż Gil Kenan — to już kiedyś oglądałam i wywarło na mnie ogromne wrażenie. Fajna animacja, jest dreszczyk emocji i odrobina strachu. Jest odpowiednio wyważona pod kątem fabuły i tego, ile ma wzbudzić strachu. Ponownie — propozycja dobra na spooky season. 

Czego nie polecam?

Rekiny wojny reż. Todd Phillips — nie polecam, bo po prostu nie lubię filmów akcji. Uznałam, że wspomnę, bo fajnie będzie wyjaśnić, dlaczego nie lubię. Lubię, gdy coś balansuje na granicy absurdu lub jest celowo absurdalne z rozmysłem (jak w komediach). Filmy akcji są dla mnie zbyt absurdalne lub bohaterowie podejmują naprawdę głupie decyzje, które koniec końców wiadomo, jak się skończą, a oni są zaskoczeni. Irytuje mnie i nie czuję żadnej przyjemności z oglądania takich filmów. 

Seriale

Z serialami akurat poszalałam. Wyszły nowe sezony kilku seriali, które już oglądałam, poznałam nowe oraz dokończyłam seriale, których wcześniej mi się nie udało. Dużo fajnych rzeczy było i znalazłam nowych ulubieńców. 

Co polecam?

The Umbrella Academy, twórcy: Steve Blackman, Jeremy Slater — genialny serial! Fajna fabuła, która łączy w sobie nadzwyczajne zdolności oraz fizykę i elementy nauki. Uwielbiam takie połączenia. Do tego wielu świetnych bohaterów. Klaus i Piątka to najlepsze postaci z tego serialu. Nie polubiłam Allison. Nie mogę się doczekać kolejnego sezonu!

Brooklyn 9-9, twórcy: Dan Goor, Michael Schur — to w ogóle moja nowa miłość. Oglądałam nałogowo i namiętnie, i wiem, że będę wracać. Serial komediowy z krótkimi odcinkami, więc z łatwością się wciągnęłam. Było kilka momentów, że poszczególne postaci mnie irytowały, ale żadna z nich nie była irytująca cały czas. 

Jeszcze nigdy (sezon 3), twórcy: Mindy Kaling, Lang Fisher — mam ogromną słabość tego serialu. Jest to lekki i zabawny serial o nastolatkach. Główna bohaterka popełnia błędy i wiele głupich decyzji, przez co w pierwszym sezonie jest irytująca. Z każdym sezonem widać jej zmianę i to, jak dojrzewa. Świetnie się to ogląda! W dodatku serial ma narrację z punktu widzenia dorosłego, dzięki czemu jest dość uniwersalny. 

Czego nie polecam?

Insatiable, twórca: Lauren Gussis — brak mi słów na ten serial. Jest dla mnie po prostu głupi. Nawet nie byłam w stanie go oglądać do składania prania. Myślałam, że ten serial będzie łamał stereotypy dotyczące kanonu piękności, poruszał temat zaburzeń odżywiania. Jednak nie... Główna bohaterka zakochuje się w dorosłym mężczyźnie, który chce ją wykorzystać, aby odzyskać swój status w społeczeństwie. Wytrzymałam trzy odcinki i dalej nie byłam w stanie oglądać. 

Kosmetyki

Co polecam? 

Authentic mgiełka-booster nawilżający Tołpa — fajnie nawilża i daje takie uczucie odświeżenia. Jest płynna, ale gdy napryskam, to zaczyna się pienić na mojej twarzy. Z tego powodu delikatnie ją wmasowuję w twarz, aby równomiernie rozprowadzić. Nie wiem, czy to kwestia składu czy pompki. 

Czego nie polecam?

Tripple Vitamine Booster Alterra — pisałam o tym produkcie w Denku. Nie byłam w stanie go zużyć, bo był za ciężki pod krem, a nakładany na krem, rolował go. Dodatkowo zapychał mnie. 


Jestem dumna z... 

Zaplanowania i ogarnięcia wyjazdu do Wrocławia. Po raz pierwszy sama w pełni organizowałam wyjazd, co było dla mnie stresujące. Były wpadki, ale wszystko naprawiłam i koniec końców wyszło! Sam wyjazd do Wrocławia wspominam bardzo dobrze. 

Powróciłam do robienia zdjęć! Przestałam ograniczać się tylko do flat lays z książkami lub innymi spontanicznymi zdjęciami książek. Zaczęłam więcej sama pozować, ale widzę, że wyszłam z wprawy. Powróciłam też do używania Gimpa i więcej eksperymentuje ze zdjęciami. Najbardziej jestem dumna z tego, że dałam sobie przestrzeń na brak idealności. Mam świadomość, że robienie zdjęć to proces, a ja przez te lata zaliczyłam regres. Tylko nie pójdę dalej, jeśli robienie zdjęć nie będzie mnie cieszyć. Mam świadomość niedociągnięć w moich zdjęciach, ale pozwalam im istnieć, żeby nie dążyć ślepo do ideału, a powoli się doskonalić.


Zapraszam na Instagrama, gdzie jestem bardziej aktywna i do polubienia nowych wpisów.