Pragnienia mojej wewnętrznej jesieniary

 


Cześć!

Moja wewnętrzna jesieniara gdzieś od połowy sierpnia wyrywa się na zewnątrz. Nigdy w życiu tak bardzo nie mogłam się doczekać jesieni. Normalnie moja ulubiona pora roku to wiosna, a jesieni dałabym na drugim miejscu razem z latem, a w tym roku lato spada niżej. Może to kwestia po prostu zmęczenia upałami — wyjść się na dwór nie da, przejdzie się kilkaset metrów już pot z człowieka z leje, w domu duszno, na dworze jeszcze gorzej. Tragedia po prostu.

Już teraz czuć, że zbliża się jesień. Rano to powietrze jest takie ostre, a ja niemalże skaczę z radości z tego powodu. Okno otwarte i wpada przez nie chłodne powietrze, a ja siedzę i piję ciepłą herbatę. Dziś akurat jestem u siebie na łóżku, laptop na ławie, a piszę tutaj do Was i piję herbatkę z kubka szopa (jak nie macie zmywarki, to nie polecam, ale uwielbiam to).  Wstałam godzinę wcześniej, niż planowałam, pokój mam w miarę ogarnięty, więc ten wolny poranek wykorzystuję, żeby napisać wpis na bloga. Miałam inne na plany na ten wpis, ale lepszy pomysł wpadł mi do głowy dziś rano. Rozważałam post ze zdjęciami, bo cały tydzień miałam praktyki i byłam nimi wykończona, ale wczoraj wieczorem wpadł pomysł, żebym napisała o tym, jak jesień mi gra w duszy, a rano to po prostu stwierdziłam, że napiszę o tym, na co mam ochotę tej jesieni. 

1. Jesienne kubki

W tamtym roku umyślił mi się kubek w kształcie dyni, ale jakoś nie mogłam go nigdzie znaleźć. Teraz naprawdę nie odpuszczę sobie. Ogólnie mam słabość do kubków, a że teraz mam miejsce w kuchni, aby mieć kubki, to mam możliwość ich uzupełniania. Ewentualnie zadowolę się kubkami, które widziałam w pepco (albo kupię je, ale też w kształcie dyni). Rzeczy, które są dedykowane na jakiś sezon, są u mnie w użyciu przez cały rok. Moje świąteczne kubki są w użyciu praktycznie cały rok i to są jedne z tych z moich ulubionych. Bardzo wygodnie mi się z nich pije. 

2.  Seriale na jesień 

Wednesday 

"Rodzinę Addamsów" bardzo lubiłam w dzieciństwie i wspominam ją bardzo dobrze do tej pory. Oglądałam wtedy ten serial, a filmy nadrobiłam już na studiach. Pamiętam, jak jeden film mnie wystraszył w dzieciństwie. 
Ten serial oglądam już drugi raz, co prawda leci mi trochę w tle i czasami nie skupiam się na nim, aż tak mocno. Jestem już w połowie tego sezonu i dalej jestem tak samo zachwycona. Chyba nawet znając zakończenie, ogląda mi się dużo lepiej, bo wyłapuję takie drobne rzeczy, jak mimika bohaterów albo dziwne zachowania. To jest niesamowite, że jedną minę można interpretować w różny sposób. 

Zbrodnie po sąsiedzku 

Pierwszy raz obejrzałam go tamtej jesieni, a na początku wakacji po raz drugi. Teraz wychodzą nowe odcinki czwartego sezonu, ale na razie czekam, aż wyjdzie ich więcej. Jakoś wolę oglądać ciągiem. 
Uwielbiam ten serial za poczucie humoru oraz taką uniwersalność. Ma bardzo fajny, lekki klimat, ale stale utrzymywane jest napięcie na odpowiednim poziomie. Bohaterowie są dość nieporadni, nie zawsze się ze sobą zgadzają i dochodzą kwestie różnic pokoleniowych, ale wciąż lubią się i dogadują się ze sobą, co naprawdę przyjemnie się ogląda. 
Ten czwarty sezon zapowiada się naprawdę ciekawie, chociaż nie ukrywam, że mam wiele, jeśli chodzi o wybór ofiary. Bardzo lubiłam tę postać, więc szkoda, że padła martwa. Ten sezon z pewnością pozwoli ją lepiej poznać, ale po prostu... Dlaczego?


3. Książki dla jesieniary

Saga "Zmierzch" S. Meyer

Planowałam reread "Zmierzchu" na ten rok, ale od kilku dni mam tak silną potrzebę, aby to ponownie przeczytać, że sobie nie wyobrażacie. W ogóle drugi dzień z rzędu w głowie mi siedzi ten motyw "hoa hoa hoa". Zastanawiam się, w którym momencie "Zmierzch" przestał być czymś cringe'owym, a stał się rzeczą kultową. Mam wrażenie, że w tym roku czuć mocno to, że zaakceptowaliśmy tę serię razem z jej wszystkimi wadami, które nas żenowały. Wszyscy wiemy, że to nie są wybitne książki, Edward jest nadopiekuńczą kwoką, ale zaczęliśmy ogrywać to humorem i po prostu skupiliśmy się na klimacie, który jest naprawdę iście jesienny. 

 Trylogia Snów K. Gier

W tym momencie ta seria nie gra mi tak w duszy jak "Zmierzch", ale jak sobie przypominam ten magiczny i tajemniczy klimat, te świadome sny, w które są jak rzeczywistość... To chyba najlepsza seria Gier, jeśli chodzi o czytanie jesienią. Do tego jeszcze szkoła i ten plotkarski blog. Pasuje mi do klimatu, bo obecnie robię praktyki w szkole i mam powrót do mojego liceum. Naprawdę dawno tego nie czytałam, więc pora już na powrót do tego niesamowitego świata. Książki Gier są dla mnie bardzo przyjemne do czytania i fajnie się przy nich zrelaksować. 

Kryminały Agathy Christie 

Druga rzecz, która naprawdę mocno siedzi mi w głowie, to kryminały od Agathy Christie. Pewnie zaspokoję się jakimś jednym, może dwoma i ponownie powrócę do nich w przyszłym roku. Te książki jakoś pasują mi do jesieni, przynajmniej tak w mojej głowie. Najchętniej wybrałabym jakąś historię z serii o Pannie Marple. Uśpione morderstwo to była pierwsza książka tej autorki, jaką przeczytałam i do tej pory bardzo dobrze ją wspomina. Zresztą, postacie starszych pań, które rozwiązują jakieś zagadki, zawsze są dla mnie ciekawe. Takie historie po prostu przyjemnie się czyta.

4. Filmy na jesienny wieczór

Seria o Harrym Potterze

Już na wiosnę zaczęłam oglądać Harry'ego Pottera, ale stanęłam chyba na czwartej części i dalej nie obejrzałam. Nie odpuszczę sobie i będę chciała obejrzeć resztę części. Harry Potter to jest taki typowi, jesienny klasyk. Chyba każdy zna te piątkowe wieczory z Potterem na TVN. Już przestałam ich tak wyczekiwać i nawet nie orientuję się, czy w tym roku też leci, ale skojarzenie z jesienią pozostało. Jakoś ta szkoła i magia niesamowicie pasuje do tej pory roku.

Miasteczko Halloween

Klasycznie — nie chodzi mi o Tima Burtona, ale o taki stary film Disneya. Jest on mało znane, ale dla mnie to kultowy film. Nie wiem, nawet kiedy go po raz pierwszy obejrzałam. 
Widać po tych filmach starość i niski budżet, ale jak dla mnie to im tylko nadaje uroku. No nie są te efekty specjalne, które się źle zestarzały i żenujące, ale tak jak w Harrym Potter — w pewien sposób rozczula człowiek. Widziałam, że jest trzecia część tego filmu, której nigdy w życiu nie widziałam, więc jest do nadrobienia. 

Przypominam też o moim Vinted, gdzie ma wystawione kilka ubrań — część z nich jest idealna na jesień. :D

VINTED




Bałagan


Chciałabym przedstawić Wam mniej więcej, jaki ja mam teraz problem z pisaniem. Jedna rzecz jest taka, że ja po prostu wypadłam z rytmu. Druga rzecz jest taka, że nie mam uczelni, to nie mam aż takie wypracowanej rutyny, ale też po prostu nie trzymam się aż tak w ryzach. Trzecia rzecz, że ja mam po prostu w głowie tyle pomysłów, że czasem mam wrażenie, że mi głowa wybuchnie. A to tylko kwestie bloga, a jeszcze są inne obowiązki. Pracę akurat mam specyficzną, w nieregularnych godzinach, a w wakacje ona w ogóle wygląda jeszcze inaczej niż przez cały rok. Do tego mam zbierać materiały do magisterki, co w sumie zaczęłam robić. 
No i to wszystko sprawia, że w mojej głowie jest bałagan. Z jednej strony mam energię, aby robić i działać, ale z drugiej strony nie wiem, od czego zacząć, więc robię coś innego (znowu się wkręciłam w genealogię i w trzy dni znalazłam 31 jeden przodków) albo się odmóżdżam (czyli gram w pasjansa albo węża). Tak właściwie to tylko streszczenie tego tygodnia, bo poprzednie dwa tygodnie miałam takie typowe wakacje. Najpierw byłam na Mazurach (bardzo fajny wyjazd), a potem pojechałam na wesele w drugi koniec Polski i przeżyłam szok kulturowy. W mojej okolicy śluby są o 16-17, a tort jest w nocy, a tam o 17 już był tort, a samo wesele o 13. Na pewno tego wesela nie zapomnę. 

Wiecie co... Pisze tak i to pomaga mi dobrać dystansu do tego, co myślę, bo gdy spojrzę na to w ten sposób, że przecież ostatnie dwa tygodnie zajmowałam się czymś innym, to jest normalne, że potrzebuję czasu, aby wrócić do jakiejś rutyny. Właściwie to wypracować sobie jakąkolwiek wakacyjną rutynę i dostosować do tego system pracy, bo mimo wakacji od uczelni to mam trochę obowiązków. Niby nie są one aż tak pilne, ale jednak fajnie by było to zrobić, aby nie ciążyło to tak nade mną. Fakt, że mam na to dużo czasu, mi po prostu nie pomaga. Mam brzydką skłonność do prokrastynacji i zajmowania się tym, co jest najpilniejsze. 


Zastanawiam się też, czym różnią się te wakacje od tych wszystkich innych. Co się stało, że w poprzednie lata stawiałam sobie cele, które naprawdę byłam w stanie zrealizować. A teraz? Teraz nie widzę tego, co robię i ile robię. Dziwnie się czuję z tym, że nie mam żadnej presji z zewnątrz. Moja motywacja wewnętrzna zdecydowanie osłabła. I chyba winę ponosi za to, jak wyglądał ten rok na studiach. Jak bardzo mnie zmęczyło, ale też mnie zniechęciło. Mam wrażenie, że zaczął się u mnie silniej objawiać syndrom oszusta, co w sumie jest dziwne. Albo i niedziwnie. Zależy, jak na to spojrzeć. Z jednej strony - naprawdę się starałam, uczyłam się, uczciwie przygotowywałam się do zaliczeń. Każda ocena jest efektem mojej pracy. Tylko że w tym wszystkim tego wszystkiego było po prostu za dużo. Czuję, że nic się nie nauczyłam. Nie mogłam się dobrze przygotować, bo nie miałam wystarczająco czasu, aby się nauczyć. Co chwilę miałam obszerne zaliczenia na uczelni. Do tego ponad 30 godzin tygodniowo zajęć. Nie jestem z tego zadowolona. Odczułam bezsens, osamotnienie w moim podejściu i się po prostu zraziłam. Mam tylko nadzieję, że jakoś naturalnie mi przejdzie. Zmagaliście się w ogóle z czymś takim?

Kryzys

 


Cześć!

Napisałam dziś ostatnio egzamin i się zastanawiam, co ja chcę tutaj napisać. W weekend dotarło do mnie, że mam kryzys, jeśli chodzi o bloga. Tylko teraz, gdy siedzę w końcu i piszę, to nie wiem, co ja mam napisać. 

Dopadło mnie zwątpienie, jeśli chodzi o samo prowadzenie bloga. Czy to ma w ogóle sens w mojej sytuacji? Czy ktoś to jeszcze czyta? Nie wiem, czy w tym roku odwiedziłam czyjkolwiek blog, naprawdę. W tym semestrze studia doprowadzały mnie na skraj wytrzymania. Przed świętami doszłam do momentu, że miałam tak dość nauki, że po prostu nie chciało mi się uczyć i robiłam absolutne minimum, aby przetrwać. W styczniu było odrobinę lepiej, przynajmniej na początku, ale 3 ostatnie tygodnie to była po prostu jazda bez trzymanki. W dwa tygodnie miałam łącznie 8 zaliczeń + dzisiaj ten jeden egzamin. Strasznie źle zorganizowany semestr mieliśmy. Gdyby inaczej zajęcia rozłożono, to by było nam lżej przed sesją. Szkoda po prostu. 

Przez to właśnie nie miałam czas na nic. Audiobooki do nauki, weekendowe poranki z książki i tyle, a nawet i to nie zawsze.

Czuję, że po prostu mam kryzys. Przez brak czasu czuję, że nie ma sensu tego robić. Regularności nie ma, aktywności z mojej strony na innych blogach nie ma. Z SEO wypadłam, nie mam ochoty się bawić w optymalizację, aby się wyżej w Google wyświetlać (chociaż może pomyślę?). Z Instagramem udaje mi się działać, bo wrzuciłam po prostu na luz — nie pozuję, robię zdjęcia telefonem, robię zwykłe selfie, nie robię kompozycji albo po prostu robię prostą grafikę w Canvie, aby wyszło szybciej. 

Z blogiem jest ciężej. Nie chcę się cofać, nie chcę się uwsteczniać, ale nie daję rady działać w ten sposób, w jaki działałam. Nie chcę przestawać pisać. Może to tylko przyzwyczajenie. 

Tak się zastanawiam, czy ten kryzys nie wynika też tego, że czuję, że nie mam, o czym pisać? W tym sensie, że nie czuję, abym mogła ostatnio napisać coś ciekawego. Nie wiem. Może przejdę do krótszych form, ale bardziej konkretnych. Postaram się pisać tak, jak czuję. Jeśli wyjdzie mi długo, to będzie długo.

Wiem tyle, że teraz mam już wolne i wolną głowę. Chciałabym dokończyć to, co zaczęłam. Dać w końcu ten wpis o ograniczaniu kupowania książek. Zrealizować nowe pomysły, które wpadły mi do głowy w natłoku tego wszystkiego. Może uda się to zrobić przed rozpoczęciem nowego semestru i coś uda mi się ogarnąć na zaś. Oby, chciałabym się tego nauczyć. Stworzyłam nawet zeszyt na pomysły!

W pułapce własnych planów

 Cześć!

To znowu nie jest wpis o tym, jak ograniczyć kupowanie książek. Poniekąd to, co tutaj napiszę, będzie się wiązało z tym postem, a raczej jego brakiem. Może nie do końca brakiem, bo w sumie baza tego wpisu jest, ale trzeba to przerobić, a ja? A ja nie mam czasu. Jednocześnie mam plany co do wpisów, wyobrażenie w mojej głowie, co i jak powinnam zrobić i jak to powinno wyglądać. 

I dlatego nic się tutaj nie dzieje. 

Uchodzę za osobę zorganizowaną. Wśród osób, które mnie mniej znają i wśród tych, które mnie kojarzą z działalności internetowej. Umiem robić plany, umiem robić to-do list, ale za cholerę nie umiem się ich trzymać. Inna kwestia, że zawsze wychodzi coś ważniejszego w moim życiu, że z jakiegoś powodu nie jestem w stanie się tego trzymać. 

Do tego też nie ukrywam, że Internetem i tworzenie to jednak nie jest mój priorytet. Lubię to robić, ale stety niestety, gdy mam intensywniejsze okresy w życiu, to odpada jako pierwsze. Czytanie umiem wpleść w moją rzeczywistość, nawet gdy nie wyrabiam się z niczym. Często łączę to z nauką, kiedy słucham audiobooków. Ale pisanie? Nie. To wymaga więcej myślenia, więcej energii. A ja tą energię pożytkuję na inne rzeczy. Staram się akceptować to, że nie mam czasu na pisanie. Wrzucić jakieś story na Instagrama w wolnej chwili. Tylko tych chwil za wiele nie ma. Moja codziennie rzeczywistość to w sumie uczelnia i nauka po niej. Ten czwarty rok jest naprawdę obszerny, a w przyszłym semestrze chyba będę mieć jeszcze więcej zajęć. Właśnie sprawdziłam program studiów. Łącznie z godzinami ze specjalizacji nauczycielskiej mam w tym semestrze 470 godzin dydaktycznych do wyrobienia, a kolejnym tylko 465. Tygodniowo to jest ok. 30 godzin. Jedne zajęcia się za niedługo będą kończyć, inne będą dochodzić i moja sytuacja się niewiele na razie polepszy. Jedne zajęcia mam co dwa tygodnie, ale szczerze i tak tego jest ogrom. W praktyce to wygląda tak, że ja jestem na uczelni codziennie, bo zapisałam się wolontariat i działam sobie dodatkowo w laboratorium. Po powrocie nauka, bo w tygodniu po 3 kolokwia, z czego jedno zazwyczaj jest obszerne. Do tego jeszcze naucz się na wejściówkę i ogarniaj, co masz zrobić. 

A do tego jest życie poza uczelnią. Obowiązki domowe, na które minimalizuję czas, jak tylko mogę. Porządki to dla mnie w ogóle koszmar, bo sterty rzeczy rosną w górę, a ja nie ma siły, aby to ogarnąć. 

Teraz piszę wieczorem, gdy myślałam, że położę się spokojnie spać, ale jednak siadłam do pisania. Pierwotny pomysł był taki, aby przygotować krótkie recenzje książek. Dużo słucham audiobooków. Trochę ebooków czytam. Wbrew pozorom to akurat idzie mi dobrze, bo staram się naprawdę wykorzystać każdą wolną chwilę na to, aby choć trochę poczytać. Książki, które przeczytałam, są takie, że mam ochotę o nich opowiadać. Tylko czasu nie mam. Pół dnia miałam korepetycję. Później trochę przerwy i do 21 robiłam notatki. Nie skończyłam, będę kończyć jutro rano. W niedzielę, czego zwykle nie robię, ale inaczej teraz nie jestem w stanie. 

Nie chcę snuć planów na to, co kiedy napiszę. Nie widzę sensu obiecywać Wam, kiedy się pojawi kolejny post. W tym miesiącu? Może. Chyba że znowu dostanę zjazdu energii. Wpis o ograniczaniu kupowania książek? W tym roku? Fajnie by było. 

Brak oczekiwań i czekanie - co u mnie?





Cześć!
Miałam wyjątkowo paskudny miesiąc — co mogło pójść nie tak, to poszło. Nic, co zaplanowałam, nie wyszło, a inne plany się przesunęły, a niespodzianki od życia nie były wesołe. Czas dziwny i stresujący. Myślałam, że po obronie już będzie z górki, już będzie lekko, miło i przyjemnie. Oczywiście, że było jeszcze gorzej! Pod koniec sierpnia już się spytałam, czy mogę ten rok spisać na straty i nic więcej nie oczekiwać. 

Co u mnie?


O najbardziej stresującej sytuacji pisać nie będę, na szczęście to był tylko jeden dzień. Najbardziej spędzało mi sen z powiek szukanie mieszkania. To było koszmarne. Naprawdę, myślałam, że nie bezie tak źle, że coś znajdzie dość szybko, ale niestety nie... Chyba najgorsze w tym było balansowanie pomiędzy "co jeśli przegapiłam i nic już nie znajdę" a "co jeśli wynajmę, a znajdę coś lepszego?", a od czasu do czasu "spokojnie, masz jeszcze czas". KOSZMAR. Naprawdę... W trakcie tego miałam też różne przeboje, o których chciałabym napisać wpis, bo myślę, że takim doświadczeniem warto się podzielić. W końcu znalazłam coś, co w sumie mi podpasowało, ale i tak musiałam obniżyć wymagania — głównie przez ten stres, że będę mieszkać w jakichś beznadziejnych warunkach albo dojeżdżać przez całe miasto na uczelnię. 

Niby piszę, że nie mam oczekiwać co do dalszej części roku, ale, szczerze mówiąc, cały czas czekam. Przede wszystkim czekam na powrót na studia. Brakuje mi takiej mojej rutyny, jaką miałam wypracowaną. Do tego zawsze jest mi łatwiej, jeśli mam jakieś stały, narzucony plan dnia i to wszystko samo mi się układa. Lubię mieć napięty grafik, a taki pewnie będzie w tym roku. Zapowiada się naprawdę intensywnie — sporo zajęć na studiach, planuję brać udział w konferencjach i pewnie jakieś wydarzenia, w których będę brać udział jako członek koła.  

Oprócz tego muszę się pochwalić, że skończyłam ostatnie zlecenie jako copywriter i nie mam zamiaru tego kontynuować. To po prostu nie jest dla mnie. Lubię pisać i dlatego piszę bloga, ale jakoś nie umiem być sama sobie szefem. Regularność i sumienność to nie jest moja mocna strona. Do tego dochodzi skłonność do prokrastynacji, która nie dość, że sprawia, że odwlekam rzeczy, to jeszcze nie umiem ocenić, ile realnie zrobię w ciągu dnia. Dość stresujące, a stres sprawia, że nie jestem twórcza. Ogólnie też kontakt z klientem mnie przeraża — niby rozumiem zlecenie, niby wszystko jasne, a później jednak w połowie zlecenia jest wątpliwość, czy ja to w ogóle dobrze interpretuję. Miałam też pecha, jeśli chodzi klienta. Tutaj odezwał się mój brak doświadczenia, bo nie ogarnęłam, że stawka jest poniżej rynkowej. Mogłam się w sumie zorientować po tym, jak była oferta napisana — stawka za wszystkie teksty, wymóg liczenia znaków bez spacji i później, jak to przeliczyłam na znaki, to jednak nie wypadało to tak korzystnie. Jednocześnie wymagania do jakości tekstów też były duże, więc naprawdę to się nie opłacało. Cóż... Na przyszłość będę mądrzejsza. Pod warunkiem że mnie dopadnie jakieś zaćmienie umysłu i zdecyduję się powrócić do tego. To naprawdę, nie jest moja bajka. 

Chciałabym po prostu powrócić do mojej rutyny, ale też znaleźć czas, aby pisać na bloga. Idealnie by było, jakbym teraz trochę napisała na zapas, dokończyła rozpoczęte od roku wpisy i była przygotowana na ten rollercoaster, który mnie czeka od października.

Ogłoszenia parafialne


Korzystając z tego, że to taki luźniejszy wpis, to podrzucę kilka ogłoszeń. 

1. Chciałabym Was prosić o pytania do Q&A. W tamtym roku obiecywałam, mam zapisanych jakieś 5 pytań, ale chciałabym dobić do 10. Śmiało pytajcie, można użyć opcji komentowania anonimowego.

2. Jakiś czas założyłam fanpage bloga na Facebooku, więc zachęcam do polubienia. Może jakoś ogarnę aktywność tam. Jeśli klikniecie w poniższe zdjęcie, to Was przeniesie do strony.


3. Tak samo zapraszam na Twittera, gdzie jestem częściej, aby dodać jakieś randomowe rzeczy. 
User: @mysliwylatujace


4.  Przypominam też o moim Instagramie. Tam jestem najbardziej aktywna, daję aktualizacji tego, co czytam i krótkie opinie o książkach. Jestem też otwarta na dyskusje o książkach, więc nie ma co się bać i można śmiało komentować. Tutaj akurat najnowszy wpis.


5. Skoro mowa o Instagramie — w przyszły weekend organizuję maraton czytelniczy, jak za dawnych czasów. Serdecznie zapraszam do udziału. Nie chodzi tutaj o ilość, ale po prostu o wspólne czytanie i szukanie czasu, aby poczytać. Do tego zawsze można podyskutować o książkach. 




Coś się kończy, coś się zaczyna

 Odesłałam wczoraj pracę licencjacką do promotorki, kumpela ze studiów zaczyna pracę w przyszłym miesiącu, a ja jeszcze pakuje się, bo planuję zmienić mieszkanie. Dobitnie czuję, że coś kończy i coś się zmienia. Chociaż z tą zmianą jest dziwnie — nie czuję ekscytacji, nie czuję lęku. Bardziej mi przykro, że kończy się pewien etap w moim życiu. Chyba najważniejszy etap w moim życiu.



Reaguje na to dość emocjonalnie. Przykro mi, że z dwoma osoba nie będę się już widzieć codziennie od października. Poznałam tutaj tak cudowne, tak szczere i sympatyczne osoby. Stworzyłyśmy świetną paczkę. Wspierałyśmy się przez te lata, pomagałyśmy sobie i było świetnie. Ba! Pierwszy raz w życiu mam tak dojrzałe relacje z ludźmi. To naprawdę cudowne uczucie. Te trzy lata, a zwłaszcza ostatnie 2 lata, to był zdecydowanie najlepszy czas mojego życia. Wspólne wyjścia, pizza za kilkanaście, kawa w rektoracie i wspólne działanie w kole naukowym. I te spontaniczne wyjścia, bo w sumie jest czas, jutro coś mamy, ale to nieważne. Można na chwilę wyjść, odpocząć i potem wrócić, i robić to, co trzeba zrobić. 

Przez te trzy lata dużo się zmieniło. JA się zmieniłam. Rozpoczynając te studia, byłam złamana. Moja pierwsza uczelnia mnie złamała, sprawiła, że straciłam poczucie kontroli, straciłam wiarę w moje zdolności. Tydzień nauki? Ledwo zdasz, zabraknie ci punktu do zaliczenia. Koniec semestru, ostatnie kolokwium i przedmiot, w którym próg zdawania  ustalony zostaje po tym ostatnim kolokwium — zabrakło mi mniej niż 1 punktu do zaliczenia przedmiotu. Pamiętam, że na innym przedmiocie było zadanie, którego nie potrafiłam zrobić w całości, dochodziłam do pewnego momentu i tyle. Miałam je na kolosie i na poprawce, zrobiłam tyle samo i jednego razu miałam jakieś 2 punkty, a za drugim 6 czy 7. Różnica spora w każdym razie. Egzamin z matematyki, które zdały dwie osoby z grupy, i po sprawdzeniu mail od prowadzącego "na poprawce będę oceniał łagodniej". Jak to w ogóle brzmi?

 Rekrutacja na studia mnie stresowała. Bałam się, że mnie nie przyjmą z wynikami z poprzedniego roku. Dostałam się na spokojnie, bez problemów. I później zaczęło to iść dobrze. Laboratoria z fizyki szły mi dobrze, ogarnęłam Excela, metodę najmniejszych kwadratów. Matematyka? Również bez większych problemów. Po pierwszym roku stypendium. Rozpoczęcie aktywnego działa w kole naukowym. I tu po tym roku zaczyna się ten the best time of life. 

Okres licencjatu mnie podbudował mnie, moją pewność siebie i wyszłam z kokonu. Okazało się, że jestem bardziej ekstrawertyczką niż introwertyczką i naprawdę nieźle funkcjonuję wśród. Moja osobowość rozwinęła się przez ten czas, a ja w międzyczasie wyszłam z żałoby, z której byłam od końca drugiej klasy gimnazjum do niemalże trzeciej klasy liceum, gdzie ta trzecia klasa to był początek wychodzenia z niej. W tamtym miałam poczucie, że co chwilę ktoś umiera i potrzebowałam dużo czasu, aby się z tym oswoić. Połączenie żałoby, pójścia do szkoły średniej, co wiązało się ze zmianą otoczenia i stracenie paru znajomości, to było dość ciężkie. Zaczęłam się otwierać na osoby z mojej szkoły dopiero gdzieś w drugiej klasie, miałam przyjaciół, ale to już nie wyglądało jak w gimnazjum — kiedy nie było żadnych problemów, aby się z kimś spotkać. W roku szkolnym rzadko kiedy wychodziłam ze znajomymi, w wakacje też bywało różnie — z pewnością nie tak, że codziennie coś się zadziało. 



I teraz jest tutaj. Siedzę już w moim domu, kończę ten post. Łzy mi się wciąż cisną do oczu. Jestem inna, niż byłam całe liceum. Zawsze się śmiałam, że ja na początku liceum i na ja koniec liceum, to dwie różne osoby. Pod koniec liceum naprawdę dobrze bawiłam się w moim życiu i robiłam rzeczy, o których nigdy wcześniej nie pomyślałam, że zrobię. Nie powiem, że teraz jest tak samo, bo zaczynając studia, lepiej wiedziałam, co jestem w stanie robić. Tu chodzi o coś innego — nie spodziewałam się, ile potrafię osiągnąć. 

Trafiłam po prostu odpowiednio — na odpowiednich ludzi, w odpowiednie miejsce i w odpowiednim czasie, a co najważniejsze — potrafiłam to odpowiednio wykorzystać. Co dało właśnie efekty nie tylko w moich osiągnięciach, nie tylko w mojej wiedzy, ale właśnie w mojej osobowości. 

Jestem bardziej pewna siebie i znam swoje możliwości. Wejście do dziekanatu czy rozmowa z panią dziekan jest już dla mnie normą. Nie jest to tak stresujące, jak dawniej i nie mam poczucia, że coś powiem nie tak i dostanę opierdol życia (ah, i teraz widzę, co pozostawił we mnie okres gimnazjum. Co ciekawe, dużo swobodniej jest mi rozmawiać z wykładowcami na uczelni niż z moimi nauczycielami z podstawówki i gimnazjum). Pisanie maili to dla mnie najbardziej komfortowa forma komunikacji, ale i w ostateczności jak muszę, to telefonuję. Najgorzej jest mi wykonać ten telefon, bo nie widzę drugiej osoby i muszę tylko na jej głosie polegać. Zbieram się często do tego pół godziny do dwóch godzin, w gorszym przypadku to na kilka dni, a sama rozmowa zajmuje mi mniej niż minutę... Z załatwianiem spraw na żywo zwykle nie mam problemu, ale zdarzają się dni, gdy mówię "błagam, jak możecie, to zróbcie to, bo ja dziś nie mam na to siły/nerwów/psychy"  i to jest okej. W większości przypadków po prostu to robię i tyle. 


I chyba tyle chciałam przekazać. Trzymajcie za mnie kciuki na obronie!

Jak nie urok to sraczka

 Naprawdę nie sądziłam, że na stwierdzenie "2022 rok to wrzód na dupie" ten rok rak szybko powie "Potrzymaj mi piwo", a mamy marzec... Mamy 20 marca, a ja już wyczekuję końca tego miesiąca, bo zgodnie z prawem Murphy'ego — co może pójść nie tak, to pójdzie. I poszło nie tak. 
Trochę przemyśleń, trochę co u mnie. To wszystko przeplecione zdjęciami z tego roku, z tych lepszych momentów. 

Nie sądziłam, że aż tyle rzeczy mogło pójść nie tak. Zacznijmy od głównego powodu, przez który nie pisałam — miałam w laptopie klawiaturę do wymiany. Po blisko 10 latach pisania bloga, jedyne co z niego mam, to klawiatura do wymiany. Naprawdę, powinnam zacząć współpracować za pieniądze, skoro mam takie wydatki. A wydatek był naprawdę spory. Ogólnie ten miesiąc to był najgorszy czas, aby mi się ta klawiatura zepsuła. Przede wszystkim powinnam zacząć pisanie pracy licencjackiej, ale myślę, że w kwietniu z tym ruszę. Ważniejsze teraz jest to, że do końca miesiąca mam do napisania abstrakt na konferencję. Pocieszają mnie w tym dwie rzeczy. Pierwsza rzecz jest taka, że już mam mojego laptopa i mogę normalnie pisać. Druga taka, że stymuluje mnie dedlajn. Fakt, że czas się kurczy działa na mnie motywujące, więc wiem, że ja to na pewno napiszę. 

Z tym abstraktem i ogólnie licencjatem sprawa jest dość ciekawa, bo wyniki moich badań są niejednoznaczne. W sumie to nie wiem, o co w nich chodzi. Trudno jest ich warunki powtórzyć i nawet, jak coś mi wychodziło, to potem metoda analityczna nie dawała wyników. Szczerze, jestem zdziwiona, że robiąc pracę licencjacką, to będzie mi szło jak krew z nosa. Najgorsze jest to, że w programie moich studiów jest na to przewidziany jeden semestr, a ja mam poczucie, że niewiele ruszyłam do przodu. Trochę się tego obawiam, co mogę tam napisać. Pociesza mnie, że o problemach związanych ze związkiem, który syntezuję, jest naprawdę dużo artykułów. Pod tym względem to mnie naprawdę ratuje.

Apogeum wszystkiego złego był poprzedni tydzień. Najpierw dwa dni biegania po dziekanacie, aby dopiąć wszystko. Później była środa, w którą kilka osób zatroszczyło się o moje ciśnienie. Naprawdę. Musiałam zmienić plany, bo ktoś zawiódł. Zebrałyśmy ochrzan od dwóch ważnych osób na uczelni. To nas przełamało, że jednak musimy być asertywne i jasno stawiać granice w kole, bo to my odpowiadamy przed władzami uczelni. Niestety. Cały wieczór kłótni i wniosek, że trzeba spore zmiany wprowadzić i być asertywnymi. 

Oprócz tego podłamałam się lekko moim wzrokiem. Chyba nie w pełni świadomie, ale jednak przez to również nie ciągnęło mnie tak do spędzania czasu przy laptopie. Do książek czytania też nie. Trochę nie miałam czasu, trochę nie miałam siły. Taka dziwna mieszanka. 

Na szczęście czuję się psychicznie lepiej. Mniej zmęczona. Odzyskałam moc sprawczą i zaczynam z powrotem działać. Przypomniało mi się, że istnieje coś takiego jak przesilenie wiosenne. W tym roku chyba mi się pokryło z upierdliwym i ciężkim tygodniem. Mam nadzieję, że moją moc sprawczą odzyskałam w pełni i mogę się zająć spokojnie wszystkim, co mam do zrobienia i też tymi przyjemniejszymi rzeczami. 

Let's it snow!


15.12.2022

 Siadam do tego wpisu i mam pustkę w głowie. Jutro przede mną ostatnie kolokwium w tym roku i spokój. Trochę się pouczyłam, trochę jeszcze się pouczę i tyle. Naprawdę marzę o tym, aby było to już za mną. 

Ten rok akademicki zaskoczył mnie niczym zima drogowców. Nie żartuję. Patrzyłam na program tego semestru i myślałam, że będzie lżej. W końcu jest mniej godzin niż w innych semestrach, a w połowie semestru skończyło mi się kilka wykładów. Tylko po drodze wyszły komplikacje. A to jakiś wykład odwołany i się przedłużyło, bo trzeba odrobić. A to piszemy zaliczenia, a to jeszcze więcej zaliczeń. Wszystko to jest wyjątkowo uciążliwe i bardziej obszerne niż się spodziewałam. Do tego działalność w kole naukowym, z którą się wiąże kilka projektów mniejszych i większych, i tego czasu robi się naprawdę niewiele. 

Dopadł mnie również mini zastój czytelniczy i czytam właściwie tylko to, co mam zrecenzować. Nie jest to takie uciążliwe, bo zgłaszałam się do recenzji książek, które bardzo chciałam przeczytać. Najczęściej to też były kontynuacje, które i tak bym przeczytała, i pewnie bym coś o nich napisała. Najgorzej było mi znaleźć czas, aby dać się pochłonąć lekturze. Na całe szczęście byle do jutra i spokój. 

17.12.2022

Nie umiem pisać luźnych wpisów na raz. Już sobota i już spokój. Ten błogi stan, kiedy wiem, że nie muszę nic zrobić, ale nieco zagubiona. Jedynie wisi nade mną prezentacja z socjologii, ale to nie jest takie wymagające.

Zaczynam powoli odczuwać zbliżający się koniec roku. Powoli myślę, jak ułożyć podsumowania i co osiągnęłam. Lubię mieć to spisane, bo czasami wracam do tego i patrzę, jak to się wszystko zmieniło. Myślę, jak to wszystko zorganizować, żeby nie było przesytu, a żeby coś tutaj się pokazało.

Patrzę za okno i się uśmiecham. Nie wyjdę z aparatem na dwór, bo już się ciemno robi, a ja jednak znalazłam coś, co mogę robić. Śnieg stopnieje, a ja pewnie nie zrobię nowych zimowych zdjęć i po raz kolejny dam Wam zdjęcia sprzed kilku lat.
 Podcast i składanie prania to plan na najbliższe godziny. Później zacznę zbierać materiały do posteru na konferencję.  Zupełnie nie wiem, jak się do tego zabrać. Na szczęście teraz robię to w duecie, więc jest prościej i mniej stresująco. Ale i tak, jak coś pójdzie nie tak, to nic się nie stanie.


Małe sukcesy

 Hejo!

Mam ochotę pisać ostatnio wyłącznie o książkach, ale jednocześnie nie chcę, żeby było tutaj monotematycznie. W przygotowaniu jest następna recenzja, a na horyzoncie mam kilka współprac. Jedna jeszcze w tym miesiącu, druga wyłącznie na Instagramie, a trzecia dopiero we wrześniu. To takie moje małe sukcesy i myślę, że to dobry temat na wpis. 

Nie czuję się dobra w pisaniu postów w stylu "co u mnie". Z jednej strony cenię sobie prywatność, a z drugiej nie do końca wiem, co mogę pisać. Pracuję z domu jako copywriter. Chodzę na spacery, czytam książki, oglądam seriale (może wreszcie o moich ulubionych serialach...). Na koniec wakacji zaplanowałam wyjazd na weekend, czego nie mogę się doczekać! Mam nadzieję, że uda mi się zrobić trochę zdjęć.

Jednym z tych małych sukcesów jest powrót do robienia zdjęć. Pomijając kwestię bycia w wiecznym niedoczasie, to naprawdę zaczynam z powrotem robić zdjęcia! Mam pomysł na przynajmniej dwa zdjęcia do książek, więc progres. Największy problem mam ze zdjęciami w terenie, bo po prostu nie mam ochoty wychodzić w taką pogodę — albo gorąco, albo wieje.
Całkowicie odzwyczaiłam się od pozowania do zdjęć. Wyszłam wprawy, straciłam takie wyczucie własnego ciała i min, które robię. Dobrze by było z powrotem nad tym popracować, bo lubię to robić. 

Ze współpracami to śmiesznie wyszło. Wysłałam dwa maile, żeby dopracować strukturę maila i informacje w nich. Na oba maile był pozytywny odzew i bardzo się z tego cieszę! Niby wydawnictwa preferują teraz współprace na Instagramie (często od 1000 obserwatorów) i na TikToku, ale uznałam, że podejdę inaczej. Jako mój główny atut stawiałam bloga i to działa. Głównie się skupiłam na tym, co ja mogę dać wydawnictwu jako twórca. Olałam cyferki, obserwacje i wyświetlenia. Podałam, ile działam w sieci i od kiedy recenzuję. Napisałam też, dlaczego akurat ten konkretnie tytuł mnie interesuje. Nie jest to takie suche jak wcześniej i bardziej prawdziwe. No i, uczy mnie, jak się "zareklamować samą siebie". 

Napisałam też pierwsze zlecenie indywidualne jako copywriterka. I rany! Jakie to było dla mnie stresujące. Pierwszy kontakt z klientem to dosłownie koszmar. Po wysłaniu tekstów — milion myśli, że na pewno się nie spodoba, na pewno coś źle napisałam i w odpowiedzi zostanę zjechana, i w ogóle wcale się nie powinnam do tego brać. Teraz patrzę na to, co myślałam i śmieję się sama z siebie. Chociaż jeszcze czekam na feedback, to jestem spokojniejsza. 

Co było Waszym małym sukcesem ostatnio?

Dziękuję za pytanie pod poprzednimi wpisami. Jak na razie były 3, więc jeszcze 2 bym chciała dostać i na pewno zrobię Q&A.  Zostawcie w komentarzach pytania do mnie — można pytać się o wszystko. Może być o książki, studia i jakieś życiowe sprawy, lub coś, co Was ciekawi (ale z wyczuciem). 


Drobne pozytywy





 Cześć!

Siedzę, kotłują mi się w głowie pomysły, a ja nie wiem, co wybrać, dlatego chcę napisać, co u mnie. Wpis zaczynam po raz drugi, bo przecież ostatnio dużo czytam, a żadna książka nie jest na tyle interesująca, żebym jej poświęciła cały wpis na blogu i tak przypadkiem zaczęłam pisać znowu "Krótko o książkach". Myślę, że przeczytacie to w przyszłym tygodniu (oby nie było faila, że zapowiadam się za wcześniej). 

W tym momencie, kiedy zaczynam to pisać, naprawdę optymistycznie siedzę, piszę i kończę ten ciężki tydzień. Cóż, w głowie traktuję tydzień od poniedziałku do piątku, weekend to weekend. Nieco lżej mi wtedy. Całe dwa ostatnie tygodnie na uczelni były dla mnie męczące. Dużo fajnych rzeczy się działo, ale przeżyło się na to, że wracałam dość późno. W połączeniu z zajęciami na uczelni od 8 rano codziennie jest niezbyt przyjemne. Preferowałabym godzinę 9 albo chociaż 8:30, ale niestety. Jedyny plus tego jest taki, że jest to codziennie i już się przyzwyczaiłam, więc nie ma dla mnie takiego szoku.
W momencie, gdy to publikuję, mija tydzień od rozpoczęcia pisania. Ten tydzień był lżejszy, satysfakcjonujący, ale piszę, żeby nie myśleć o kolokwium. Weszłam, napisałam i wyszłam, szanse na zdanie mam dużo, może jednej części nie zaliczę. 


Także mam w tym momencie zadziwiająco dużo energii. Tylko już czuję, że zaczyna mnie ona powoli opuszczać. Nie dziwię się, bo wstałam dziś przed 6, a wróciłam do domu na 18. Dziś byłam na wycieczce z uczelni i zwiedzałam laboratorium kosmetyczne. Bardzo ciekawe doświadczenie, najbardziej mnie zaciekawiła kontrola jakości. Chociaż laboratoria technologiczne też było ciekawe. Najbardziej nużąca była dla mnie linia produkcyjna, ale to chyba kwestia hałasu i tego, że nie było dobrze słychać, co przewodnik mówi, więc nie byłam w stanie się zaciekawić. 


Jestem podekscytowana na myśl o czerwcu, bo zaczyna się naprawdę dobrze i zapowiada się obiecująco. Co prawda, mam sesję (nawet dobrze ustaloną i stacjonarnie), ale jakoś to nie burzy mojego pozytywnego nastawienia. 

Nie wyrobiłam się ze wpisem na weekend, ale mogę dać więcej pozytywnych rzeczy, które miały miejsce w moim życiu. Może kojarzycie koncept dziennika wdzięczności i samej wdzięczności. Wypisywanie pozytywnych rzeczy, pomaga znajdować więcej pozytywnych rzeczy. A ja po prostu chcę podzielić się tymi kilkoma pozytywnymi rzeczami, które nie są wielkie, ale dały mi dużo radości. 

Poniedziałek był dla mnie bardzo przyjemny. Przede wszystkim dostałam zielone światło i będę mieć praktyki w szkole, w której chciałam. Myśl o tym, że muszę je sobie załatwić, po prostu mnie przerażała, bo wymagała ode mnie rozmowy z obca osoba i nie miałam pewności, czy mnie przyjmą. Rozmowa trwała 5 minut i efekt jest dla mnie zadowalający. W ogóle jej długość, to coś, co na mnie robi wrażenie. Często zwlekam z załatwianiem spraw „urzędowych” lub dzwonieniem gdzieś, bo boję się, ze będzie to trwało w nieskończośc. Ostatnio udaje mi się tę niechęć pokonywać, bo zauważyłam, ze w moim przypadku takie telefonu to kwestia maksymalnie dwóch minut. 


Druga bardzo pozytywną rzeczą jest współpracują z wydawnictwem Moondrive. Trzy lata temu napisałam krótką opinię o „Losing Hope”, która została umieszczona wewnątrz okładki nowego wydania. Jestem z tego naprawdę dumna! Chociaż nie byłam w stanie w to uwierzyć, dopóki książka do mnie nie przyszła. Akurat tak się złożyło, że przez ten tydzień widziałam ją tylko na zdjęciach, ale dziś w końcu wrócę i będzie cała moja! 




Hej, hej! Tej post powstawał od początku miesiąca i jego publikacja wciąż się przekładała. Najpierw padłam ze zmęczenia, potem uznałam, że lepiej poczekać aż będę mieć książkę i… w mojej okolicy pojawiły się problemy z zasięgiem. W mieście studenckim nie miałam czasu na publikacje przez te trzy przed Bożym Ciałem, dlatego publikuje to, gdy znów tutaj jestem. Mam napisane dwa wpisy, które zaplanuję do końca czerwca, a potem zobaczę.




9 lat pisania!





 Hej!

Z jednej strony cieszyłam się na te urodziny bloga, z drugiej chciałam je zignorować. Dziewięć lat prowadzenia bloga, to jest coś. Za to nie wygląda tak ładnie, jak dziesięć lat. Nieco chciałam sobie to odpuścić i dopiero za rok coś napisać. Stworzyć coś bardziej wyjątkowo. Jednak to też dla mnie czas podsumować. Sprawdzam wpisy z poprzednich lat, porównuję, co się zmieniło.


Jak funkcjonował blog w ciągu ostatniego roku?

Ten rok dla mojego bloga nie był owocny. Wypadłam z blogosfery. Na bloga nie poświęcałam dużo czasu, co odbiło się na ilości wpisów, które wstawiałam, a to przełożyło się na liczbę wyświetleń i tak dalej. Na szczęście, jakość wpisów znacznie się podwyższyła.  Głównie przez to, że pisałam recenzje książek, dzięki czemu szlifowałam ten typ wpisów. Poza tym głównie podsumowania — kwartału, studiów i roku. Są to wpisy, które wymagają ode mnie regularności i nie lubię ich odpuszczać, bo wtedy rzadko kiedy wracam do takich serii. 


Klasyka, czyli trochę cyferek 


Obserwatorzy: 151                                                                                         | +3
Wyświetlenia: (prawie) 99 000                                                                       | + 15 000
Napisane posty: 366 (331 opublikowanych i 35 wersji roboczych)               | + 27 (-3; +30)
Komentarze: 3209                                                                                           | + 158


Dziwny zapis wynika stąd, że zarchiwizowałam pierwszą wersję ulubieńców miesiąca i wpisy z muzyką, bo nie działały w nich teledyski. Do tego uważam, że były to mało wartościowe wpisy, jeśli chodzi o treść, więc nie było dla mnie dużej straty.
Statystyki jasno wskazują, że blog stał w miejscu. Mało wpisów przełożyło się mało interakcje. Szczególnie że recenzje to nie są treści, które cieszą popularnością. Kolejny czynnik, który miał wpływ na to — ja. Nie jestem aktywna na innych bloga, ostatnio też nie odkrywam nowych, co także się na ruch na moim blogu.


Co planuję dalej?

Na początku roku zapowiadałam zmiany, pisałam, że mam kilka tematów. Dopiero w tym miesiącu udało mi się zaplanować, co chcę tutaj dodać. Do tego udało mi się znaleźć rozwiązanie, jak i kiedy te zmiany najlepiej wprowadzić. W maju lub w czerwcu pojawią się pierwsze wpisy z nowej tematyki. Jeszcze nie wiem, która będzie pierwsza. 
Oprócz tego zaczną się pojawiać linki afiliacyjne we wpisach książkowych. W podsumowaniach nie będę ich umieszczać, ograniczy się to postów rankingowych. Linki afiliacyjne to forma zarabiania na treści — jeśli kupicie produkt poprzez wejście na stronę przez mój link, to dostanę prowizję (kilka złotych)..  Będę o tym wspominać o we wpisach, w których będą się pojawiać. 


Ja i moja część comfort culture



 

Hej!
Odkąd korzystam z Twittera, coraz więcej widziałam pytań „Kim jest Twój comfort character?” czy "Macie swoją comfort book?". Wchodziłam w odpowiedzi z ogromną nadzieją, że ktoś tam wyjaśni albo sama wywnioskuję z kontekstu, ale nie zrozumiałam nic poza tym, że to jakiś wyjątkowy bohater czy książka, coś, co ma być „moje”. Jednocześnie nie umiałam dalej tego określić i zrozumieć, o co w tym chodzi. Zrezygnowana myślałam, że jestem już stara i nie nadążam za tą młodzieżą. Te wszystkie skróty, slang i zapożyczenia, których za cholerę zrozumieć nie potrafię, a nawet Miejski.pl nie potrafi tego wyjaśnić. 
W końcu, nadrabiając wpisy, trafiłam do Kulturalnej Meduzy, która świetnie wyjaśniła, czym jest comfort culture. Określiła to jako kultura, która niesie pocieszenie i później z każdym słowem to uzupełniała. Bez problemu zrozumiałam, czym to jest, a nawet to poczułam, myśląc o dziełach, do których wracam, bo po prostu to jest moje, koi mnie i po prostu ma szczególne miejsce w moim sercu. Zainspirowana Meduzą postanowiłam się tym z Wami podzielić. 


Comfort Books

Tutaj wybór był dość prosty. Początkowo rozważałam, że dodam jeszcze jeden tytuł, ale po rozmowie z przyjaciółką, doszłam do wniosku, że zostawię to tak, jak jest.
"Diabelskie Maszyny” Cassandry Clare przeczytałam, gdy miałam 16 lat. Od tamtej pory czytałam trzy razy, a obecnie czytam po raz czwarty. Kocham wracać do tej historii. Za każdym razem wzbudza we mnie milion emocji, a nawet odczuwam ułamek tego, gdy o niej myślę. Wspominając jej czytanie, bohaterów czy jakieś sceny, odczuwam takie ciepło i wzruszenie. Bardzo lubię cały świat Nocnych Łowców, ale to „Diabelskie maszyny” mają szczególnie miejsce w moim serduszku. Od tej serii zaczęła się moja przygoda z tym uniwersum, tak "na próbę” czy w ogóle ten świat mi przypadnie do gustu. I przepadłam... Pokochałam tę historię, pokochałam bohaterów. Bardzo lubię to, jak zostali wykreowani - odważni, uczuciowi, pomysłowi... Niby mogę o każdym to samo powiedzieć, ale każdy jest inny. Szczególnie doceniam relacje między nimi, bo pomimo wad, są idealne i idealnie pasują do ich charakterów. 


Comfort Character

Zdecydowanie bohaterowie z Trylogii Czasu. Wiedziałam, że ta seria musi się tutaj pojawić, bo często do niej wracam, ale początkowo miałam ją dać jako drugą comfort book. Czytając ją na wiosnę, znowu zachwyciłam się bohaterami. Po tylu latach dochodzę do wniosku, że faktycznie postaci są infantylne, ale to jest tak urocze, że czytam o ich rozterkach z uśmiechem na twarzy. Szczególnie gdy chodzi o postaci drugoplanowe - patrz Cynthia, która nie jest moją ulubienicą, ale jej postać jest zabawna i nadaje oryginalnego charakteru książce. Tak samo niezbyt dojrzałe i głupkowate komentarze Gwen są dla mnie bardzo zabawne czy specyficzne poczucie humoru Xemeriusa. To są rzeczy, dla których wracam do tej historii i za które uwielbiam wszystkich bohaterów (poza Charlottą i Glendą, bo nie lubię tych pustrowanych czarownic). No właśnie! Postać Charlotty też robi robotę, bo przecież trzeba się na kogoś wkurzać, no nie? :D

Comfort Film

Tutaj w końcu pada Harry Potter. Do książek nie wracam tak chętnie jak do filmów, chyba tylko dlatego, że boję, że zobaczę w nich więcej wad, ale jeszcze się to nie zdarzyło. Książki pochłaniam, kocham cały sercem i cenię, ale jednak filmy mają taki cudowny klimat!
Ogólnie te filmy to są filmy, do których najchętniej wracam. Zawsze mnie wciąga, zachwyca mnie tam wszystko. Sceneria, gra aktorska, efekty specjalne, montaż... Wszystko po prostu tam mi się podoba, a przypominam, że nie jestem wielką miłośniczką filmów, bo trudno mi się skupić, a tutaj wracam co najmniej raz na dwa lata!

Comfort Series

Serial, który niesie mi pocieszenie, rozśmiesza mnie za każdym razem to stara, dobra "Niania". Tutaj jest faktyczny powrót do mojego dzieciństwa, kiedy oglądałam nowe odcinki oparta o tapczan. Powróciłam do niego, gdy dochodziłam do siebie po usunięciu migdałków, a później jakoś na początku pandemii. Uwielbiam historię bohaterów, podoba mi się to, jak przetłumaczono dialogi i żarty. Z wiekiem udało mi się docenić, jak udało się wpasować ten serial w polską kulturę oraz ówczesne realia. Serial jest lekki, idealny do oglądania podczas odpoczynku czy sprzątania. Mogę słyszeć te żarty sto razy i wciąż będę się śmiać jak głupia. 


Comfort Cartoon 

Nie mogło zabraknąć tutaj moich dwóch ukochanych kreskówek. Kocham (prawie) wszystkie sezony Scooby Doo oraz filmy o nim. Równie mocno uwielbiam "W.I.T.C.H. Czarodziejki". Do tej pory, a mam już 21 lat, jak tylko widzę je w telewizji, to siadam i nic nie może mnie oderwać, a jak ktoś chce mi przełączyć, to się kłócę. Mniej więcej tak jak małe dziecko. I w tym momencie jestem w stanie tylko myśleć o tym, jak dawno nie oglądałam Scooby'ego i znowu bym go obejrzała. Chyba to wyjaśnia, jak uwielbiam tę bajkę pomimo upływu lat!


A Wy jakie macie comfort things?



I can do everything, but I'm lazy noodle and I do nothing




 I can do everything, but I'm lazy noodle... Uhm... NOPE!


Lazy noodle to taki mój stary śmieszek, gdy miałam napisać jakieś wypracowanie na angielski o osobie, która mnie najbardziej inspiruje i nie wiedziałam, kto to ma być i gadałam o tym z ciocią, która powiedziała, że ona by napisała o sobie, bo może wszystko, a ja na to powiedziałam słowa z tytułu i tak zostałam. Oczywiście z leniwej kluchy wyszedł leniwy makaron, ale kto by się tym przejmował.

Od czasu do czasu mam przebłyski i powiem coś zabawnego, co potem biorę za jakieś motto życiowe, bo przypadkiem idealnie się wpasowuje w moje życie. Ostatnio określiłam to, co jest na moim Instagramie, na blogu zresztą też, jako: 


Chaos, chemia do książek i książki do chemii.


Też pasuje. Znacznie bardziej. Działam w chaosie, uczę się w chaosie i mam wrażenie, że im więcej się dzieje, tym ja lepiej funkcjonuje, pomimo zmęczenia. Właśnie teraz, niby jest padnięta, niby chcę spać, bo miałam cały zdalny tydzień, a to męczy mnie znacznie bardziej niż normalne stacjonarne zajęcia, nabieram sił, pisząc na bloga. Oczywiście, tytuł to kłamstwo, ale wspominam go z sentymentem, bo ostatnio leniwa nie jestem. Klucha? No troszkę, ale bardziej urocza niż nie. 


Trochę się ograniczyłam, narzucając sobie publikowanie w weekendy, bo skończyło się tak, że w tygodniu nie miałam czasu się zebrać, żeby pisać, a weekendy o tym nie myślałam. Dziś mnie olśniło, że mogę publikować, kiedy chcę, co chcę, ile chcę. Odzwyczaiłam się od tego, bo wcześniej zależało mi na jakimś rytmie, a teraz jestem z niego wybita. Właściwie jestem wybita z każdego rytmu - ciężej mi się wbić znowu w naukę. Jakoś ten semestr jest taki nieorgarnięty, rozmemłany i trudno mi uwierzyć, że zaraz część zajęć mi odejdzie, bo minie połowa semestru. 


Chyba powoli zacznę puszczać moją kreatywność, moje myśli swobodnie. To niesamowicie odprężające. Lubię w pisaniu na blogu, że nie mam poczucia, że mnie czytacie. Piszę i nie myślę, co piszę. Po prostu piszę, bo to lubię. Ktoś przeczyta to przeczyta, nie to nie. Potem dostaję miłego zaskoczenia, gdy ktoś napisze mi na Instagramie, że tutaj zagląda (Nika, Ciebie pozdrawiam i dalej z szoku nie wyszłam!).


Wszyscy jesteśmy boomerami



Niesamowite i dziwne. Nie mam pojęcia, jak to inaczej opisać. Przecież często to kilka, maksymalnie kilkanaście lat różnicy, a spojrzenie i oczekiwania zupełnie inne. Nawet przy głupim serialu dla nastolatków, przy jego recenzjach obniżanie ocen, bo "homoseksualizm wpychany na siłę". 

Ale to nie jest tak. To nie jest na siłę. To jest nasz współczesny świat, młodość, którą my znamy. Wiem, że oglądając seriale o nastolatkach, często chcesz sobie przypomnieć Twoje czasy, Twoją młodość. (Nie)stety, to seriale dla nas, my mamy się zżyć z bohaterami, dzięki czemu podbijemy jego oglądalność. Możesz tego nie rozumieć, w końcu tych kilkanaście lat było inaczej. Inne rzeczy były ważne, inaczej wszystko wyglądało. To może być dla Ciebie obce, nie zrozumiałe. Myślisz, że nastolatki takie nie są, bo Ty i Twoi znajomi nie byliście tacy. Tak, nastolatki były inne. Świat się zmienia, dzieci i młodzież się zmienia. 5 lat różnicy robi dużą zmianę. Jak patrzę na osoby 10 lat ode mnie, to w ogóle nie jestem w stanie zrozumieć ich dzieciństwa, bajki, które oglądają uważam za głupie. Za jakieś 5-10 lat jak natrafię na serial może uznam to samo. Przecież to będą zupełnie inaczej wychowane nastolatki niż ja, z innymi wartościami i problemami. Na pewno nie odnajdę się w takim serialu, ale czy to będzie złe? 


Wątpię. Nie będę tego głównym odbiorcą. Nie będę musiała tego rozumieć, chociaż fajnie by było. 
Kluczem jest przyznanie się do tego, że nie rozumie się czegoś i nieocenianie negatywnie.  Niezrozumiałe może przerażać. To, że czegoś nie rozumiemy nie oznacza, że jest to nielogiczne, niepotrzebne i po prostu ZŁE. Tak samo to, że czegoś nie rozumiemy nie świadczy, że człowiek jest głupi. Nie w tym nic złego, jeśli czegoś nie rozumie. To o niczym nie świadczy. Jeśli otaczasz się normalnymi ludźmi, otwartymi - nie ma w tym problemu, nikt Cię nie zje. Może ktoś wyjaśni. Gorzej jest przy ludziach, którzy są przekonani o swojej racji jako jedynej słusznej, ale tak nie ma. Szkodliwe jest wpychanie komuś swojej racji. 



Nie każdy musi wszystko rozumieć, to jest okej. Tylko warto się przed sobą samym przyznać, że się nie rozumie. Jeśli nie chce się zrozumieć, to chociaż nie wypowiadać się i wprowadzać innych w błąd.


Oceniamy według tego, co znamy i rozumiemy. Oceniamy poprzez własne doświadczenia. Często im bliżej naszych doświadczeń tym lepiej, bo to obce wydaje się straszne. Nieznane przeraża, nawet gdy nie jest groźne. Odrobina zastanowienia wystarczy, spojrzenie na to, czemu się coś uważa za zagrożenie i "po prostu" zrozumienie tego, może sprawić, że nie będzie poczucia zagrożenia. Chociaż to "po prostu" nie jest tak po prostu. Wymaga czasu, spokoju i chęci zrozumienia. Dlatego też te wątki w serialach są ważne, bo pokazują, że różne osoby żyją obok, są i istnieją. Często nawet nie wybijają się na pierwszy plan, ale dla osób nie przyzwyczajonych to może być za dużo. 

Wir i mrok


 

Hejka!

Dwa wpisy w miesiącu to chyba będzie standard. Skoro jest mnie tak mało, to po prostu napiszę, co u mnie. Zanim całkowicie wpadnę w wir nauki! To niesamowite, że rok temu pisałam o "ostatnich dniach spokoju" przed sesją i wtedy tak naprawdę było. Miałam naukę, ale znacznie mniej. Miałam też dużo mnie prac, które mogłam zrobić. Podoba mi się to, że tutaj mam, co robić, widzę efekty mojej pracy, co nakręca mnie jeszcze bardziej i nie przeraża mnie to, że czasem nie wiem od czego zacząć. Nauczyłam się lepiej organizować swoją pracę. 


Po krótce znów mnie moje życie pochłonęło i staram się z tym godzić, że nie udaje mi się pisać tyle, ile bym chciała nie mam czasu na pisanie. Dziwnie mi z tym, bo odkąd założyłam bloga zawsze znajdowałam czas, a tutaj mam pomysły, a nie mogę ich zrealizować (jeśli dłużej nie pisałam, to po prostu nie miałam ochoty na to). 

Ale wiecie co? 

Jak patrzę na to, jak te kolokwia zaliczam, to przechodzi moje najśmielsze marzenia. Fizyka na 5! Akurat trochę mi szczęście dopisało i próg został obniżony, ale bez większego problemu rozumiałam pytania i znałam odpowiedzi na większość rzeczy. Niestety to był quiz, gdzie czas na odpowiedź był ograniczony i chyba dwa pytania mi przeminęły. 
W tym tygodniu wpadły kolejne kolokwia zaliczone na 5 i 4,5. Po prostu warto, jak to widzę. 


Mnogość zaliczenia ma też swoje wady. Głównie w moim podejściu, o czym myślę, że warto wspomnieć. Z jednej strony piszę o zaletach tego, żeby samą się przekonać, że naprawdę jest dobrze i mi dobrze idzie, ale chcę też pokazać drugą część, nieco smutniejszą, że po prostu nie jest tak kolorowo. 

Jest ambitna, lubię widzieć efekty. I właśnie... Mam za sobą już dwie sesje, na szczęście jedna w pełni stacjonarna, druga zdalna, a teraz przede mną jest hybrydowa. Rok temu studiowałam na UW i tamten spowodował, że zwątpiłam w siebie i teraz na sesję patrzę z przerażeniem, bo po prostu źle mi się kojarzy. Mój wkład w naukę, ilość czasu, który w to włożyłam, nijak miał się do efektów, który były. "Pocieszne" było to, że nie tylko ja to tak odczuwałam i później widziałam statystyki ocen. Średnio 50% osób nie zdawało.  Stąd wynika mój stres przed kolejną sesją, mimo że tutaj przy podobnym wkładzie energii mam wyniki zadowalające.
Do tego dochodzi ambicja i przez 1,5 dnia chodziłam niezadowolona, bo nie udało mi się zwolnić się z egzaminu, a brakowało niewiele. I patrz akapit wyżej, dlaczego myśl o egzaminie napawała mnie strachem.


Kolejna "problematyczna" cecha, to nie umiem odpoczywać, gdy mam coś do zrobienia. Powrót z uczelni i godzina nic robienia przed naukę - nie ma problemu! Sobota, w którą pomogłam komuś z nauką, byłam u babci i potem u cioci, wróciłam o 18 i dopiero mogłam się uczyć. Wyrzuty sumienia, irytacja, bo "zmarnowałam" dzień, chociaż nie miałam innego wyjścia. Obejrzenie kilku odcinków bajki na netflixie, gdy jestem zmęczona, a miałam się uczyć. To samo. Jest to bardzo upierdliwe i jeszcze bardziej męczące niż sama nauka.

W obiektywie #12

 Hejo!

Rozpoczęcie tego wpisu sprawia mi mały problem, mam tyle pomysłów o czym bym chciała napisać, ale jednocześnie pierwszy raz od dłuższego czasu nie pisałam przez dwa tygodnie. To nie tragedia, żeby nie było, ale warto napisać, co u się u mnie działo i być może podzielę się oczekiwaniami względem września, bo fajnie by było w końcu odpocząć. 

Dostałam się na studia. Znowu. Za niedługo będzie wpis o zmianie studiów czy uczelni. Ogólnie z tą zmianą związał mi się nie mały stres, mimo że logika podpowiadała mi, że się dostanę. W skrócie dostałam się, byłam 8 na liście! <3 Papiery wysłane, nawet przez nich odebrane. 100% spokoju. Od października zaczynam od nowa. 

Miałam dwa pierwsze razy - pierwsze kajaki i sushi. Pierwsze przerażało mnie przez jakieś trzy godziny, a później było spoko. Fajna zabawa, tylko 5 godzin to było nieco za dużo. Drugie mi posmakowało. Jest serio dobre. 

Plany na wrzesień? 

Dużo czytania - "Zapomniana Księga" Pauliny Hendel, Saga "Zmierzch" do końca, "Trylogia Snów" Kerstin Gier... Pewne plany są. Książki, na które mam ochotę od dłuższego czasu. Jedynie "Zmierzch" zaczęłam. Fajnie by było przeczytać więcej niż 10 książek w miesiącu. Oprócz tego trochę się pouczę, przypomnę sobie pewne tematy z biologii, ponieważ będą mi potrzebne w tym semestrze.