Mam 26 lat i nigdy bym nie pomyślała, że tak będzie wyglądało moje życie
24.05.2026
Cześć!
Rok temu planowałam post urodzinowy. Najpierw miało być "X rzeczy na 25 urodziny", najlepiej w sumie to 25 myśli. Później, że się nie wyrobiłam, to miały być po prostu przemyślenia o wymownym tytule "Mam 25 lat — i co teraz?", bo przecież nie tylko uderza mi ćwierć wieku, ale kończyłam studia i wchodziłam już na 100% w takie dorosłe życie.
A dziś kończę 26 i od początku roku jakoś jestem taka nostalgiczna. Może dlatego, że na początku roku był trend "2026 to nowy 2016"? Może dlatego, że uderza mnie, że 10 lat kończyłam gimnazjum? Jakoś ten koniec gimnazjum dużo bardziej mnie uderza, dużo więcej emocji we mnie wzbudza niż wspomnienie matur czy po prostu końca liceum. Obrona licencjatu czy magisterki też nie wydaje mi się obłożona aż takim ładunkiem emocjonalnym. Może też dlatego, że wiedziałam, że nie zmienię aż tak bardzo środowiska?
Na koniec gimnazjum nigdy bym nie powiedziała, że będę tu, gdzie jestem. Nigdy w życiu bym nie pomyślała, że będę studiowała chemię. Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że mogę nie zaliczyć przedmiotu na studiach i zdecydować się na zmianę uczelni i mieć "rok w plecy". Nigdy bym nie pomyślałam, że po tym, co roku będę dostawała stypendium rektora, odbuduję koło naukowe. Nigdy bym nie pomyślała, że będę chętnie jeździć na konferencje, a tym bardziej że wystąpienia i prezentacje staną się dla mnie czymś normalnym. Ba, nawet wolę prezentację niż poster. I w życiu bym nie powiedziała, że zdecyduję się robić doktorat.
Koniec gimnazjum to też był czas, kiedy najmocniej zaczęłam doświadczać strat. Nie tylko śmierci, które wtedy się zaczęły w mojej rodzinie. Myślałam, że przyjaźnie, które wtedy miałam będą tymi na całe życie. Czas zweryfikował. Jedna z nich została nieustannie, a trzy kolejne rozpadły się do mojej 18-stki. Chociaż jedna też nie do końca. Po prostu przyjaźń się rozpadła, ale z czasem miałyśmy już zwykłą relację koleżeńską, która trwa do tej pory. Nigdy też bym nie powiedziała, że 10 lat po skończeniu tej szkoły odbuduję przyjaźń z przyjaciółką z podstawówki, z którą się całe gimnazjum kłóciłyśmy (raz było lepiej, raz było gorzej, ale trudno było nam się dogadać wtedy).
Gimnazjum to też okres, gdzie pierwszy raz zaczęłam mieć objawy zaburzeń lękowych. Jednak wtedy nie wiedziałam, że to właśnie to. Później nasiliło się w liceum. Myślałam, że to, że po śniadaniu mi niedobrze, to "taka moja uroda", ale jednak to był stres. To, że mam koszmary, regularnie budzę się w nocy, to w sumie nie wiedziałam, skąd się wzięło, ale liczyłam, że przejdzie i przeszło. Problem z utrzymywaniem takich dalszych relacji, problem z nawiązywaniem nowych relacji, bo przecież jeśli znają się, a tym bardziej lubią się z kimś, z kim ja się nie lubię, to na pewno nasłuchali się o mnie samych negatywnych rzeczy. Na pewno ci moi dalsi znajomi mnie obgadują, a już na pewno te dwie dziewczyny (które się razem nie trzymały).
Ale w sumie myślałam wtedy, że w wieku 26 lat na pewno będę po studiach, po ślubie. Może będę miała dzieci albo będę w ciąży. Nie wiem, czy cokolwiek z rzeczy, o których wtedy myślałam, się sprawdziło.
09.08.2026 r.
Musiałam zrobić mały przeskok w czasie, bo w urodziny nie zdążyłam wszystkiego napisać. Później przytłoczyły mnie tony papierów do wypełnienia (byłam na Litwie i szykuję się na konferencję w Hiszpanii!!!) i jakieś inne sprawy bieżące związane z doktoratem. Oczywiście nie mam pojęcia, co ja miałam wtedy dopisać, gdzieś myślałam, żeby dopisać, jak wygląda moje życie. Taka moja codzienność. Tylko że przeczytałam to, co napisałam i widzę wątki, które warto by było, abym pociągnęła dalej.
08.09.2026 r.
Myślałam, aby wrzucić dziś wpis ze zdjęciami z Pragi, ale zorientowałam się, że rok temu dostałam się na doktorat. To chyba dobry moment, aby skończyć ten wpis i zamknąć pewne przemyślenia. Tym bardziej że zadziwiająco dużo zmieniło się przez ten miesiąc i wiele nowych zauważyłam. Jestem na konferencji międzynarodowej w Hiszpanii i siedzę w working room, pisząc ten post, co jest po prostu genialne. Tak właściwie nie mam za bardzo, nad czym pracować dzisiaj, więc mogę swobodnie to sobie skończyć. Atmosfera do pisania jest tutaj po prostu idealna — cisza, każdy z laptopem skupiony na swojej pracy. NO MEGA.
No i właśnie, rok temu zostały opublikowane listy przyjętych. I ja bym nie powiedziała, że nawet w ciągu tego roku sama przejdę tak dużą przemianę. Podjęłam kilka wyzwań — bój z papierami na Erasmusa (uparcie nie dałam się zniechęcić), samotna podróż do Wilna, potem zapisanie się na prestiżową konferencję i pozyskiwanie środków oraz ponownie — samotna przeprawa przez lotnisko, aby dolecieć do Hiszpanii. Później z lotniska do miasta, gdzie była konferencja, jechałam z koleżanką, ale ta najstraszniejsza część podróży poszła gładko i bez problemów.
Zauważyłam, że mam większą lekkość w nawiązywaniu relacji. Wiadomo, nie z każdym się dogadam, ale na studiach poznałam naprawdę wiele cudownych osób. Ciągle nie mogę wyjść z tego szoku, że tylko super osób, przy których czuję się swobodnie, może być w jednym miejscu. I też jest mi przykro, że powoli kończą studia, idą do pracy. Nie każdy z nich zostaje albo w ogóle dostaje się na doktorat. Ale to też jest pewien szok, że sporo osób, z którymi mam regularny kontakt na studiach, decydują się w pewnym momencie obrać tę ścieżkę naukową. Najciekawsze, że nie tylko ja wpadłam w takie towarzystwo, ale też moja przyjaciółka od dzieciństwa. Coś niesamowitego. Do tego osoby, które poznałam już w szkole doktorskiej, są tak kochane i pomocne, że momentami brakuje mi słów. Naprawdę, rośnie nam pokolenie tak zajebistych naukowców, że sobie nie wyobrażacie.
Zyskałam śmiałość nie tylko w kontaktach z ludźmi, ale właśnie też w życiu, aby podejmować różne wyzwania. Moje lęki towarzyszą mi ciągle, stale mam je gdzieś z tyłu głowy, ale coraz bardziej udaje mi się nad nimi panować. Widzę, że w ostatnich miesiącach poczyniłam naprawdę duży postęp. Z jednej strony moje "muszę sobie sama radzić" wpędziło mnie w te zaburzenia, ale z drugiej uczę się nad tym panować, aby to mi pomagało w życiu, a nie utrudniało. Wiele moich lęków jest, ale staram się do nich coraz bardziej racjonalnie podchodzić. Nawet jeśli one są to, w sumie zaraz mam pytanie w głowie "i co z tego?", bo okazuje się, że to nie wpłynie jakoś na moje życie. Co najwyżej się zirytuję, więcej czasu poświęcę, ale i tak to zrobię.
Pozostaje mi tylko przesłać Wam pozdrowienia z Granady (gdzie moja jesieniarska dusza lekko płacze) i liczyć, że do końca roku wstawię wpisy ze zdjęciami z moich wycieczek z ostatnich dwóch lat, bo jestem nimi zachwycona.
