Kwartalnik XIX&XX - popkulturowe rzeczy!


Hejo!

Brawo ja! Zaczęłam od nowa pisać wstęp do tego wpisu i ogólnie całość o książkach, wracając z Gdańska i co? I nie zapisałam... Uświadomcie sobie mój ból, kiedy klikając "nie", zorientowałam się, co ja właściwie zrobiłam.

Tym razem pominę całą część "co u mnie", bo dwa ostatnie wpisy się na tym skupiały. Ze wpisów podsumowujących ubiegły rok będą na pewno jeszcze ulubieńcy, a ze wpisu o najlepszych książkach po prostu zrezygnuję. Chciałabym się wyrobić z tym do końca stycznia, ewentualnie połowy lutego. Później luty i marzec przeznaczyć na wpisy ze zdjęciami z wyjazdów oraz któreś zaległe "krótko o". Myślę, że też wpadnie recenzja jednej książki z zaległej współpracy. Zobaczę, jak jeszcze to zorganizuję (ale liczę zapał i energia do pisania mi pozostanie, tym bardziej że widzę luki, kiedy mogę się tym zająć). 

Książki 

W drugiej połowie tego roku przeczytałam 25 książek. Najlepiej czytelniczo wypadł lipiec, później sierpień i wrzesień (chociaż mam wrażenie, że we wrześniu się nic nie działo). W październiku przeczytałam jedną książkę, w listopadzie dwie, a w grudniu odżyłam i zaczęłam czytać więcej. Od września wyglądało to też tak, że dużo książek zaczynałam czytać, ale to nie było to i sięgałam po coś innego. W pewnym momencie doszło do tego, że miałam zaczętych 8 książek. Na ten moment mam zaczętych 6, ale z tamtej listy pozostało mi 5 i zbliżam się już do końca (zresztą na końcu zostawię Wam odnośnik do wpisu na ig, gdzie zobaczycie, jak to wyglądało). 
Plus jest taki, że nie było słabych książek. Miałam po prostu za mało czasu, aby poświęcić je na jakiś chłam.  

1. Akademia wampirów Richelle Mead — przeczytałam cztery tomy tej serii. Po trzech tomach byłam  absolutnie zakochana w tej historii, ale czwarty tom już tak dobrze mi nie wszedł. Wybrałam to jako taki odmóżdżać przed obroną i się tak wciągnęłam, że te trzy części przeczytałam prawie na raz. Czwartą część czytałam na jesieni i to była jedna z tych ośmiu książek. Wydaje mi się, że ta czwarta część wchodziła mi tak dobrze, bo po prostu fabularnie było tam mniej tego romansu, a bardzo kibicowałam bohaterom. Z pewnością przeczytam to do końca, bo widzę, że jedna z ostatnio popularnych serii ma trochę elementów wspólnych, jeśli chodzi o budowę fabuły i bardzo mnie to bawi. 

2. Przygody na koniec szkoły Rick Riordan — czyli dwa nowe tomy przygód Percy'ego Jacksona. Jestem pod wrażeniem, że te książki, pomimo upływu lat dalej utrzymują poziom poprzednich tomów. Nie mam żadnego poczucia, że jest to zbędne. Ja chcę więcej i nie mogę się doczekać zakończenia tej trylogii. 

3. Niezapominajka Kerstin Gier — przeczytałam dwa tomy, ale to jest takie cudowne. Tak otulające jak kocyk. Nie mogłam się od tego oderwać i pochłonęłam w jeden dzień. Pierwsza część była cudowna i nie miałam żadnych zastrzeżeń. W drugiej mi już czegoś brakowało, ale to wiecie. Różnica na zasadzie 10/10 i 8,5/10. Do trzej części jeszcze nie siadłam, ale pewnie zajmę się tym w ciągu najbliższych tygodniu.

4. Upiór opery Gaston LaRue — bardzo ciekawa historia! Nie była to taką historią, którą pochłonęłam na raz, ale czułam do niej takie silne przyciąganie. Musiałam mieć ochotę, aby słuchać tej historii, bo ma specyficzny klimat. Jestem pewna, że będę do tego wracała. Na pewno będę chciała przeczytać książkę ze względu na przypisy, które z pewnością ubogacą historię. Również nie pogardzę filmem albo spektaklem!

5. Małe kobietki Louise May Alcott — tutaj jestem absolutnie zakochana. Kocham te klasyki, które ukazują codzienność bohaterów. Historia czterech sióstr absolutnie mnie urzekła swoim rodzinnym ciepłem. Tutaj naprawdę, nie byłam w stanie się oderwać i nie mogę się doczekać, aż sięgnę po kolejną część. 

Filmy 

Ponownie więcej oglądałam seriali niż filmów, ale też nie było tak źle, jak w poprzednich miesiącach. Pierwszy raz w tym roku byłam w kinie, z czego jestem bardzo zadowolona. Przez długi czas nie mogłam znaleźć żadnych ciekawych seansów.

Co polecam?

1. Lista marzeń — bardzo przyjemny film, naprawdę fajny na wspólny wieczór z chłopakiem. Chyba znalazłam aktorkę, z którą produkcje będę oglądać, bo już dwa filmy z nią bardzo mi się spodobały.

2. Nie ten Paryż — fajnie zobaczyć Mirandę w innej roli. Ciekawy pomysł i fajne poczucie humoru.

3. Ministranci — genialny film! Przeszłam tutaj przez ogrom emocji — szok, złość, śmiech, zdziwienie, zaskoczenie, smutek. Bardzo mocno przeżywałam to, co się dzieje na ekranie. Dosłownie wbijało mnie w fotel w kinie. 

4. Miłość w Oksfordzie — kolejny przyjemny film, ładne kadry. Bardzo dobry na wieczór, chociaż mam pewne zastrzeżenia. Przede wszystkim nie wiadomo co dolega głównemu bohaterowi, a druga kwestia — liczyłam, że zakończenie będzie bardziej emocjonujące i wyciśnie ze mnie łzy.

5. Czwartkowy klub zbrodni — ten film obudził we mnie ochotę na więcej takich "cosy" kryminałów. Chętnie zobaczę jeszcze coś takiego na ekranie, bo to było bardzo fajne. 

Czego nie polecam?

1. Tylko nie ty — to jest taki film, gdzie mówię każdemu, że ogląda na własną odpowiedzialność. Może się spodobać, ale mi nie przypadł do gustu. Były sceny, gdzie czułam niesmak albo zażenowanie, może było parę zabawnych, ale mnie nie zachwyciło. Dobór aktorów zupełnie mi nie przypadł do gustu i głównie to mi odbierało przyjemność z oglądania. 

Seriale

Oglądałam sporo seriali, ale jak tak sobie myślę, to głównie były seriale, które już znam i lubię.

 Ponownie obejrzałam cały Dom z papieru i dalej uważam, że jest to świetny serial. Bardzo emocjonujący i wciągający. Do ostatniego sezonu mam mieszane uczucia — ciągle widzę sposoby, aby inaczej wyjść z sytuacji, Co prawda byłoby to bardziej drastyczne, główni bohaterowie mieliby więcej krwi na rękach, ale zostali tak przyparci do muru, że w sumie taka forma obrony byłaby logiczna. 

Drugim serialem, który namiętnie oglądałam z moim chłopakiem, było Friends. Kiedyś już miałam podejście do tego serialu i obejrzałam pół pierwszego sezonu, a później od trzeciego, bo zależało mi, aby zobaczyć historię związku Moniki i Chandlera. Ross i Rachel mnie irytowali, więc nie chciałam tego widzieć. Tym razem oglądaliśmy od samego początku i było bardzo fajnie! Pierwsze sezony są naprawdę spoko, a Ross i Rachel dużo później zachowują się po prostu głupio i niedojrzale (a szkoda, bo jak teraz patrzę, to tam były fajne wątki, które można by było ciekawie poprowadzić). 

Wyszedł też drugi sezon Wednesday i jestem nim lekko zawiedziona. Niby było fajnie, ale w sumie to nic konkretne. Druga połowa bardziej mi się podobała niż pierwsza. Zakończenie sezonu bardzo mnie zaciekawiło i jestem ciekawa co dalej. Naprawdę fajnie zapowiada się to, że akcja serialu wyjdzie poza szkołę! To będzie nowość. Nowe postacie, które były wprowadzone, też oceniam dobrze, pomimo początkowej niechęci. 

Do napisania! 

Rok 2025 w zdjęciach (i nie tylko)

Cześć! 
Szczęśliwego Nowego Roku! 
Dziś witam się z Wami z Gdańska. Mam nadzieję, że sylwestra spędziliście w satysfakcjonujący sposób. Ja spędziłam cały dzień w dresach, a wieczorem z chłopakiem oglądaliśmy "Friends"  i Harry'ego Pottera. Mieliśmy jedzonko, składałam sobie book nooka i po prostu czułam ogromne szczęście i spokój. Było idealnie. 

Chciałabym zrobić inne podsumowanie niż zwykle. Przez cały rok ciężko mi było napisać wpis typu "co u mnie", a naprawdę dużo fajnych rzeczy się działo. Zgubiłam również gdzieś moją kartkę z postanowieniami i mam tylko to, co napisałam Wam na blogu, ale tym się zajmiemy na koniec. 

Styczeń

Obudziłam się u kumpeli w województwie warmińsko-mazurskim i uznaliśmy, że jedziemy do Białegostoku. Na powrocie do domu odwiedziłam rodzinę. W kolejnym tygodniu byłam na konferencji w Krakowie. Poza tymi wyjazdami byłam zajęta ostatnimi zaliczeniami na studiach i dopinaniem badań w projekcie. 




Luty

 W lutym zaczęłam moje badania do magisterki, trochę pisałam. Odwiedziłam kumpelę pod Wyszkowem i wyskoczyłam z nią, wspólną kumpelą i kumpelą kumpeli do kawiarni w Nieporęcie. Zjadłam tam super tiramisu! Później byłam na stażu w Poznaniu, a od razu po powrocie z niego organizowałam z rodzicami największą imprezę w domu i wyszło super. Ogólnie lubię szykować takie rzeczy i gotować, mimo że jest z tym naprawdę dużo roboty.
Poza tym byłam w teatrze na spektaklu "Dobrze się kłamie". Jeśli mnie obserwujecie, odkąd byłam w gimnazjum, to może pamiętacie, że "Dobrze się kłamie w miłych towarzystwie" było (i dalej jest) moim ulubionym filmem. Ten spektakl był rewelacyjny, uśmiałam się co niemiara.






Marzec

W marcu moje życie kręciło się głównie wokół uczelni, imprez rodzinnych i korepetycji. Nie przypominam sobie, aby były jakieś bardziej przełomowe rzeczy. Po prostu taki zwykły miesiąc, ale równie intensywny. 





Kwiecień

Pierwszy raz w życiu byłam na dużym koncercie i mam jeden wniosek — nigdy więcej.  Strasznie dużo ludzi, dym i głośno. Totalnie nie dla mnie. Poza tym zobaczyłam Łódź i też to miasto nie zrobiło na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Bardzo fajne było Muzeum Światła. Niby nic wielkiego, ale naprawdę dobrze się bawiłam.
Byłam również na konferencji, na której miałam najgorsze wystąpienie w mojej karierze. Zjadł mnie stres, prezentacja się rozjechała i widziałam, jak jeden z profesorów przede mną śpi na moim wystąpieniu. 





Maj 

W maju skończyłam 25 lat i to takie najważniejsze wydarzenie z tamtego czasu. Poza tym ogarnialiśmy konferencję, więc angażowałam się w pomoc przy tym wydarzeniu. Do tego pracowałam nad moimi wystąpieniami na kolejne konferencje. I dopinałam teorię z magisterki.




Czerwiec 

W kolejnym miesiącu wzięłam udział w dwóch konferencjach, dopinałam opisywanie badań do magisterki oraz pierwszy raz pojechałam za granicę! Byłam w Pradze, która jest po prostu przepięknym miastem. W roboczych mam ciągle wpis z podsumowaniem wyjazdu i nie umiem się zebrać, aby go dokończyć (w sumie zostało mi najgorsze — zmiana rozmiaru zdjęć i poukładanie tego w sensowny sposób). Został też opublikowany pierwszy artykuł naukowy, w którego tworzeniu miałam udział.






Lipiec 

Zdecydowanie najcięższy miesiąc tego roku. Pełen stresu pod każdym względem. Jak jeden stres się skończył, to drugi się zaczął, a potem trzeci i tak do października. Obroniłam pracę magisterską i skończyłam studia, aczkolwiek był moment, kiedy to wszystko stało pod znakiem zapytania, czy w ogóle dam radę w wybranym przez siebie terminie. Finalnie udało się. Później tydzień przerwy, pozorny czas na zebranie sił i bliska mi osoba wylądowała w szpitalu, co było dla mnie ogromnym wyzwaniem. Nigdy w życiu nie byłam w tej roli, chociaż w mojej rodzinie zdarzało się to często. Na szczęście wszystko się skończyło.




Sierpień

Ten miesiąc był ciężki i stresujący, ale w dużo inny sposób. Przede wszystkim dopinałam rekrutację na doktorat i przygotowywałam się do rozmowy kwalifikacyjnej. Nie miałam pojęcia, kto będzie w komisji, jak będzie przebiegać ta rozmowa, jak pytania dostanę. Jak się okazało, strach miał wielkie oczy i rozmowa przebiegła w naprawdę sympatycznej atmosferze i wracałam z niej ze śmiechem. Poza tym przeprowadzałam się z jednego mieszkania do drugiego. Logistycznie to było bardzo duże wyzwanie, bo w jednym tygodniu koordynowałam przeprowadzkę, miałam rozmowę kwalifikacyjną i weekend szliśmy z chłopakiem na wesele. 
Z fajnych rzeczy — wzięłam od wujka portret praprababki Heleny, który został namalowany w Wilnie. Ona specjalnie udała się tam w tym celu. Planuję go oddać do renowacji.




Wrzesień 

We wrześniu nie działo się w sumie nic takiego. Pracowałam, czekałam na wyniki rekrutacji i je otrzymałam, a poza tym urządzałam się w mieszkaniu. Odpocząć mi się nie udało, bo po prostu po tym całym stresie straciłam tę zdolność.
Zaczęłam też składać book nooka  i to było dla mnie naprawdę wciągające zajęcie. I bardzo satysfakcjonujące.




Październik 

W październiku wróciłam w pełni na uczelnię i zaczęłam się uczyć nowego życia i nowej rutyny (tej codziennej i tej uczelnianej). Miałam też wizytę u psychiatry, która dała mi odpowiedź na część moich problemów (czyli zaburzenia lękowe). Poza zajęciami wchodziły mi też pierwsze obowiązki, czyli przygotowanie się na konferencje. Jak na październik, to ten miesiąc był nawet niezły (mimo ciągłego ziewania od leków). 





Listopad 

To, co pamiętam z listopada, to głównie oczekiwanie i przygotowania na wyjazd na konferencję do Belgradu. Oprócz tego było też bardzo mocne zderzenie z biurokracją w szkole doktorskiej (aż zabrakło mi cenzuralnych słów). Na szczęście i tak się wszystko ułożyło po mojej myśli. Im byłam bliżej tego wyjazdu, to robiłam się coraz bardziej zestresowana. Niestety na studiach ponownie nabawiłam się blokady językowej, więc bałam się, jak sobie dam radę. Z samym pisaniem po angielsku zauważyłam, że się odblokowałam i że szło mi lepiej niż miesiąc wcześniej, ale to mówienie mnie stresowało.






Grudzień

I grudzień, czyli miesiąc, w którym po prostu odżyłam! Zaczął się konferencję w Belgradzie. Obiektywnie to nie jest ładne miasto, ale mi się bardzo podobało. Na pewno Wam o tym napiszę. Samo wystąpienie przebiegło średnio, mimo że im bliżej tego było, to byłam coraz pewniejsza. Problem był taki, że pewniejsza w temacie byłam po polsku. Pierwszy raz też  było tyle osób na moim wystąpieniu, więc jak ich zobaczyłam, to mojej w głowie pojawiła się czarna dziura. 
Poza tym czytałam, oglądałam filmy, ale też całkiem sporo pracowałam. Jestem bardzo zadowolona z tego miesiąca.





2025 w liczbach!

Oczywiście, jak bym mogła sobie odpuścić jakieś statystyki. Sory, ale lubię cyferki i sobie tego nie odpuszczę. 

Odwiedzone województwa: 7 (warmińsko-mazurskie, podlaskie, małopolskie, wielkopolskie, łódzkie, mazowieckie i lubelskie)
Odwiedzone kraje: 2 (Czechy i Serbia)
Przeczytane książki: 49 
Obejrzane filmy: eee... Macarena? ok. 30. Nie spisywałam dokładnie
Kupione książki: 11 
Książki na stosie hańby: 25
Książki przeczytane książki ze stosu: 9

Jak poszła mi realizacja moich celi?
Średnio na jeża, ale z drugiej strony mam sporo osiągnięć poza tym, o których w ogóle wcześniej bym nie pomyślała. 

1. Przeczytać 100 książek — przechodzi na kolejny rok. Powrócił mi zapał do zabawy w cele książkowe, więc będę próbowała. Zapał do czytania też jest, spokojnie. 
2. Zejść poniżej 5 nieprzeczytanych książek na półce — przechodzi na kolejny rok. Nie miałam ochoty czytać, więc nie czytałam, mimo że przez 2 ostatnie lata wpadło mi naprawdę sporo ciekawych książek, które serio bym chciała przeczytać.
3. Odwiedzić 3 nowe miasta, w których nie byłam — wykonane i to z rozmachem! Białystok, Nieporęt, Łódź oraz Praga i Belgrad.
4. 40 wpisów w ciągu roku na bloga — nie komentujmy, było ich mniej niż 10. 
5. Kupić mniej niż 20 książek — udało się. Chociaż powiem Wam, że w pewnym momencie trochę spontanicznie kupowałam, bo były całkiem tanio w stokrotce.
6. Pójść do kina 4 razy — tutaj nie wiem, jak to ocenić. Byłam na dwóch spektaklach i raz w kinie. Mało było filmów, które mnie interesowały. 
7. Monitorować postępy w rozciąganiu — robiłam to regularnie, tylko z końca roku nie mam już zdjęć. A szkoda, bo widzę ogromny progres. Zrobię nowe fotki, jak już wrócę z Gdańska.

Jakie plany na kolejny rok?

Od ostatniego wpisu trochę myślałam nad tym, co bym chciała zrobić w tym roku. Musiałam spojrzeć na to realistycznie, aby pogodzić moje chęci i marzenia z życiem po prostu. Przede wszystkim nie stawiam w tym roku na zwiedzanie i podróżowanie, bo czekają mnie 3 komunie i 3 wesela, więc nie ma co szaleć. 
Książkowo spróbuję przeczytać te 100 książek, bo to po prostu fajnie wygląda i ogólnie wiem, że jestem w stanie, jak się zmobilizuję i odpowiednio zorganizuję (słuchanie audiobooków do zmywania i sprzątania wymiata). Filmy jednak będę spisywać w notesie, bo to jest jedyna opcja, abym to robiła regularnie. Chciałabym faktycznie więcej filmów oglądać, co myślę, że się uda, bo na razie nie mam ochoty na seriale (poza Friends).
Jeśli chodzi o bloga, to chciałabym wrzucić na luz i po prostu coś pisać, ale jak to wyjdzie — nie wiem. W pewnym momencie po prostu zaczęłam traktować to poważniej i chciałam, aby moje wpisy były dopracowane, jak to tylko możliwe i może nawet profesjonalne. To jest coś, z czego wolałabym nie rezygnować, ale chyba będę musiała.

Dziękuję za to, że dalej tutaj jesteście!

Coś się kończy, coś zaczyna


 Cześć!

Zbliża się końcówka roku, czyli moment, kiedy uaktywniam tutaj, pisząc podsumowania. Dziś wybitnie siedzą mi słowa mojej wychowawczyni z gimnazjum "Kasia, Ty to się tak uaktywniasz na sam koniec". Miała na myśli rok szkolny, że jakoś tak łatwiej mi wtedy było łapać lepsze oceny. Jak widać, całe życie mobilizowały mnie deadline'y. Chociaż teraz sytuacja jest inna — koniec roku to czas, kiedy mam najwięcej czasu wolnego, który mogę poświęcić na moje zainteresowania. 

Z założenia miał być to wpis z gatunku "co u mnie". Chcąc nie chcąc będzie to wpis w pewien sposób podsumowujący ten rok, bo ostatnie miesiące obfitowały w wydarzenia przełomowe dla mnie. 

Mam 25 lat

Niby nic takiego, z każdym kolejnym rokiem przecież człowiek się starzeje. Jednak ja mam coś takiego, że raz na kilka po prostu dociera do mnie, ile ja już tych lat skończyłam. W sumie to się łączy ze skończeniem jakiegoś etapu w mojej edukacji. Poprzednio taki "skok" miałam, kończąc liceum. Tak teraz pisząc, bardziej myślę, że dociera do mnie, jakie w tym momencie zyskuję przywileje i obowiązki z racji mojego wieku. 

Tym razem było to większe poczucie niezależności i sprawczości. Niby odkąd poszłam na studia, to sama dysponuję moimi wydatkami i ogarniam wszystko wokół siebie, ale ten koniec studiów jakoś dobitniej mi to uświadomił. W maju chciałam naszykować z tej okazji jakiś wpis. Najpierw miało być "25 myśli na 25 urodziny", a jak się nie wyrobiłam, zaczęło powstawać "Mam 25 lat — i co teraz?". Właśnie to było moje największe pytanie wtedy. I co teraz? Kończę studia, próbuję się dostać na ten doktorat, a co jeśli się nie uda? Jak się przygotować, aby było dobrze? Jaki plan B? A w ogóle to by wypadało sobie ogarnąć jakąś pracę na te 2-3 miesiące... Tylko że się nie dało tych dwóch rzeczy połączyć — dobrego przygotowania się do rozmowy kwalifikacyjnej oraz pracy. Wyszły również inne rzeczy przez wakacje, które mi utrudniły to wszystko. 

Koniec studiów i doktorat 

Niemalże cały lipiec, sierpień i pół września kręciło się wokół mojego pójścia na doktorat. Koniec studiów był dla mnie naprawdę hardcore'owy. Liczyłam, że skoro nie będę już miałam tak zajęć na uczelni, tylko będę miała za zadanie pisać oraz robić pomiary, to nie będzie mi tak ciężko skupić się też na pasjach. 

Myliłam się, co ja mogę Wam powiedzieć? Pisanie pracy magisterskiej zajęło mi naprawdę dużo czasu. Chciałam ją napisać jak najlepiej, tak aby wszystko było na tip-top. W sumie zaowocowało to naprawdę niezłym efektem - 3 miejsce w wydziałowym konkursie na pracę magisterską. Oczywiście, nie jestem z niej w pełni zadowolona i z tą wiedzą, którą już mam teraz, naprawdę zrobiłabym to lepiej. 

Oprócz tego brałam udział w konferencjach naukowych. Konferencje to dla mnie było bardzo fajne urozmaicenie tej codzienności na studiach. Mogłam gdzieś pojechać, pozwiedzać, spędzić czas ze znajomymi, ale też przełamywać swoją niechęć do wystąpień publicznych. Z czasem już stres mnie coraz mniej zjadał, a nawet dostałam dwa wyróżnienia! 

Później był czas rekrutacji na doktorat. Z perspektywy czas widzę, jak bardzo się tym przejmowałam i ile nerwów mnie to kosztowało. Nie mieliśmy typowego egzaminu w formie pisemnej, ale mieliśmy rozmowę kwalifikacyjną, w trakcie której sprawdzano naszą wiedzę. Najgorsze było dla mnie to, że nie wiedziałam czego się spodziewać. Odetchnęłam z ulgą dopiero, jak dostałam wyniki. 

Pierwsze miesiące doktoratu też nie są dla mnie najlżejsze. Wiele procedur jest dla mnie zupełnie nowych, nie wszystko przebiega tak, jak jest to opisane na stronie i samo to mnie drażni, że czuje, że nie ogarniam. Co prawda, nie ja jedna nie ogarniam, co mnie pociesza. Wiadomo, z czasem będzie lżej, ale bardzo nie lubię tego poczucia. 


Mam zaburzenia lękowe

Zastanawiałam się, czy o tym pisać. Nie chciałam używać tego jako wymówki, dlaczego mnie było. W październiku dostałam diagnozę zaburzeń lękowych uogólnionych. Dostałam rozwiązanie części moich problemów i dzięki temu żyje mi się dużo łatwiej. Za mną naprawdę ciężkie dwa lata — moi bliscy otarli się o śmierć, dodatkowo drugi stopień moich studiów był naprawdę strasznie wymagający. Szczególnie koniec pierwszego roku, kiedy to spędzałam ponad 30 godzin tygodniowo na uczelni, miałam średnio 3 kolokwia w tygodniu, z czego jedno zawsze było z bardzo obszernego materiału. Sesja nie była lżejsza. Suma sumarum, przed ostatnim egzaminem naprawdę nie byłam się w stanie uczyć, bo byłam tak przemęczona i przeleżałam cały dzień w łóżku. 

I właśnie ten cały stres, to całe przemęczenie, ciągłe poczucie, że mam coś do zrobienia, że się wyrabiam, zaowocowało w postaci zaburzeń lękowych. W momencie wizyty u psychiatry i tak nie było tak źle, jak tych kilka miesięcy wcześniej, ale wciąż objawy, które miałam, były uciążliwe. Głównie to był taki ciągły stres, niepokój, że mam coś do zrobienia, że nie dam rady. Do tego dochodziły różne bóle z nerwów, ale też ciągle byłam pospinana i kiepsko spałam. Z lęku odwlekałam wiele zadań (jeszcze bardziej niż zwykle). Miałam poczucie, że przekroczyłam jakąś granicę stresu, z której nie ma już powrotu do stanu przed i moje ciało nie było w stanie współpracować z moim mózgiem.

 Dostałam leki. 

O rany, jak ja dawno nie czułam się tak dobrze. Tak lekko. Tak dobrze mi się spało. Zaczęło z powrotem czerpać przyjemność z moich zainteresować. Zauważyłam, że zaczęłam odczuwać ochotę, aby porobić coś dla siebie. W zależności od dnia też łatwiej mi się zebrać do roboty. I wiecie, nawet nie wiem, jak Wam mam opisać to, jak się czuję, bo czuję się po prostu dobrze. Czuję się jak dawniej. Widzę też różnicę w takich prostych rzeczach — łatwiej mi się zebrać, aby posprzątać wokół siebie, czuję się lepiej sama ze sobą i chętniej robię sobie zdjęcia.

Co dalej? 

To jest ten moment, kiedy otwarcie się przyznam, że nie wiem. Naukowo mam sprecyzowane plany do kwietnia i wiem, że przede mną wymagające miesiące. Szczególnie wymagające, jeśli chodzi o moją własną mobilizację do działania. 

Jeśli chodzi o bloga i książki, to zdecydowanie widzę poprawę w moim podejściu. Po pierwsze, mam ochotę czytać i czytam. Po drugie, w trakcie czytania czy słuchania książki, mam ochotę zarzucić temat i po prostu popisać o tej książce, jak inni odbierają te kwestie, które mnie zaczynają nurtować. Tylko nie wiem, jak to wyjdzie, bo będę miała sporo pisania naukowego, więc jest ryzyko, że będę chciała odetchnąć od pisania i czytania. Zobaczymy, jak to będzie. 

Jeszcze się tutaj pojawię w tym roku, ale już teraz chciałabym Wam złożyć życzenia. 

I życzę Wam dużo szczęścia, zdrowia fizycznego i psychicznego, spokoju, ale również odwagi, aby zawalczyć o siebie, swoje marzenia i dobrostan.

Wyjątkowe ujęcie mitologii słowiańskiej - "Przedsionek" Dominika Połczyńska

Cześć!

Dostałam się doktorat! I to chyba był powód, dla którego mnie tutaj nie było. Po prostu byłam przejęta rekrutacją, rozmową kwalifikacyjną i później oczekiwaniem na wyniki, i nie miałam takiej przestrzeni, aby działać. Dziś wracam z recenzją książki i chciałabym we wrześniu trochę nadrobić w publikacjach.  Jeszcze nie czuję, abym w pełni się ogarnęła, ale z pewnością jest lepiej. 

Dzisiejsza recenzja jest we współpracy z wydawnictwem Novae Res. Ogromnie dziękuję za możliwość współpracy!



Ina ma idealne życie - narzeczony z podobnym systemem wartości, dom w lesie i satysfakcjonująca praca. Po prostu wiedzie idealne życie aspirującego mimillenialsa. Wszystko się zmienia, gdy błądzi w lesie i trafia do urokliwego miasteczka. Spędza tam całą noc i wraca do domu... po dwóch godzinach! Nie wie, co się dzieje, ale udaje jej się tam wrócić.  Okazuje się, że trafiła do przedsionka - miejsca, do którego trafią dusze, zanim dostaną się do czyśćca. Niewielu może trafić do przedsionka, a jeszcze mniej osób może tam wrócić. Tym samym została wytypowana do zostania ławnikiem w ichniejszym sądzie.

Myślałam, że „Przedsionek” będzie w pewnym sensie zbliżony do „Dobrego miejsca” albo „Pod szepcącymi drzwiami”. I w sumie sama wizja zaświatów, w których żyją jakieś istoty (lub demony) i jest ono miejscem, z którego można iść dalej, się zgadza. Tylko nie ma tutaj zmarłych. 


I podoba mi się to. 


„Przedsionek” to historia, która na wiele warstw i wiele wątków, które się mniej lub bardziej ze sobą przeplatają. Mamy historię Iny, która musi połączyć swoje doczesne życie z nową funkcją w zaświatach. Oprócz tego poznajemy  świat przedsionka - jego historię, problemy i istoty, które w nim żyją. Wydaje się być bajkowym miejscem, ale bliżej mi do horroru w moich oczach. I jest też Adrianna… Dziewczyna, istota? Nie wiadomo kim była i kim jest. Nie pasuje do żadnej z istot ani do ludzi. Ina decyduje jej się za wszelką cenę pomóc. 



Główna bohaterka przechodzi naprawdę ogromną przemianę. Z typowego millenialsa, dla którego liczyła się tylko kariera w pracy i pieniądze, staje się osobą, dla której ważne jest, jakim się jest dla innych. Jednak ta zmiana nie jest łatwa. Nie ma wsparcia w swoim narzeczonym, który zupełnie nie rozumie jej zmiany. Przez to coraz bardziej zatraca się w świecie Atariany. Widać w niej ogromne pokłady dobra i troski o innych, jest skłonna do poświęceń, co jest w tym świecie naprawdę groźne. 

Inne istoty, które jej towarzyszą, są nieobliczalne. Nie można nikomu ufać, a Ina naiwnie to robi. Nie orientuje się, że jest pionkiem w grze, dopóki nie jest za późno. Im bliżej koniec, tym ma się wrażenie, że dziewczyna się po prostu uzależniła od innego świata.  

Historią Adriany jest wątkiem pobocznym, ale ciężko o niej nie wspomnieć, bo jest kilka rozdziałów z jej punktu widzenia. Możemy zobaczyć Atariane i istoty innymi oczami, ale też dowiedzieć się rzeczy, które nie są przeznaczone dla uszu Iny. 


Mamy tutaj nawiązanie do mitologii słowiańskiej, ale ogólne funkcjonowanie  przedsionka jest zbliżone do tego, które jest znane z heksalogii Dory. Czyli trochę mitologia słowiańska, trochę stwórcą, zależy, w co wierzysz. Nic się nie wyklucza. Pisząc, że zmarłych tutaj nie ma, mam na myśli, że fabuła tej książki nie polega na tym, że ktoś umiera, przechodzi do przedsionka i spędza tam czas, dopóki nie przejdzie dalej. Nie na tym to polega ani nie na tym polegają sądy. 

Sąd, w którym Ina jest ławnikiem, zajmuje się głównie sprawami istot. Aby odpowiednio pełnić rolę ławnika, dziewczyna musi poznać historię Atariany, dowiedzieć się, jakie są klasy istot oraz poznać genezy ich konfliktów. Tym samym uważam, że świat jest bardzo dobrze przedstawiony. Dowiadujemy się wiele o jego polityce - kto ma największe wpływy, kto jest wykluczony i kogo należy się bać.


Do "opieki" nad Iną zostaje przydzielony Gratus - poroniec, który jest kartografem oraz walczy  o prawa swojego gatunku. Dzięki temu poznajemy lepiej geografię tej krainy, bo Ina bardzo często mu towarzyszy (szkoda, że nie ma matki). Widzimy też, jak główna bohaterka angażuje się w walkę o równouprawnienie, ale jednocześnie nie jest świadoma, co na nią czyha i jak to wygląda w tym świecie.

Wydaje się, że wybierając Inę na funkcję ławnika, nikt się nie spodziewał, w jakim kierunku się to potoczy. 


Jeśli chodzi o postaci męskie, to jestem zadowolona z tego, jak są wykreowanie. Nie mam tutaj jednoznacznie dobrego mężczyzny, ale też żaden nie jest na siłę idealizowany. Gratus jest porońcem — gwałtowny i niebezpieczny z natury, bardzo nieprzyjemny.  Filip, czyli narzeczony Iny, jest niesamowicie skupiony na karierze i jak zaczyna słyszeć o innych wartościach, to bierze ją za wariatkę. 

Jonan początkowo wydaje w porządku, taki sympatyczny i zabawny. Jednak z czasem zaczyna wychodzić jego prawdziwa twarz. Ostatni jest Lucjusz. Jego jest najmniej w tej historii, ale czuć, że to on tutaj rozdaje karty. 


Akcja w tej książce biegnie dość powoli, ale dzieje się w niej naprawdę dużo. Do tego jest dużo takich życiowych przemyśleń. Szczerze mówiąc, ja byłam kupiona od pierwszej strony. Dosłownie przeczytałam ją, zrobiłam zdjęcie i wysłałam koleżance z dopiskiem, że musi to przeczytać. Za każdym razem jak do niej siadałam, to nie mogłam się oderwać i odkładałam pójście spać, jak tylko mogłam (a sen to dla mnie świętość!). 


Jeśli chodzi o zakończenie, to poniekąd jestem z niego zadowolona. Poniekąd, bo jest furtka do drugiej części i z wielką chęcią ją przeczytam, bo uważam, że jeszcze więcej można z tej historii wyciągnąć. Jeśli to w domyśle jest zakończenie otwarte, to nie będę zadowolona, bo co najmniej jeden wątek nie został zakończony. 





Kwartalnik XVII&XVIII - intensywny i różnorodny czas

 


Hejo!

Jak się okazuje, że jak siądę do pisania, to mogę pisać i pisać bez końca. Cóż... Chyba to dobrze świadczy o przyszłości bloga, bylebym tylko miała przestrzeń do tego. Kluczowy problem jest taki, że miałam naprawdę intensywne pół roku i najchętniej opowiedziałabym o wszystkim, ale chyba tak się nie da.  

Co u mnie?

Kończę magisterkę (tak właściwie to już skończyłam). Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że na sam koniec studiów będę mieć aż tyle roboty. Liczyłam, że naprawdę będę mieć więcej czasu dla siebie i swoich zainteresowań, ale chyba ze smutkiem muszę się z tym pogodzić, że tak dobre czasy już minęły. Teraz pora nauczyć się to wszystko za sobą łączyć i jakoś lepiej balansować tym wszystkim. 

Jednak nie tylko samymi studiami żyłam — od początku roku naprawdę dużo podróżowałam. Byłam na konferencji w Krakowie, na stażu w Poznaniu, w Łodzi na koncercie oraz w Pradze (pierwszy wyjazd za granicę, będą zdjęcia). Oprócz tego odwiedzałam znajomych, którzy mieszkają nieco dalej ode mnie. Naprawdę cieszę się, że udało mi się tyle w tym roku zobaczyć (chociaż układało się tak, że i tak zobaczyłam mniej, niż bym chciała, bo ja bym chciała maksymalnie wykorzystać czas poza domem). 

Naukowo — byłam łącznie na 5 konferencjach, z czego 3 były maju w ostatnich dwóch miesiącach. Naprawdę bardzo dobrze mi to wyszło i zgarnęłam dwa wyróżnienia. Wymagało to też ode mnie naprawdę sporo wysiłku, ale w końcu były to wystąpienia, z których jestem z siebie zadowolona.

Angażowanie się w inne aktywności niestety nie szło po mojej myśli, a dołączyłam do jednego projektu, który liczyłam, że skończę w lipcu, a tu się nie udało. Mam nadzieję, że do września się z tym uporam i będę mogła konkretnie powiedzieć, co to było.


Książki 

Przeczytałam przez 25 książek, czyli jak dla mnie wynik stabilny, chociaż przy tej dolnej granicy. Takie totalne minimum tego, co bym chciała. Większość książek to były nowe dla mnie historie, reready były tylko 4. Co szczególnie mnie zadowala to to, że pokończyłam książki, które ciągnęły się za mną od grudnia i nie tylko. Dzięki jednemu maratonowi wzięłam się za kończenie serii, które miałam pozaczynane. Łącznie przeczytałam w tym maratonie jakieś 8 książek i skończyłam 4 serie. 

Ogólnie większość książek była dobra. Kilka się wyróżniało, ale najważniejsze, że nie było też żadnych złych książek. 

Co polecam?

1. Rozważna i romantyczna Jane Austen — chyba ta historia urzekła mnie dużo bardziej niż Duma i uprzedzenie. Niesamowicie przyjemnie mi się tego słuchało, zaangażowałam się w historię bohaterów i ze szczerego serca im kibicowałam.

2. Cmentarz zagubionych dusz Paulina Hendel — dziwnie mi było ze zmianą miejsca akcji.  Przyzwyczaiłam się do  Lawendowego Dworku i Cmentarza Osobliwości, a tutaj mamy ogromną zmianę. Inny klimat, inny typ cmentarza, ale było równie ciekawie. Kiedy się przyzwyczaiłam, to nie mogłam się oderwać od tej historii.

3. Divine rivals Rebecca Ross — jeden z najlepszych romansów, jakie czytałam w ostatnich latach. Cudowna historia, przepiękna, a jednocześnie ma miejsce w fantastycznym świecie, co zostało bardzo zgrabnie wplecione w historię.

4. Szóstka wron Leigh Bardugo — przepadłam. Po prostu przepadłam i jestem zachwycona tą historią. Tacy charyzmatyczni bohaterowie! Zadanie nie do wykonania i pomysły, jak to wykonać. Dawno czegoś takiego nie czytałam.

5. Pusty grobowiec Jonathan S. Stroud — ostatnia część przygód Lucy, Lockwooda i George'a ponownie podnosi poprzeczkę. Zakończenie jest po prostu idealne — zamyka wszystkie wątki, wyjaśnia to, co niewyjaśnione, a jednocześnie trzyma ciągle w napięciu i nie pozwala przestać o sobie myśleć.

Czego nie polecam?

Angelfall Susann Ee - to było jakieś dziwne. Nie umiałam się wczuć ani zrozumieć, co tutaj jest głównym wątkiem. Po przeczytaniu nie umiem za wiele o niej powiedzieć, tylko tak mniej więcej. 


Filmy 

Chciałam wrócić do oglądania filmów, ale nie miałam aż tak dużo czasu albo ochoty na to. 

Ojciec panny młodej — fajna, lekka komedia. Pewnie będę do niej wracać nie raz. Obejrzałam też drugą część i również polecam. No i najważniejsze! Aktorzy, których znam z "Zbrodni po sąsiedzku", ale tam nieco młodsi.

Napad — to było dobre. Nie mogłam się oderwać i aż się zastanawiałam, czy ta historia była oparta na faktach. Super nawiązanie to mojego ulubionego okresu w polskiej kinematografii. Zakończenie mnie po prostu zmiotło.

Nasz mały sekret — fajny luźny film. Niby świąteczny, ale ja oglądałam go marcu. Myślę, że wrócę do niego w święta. 

Seriale

Seriali mam wrażenie, że oglądałam więcej. Szczególnie że wróciłam do seriali, które już widziałam (Dobre miejsce).

Co polecam?

Ginny i Georgia sezon 3 - najlepszy sezon tego serialu. Dwa poprzednie mnie wkurzały, szczególnie ten drugi, ale ten był świetny! Chyba największy zarzut mam do przedstawienia rozwiązania problemów Abby, ale tak to poza tym naprawdę trzyma poziom. Co więcej, aż zaczęłam tolerować Georgię.

Księga czarownic — nie mogłam znaleźć książki do czytania, to wzięłam się za serial. Bardzo dobra adaptacja (przynajmniej pierwszej części). Wciągnęłam się, nie mogłam się oderwać i jestem po prostu zakochana. Polecam każdemu. 

Rezydencja — serial kryminalny. Bardzo ciekawy, miałam swój typ co do mordercy, ale i tak był tam dla mnie element zaskoczenia. Jest to na tyle dobry serial, że nie usnęłam, dopóki nie obejrzałam do końca.

Z czego jestem dumna? 

Naukowo miałam naprawdę sporo osiągnięć, chociaż ciężko mi samej o nich myśleć i je docenić. Wydaje mi się, że to nie jest nic wielkiego. 

  1. Wyróżnienie wystąpienia ustnego na III Studenckiej Konferencji Kosmetycznej organizowanej przez SKNCh "Bioaktywni" - tutaj akurat jestem zadowolona, bo uważam, że naprawdę dobrze mi poszło, miałam ciekawy temat i w sumie badania od początku do końca zaplanowałam samodzielnie. 
  2. Został opublikowany artykuł naukowy, w którego tworzeniu brałam aktywny udział. Dotarło to do mnie, jak zobaczyłam, że jest to opublikowane. 
  3. Wyróżnienie wystąpienia ustnego w trakcie NPLSS — wystąpienie poszło mi całkiem nieźle, chociaż ile miałam po drodze trudności, to nikt sobie nie wyobraża. Szczególnie, aby dzień wcześniej dotrzeć do Lublina — co mogło pójść nie tak, to poszło. Przełożyło się to też na to, że nie byłam tak przygotowana, jak chciałam, ale jak na mnie było naprawdę nieźle. 
Z tych bardziej osobistych rzeczy to dałam sobie radę w Pradze, gdy trzeba było mówić po angielsku. Moja styczność z tym językiem nie jest duża i się uwsteczniłam w trakcie studiów, dlatego bałam się, jak sobie poradzę. Potrzebowałam jednego dnia, aby się oswoić i rozkręcić i było przyzwoicie.


Na dzisiaj to tyle! Postaram się tutaj wrócić, aby być choć trochę częściej. Tyle bym Wam chciała napisać!

12 urodziny bloga

 Cześć!

Są takie wpisy, których nie umiem sobie odpuścić (co się odbija na aktywności i najlepsze książki ubiegłego roku pojawiły się w kwietniu, bo się sama blokuję). Wpisy na rocznicę bloga też do nich należą — lubię je pisać, chyba najfajniejsze jest to, że mimo wszystko ciągle tutaj wracam. 

Ostatnio rok na blogu był bardzo nierówny. Na wiosnę nic się nie działo. Nie było żadnych wpisów, nie miałam czasu w ogóle na bloga. Ba, nawet nie miałam jak napisać rocznicowego wpisu. Później w lipcu wracałam do regularnego postowania i tak to trwało aż do listopada. Chwila przerwy, dwa wpisy w grudniu, dwa wpisy w styczniu. I cisza na 1,5 miesiąca. Coś pojawiło się w marcu. I teraz wracam w kwietniu.

Zaczęłam dodawać bardziej różnorodne wpisy - zdjęcia, miniseria genealogiczna. Było inaczej. Byłam z tego zadowolona i to jest coś, do czegoś chciałabym wrócić. Przejdźmy zatem do planów na ten rok. 



Jakie plany na ten rok? 

Chciałabym pisać. Tak po prostu siadać i coś napisać bez planu, bez ładu i składu. Dodać parę fajnych zdjęć i tyle. Po prostu wrzucić na luz z pisaniem, bo się sama blokuję, gdy coś nie idzie. Tym bardziej że część moich wpisów wymagania ode mnie więcej myślenia, a ja ostatnio mam naprawdę sporo rzeczy, nad którymi muszę myśleć i wymagają ode mnie sporego wysiłku umysłowego. Nie wiem, czy uda mi się to robić regularnie. Chyba w to wątpię. 

W ogóle jestem na etapie, gdzie się zastanawiam, ile jeszcze pisać? Jak często? Czy będę miała na to czas czy coraz mniej? W jakim kierunku pójść, aby dalej tu pisać? 

Mam dużo pytań do siebie samej, ale nie mam pomysłu na rozwiązanie tej kwestii. Zobaczymy po prostu, co czas i życie mi przyniesie. Nie chcę się deklarować, bo, jak widać, nie wychodzi mi to. Siadam i piszę, gdy mam wolny czas. W zimę jest u mnie dodatkowy problem - zdjęcia, które wymagają więcej czasu, aby wyjść dobrze. 


Suche liczby zostawiam, ale nie porównuję. 

Obserwatorzy: 174 osoby

Wyświetlenia: 153 tys.

Komentarze: 3896 

Posty: opublikowane 419 (+ 40 robocze)


Dziękuję Wam, że tutaj wchodzi, czytacie i komentujecie. Mam nadzieję, że będę więcej pisała. 

Najlepsze książki 2024


Wiecie co... Jak zwykle marzec mam niesamowicie intensywny, niemalże co weekend coś się dzieje. Tym razem od początku roku ciągle coś się dzieje, gdzieś jeżdżę (byłam w tym roku w 6 województwach) i wzięłam na siebie nowe obowiązki. Do końca lutego musiałam dokończyć parę rzeczy, jeszcze dwie chciałabym skończyć pisać w marcu i inne, które muszę pisać na bieżąco. Liczę, że to już nie będzie takie zwariowane i łatwiej mi będzie pojawiać się tutaj częściej. I tym sposobem doszliśmy do połowy kwietnia, kiedy ja już serio mam nadzieję, że maj się zacznie i będzie mi lżej, ale mogę się łudzić. 

Początkowo chciałam, aby w tym wpisie było 10 książek, ale kiedy zaczęłam robić notatki, to doszło do mnie, że tak właściwie najmocniej polecam 7 książek, które naprawdę mocno zagościły w moim sercu (albo umyśle) i jednocześnie są rewelacyjnie napisane albo po prostu były dla mnie niesamowitym przeżyciem czytelniczym. 


1. Babel, czyli o konieczności przemocy Rebecca F. Kuang

Czytanie książek Rebecci F. Kuang to po prostu niesamowicie doświadczenie czytelnicze. Babel, czyli o konieczności przemocy był moim pierwszym spotkaniem z tą autorką i jednocześnie niesamowicie udanym. Sam styl pisania książki jest niesamowity, bardzo dopracowany. Od tej książki nie sposób było się oderwać. Opisy były bardzo obrazowe, obszerne, ale jednocześnie przyciągające. Moim zdaniem bardzo fajne były informacje związane z genezą słów oraz słowotwórstwem, które w tym świecie miały związek z magią. 
Magia tego świata jest ciekawa. Jest to prestiżowa, ale bardzo ciężka nauka, która poprawia komfort życia. Przede wszystkim tych, którzy są najbogatsi. W tej historii bardzo ważne jest tło polityczno-społeczne oraz historia świata. Widać, jak ważne społecznie wydarzenia pływają na życie ludzi, ale też na podejmowane przez nich decyzji i ich zachowanie.

2. Yellowface Rebecca F. Kuang

Najbardziej nietypowe doświadczenie czytelnicze w moim życiu. Nigdy, ale to naprawdę nigdy, nie czytałam książki, która wzbudzałaby we mnie tak ogromną frustrację, a jednocześnie byłaby tak rewelacyjna. Jest to ten rodzaj frustracji, który przyciąga człowieka do danej rzeczy. Niby się wkurzasz, ale nie możesz się oderwać, chcesz wiedzieć, co będzie dalej. I jest to w pełni zrozumiałe. Frustracja jest jak najbardziej uzasadniona - zachowanie głównej bohaterki bardzo ciężko jest popierać. Jej myślenie jest tak mi odległe, że czytanie tego było fascynujące. Przyciągało mnie do tej książki też to, że chciałam, aby główna bohaterka poniosła odpowiednie konsekwencje. Szczerze, nie wiem, czy mnie zakończenie satysfakcjonuje. Pewnie wolałabym, żeby było inne, ale byłoby zbyt idealnie. Jest ono mocne, ale myślę, że pasuje do tej historii.

3. Cmentarz osobliwości Paulina Hendel

Nie wiecie, jakim zaskoczeniem była dla mnie ta książka. Paulinę Hendel czytam w ślepo i jeszcze ani razu nie zawiodłam się na jej książce. Wiadomo, niektóre były zajebiste pod każdym względem, a inne nieco gorsze, ale chyba ani razu się na niej zawiodłam.
Tutaj opisy również są obrazowe, że brak mi słów. Moje wyobrażenia tych potworów pamiętam świetnie do tej pory i wracają do mnie, kiedy widzę, któregoś z nich. Przez tę historię po prostu się płynie.
W moich oczach największa zaleta tej książki to główny bohater, Maximus. Cwaniaczek z miasta, który nie jest lojalny wobec nikogo poza samym sobą. Jest na tyle zuchwały, że nawet odkrada kastę, w której mógłby zrobić "karierę". Schronienie odnajduje w Lawendowym Dworku, gdzie pełni funkcję zarządcy tamtejszego cmentarza osobliwości. Czytanie o tym, jak Maximus musiał się odnaleźć w roli zarządcy i jednocześnie wzbudzić zaufanie swoich pracowników, było bardzo przyjemne. W tej książce najbardziej kupił mnie jednak punkt kulminacyjny - śmieję się na samo jego wspomnienie. Było genialne. 

4. Poławiacz dusz Jonathan Stroud

Jestem w tej części niesamowicie zakochana. Bardzo mi się podoba rozwój relacji między Lockwoodem a Lucy. To jest tak niesamowicie urocze, jak oboje otwierają się na siebie i na swoje uczucia. Bardzo dobrze widać, jak dojrzali od pierwszego tomu.
Ogólnie, widać jak wszystko się rozwinęło w tej serii. Jako czytelnicy dowiadujemy się coraz więcej o zjawach i są coraz bliżej poznania genezy problemu. W tej części poznajemy lepiej funkcjonowanie dwóch największych agencji i Fittes i Rottwell, co pozwala zbliżyć się do odkrycia mrocznej tajemnicy. 
Gdybym mogła, to bym dała tej książki 11/10, bo była jeszcze lepsza niż poprzednia część. Nie mogę się doczekać aż przeczytam ostatnią część.

5. Dziewięcioro kłamców Maureen Johnson 

Kolejna książka, którą oceniłabym 11/10. Poprzednie części były genialne, ale jest jeszcze lepsza. Bardzo podoba mi się klimat - deszczowy, jesienny, angielski. Odrywamy się od Ameryki i wyruszamy do Londynu (i okolic!), aby spotkać się z chłopakiem Stevie. Ponownie to zbrodnia odnajduje dziewczynę, a ona nie może się jej oprzeć. Stevie w tej części zmaga się z wieloma problemami - wybór studiów, związek na odległość i po raz pierwszy widzi, jak jej problemy wpływają na relacje z innymi ludźmi. Jednocześnie nie cierpi na tym w żaden sposób wątek kryminalny. Zbrodnia jest ciekawa, ale jest naprawdę mało informacji o niej, dlatego też było odpowiednio dużo miejsca na śledztwo, ale też problemy w życiu osobistym Stevie. Sama zbrodnia nadaje świetnego klimatu - trochę w stylu Christie, bo mamy zamknięte grono podejrzanych, które coś ukrywa i ma ustaloną jedną wersję zdarzeń. Poszlak jak na lekarstwo i to naprawdę nie daje Stevie spokoju, co odbija się na jej relacjach. 

Najlepsze w tej historii jest zakończenie. Ono jest  z gatunku tych, po których żałujesz, że nie masz drugiego tomu pod ręką i musisz czekać, aż on się ukaże. Szok i niedowierzanie czuję do tej pory. 

6. Księga czarownic Deborah Harkness

Jeju... O tej historii nie mogę przestać myśleć i co jakiś czas sprawdzam, czy może nie pojawia się gdzieś w przyzwoitej cenie druga część tej serii. Kocham. 
To jest tak genialnie napisana fantastyka z wątkiem romantycznym, że nie jestem w stanie przywołać innej tak dobrej książki. Mamy tutaj świetnie opisany świat nadprzyrodzony - z jakimi istotami mamy do czynienia, jak wyglądają między nimi relacje oraz naprawdę szczegółowo opisany system magiczny. Co szczególnie wyróżnia tę książkę, to wątek problemów społecznych w tym magicznym świecie, skąd wynikają napięcia w relacjach pomiędzy różnymi gatunkami oraz jakie mogą wyjść konsekwencje. Sytuacja jest na tyle napięta, że bohaterowie muszą zrobić wszystko, aby nie doszło do wojny, ale ich związek temu nie pomaga.

Wątek romantyczny jest cudowny. Od jesieni nie przeczytałam nic, co by temu dorównało (a nawet mam wrażenie, że romanse zaczęły mnie nudzić). Jakkolwiek to zabrzmi (dla wielu pewnie nie zachęcająco), ale ta książka kojarzy mi się ze "Zmierzchem". Tylko to jest lepsza wersja "Zmierzchu" (o tym może kiedy indziej, bo mam gdzieś spisany schemat wpisu). Mamy tutaj wampira i kobietę. Dla niego jej krew jest wybitnie pociągająca. Ona akurat jest czarownicą, która zrezygnowała z używania swoich mocy i musi się ich uczyć od nowa. Zakazany związek, który poruszył cały ich świat i ściągnął na nich naprawdę ogromne niebezpieczeństwo. Do tego jeszcze piękny styl pisanie. Cudowna książka.

 

7. Kosiarze Neal Shutterman

Kosiarze to było dla mnie bardzo miłe zaskoczenie. Widziałam, że ta historia zbiera bardzo wysokie oceny i jest polecana przez osoby, które mogą nazwać moimi bookstagramowymi autorytetami. Nie spodziewałam się, że tak bardzo mnie ten świat pochłonie.

To kolejna z historii, w której doceniam świat. Świat, gdzie śmierć jest w pełni po kontrolą, ale jest grupa Kosiarzy, którzy działają na granicy prawa. Bardzo mi się podoba ten głębszy konflikt, który dotyczy całego społeczeństwa i próby rozwiązania tego problemu. Książka ma kilka zaskakujących zwrotów akcji i naprawdę widać tutaj pomysłowość autora, ale też duże zdolności, które pozwoliły odpowiednio wpleść je w historię.