Podsumowanie kwartału II


 


Hejo!

Myśląc, z czym tutaj wrócić po sesji, uświadomiłam sobie, że jest pora na kolejne podsumowanie kwartału. No cóż... Planowałam dać wpis w moje urodziny, coś na zasadzie "21 myśli na 21 urodziny", ale nie wyszło. Skupiłam się na studiach, odpoczywałam, gdy mogłam i tyle? Zobaczymy. Zapraszam na podsumowanie!


Co u mnie? 

Przerwa świąteczna pozwoliła mi ogarnąć się, niestety później przyszło zdalne i jakoś ciężej było mi na duchu, ale jednocześnie bardziej skupiłam na studiach i wiele rzeczy tam musiałam ogarnąć. Mniej więcej od przerwy świątecznej miałam średnio po 2 zaliczenia w tygodniu, czasem 4, a wybawieniem było 1... Jak widać. Było ciężko, Sesja jeszcze mi się nie skończyła, w tym tygodniu zostały mi dwie rzeczy i święty spokój. Już przez to wszystko ulewa mi się. 
Trzy miesiące po prostu upłynęły pod znakiem ciągłego zmęczenia, kombinowania i irytacji. Mało czytania, mało odpoczynku. Krótka przerwa na urodziny, potem dwa spokoju w długi weekend w czerwcu. I co? Same shit again. Czy narzekam? Trochę. Jedynie co mnie pociesza, że w tym całym zapierdolu udało mi się ogarniać, mieć naprawdę dobre oceny. Przez cały semestr poprawiać musiałam tylko jedno kolokwium i to na sam koniec. Pisząc to, nie chcę gloryfikować kultury zapierdolu, ale już wolę mieć przy tym dobre wyniki niż dodatkowo się wkurzać, że mi nie idzie. Chociaż część tych rzeczy była zbędna, ale omówienie tego zostawię na inny moment. 

Książki 

Przeczytałam 12 książki. W kwiecień wkroczyłam z przytupem i przeczytałam 8 książek, a w maju i czerwcu po 2. Po prostu nie miałam siły na czytanie. 

Co polecam?

Większość książek była dobra albo bardzo dobra. Miałam też kilka rereadów, ale nie biorę ich pod uwagę (jak zawsze). Mimo to wybór jest ciężki... O trylogii "Okrutny Książę" pisałam poprzednio, w kwietniu doczytałam ostatnią część i mocno polecam, utrzymała poziom.
1. Oczy uroczne Marta Kisiel - CO ZA KLIMAT! Czysta magia, odrobina niepokoju. Autorka pięknie bawi się słowami, tworzy niesamowite historie. Przepadłam po prostu. 
2. Płacz Marta Kisiel - tutaj powrót do znanych bohaterów, którzy są cudowni. "Nomen omen" to wciąż mój faworyt, ale "Płacz" również jest genialny. Poznajemy bohaterów z innej strony, ponownie inny klimat, jeszcze bardziej przejmujący klimat. Niesamowite jest, co ta autorka potrafi i jak buduje klimat.
3. Zaginiona Księga Bieli Cassandra Clare, Wesley Chu - bardzo podoba mi się ta historia, lekkość napisania, ciekawy pomysł i Magnus oraz Alec, których poznajemy od innej strony. Przyznam się, że ta dwójka w centrum uwagi bardzo przypadłą mi do gustu. Do tego przeżyłam bardzo miłe zaskoczenie, bo autorka wciąż potrafi zaskoczyć i stworzyć oryginalnych bohaterów w tym uniwersum!

Czego nie polecam? 
Prosty wybór. 

1. Igrzyska Śmierci: W pierścieniu ognia Suzanne Collins - nie lubię tej serii i teraz mówię to z pełnym przekonaniem. Katniss mnie irytuje, drażni mnie to, że druga część to odgrzewany kotlet i powtórka z pierwszej części. Wątek 13 Dystryktu pojawił się, zaciekawił mnie, ale został olany przez autorkę. Do końca nie doczytam. 
2. Złączeni obowiązkiem Cora Reilly - zachwalałam całą serię, a tu klops... Najsłabszy punkt tej części, irytująca bohaterka, nie wiem do tej pory, o co jej chodzi. Wolę Arię i jej siostrę.
3. Konkurenci się pani pozbyli Jacek Galiński - co za koszmar... Nie wiem, jakim cudem udało mi się to wytrzymać. Nie bawiło mnie, męczyło, obrzydzało. Po prostu nie.  Do widzenia. 

Filmy 

Coś oglądałam, ale nie było tego dużo i nie było nic ciekawego. Patrzę na tytuły i widzę, że to były głównie dziwne rzeczy. Naprawdę dziwne rzeczy - kosmici, potwory i tak dalej. Nie mam nic do polecania ani nic, żeby odradzić. 


Seriale

Tego trochę było... Obejrzałam od 3 do 8 sezonu "Friends" i tyle. Znudziło mi się, wątek otwierający dziewiąty sezon mnie drażni. Nie lubię Rossa i Rachel. Uwielbiam Monikę i Chandlera, poczucie humoru Phoebe jest cudne. Zastanawiam się, czy nie przeskoczyć od razu do ostatniego sezonu, czy sobie po prostu nie zrobić przerwy. 
Oprócz tego polecam "Sexify" - fajny serial! Wreszcie poczułam, że powstało coś, co było skierowane do mnie, do mojej grupy wiekowej. Krok w dobrą stronę w polskich serialach. Wypełnia pewną lukę, która jest, bo naprawdę nie czuję, żebym filmy i seriale tworzone w Polsce były skierowane do mnie. 


Jestem dumna z... 

Po prostu z tego, że wytrzymałam. Ostatkiem sił, ale wytrzymałam. Zdanie semestru to już tylko formalność i tyle. Chyba to jest głównym osiągnięciem tego czasu.


Co dalej?

Blogowo? Powrót do recenzji. Pierwsza chyba w tym tygodniu! Mam nadzieję, że napiszę ich trochę więcej. Jak nie tutaj, to na Instagramie. 
Trochę pobawię się na TikTok, trochę więcej poczytam. I w sumie nie wiem. Nie mam pojęcia, co na dłuższą metę z tego wyjdzie i co ze sobą zrobię. Najpierw chcę odpocząć, to jest priorytetem, ale co więcej? Nie wiem. Chciałabym coś, ale nie wiem co i nie wiem jak. I w sumie tyle! Do napisania! 

CZY JA MAM ZASTÓJ CZYTELNICZY? Czytelniczo-życiowy update.

 Hejka!

Właśnie po wygenerowaniu kilku pomysłów na bloga w najgorszy możliwy sposób, czyli zapisałam nowe wersje robocze z tytułami, a także olaniu fizyki, oczekiwaniu na obiad i odwlekaniu drukowania w nieskończoność piszę na bloga. 

Nie sądziłam, że ta wiosna przynosi tyle zmian we mnie. Jak na razie jestem w najbardziej wymagającym okresie mojego życia, gdzie moje wcześniej priorytety nie do końca się pokrywały, więc nieco zmieniłam. Z jednej siostry jestem zmęczona, trudno mi odpocząć w weekend, ciężko mi się skupić na czytaniu, na laptopa patrzeć nie mogę, ale muszę. Jednocześnie odprężam się, korzystając z Instagrama i dowiadując się, co dzieje się na świecie. Moje oczy umierają, do tego alergia, bo wszystko pyli. Nie czytam, bo to wydaje mi się zbyt dużym wysiłkiem dla mojego mózgu, mimo że mam na to ochotę. A do tego wszystkiego przeplata się gdzieś wkurwienie na ludzi i brak sił na ludzi. 


Przestałam zapisywać przeczytane strony, bo to nie ma znaczenia w tym momencie. Wcześniej to było fajne, pokazywało mi, że potrafię czytać codziennie przez dłuższy czas, ale teraz tego nie potrzebuję, bo wiem, że umiem. Nie ma w tym nic złego. W tym tygodniu chyba skończyłam audiobook o Zośce Wilkońskiej (czwarta część - nie polecam. Słaba zagadka, a do tego nawiązanie do polskiej sceny politycznej, co bardziej wkurza niż bawi, gdy człowiek się orientuje) i nic innego nie ruszyłam, mimo że cholernie mnie ciekawi, co dalej z "Zapomnianą Zaginioną Księgą Bieli". Nie chcę też zaczynać innych książek, bo się zawiążę. 


Przełączyłam bookstagram z konta twórcy na konto osobiste, bo nie jest mi to do niczego potrzebne w tym momencie. Chociaż irytuje mnie brak pewnym funkcji, ale jakiś czas przeżyję bez tego. I tak ich ostatnio nie sprawdzałam. Moja działalność tam też się ograniczyła, bo nie robię zdjęć. Z robienia zdjęć najłatwiej mi zrezygnować, bo najmniej związana z tym jestem i nie zawsze mój aparat potrafi uchwycić to, co widzą moje oczy. 


Ach... Wspomniałam w tytule o zastoju czytelniczym... No właśnie. Nie wiem, czy go mam, czy może nie. Zwykle to u mnie wyglądało inaczej, bo po prostu nie czytałam, nie myślałam, o czytaniu i nie miałam chęci na to. Chęci mam, wracam myślami do książki, którą czytam, ale nie umiem się w sobie zebrać. Chyba usiądę i poczytam. Życzcie mi powodzenia! I mam nadzieję, że do zobaczenia za tydzień! 

Kolejne urodziny bloga

 Hejo!

Zastanawiam się, jak podejść do tych urodzin bloga i z której strony je ugryźć. Zwykle to czas, w którym sprawdzałam z entuzjazmem, jak bardzo poszłam do przodu. W tym momencie mniej mnie to cieszy, a nawet boję się, że uznam, że jednak był regres, bo mam poczucie, że przez ostatnie 12 miesięcy stanęłam w miejscu. Szczególnie to ostatnio pół roku, bo zimno, bo wszystko zamknięte, rutyna i mój wewnętrzny motor zwolnił. 


W tamtym roku zaczynałam od dużym zmian, a przez ten rok największą zmianą był nagłówek bloga, ale wciąż coś jest nie tak, bo po wgraniu obraz bardzo stracił na jakości i do tej pory nie wiem, co z tym zrobić. Wydaje mi się, że to wina motywu wyglądu, ale nie znalazłam innego, który by mi się spodobał i tak sobie z tym tkwię. 
Z nowością na blogu jest seria "Smętnik blogowy", do której powrócę, gdy tylko będę miała więcej czasu, aby się tym zająć i ładnie ubrać wszystko w słowa, bo temat jest, przykłady są, ale jakoś spontaniczne posty wygrywają lub takie bardziej luźne. Druga rzecz to podsumowania, co kwartał, a nie co dwa miesiące. Zmiana też dotyczy ilości rzeczy - wybieram trzech najlepszych przedstawicieli oraz trzech (lub mniej) najgorszych. Tak forma jest dla mnie lepsza w pisaniu, a mniej rzeczy do opisania pozwala mi się bardziej skupić na tym, na czym warto. 
Przez ten rok było więcej spontanicznych postów, bo planowanie ich nie wychodziło. Miesiąc temu świadomie zrezygnowałam z regularności, bo to nie jest na to moment. Czuję się z tym znacznie lepiej, więc siadam do pisania głównie pod wpływem impulsu. Mała zmiana w podejściu była konieczna, żeby tutaj coś się działo.


Teraz sześć wpisów, które były najchętniej czytane przez ten rok. Miało być pięć, ale lubię ten szósty i jestem bardzo zadowolona, że był czytany, więc jeden bonusowy. 


Filmy, które zrobiły na mniej największe wrażenie











Statystyki 

Obserwatorzy: 148                                                                      | + 17 
Wyświetlenia: ponad 84 000                                                       | + 21 tys.
Napisane posty: 334 opublikowane + 5 wersji roboczych          | + 44 (+2)
Komentarze: 3052                                                                       | + 588




Obserwatorzy: 772                                      | + 137 
Obserwowani: 291                                      | - 246
Posty: 238                                                    | + 107

 
Instagramowe statystyki głównie pokazują, że doszłam do wniosku, że wolę obserwować mniej osób, ale je lubić. Nie tylko kierować się ładnymi zdjęciami, ale też treścią oraz stylem prowadzenia profilu, tym nie estetycznym.

Zapraszam Was na rozdanie z książkę Kirke na moim Instagramie: KLIKNIJ TUTAJ

"Ten sabat nie upadnie" Isabel Sterling

 


Hej!

Pomimo że "Te wiedźmy nie płoną" to nie jest książka, którą zdecydowałam się zachować i przeczytam jeszcze raz, to i tak chciałam sięgnąć po jej kontynuację. Dlaczego? Historia ma potencjał, a pierwsza część do bardzo dobry wstęp do dalszej części. 
Znowu podkreślę, że jeśli chodzi o magię w książkach, a raczej czarownice w takim naszym świecie, to jestem bardzo wymagająca. Mogą być inne wymiary, ale najważniejsze, żeby większość akcji toczyła się w tym świecie. I właśnie sobie sprecyzowałam, jakiej książki o czarownicach potrzebuję - takiej, aby bohaterowie nie tylko musieli walczyć ze złem i ratować świat, ale też radzić sobie z normalnym życiem - coś jak "Sabrina", "Czarodzieje z Waverlyplace". Uwielbiam taki motyw i ciężko mnie w nim zadowolić, bo zawsze mam zastrzeżenia. 

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu WeNeedYA

Tytuł: Ten sabat nie upadnie
Autor: Isabel Sterling
Seria: Te wiedźmy nie płoną
Wydawnictwo: WeNeedYA
Liczba stron: 348
Moja ocena: 7/10


Zagrożenie rozszerzyło się. Już nie tylko Hannie i Veronice grozi niebezpieczeństwo, ale również wszystkim sabatom, jakie istnieją. Łowcy udoskonalili swoja broń. 


"Ten sabat nie upadnie" tak jak poprzednia część to fajna, lekka powieść. Idealna na oderwanie się od cięższych książek, takie coś lżejszego do czytania. W tej roli sprawdzało się dla mnie idealnie. Jako kontynuacja wyszła rewelacyjnie. Bardzo podoba mi się rozwinięcie wątków z pierwszej części, które były tak mimochodem dodane, bardziej jako ciekawostki. Pozwoliło to zamknąć historię w dwóch tomach bez poczucia żadnej straty. Podobnie jest z postaciami - pojawiają się nowe, ale jest też dużo rozwijania starych. Dla mnie jest ogromny plus tej książki, bo w ten sposób pierwsza część została dopracowana i dopełniona. 

W przeciwieństwie do poprzedniej części, która określałam jako "mętną", nieprecyzyjną, ta książka ma cel. Widać, że fabuła ma dążyć w jakieś konkretne miejsce, jest bardzo wyrazista. Jest to też bezpośrednia kontynuacja, dlatego też bohaterowie ponoszą konsekwencje tamtych wydarzeń, które są bardzo ciekawym pociągnięciem tematu. Jest kilka bardzo dobrych zwrotów akcji, przez które zaklęłam pod nosem, bo tego się nie spodziewałam! Takie zwroty akcji i pewne pytania, które musi sobie czytelnik postawić, nie pozwalają się oderwać. Samo zakończenie jest również bardzo dobre - nie za szybkie, zaskakujące na tyle, na ile może być i niezostawiające więcej pytań. 

Głównym minusem tej książki jest brak opisów emocji bądź rzeczy, które na to wskazują. Zabrakło mi opisów i analizowania przez Hannah mimiki twarzy, tonu głosu i mowy ciała. Jest to w pewien sposób nienaturalne, bo nie pozwala ocenić intencji bohaterów i sprawia, że część dialogów wypada bardzo sztucznie w połączeniu z czynami, szczególnie gdy ktoś zmienia zdanie. 
Negatywnie też to odczuwam w kwestii relacji Morgan i Hanny. Niby wszystkie jest poprawnie, ale jak dochodzi do jakichś ich czułości, to wychodzi to nienaturalnie. Znowu brakuje mi emocji i analizowania. 


Bohaterowie też nabierają charakterów. Nie są już tacy drugoplanowi, przejawiają więcej cech (tutaj mowa o jakichkolwiek cechach charakteru), które głównie objawiają się w ich działaniach. 
Hannah w pierwszej części to nieszczęśliwie zakochana bohaterka, z którą łatwo jest się utożsamiać nastolatkom. Zaczyna nabierać więcej charakteru - staje się bardziej asertywna, widać w niej wolę pomocy i przestaje być "Zosią samosią". Wydaje mi się, że nieco mniej lekkomyślna albo przynajmniej nie miała do tego okazji. Oprócz tego znowu jest w ciężkiej sytuacji, bo ją dotknęły najdotkliwsze konsekwencje tamtej części. 
Jej była, czyli Veronica... Cóż... W moich notatkach pomyliłam imię i napisałam Victoria, więc to chyba tłumaczy, jaka to postać, skoro ciężko mi zapamiętać, jak się nazywa. Irytująca zołza, ale znacznie mniej jest jej tutaj. 
Gemma z kolei zabłysnęła jako świetna przyjaciółka. Oprócz tego widać, że to bohaterka z pasją i jak się na jakiś temat zakręci, to chce jak najwięcej zgłębić. Jest też bardzo pomocna i bystra. 
Morgan... Hm... Trudno mi o niej coś napisać. To postać, która ma łamać wyobrażenie o Krwawych Wiedźmach i zdecydowanie jej się to udaje, ale jednocześnie nie umiem o niej napisać za wiele, bo zbyt mocno osadzona jest w roli dziewczyny głównej bohaterki, które zawsze pomoże i ją wspiera w trudnych momentach. 


Wydaje mi się, że magia i świat tej historii nie zostały tak wykorzystane, jakby mogły. W tej części poznajemy legendę, skąd wiedźmy mają magię. Dowiadujemy się więcej o czarach Czyniących i Krwawych, wraz z bohaterami widzimy rozwój magii i zdolności. Poznajemy też relacje pomiędzy klanami czarownic. Zabrakło mi perspektywy Krwawych Wiedźm, bo wydaje mi się bardzo ciekawa! Tylko brakuje mi tutaj takich drobnych szczegółów, które wzbudzają zachwyt nad światem, bo nie jest źle, ale mogłoby być lepiej. 

Fajnie było przeczytać i zakończyć swoją przygodę z tą książką. Pomimo wad spędziłam naprawdę miłe wieczory. Widać tutaj rozwój autorki, udało się dopracować to, czego zabrakło w poprzedniej części. Nie udało mi zajarać tą książką, ale bez problemu znajdą się osoby, które to pokochają. Jeśli macie ochotę na tę serię - polecam od razu mieć obie części, bo po prostu lepiej przeczytać to jakoś jedność, a samo "Te wiedźmy nie płoną" może być niewystarczające. 


 Akredytacja 02/05/2020


Podsumowanie: I kwartał 2021


 

Hejo!

Format ulubieńców mi się znudził, męczył mnie już, a że lubią podsumowania, to zaczynam podsumowania. Raz na trzy miesiące wystarczy. Jeszcze będę to doskonalić, postaram się o tym nie zapominać i myśleć więcej, co tutaj mogę wrzucić. Jak macie pomysły to chętnie przyjmę!


Co u mnie? 

Zastanawiam się, czy robiłam coś "ciekawego w życiu", ale chyba pochłonęły mnie studia. Do tego pandemia, zima, mieszkanie na wsi... No sporo niesprzyjających wychodzeniu rzeczy, ale źle nie było.  Jako początek roku zdecydowanie i tak na plus, bo był to bardzo satysfakcjonujący mnie czas. Mocny motywacyjny kop otrzymałam po sesji. Jednak początek drugiego semestru studiów jest jakiś rozmemłany i nieogarnięty. Serio, niby ponad miesiąc minął, a ja nie ogarniam za wiele, a pomyśleć, że trzy tygodnie i zaliczę część przedmiotów! Heloł! Ja się jeszcze nie wczułam w ten semestr, a już mają mi przedmioty odejść. Liczę na to, że w tej przerwie trochę nadrobię notatki, a nie rozreguluję się jeszcze bardziej. 


1. Książki

Ile?
Przeczytałam 23 książki. 9 książek to książki tradycyjne, reszta to audiobooki. Nie wiem, czy bardziej mnie boli to, że tak mało czasu miałam, żeby zatracić się w książce, czy cieszy fakt, że znalazłam super alternatywę i mimo braku czasu poznałam wiele świetnych historii. Co więcej! Łączyłam audiobooki z nauką.


Co polecam?
Miałam szczęście albo znam swój gust na tyle, że coraz trafniej wybieram książki. Średnia ocen, które dałam to prawie 8/10, pomimo jednej jedynki. Trudno mi wybrać, co chcę wyróżnić, bo było tyle genialnych książek, ale nie zostawię Was z pustymi rękami. 

"Nomen Omen" Marta Kisiel - świetna historia, poszukiwania demonicznego pradziadka mi się śniły, co znaczy, że książka wywarła na mnie ogromne wrażenie.  Doceniam Martę Kisiel za styl pisania. To jedyny audiobook, gdzie czuję to tak wyraźnie. Autorka tak się bawi słowami, że to piękne.

Trylogia "Okrutny Książę" Holly Black - no dobra, 2/3 trylogii przeczytałam. Piękny, magiczny świat. Uznałam, że ta seria smakuje jak jedzenie elfów - słodka, gorzka, pełna wielu emocji, przyciąga, pochłania, nie można jej się oprzeć. 

"Złączeni pokusą" Cora Reilly - książka, która wkradła mi się do serca. To historia, którą pokochałam w podobny sposób jak "Trzy metry nad niebem". Jest przesłodzona, trochę wyidealizowana, poznałam wady, ale jednocześnie to pierwszy audiobook, przy którym się popłakałam. Wzbudziło to we mnie wiele emocji, historię pokochałam  i po prostu czułam się znowu, jak ta 12-letnia Kasia, która po pierwszym obejrzeniu "Trzy metry nad niebem" płakała przez trzy dni.  


Czego nie?
Był jeden shit. Dosłownie shit. Trafiłam na tak złą książkę, ze świadomością, że to będzie albo genialne, albo słabe. Nic pomiędzy nie mogło. Wiecie, to książka tak zła, że nawet jej tytułu nie podam, bo jest mało znana. Trafiła na zaszczytne miejsce obok "Syzyfowych prac" i "Stary człowiek i morze", czyli książek których nie przebrnęłam lub ciężko przebrnęłam. To trzecia książka, która dostała 1/10. Męczyła mnie stylem pisania, przemocą, światem, który był tylko czarno-biały, z przewagą zła. Brakiem logiki, jakiejkolwiek spójności. Nawet nie chciałam się doszukiwać tam filozoficznych rozważań, bo ta przemoc mnie odrzucała. 


2. Filmy 

Ile? 
Obejrzałam 12 filmów, a nawet udało mi się pójść do kina pierwszy raz od roku.

Co polecam?
"Palm Springs"
bardzo ciekawa komedia! Fajne żarty, ciekawi bohaterowie i do troszkę nauki. Genialne. Do tego szłam na ten film znając tylko tytuł i gatunek, w ogóle nie wiedziałam, o czym to jest! Super doświadczenie.
Obejrzałam też "Jak wytresować smoka 2 i 3". Wyłam jak bóbr na obu. Cudowne, polecam.

Czego nie?
Trafił się jednak średniak. No, nawet nie średniak. Po prostu film, który mnie nudził z oklepanym tematem i schematem - "Mayday". Równie dobrze można by było dać tytuł "Och, Karol 3" i nazwać głównego bohatera Karol. Naprawdę, nie wiem, czy to kwestia Adamczyka czy co. Nudziło mnie to, brakowało mi wyjaśnienia, jakim cudem nikt się nie dopatrzył, że typ ma dwie żony, jak to się stało. I po prostu wolę tę starą wersję "Och, Karol".


3. Seriale

Obejrzałam w całości jeden serial (i już wiem, dlaczego obejrzałam tak mało filmów). "Daybreak" - po prostu genialne. Doceniam niepoważne twory, w których przejawiają się poważne tematy. Tutaj mamy specyficzny, postapokaliptyczny świat bez dorosłych, tylko nastolatkowie. Ich sposoby na przetrwanie. To jest serial, o którym myślałam cały dzień. Nie mogłam się mu oprzeć i męką było czekanie na weekend aż obejrzę go z chłopakiem (gdyby obejrzał odcinek beze to bym mu wybaczyła, bo bym mogła sama wcześniej obejrzeć!). Zyskałam serialowego crusha, uśmiałam się i po prostu jestem zachwycona. Poza zakończeniem. Zakończenie jest irytujące, bo TAK NIE POWINNO BYĆ, PRZECIEŻ JOSH WSZYSTK OGARNĄŁ.


4. Zmiany

Wycieniowałam włosy! Drobna zmiana, a układają się znacznie lepiej!

I szczerze mówiąc, to tyle ze zmian, co jest dla mnie nieco przytłaczające, bo lubię zmiany i zaczynam się nudzić wszystkim, a potem wchodzi moja potrzeba zmian i w obecnej rzeczywistości czuję frustrację, że nie mogę nic zmienić. Chyba dlatego też zrobiłam duże porządku w szafie - kilka rzeczy wystawiłam na vinted (niżej dam link), a kilka poszło do worka.

Ah... I taka zmiana, że nie ma ulubieńców, a jest to, co widzicie. 

4. Jestem dumna z... 

Zdania sesji w pierwszym terminie - pewnie pisałam to tutaj i na Instagramie. 
Zauważenia, co mnie blokuje w pisaniu na bloga - przesyt laptopem i narzucane przez siebie samą terminy, których nie mogę potem zrealizować, bo wszystko układa się inaczej albo chcę po prostu odpocząć od laptopa. 
Dobrego rozpoczęcia nowego semestru, pomimo totalnego zdezorientowania i dużego nieogarnięcia, to jednak dobrze mi idzie, a nad ogarnięciem moich czterech liter również pracuję!
I jestem też dumna z tego, że dojrzałam do decyzji, aby sprzedać część ubrań, w których już nie czuję się tak dobrze lub ich wcale nie założę, bo i tak pewnie kupię coś nowego. Jestem okropnym chomikiem, jak z czymś wiążę dobre wspomnienia, to mogę to trzymać latami! 



Gdzie mnie znajdziecie: 

VINTED: kasiulek1770

TWITTER: mysliwylatujace

INSTAGRAM: myslizglowywylatujace

I can do everything, but I'm lazy noodle and I do nothing




 I can do everything, but I'm lazy noodle... Uhm... NOPE!


Lazy noodle to taki mój stary śmieszek, gdy miałam napisać jakieś wypracowanie na angielski o osobie, która mnie najbardziej inspiruje i nie wiedziałam, kto to ma być i gadałam o tym z ciocią, która powiedziała, że ona by napisała o sobie, bo może wszystko, a ja na to powiedziałam słowa z tytułu i tak zostałam. Oczywiście z leniwej kluchy wyszedł leniwy makaron, ale kto by się tym przejmował.

Od czasu do czasu mam przebłyski i powiem coś zabawnego, co potem biorę za jakieś motto życiowe, bo przypadkiem idealnie się wpasowuje w moje życie. Ostatnio określiłam to, co jest na moim Instagramie, na blogu zresztą też, jako: 


Chaos, chemia do książek i książki do chemii.


Też pasuje. Znacznie bardziej. Działam w chaosie, uczę się w chaosie i mam wrażenie, że im więcej się dzieje, tym ja lepiej funkcjonuje, pomimo zmęczenia. Właśnie teraz, niby jest padnięta, niby chcę spać, bo miałam cały zdalny tydzień, a to męczy mnie znacznie bardziej niż normalne stacjonarne zajęcia, nabieram sił, pisząc na bloga. Oczywiście, tytuł to kłamstwo, ale wspominam go z sentymentem, bo ostatnio leniwa nie jestem. Klucha? No troszkę, ale bardziej urocza niż nie. 


Trochę się ograniczyłam, narzucając sobie publikowanie w weekendy, bo skończyło się tak, że w tygodniu nie miałam czasu się zebrać, żeby pisać, a weekendy o tym nie myślałam. Dziś mnie olśniło, że mogę publikować, kiedy chcę, co chcę, ile chcę. Odzwyczaiłam się od tego, bo wcześniej zależało mi na jakimś rytmie, a teraz jestem z niego wybita. Właściwie jestem wybita z każdego rytmu - ciężej mi się wbić znowu w naukę. Jakoś ten semestr jest taki nieorgarnięty, rozmemłany i trudno mi uwierzyć, że zaraz część zajęć mi odejdzie, bo minie połowa semestru. 


Chyba powoli zacznę puszczać moją kreatywność, moje myśli swobodnie. To niesamowicie odprężające. Lubię w pisaniu na blogu, że nie mam poczucia, że mnie czytacie. Piszę i nie myślę, co piszę. Po prostu piszę, bo to lubię. Ktoś przeczyta to przeczyta, nie to nie. Potem dostaję miłego zaskoczenia, gdy ktoś napisze mi na Instagramie, że tutaj zagląda (Nika, Ciebie pozdrawiam i dalej z szoku nie wyszłam!).


Wszyscy jesteśmy boomerami



Niesamowite i dziwne. Nie mam pojęcia, jak to inaczej opisać. Przecież często to kilka, maksymalnie kilkanaście lat różnicy, a spojrzenie i oczekiwania zupełnie inne. Nawet przy głupim serialu dla nastolatków, przy jego recenzjach obniżanie ocen, bo "homoseksualizm wpychany na siłę". 

Ale to nie jest tak. To nie jest na siłę. To jest nasz współczesny świat, młodość, którą my znamy. Wiem, że oglądając seriale o nastolatkach, często chcesz sobie przypomnieć Twoje czasy, Twoją młodość. (Nie)stety, to seriale dla nas, my mamy się zżyć z bohaterami, dzięki czemu podbijemy jego oglądalność. Możesz tego nie rozumieć, w końcu tych kilkanaście lat było inaczej. Inne rzeczy były ważne, inaczej wszystko wyglądało. To może być dla Ciebie obce, nie zrozumiałe. Myślisz, że nastolatki takie nie są, bo Ty i Twoi znajomi nie byliście tacy. Tak, nastolatki były inne. Świat się zmienia, dzieci i młodzież się zmienia. 5 lat różnicy robi dużą zmianę. Jak patrzę na osoby 10 lat ode mnie, to w ogóle nie jestem w stanie zrozumieć ich dzieciństwa, bajki, które oglądają uważam za głupie. Za jakieś 5-10 lat jak natrafię na serial może uznam to samo. Przecież to będą zupełnie inaczej wychowane nastolatki niż ja, z innymi wartościami i problemami. Na pewno nie odnajdę się w takim serialu, ale czy to będzie złe? 


Wątpię. Nie będę tego głównym odbiorcą. Nie będę musiała tego rozumieć, chociaż fajnie by było. 
Kluczem jest przyznanie się do tego, że nie rozumie się czegoś i nieocenianie negatywnie.  Niezrozumiałe może przerażać. To, że czegoś nie rozumiemy nie oznacza, że jest to nielogiczne, niepotrzebne i po prostu ZŁE. Tak samo to, że czegoś nie rozumiemy nie świadczy, że człowiek jest głupi. Nie w tym nic złego, jeśli czegoś nie rozumie. To o niczym nie świadczy. Jeśli otaczasz się normalnymi ludźmi, otwartymi - nie ma w tym problemu, nikt Cię nie zje. Może ktoś wyjaśni. Gorzej jest przy ludziach, którzy są przekonani o swojej racji jako jedynej słusznej, ale tak nie ma. Szkodliwe jest wpychanie komuś swojej racji. 



Nie każdy musi wszystko rozumieć, to jest okej. Tylko warto się przed sobą samym przyznać, że się nie rozumie. Jeśli nie chce się zrozumieć, to chociaż nie wypowiadać się i wprowadzać innych w błąd.


Oceniamy według tego, co znamy i rozumiemy. Oceniamy poprzez własne doświadczenia. Często im bliżej naszych doświadczeń tym lepiej, bo to obce wydaje się straszne. Nieznane przeraża, nawet gdy nie jest groźne. Odrobina zastanowienia wystarczy, spojrzenie na to, czemu się coś uważa za zagrożenie i "po prostu" zrozumienie tego, może sprawić, że nie będzie poczucia zagrożenia. Chociaż to "po prostu" nie jest tak po prostu. Wymaga czasu, spokoju i chęci zrozumienia. Dlatego też te wątki w serialach są ważne, bo pokazują, że różne osoby żyją obok, są i istnieją. Często nawet nie wybijają się na pierwszy plan, ale dla osób nie przyzwyczajonych to może być za dużo. 

Najlepsze książki drugiej połowy 2020


 Hejo!

Teoretycznie miałam pisać ulubieńców miesiąca, ale uznałam, że nie ma sensu wracać do grudnia i będą ulubieńcy stycznia i lutego na koniec tego miesiąca, bo tak. Dzisiaj ulubieńcy drugiej połowy 2020 roku. Miałam wątpliwości, czy w ogóle wrzucać ten wpis, skoro ujrzy światło dzienne pod koniec lutego

Druga połowa 2020 roku nie obfitowała już w tak wiele genialnych książek pierwsza, ale znalazłam 6, które się wyróżniły i mnie zachwyciły (mniej lub bardziej).


1. Krew Ferów Adam Faber

Pierwsza część tej książki "Miasto Snów"  to cudo. Książka idealnie trafiła w to, czego potrzebowałam. Magia w życiu codziennym i innym wymiar. Ważną rolę pełnią w tej książce sny i świat astralny, co w połączeniu z czarami tworzy niesamowity klimat, który czuć od pierwszych stron. Czułam też, że to książka idealna na długi, jesienny wieczór. Idealnie komponowała się z kakałkiem i ciepłymi swetrami. 

Dużym plusem są też oryginalni bohaterowie. Szczególnie March, która poznaje ten świat razem z czytelnikiem. Jeśli chodzi o jej charakter, to jest złośliwa, wredna, ale ma w sobie coś sympatycznego. Nie jest z gatunku "altruistycznych superbohaterek", których mam dość. Całkiem zwykła dziewczyna, która ma w życiu przechlapane.


2. Zaczytana i Bestia Ashley Poston

Urocza i bardzo dobra młodzieżówka. Towarzyszyła mi cały sierpniowy weekend, nad wodą, nad Wisłą, a później uznałam, że to idealna książka na jesień, bo szybko się czyta, ma w sobie ciepło... Teraz, kiedy za oknem mam śnieg, myślę, że to równie dobra książka na zimę. Po prostu to tak lekka książka, że pasuje do każdej pory roku. 
"Zaczytana i Bestia" to po prostu wyjątkowa młodzieżówka. Dobrze rozwinięta relacja, która zaczyna się od nienawiści. Wszystko dzieje się w odpowiednim tempie, nie za szybkim, nie za wolnym. Narracja z dwóch punktów widzenia daje nam możliwość wglądu w uczucia Rose i Vance'a. Pomiędzy ogromną niechęcią a miłością są drobne uprzejmości, nieśmiałe myśli "A może ta druga osoba nie jest taka zła?". Relacja bohaterów nie jest w żadnym stopniu toksyczna, a to jest coś, na co ostatnio jest mi ciężko trafić w książkach. Miłość nie zaślepiła bohaterów, czyli bohaterowie dalej są sobą, mają pasję, mają przyjaciół. Takie drobne rzeczy, które czynią tę książkę wyjątkową zostały utrzymane, a relacja bohaterów nie jest jedyną rzeczą, którą można w tej książce oceniać.


3. Wysłannik Paulina Hendel

Czwarta część serii "Zapomniana Księga". Powrót po kilku latach w bardzo dobrym stylu! Zaczynając od widocznej zmiany w stylu pisania autorki - znacznie dojrzalszy, pojawia się więcej szczegółów i przemyśleń. "Wysłannik"  skupia się głównie na relacjach z demonami i nowych demonach, nie ma aż takie szczegółowego skupiania się na tym, jak wioski sobie radzą. Tylko gdy jest to naprawdę wyjątkowe, bo różnice między życiem na południu a północy są duże. Jest to genialne rozszerzenie uniwersum, dowiadujemy się więcej o demonach. Po prostu świat jest dużo bardziej rozbudowany, bohaterowie dojrzalsi i to pierwsza część z tej serii, która spowodowała, że zastanawiałam się, jak moja wieś sobie poradzi. 
Niesamowita opowieść, świetna kontynuacja i świat, który pokazuje, że z naszym jeszcze nie jest tak źle.


4. Ja, Ocalona Katarzyna Berenika Miszczuk

Mogłabym ogólnie napisać, że książki tej autorki, ale jednak czwarta część o przygodach Wiktorii Biankowskiej skradła moje serce. Kolejna kontynuacja dopisana po latach. W przeciwieństwie do "Wysłannika" lata minęły także w historii, co pozwoliło bohaterom dojrzeć, zmienić nastawienie i przeżyć wiele ciekawych rzeczy. 
Fabuła jest najciekawsza ze wszystkich części - powstrzymanie apokalipsy. Wszystko jest osadzone w naszym świecie i w obecnej sytuacji, a nawet jest to powiązane z fabułą, co mnie rozbawiło i chciałabym, żeby tak było. 
I nie ma Piotrusia! Znaczy jest Piotruś w jednej scenie, ale już nie ma go w głowie Wiktorii, która jest narratorką, więc ogromny plus.

5. Pestki Anna Ciarkowska
Mam ochotę napisać po prostu, bo to "Pestki". Prawdziwe, wzruszające. Niby nic, a jednak coś. Tutaj nie ma słów, którymi mogłabym to opisać.

Zostawiam link do pierwszej połowy: 5 najlepszych książek pierwszej połowy 2020

Myślę, że w podsumowaniu tego roku, nieważne ile wyśmienitych książek przeczytam do czerwca, nie będę się rozdrabniać na dwa posty. Na wszelki wypadek, jakby nie miała tyle czasu na pisanie. 

Studia semestr #1 - wnioski i rady


 Hejo!

Prawie oficjalnie zakończyła mi się sesja. Wszystko zdane w pierwszym terminie, czekam na oceny w USOSie i zastanawiam się, co będę robić przez te 1,5 tygodnia. Wpisy na blogu może nie będą częściej, bo to tylko 10 dni przerwy i wolę ten czas wykorzystać, żeby więcej postów napisać.

Myślę, że to też dobry czas, żeby wszystko podsumować. W tamtym roku tego nie robiłam, ale tutaj przez rozliczenie semestralne mam poczucie, że kończy się pewien etap na tych studiach. Myślę, że teraz podeszłam też dużo bardziej świadomie do studiowania i nauki, co było efektem tego, że pół roku byłam w nauce zdana na siebie i znajomych, dzięki czemu poznałam nowe metody nauki i wiedziałam, jak się uczyć. 


Nie chcę pisać na razie bardziej o zmianie uczelni, wole się skupić na tym, jak wyglądał ten semestr, czego się nauczyłam i jakie wnioski wyciągnęłam. Jakby komuś umknęło, jestem na kierunku chemia środków bioaktywnych i kosmetyków. W tym semestrze miałam podstawy chemii ogólnej, matematykę, fizykę, botanikę farmakologiczną, biologię komórki oraz BHP. 

Wykłady przez cały semestr były zdalnie. Większość była prowadzona w czasie rzeczywistym w formie prezentacji, którą wykładowca omawiał. Na matematyce doktor po prostu pisał w notatniku twierdzenia i wszystko, co było potrzebne. Wykłady z biologii to była nagrana przez panią doktor prezentacja, a do tego plik pdf z lukami do uzupełnienia, co było bardzo fajną formą dla mnie, bo mogłam sobie usiąść do tego, kiedy miałam na to ochotę. Wykład z chemii był prowadzony bardzo dobrze - teoria była popierana zadaniami i sposobem ich rozwiązania, profesorka często podkreślała, co będzie na egzaminie i faktycznie to było na egzaminie. 
Mimo dobrego i interesującego prowadzenia wykładów, to w tej formie i tak ciężko było mi się na nich skupić. Szczególnie, że miałam 4 wykłady jednego dnia i dla mojej koncentracji to był koszmar. To i tak było lepszym wyjściem niż wykłady wysyłane na maila, ale zabrakło mi odrobiny samodyscypliny, aby tego dopilnować i notować tak, jak powinnam. Co również odbiło się w taki sposób, że później musiałam nadrabiać notatki zamiast je porządkować i się uczyć.

Przez pierwsze dwa tygodnie studiów miałam na uczelni stacjonarnie wszystkie ćwiczenia i laboratoria. Później od 10 listopada do świąt miałam wszystkie zajęcia zdalnie (poza jednymi laboratoriami z fizyki), co nie było dobre, ale jakoś to przetrwałam. W styczniu wszystkie laboratoria były stacjonarnie. Kolokwia oraz egzaminy odbywały się w trybie mieszanym. 


Najtrudniejsza była dla mnie nauka z botaniki farmakologicznej. Materiał był niesamowicie obszerny i szczegółowy, do tego w dużej mierze był nowy. Dwa kolokwia z materiału z laboratoriów w formie quizów. Trzecie było na żywo, ustnie - zaliczenie zielnika. Polegało to na rozpoznaniu 50 gatunków roślin, podaniu substancji aktywnych oraz działania. Nieco mnie ratowało to, że jestem ze wsi i znam część tych badyli z widzenia, a teraz tylko musiałam dopasować do nich nazwy. Przeżyłam przy tym ogromne zaskoczenie, bo okazuje się, że w Polsce rośnie lebiodka pospolita, czyli oregano! Sam przedmiot był bardzo ciekawy, wyniosłam z niego wiele praktycznych informacji, ale nauka tego to był koszmar. 
Ciężko było mi też znaleźć czas na matematykę i regularne robienie zadań. Było ich dużo, co na tym przedmiocie jest bardzo dużym plusem, szczególnie dla osób, które nie radzą sobie za dobrze. Mi pozwoliło to przerobić tyle przykładów, że niektóry rzeczy już po prostu widziałam, gdy tylko spojrzałam na przykłady. Gdybym robiła to regularnie, a nie zostawiła na ostatnią chwilę, to myślę, że miałabym ocenę wyżej. Pozostaje mi tylko wyciągnąć naukę na następny semestr i robić chociaż kilka przykładów w tygodniu, bo uratuje mi to tyłek przed końcem semestru (i nie obejdę się smakiem, że wyższa ocena mi uciekła sprzed nosa).


Gderanie i rzeczy do poprawy zostawiam za sobą. Teraz napiszę, co odkryłam i  co pomogło mi w nauce. 


1. Tabelki 

Przy nauce zielnika z botaniki oraz do egzaminu tyłek ratowały mi tabelki. Wpisywałam działanie i do tego rośliny, które je wykazuje. Wypisywałam substancje aktywne i rośliny, które je zawierają.
Podobnie robiłam z tabelkami z organellami, funkcjami i ich charakterystyką. Dużo mi to ułatwiało i pozwalało mi uporządkować wiedzę. 


2. Zszywanie kartek oraz skoroszyty

Jakkolwiek oczywiste to nie jest, to ja to doceniłam podczas tego semestru. Do tej pory głównie używałam zeszytów, ale zauważyłam, że dużo lepiej mi się uczy ze zwykłych kartek. Pozwala mi to nie zgubić niczego i zachować kontrolę nad tym, co mam a czego nie mam. Później po kolokwium idzie to wszystko do jednej koszulki i wpinam je do skoroszytu. Niby prosta rzecz, a naprawdę pomaga. 


3. Nauka z kimś!

Sposób odkryty dzięki Hani Es i na początku myślałam, że to głupi sposób, ale spróbowałam i faktycznie działa. Na youtubie są filmiki, na których ludzie się uczą. Wyszukuje się "study with me" i wybiera sesję pomodoro. Warianty są różne 2 godziny, 4 godziny czy jedna taka sesja. Bardzo fajny sposób na skupienie się, gdy jest ciężko i na pilnowanie robienia przerw w nauce. Jeszcze nie próbowałam nauki z Hanią, ale w przyszłym semestrze na pewno spróbuję, dlatego zostawiam poglądowy filmik, żebyście wiedzieli o co chodzi.





To chyba najważniejsze rzeczy z tego semestru, większość przemyśleń dotyczących konkretnych przedmiotów zostawiam sobie na wpis o zmianie studiów.  


Jak Wam minął semestr szkoły/studiów? Jakie macie/mieliście sposoby na naukę?

Wir i mrok


 

Hejka!

Dwa wpisy w miesiącu to chyba będzie standard. Skoro jest mnie tak mało, to po prostu napiszę, co u mnie. Zanim całkowicie wpadnę w wir nauki! To niesamowite, że rok temu pisałam o "ostatnich dniach spokoju" przed sesją i wtedy tak naprawdę było. Miałam naukę, ale znacznie mniej. Miałam też dużo mnie prac, które mogłam zrobić. Podoba mi się to, że tutaj mam, co robić, widzę efekty mojej pracy, co nakręca mnie jeszcze bardziej i nie przeraża mnie to, że czasem nie wiem od czego zacząć. Nauczyłam się lepiej organizować swoją pracę. 


Po krótce znów mnie moje życie pochłonęło i staram się z tym godzić, że nie udaje mi się pisać tyle, ile bym chciała nie mam czasu na pisanie. Dziwnie mi z tym, bo odkąd założyłam bloga zawsze znajdowałam czas, a tutaj mam pomysły, a nie mogę ich zrealizować (jeśli dłużej nie pisałam, to po prostu nie miałam ochoty na to). 

Ale wiecie co? 

Jak patrzę na to, jak te kolokwia zaliczam, to przechodzi moje najśmielsze marzenia. Fizyka na 5! Akurat trochę mi szczęście dopisało i próg został obniżony, ale bez większego problemu rozumiałam pytania i znałam odpowiedzi na większość rzeczy. Niestety to był quiz, gdzie czas na odpowiedź był ograniczony i chyba dwa pytania mi przeminęły. 
W tym tygodniu wpadły kolejne kolokwia zaliczone na 5 i 4,5. Po prostu warto, jak to widzę. 


Mnogość zaliczenia ma też swoje wady. Głównie w moim podejściu, o czym myślę, że warto wspomnieć. Z jednej strony piszę o zaletach tego, żeby samą się przekonać, że naprawdę jest dobrze i mi dobrze idzie, ale chcę też pokazać drugą część, nieco smutniejszą, że po prostu nie jest tak kolorowo. 

Jest ambitna, lubię widzieć efekty. I właśnie... Mam za sobą już dwie sesje, na szczęście jedna w pełni stacjonarna, druga zdalna, a teraz przede mną jest hybrydowa. Rok temu studiowałam na UW i tamten spowodował, że zwątpiłam w siebie i teraz na sesję patrzę z przerażeniem, bo po prostu źle mi się kojarzy. Mój wkład w naukę, ilość czasu, który w to włożyłam, nijak miał się do efektów, który były. "Pocieszne" było to, że nie tylko ja to tak odczuwałam i później widziałam statystyki ocen. Średnio 50% osób nie zdawało.  Stąd wynika mój stres przed kolejną sesją, mimo że tutaj przy podobnym wkładzie energii mam wyniki zadowalające.
Do tego dochodzi ambicja i przez 1,5 dnia chodziłam niezadowolona, bo nie udało mi się zwolnić się z egzaminu, a brakowało niewiele. I patrz akapit wyżej, dlaczego myśl o egzaminie napawała mnie strachem.


Kolejna "problematyczna" cecha, to nie umiem odpoczywać, gdy mam coś do zrobienia. Powrót z uczelni i godzina nic robienia przed naukę - nie ma problemu! Sobota, w którą pomogłam komuś z nauką, byłam u babci i potem u cioci, wróciłam o 18 i dopiero mogłam się uczyć. Wyrzuty sumienia, irytacja, bo "zmarnowałam" dzień, chociaż nie miałam innego wyjścia. Obejrzenie kilku odcinków bajki na netflixie, gdy jestem zmęczona, a miałam się uczyć. To samo. Jest to bardzo upierdliwe i jeszcze bardziej męczące niż sama nauka.

Podsumowanie roku 2020


 

Hejo!

Siadam do pisania podsumowania roku, sprawdzam ubiegłoroczne podsumowanie oraz podsumowanie 2016, bo w 2016 czułam się podobnie. Z ulgą żegnałam tamten rak, miałam do niego równie ambiwalentny stosunek, a w 2017 wchodziłam z nadzieją, żeby było dobrze, a potem o 12 w Nowy Rok wiedziałam, że gorszego rozpoczęcia roku mieć nie mogę. 2016 źle się zaczynał, a dobrze kończył. 2020 dobrze się zaczynał, ale im dalej tym gorzej. 

Jaki był 2020?

Mam do niego bardzo ambiwalentny stosunek. Z jednej był dla mnie bardzo ciężki i męczący (jak dla każdego), ale z drugiej strony nauczyłam się bardzo dużo o sobie samej. Ogarnęłam rzeczy, których nie spodziewałam się, że zrobię, ale jednocześnie czułam się bardzo ograniczona. Lubię mieć wybór, nie lubię tkwić w jednym miejscu, lubię zmiany i aby mieć balans w życiu potrzebuję aktywności. Mogę wyliczać, ile rzeczy mi w tym roku brakowało, ale wpadły na ich miejsce nowe, inne, ale też nie było tego wiele. Z kolei ostatnie miesiące to był brak czasu, dużo rzeczy na raz, a grudzień był taki, że aktualnie siedzę spokojna i całkiem radosna (piszę to 27 grudnia), bo nie widzę, żeby coś mogło się spieprzyć w ciągu czterech dni. A potem nowy miesiąc, rok, co traktuję jako czystą kartę. Po prostu nowy początek. Brzmię smętnię, ale chyba to taka kwestia, bo ostatni miesiąc jeszcze jest we mnie.

W 2020 roku znalazłam w sobie ogromne pokłady spokoju, których nigdy wcześniej nie miałam. Jest to dla mnie niesamowite, bo z natury jestem choleryczką i panikarą. Wiele rzeczy znosiłam z większym spokojem niż się spodziewałam. 


1. Film

Planowałam obejrzeć 50 filmów... Cóż... Obejrzałam 97 filmów i znowu jest to mój rekord filmowy. Wiele nowości, ale też wiele filmów, które już znałam. I animacje! Oglądałam naprawdę wiele filmów animowanych. Moi faworyci to "Kaczki z gęsiej paczki" i "Strażnicy marzeń"
Przekonałam się do science fiction, w którym moim faworytem jest "Ja, Robot".
Znalazłam mój guilty film - "The kissing booth". Czekam na trzecią część, bo ta seria jest tak irytująca, absurdalna, zabawna i zajebista, że zostaje w moim w życiu. 

2. Książka 

Nie sądziłam, że dla mojego czytelnictwa to będzie tak przewrotny rok. Moim wyzwaniem było przeczytanie 60 książek i zrobienie stosu, który ma 171 cm. Pierwszy raz zaliczyłam oba te wyzwania.  Liczba książek, którą przeczytałam to rekordowe 86! Gdyby ułożyło je się na stosie miałyby 226,1 cm! Spisując wszystko w Excelu pokusiłam się o policzenie średniej grubości czytanych przeze mnie książek, która wyniosła 2,63 cm.
Mam świadomość, że wynik nie byłby tak spektakularny, gdyby nie audiobooki. Wyszłam z mojej strefy komfortu, sięgnęłam po nie i było warto. Przyjemne z pożytecznym. Czytam, a jednocześnie mogę się łatwiej skupić na czymś innym. 

Zaczęłam kupować więcej książek z drugiej ręki - kilka w antykwariatach, trochę na vinted, trochę od osób z Instagrama. Zaleta dla portfela, świata i dużo radości dla mnie, bo mogę sobie kupić książki, które ciężko jest już dostać (nie za miliony).

Miałam jeszcze dwa mniejsze książkowe cele. Pierwszy to "czytać więcej klasyki". Myślę, że mogę to zaliczyć, bo przeczytałam 8 książek, które można bez większego problemu zaliczyć do tej kategorii. Drugim celem było czytanie książek polskich autorów. Wiadomo, nie chciałam się ograniczać tylko do jednej narodowości, ale uznałam, że warto poznać to, co nasze. Przeczytałam i przesłuchałam łącznie 34 polskie książki. Jest warto!


3. Serial

Zaczęłam oglądać seriale! Obejrzałam też po raz kolejny "Nianię". Skończyłam 5 seriali: "Dom z papieru", "Chichot losu", "Jeszcze nigdy", "Sex education" oraz "To nie jest OK". 

Mam dwóch faworytów. "Dom  z papieru" - za wszystko. Aktorzy, pomysł, zwroty akcji, muzyka, emocje. "Sex education" - za wieczorny relaks, przyjemnych bohaterów i klimat amerykańskiego high schoool.

4. Muzyka 

Królowały u mnie piosenki z lat '60 i '70. Z wykonawców było dość klasycznie: Marek Grechuta, Czerwone Gitary, Bohdan Łazuka. Nowością i odkryciem były dla mnie piosenki napisane przez Agnieszkę Osiecką. Część znałam wcześniej, ale wiele poznałam w tym roku i się zakochałam.


5. Kosmetyki

 Dużo różnych kosmetyków przewinęło się u mnie w tym roku. Znalazłam w moich ulubieńców, z których mam kolejne opakowania lub takich, z których mam pewność, że będzie ich więcej. 

Żel aloesowy z firmy SOQU - uniwersalny, nawilżający, fajny podkład po olej na włosy. Chyba dałam to raz po prostu skórę głowy. Polubiłam się z aloesem.

Odżywki Anwen - mam emolientową różę, która świetnie mi się sprawdza. Mam dociążone włosy, nie przeciąża, gdy stosuję bez spłukiwania i jest bardzo wydajna. Od końca września jest nie zużyłam opakowania 200 ml, a na początku stosowałam maksymalnie 2 razy w tygodniu, a obecnie co mycie (myję włosy co 2-3 dni).


Jakie cele na rok 2021? 

Wciąż do przodu. Dlatego chciałabym przeczytać co najmniej 75 książek. Jak mi się uda, będę starała się przeczytać 100 książek. Trudno mi określić, ile będę mieć na to czasu, jak szybko będę czytać i ile audiobooków przesłucham. 
Zredukować liczbę książek, które mam do przeczytania do 15. Obecnie jest ich 37.
Zdobyć całą serię Harry'ego Potter w tych pierwszych okładkach.
Obejrzeć 100 filmów, bo w tym roku mało brakowało. 

Pozostałe wolę zostawić dla siebie. Nie mam pojęcia, czy w ogóle uda mi się je spełnić, mimo że bardzo bym chciała. 

Całoroczny BOOKTAG 2020

 


Hejka!

Dziś przychodzę z booktagiem, który znalazłam na Instagramie @not.my.high. Jest po prostu idealny na ten dzisiaj. :D Jest lekki, dobry na powrót do bardziej regularnego pisania, ale też dobry do pisania w moim stanie. Jestem po usunięciu ósemki i zaczynam wracać do życia, dwa ostatnie dni byłam pół zombie. 

Życie zaskakuje. Tyle powiem. Męczący tydzień za mną, w zeszłą niedzielę się nie wyrobiłam, a ten tydzień spowodował, że musiałam sobie trochę rzeczy po układać i spokojnie się zastanowić nad wszystkim. Niesamowite, ile potrafi pomieścić w sobie siedem dni. Powoli zaczynam się zbierać za podsumowania, więc wiecie, czego w najbliższym czasie można się spodziewać, ale chyba odpuszczę sobie najlepsze książki tego roku (a właściwie ostatniego pół roku, bo robię ten TAG. Chyba że przerzucę na początek lutego, że za bardzo nie zaspamować). 


1. Styczeń - pierwsza książka przeczytana w tym roku.

"Błękit szafiru" Kerstin Gier, czyli druga część jednej z moich ulubionych trylogii. Bardzo lubię poczucie humoru bohaterów, to jak oni wszyscy są urocze, fabułę, która jest przemyślana i Xemeriusa!


2. Luty - najkrótsza przeczytana książka

"O psie, który jeździł koleją" Roman Pisarski. Pamiętam, że to pierwsza książka, która mnie tak wzruszyła, że płakałam. Cieszę się, że mogłam ją przeczytać ponownie po tylu latach. :D


3. Marzec - nowy ulubiony pisarz

Chyba Katarzyna Berenika Miszczuk. Niewiele brakuje do tego, żebym przesłuchała/przeczytała wszystkie książki tej autorki. Nic mi tak nie umila nauki, jak jej twórczość. 


4. Kwiecień - najlepsza książka dla dzieci/młodzieży 

Seria "Krew Ferów" jest naprawdę godna uwagi. Ten świat mnie zachwycił, historia wciągnęła, a bohaterowie są wyjątki, mimo że czasem ciężko ich lubić, to charaktery ich wyróżniają. Raczej nie jest dla dzieci w klasach 1-3, bo ma fragmenty nieco brutalne (ale to za dużo powiedziane).


5. Maj - najpiękniejsza okładka

"Księgi skór" Alice Broadway. Piękne, błyszczące i pasujące do fabuły. Jestem kupiona. Patrzcie tylko na to. A jak się mieni!




6. Czerwiec - najlepszy audiobook 

I tutaj moje serce jest rozdarte.  Najlepiej bawiłam się słuchając "Ja, Ocalona" Katarzyny Bereniki Miszczuk. Najlepszy lektor czyta "W 80 dni dookoła świata" - jego głos jest tak kojący, tak uspokajający, że słuchanie tego czysta przyjemność i potrafiłam to sobie puścić tylko, żeby to leciało, a nie leciało w tle.


7. Lipiec - najdłuższa książka w tym roku 

"Królowa mroku i powietrza" Cassandry Clare. Liczy ponad 900 stron, a grzbiet ma szerokość 5,4 cm. 


8. Sierpień - najszybciej przeczytana książka 

Hmm... Chyba "Zemsta" Fredry, bo siadłam i przeczytałam to jednym tchem, mimo że "O psie, który jeździł koleją" było krótsze, to chyba czytałam to z jakimiś przerwami.


9. Wrzesień - ulubiony polski autor

Paulina Hendel. 

Powróciła z "Wysłannikiem" w wielkim stylu i świetnie pociągnęła historię dalej. Do tego widać, jak duży postęp poczyniła w pisaniu. Czytanie tego to sama przyjemność.


10. Październik - horror

"Jego banan" Penelope Bloom. Słuchanie tego to był horror. Wytrwałam, bo trwało to kilka godzin, ale męczarnia. Byłam tak zażenowana podczas słuchania tego. Nie moje poczucie humoru, nie lubię bohaterów i jakoś sensu mi zabrakło. 
Typowego horroru nie przeczytałam.

11. Listopad - reportaż 

Żadnego reportażu nie przeczytałam. Były poradniki, były nawet książki popularno-naukowe, ale żadnego reportażu.

12. Grudzień - wielki finał 

Znowu Clare... "Królowa mroku i powietrza" to świetne zakończenie serii. Zwala z nóg, ale ja po prostu Clare uważam za mistrzynię finałów, bo to jak kończy trylogie to jest coś! 




Ulubieńcy miesiąca - październik i listopad 2020


 


Hejka!

Czy ja znowu miałam trudne miesiące? Tak. Brak chęci, dopadła mnie rutyna, monotonia. Dużo zaliczeń na studiach i mało czasu. Ciężko jest mi się zrelaksować. Ludzie dodatkowo mnie irytują. Inne nieprzyjemne wydarzenia. Grudzień sam z siebie też zaczął dawać w kość. I właśnie ta rutyna. Szczególnie, że miałam od prawie miesiąca do świąt mam zajęcia zdalne (z jednym wyjątkiem, co tym bardziej nie poprawia mojego humoru). Aż zaszalałam i wyszłam z laptopem na zdalne zajęcia do salonu! Od razu lepiej i bardziej się koncentrowałam na tym, co robię. Tutaj nie umiem się skoncentrować na niczym. Ja naprawdę jestem osobą, która potrzebuje zmian i już... 

Powracam do kończenia tego wpisu po tygodniu.  W kwestii zmian. Przemeblowałam pokój, bo patrzenie na szarą ścianę mi się znudziło. Weszła przez to we mnie nowa energia, spokój duszy i dziecięca radość. Jak po obcięciu włosów! (Tego drugiego nie zrobię, bo zapuszczam).


1. Muzyka 

Young Igi - Ambicje

To chyba była jedyna nowość w tym miesiącu, która tak mi się spodobała. No... I jedyna nowość, której przesłuchałam. Chyba pisałam to ostatnio - muzycznie wybieram audiobooki. 


2. Książki 

Książkowo szło bardzo fajnie. Ostatnie dni listopada były bardziej bez książkowe, ale nie zdziwiło mnie to. Szczególnie, że miałam weltschmerz. Miałam chwilę, gdy kończyłam książki hurtem, a w grudzień za to weszłam z czterema rozpoczętymi i końca nie widać 

  1. Żerca Katarzyna Berenika Miszczuk - nie podobała mi się ta część, nudziła mnie, była nijaka. Niby fajne pociągnięcie całej historii dalej, ale dla mnie to był przydługi wstęp przed bardzo dobrym finałem. Główny wątek niewiele wnosi do ogółu, wydaje mi się, że dałoby radę zawrzeć to w stu stronach i połączyć z "Przesileniem". 4/10
  2. Strażnik Paulina Hendel - recenzja 9/10
  3. Tropiciel Paulina Hendel - dalej uwielbiam tę książkę, za drugim razem doceniłam ją pod innym względem - przedstawienia tego, jak bohaterowie radzili sobie w świecie. Dalej uważam, że 500 stron to za mało na 7 lat, szczególnie tak intensywnych, jak tutaj. 8/10
  4. Save us Mona Kasten - miłe zaskoczenie. Książka na końcu mnie uderzyła w twarz, dostarczyła więcej emocji niż się spodziewałam. Bardzo fajny rozwój relacji od nienawiści do miłości. 7/10
  5. Prosta sprawa Wojciech Chmielarz - recenzja 9/10
  6. Kółko się pani urwało Jacek Galiński - zabawna, absurdalna, a do tego nietypowa narracja. Super! Tylko niektóre fragmenty były dla mnie "za bardzo", ale to wynika z tego, że są rzeczy, które mnie brzydzą, więc jedna scena mnie nie bawiła. 6/10
  7. Iskra Ashley Broadway - ma inny klimat niż poprzednia część, dużo intryg, dużo kłamstw rozkłada politykę w tym świecie na części pierwsze, co jest bardzo ciekawe. 8/10
  8. Łowca Paulina Hendel - bardzo lubię tę część, stawiam ją na równi ze Strażnikiem, którego idealnie rozbudowuje. Powrót ludzie ze Święcina jest ogromnym plusem. 9/10
  9. Komórki się pani pomyliły Jacek Galiński - wciąż zabawna, absurdalna. Jeszcze bardziej absurdalna niż poprzednia część, ale zakończenie jest takie, że nie mogłam sobie tego odpuścić. 6/10 
  10. Ja, Ocalona Katarzyna Berenika Miszczuk - najlepsza część tej serii! Znacznie bardziej dojrzała narracja, Wiktoria nie gania za Piotrusiem, nieco za mało Beletha, ale wciąż to bardzo fajna historia. Nawet mogę się pokusić o stwierdzenie, że fabuła najciekawsza ze wszystkich części. 9/10
  11. Wysłannik Paulina Hendel - recenzja. 10/10
  12. Kratki się pani odbiły Jacek Galiński - powiem tak: ta trylogia jest uzależniająca, mimo irytacji, która mi czasem towarzyszy, na absurdalność, to i tak wracam do tego, słucham dalej i przesłucham kolejną część, bo chyba ma się pojawić. 6/10
  13. Pestki Anna Ciarkowska - płakałam. Byłam poruszona do głębi, czułam złość na świat. Wszystko po prosu. 10/10
  14. Przesilenie Katarzyna Berenika Miszczuk - ufff... Świetny finał, najlepsza część tej serii. Gosia nie irytuje, fabuła interesuje, jest logicznie i czego chcieć więcej? 8/10
  15. W 80 dni dookoła świata Jules Verne - żaden audiobook mnie tak nie wyciszał. Głos lektora po prostu mnie koił. Historia jest bardzo ciekawe i to jedna z moich ulubionych lektur, doceniam teraz jeszcze bardziej. Jeśli lektury Was męczą - spróbujcie audiobooków. - 10/10
  16. 20 000 mil podmorskiej żeglugi Jules Verne - urzeka mnie w tej książce szczegółowość, opisy są bardzo bogate, nawet jak ktoś by chciał to mógłby się wiele za biologii nauczyć. A fabuła? Fabuła jest niesamowita. Bohaterowie, a szczególnie kapitan Nemo są intrygujący. 10/10

3. Filmy 

Niestety nie dam rady napisać kilku zdań o każdym filmie, więc po prostu podam to, co było dla mnie najlepsze. Nie było wiele nowości. Ogólnie przeważały u mnie filmy animowane i z całego serca polecam "Kaczki z gęsiej paczki" - kocham humor tej bajki, możecie spokojnie oglądać to z młodszym rodzeństwem (albo innymi dzieciakami) i wszyscy się uśmieją. Do tego doceniam walory edukacyjne tego filmu.
Z filmów aktorskich obejrzałam "Erotica 2022". Specyficzny, nie wszystko w nim mi się podobało, ale jest bardzo obrazowy. Jest tam mało dialogów, a świat jest bardzo dziwny i nie każdemu to się spodoba, ale można spróbować obejrzeć. Ogólnie wolałabym, aby nie było to 5 historii ciągiem, tylko 5 oddzielnych seriali, ale to taki mały szczegół.

4. Serial

Obejrzałam "To nie jest OK". Mam mieszane uczucia, poniekąd dlatego, że myślałam, że to serial o molestowaniu, nie wiem skąd mi się to wzięło. Jest na tyle specyficzny, że ciężko mi go oceniać, a na tyle ciekawy, że żałuję, że nie będzie kolejnego sezonu, bo ostatni odcinek nadał mu większego znaczenia i kolejny sezon mógłby być lepszy. 


5. Coś nowego!

Studia? Nowa uczelnia, nowe przedmioty. Strzał w dziesiątkę, ale jak już pisałam, to mam taki zapierdziel, że nie do końca wiem w co ręce włożyć, a pisanie na bloga jest odległym marzeniem. 
Pokrótce większość zajęcia jest prowadzona w ciekawych i zachęcający sposób, tylko ilość tego przeraża.

6. Kosmetyk 


Odżywka Emolientowa Róża z Anwen. Fajnie dociąża moje włosy, ale zdarzyło się, że je sobie nią obciążyłam. Ma piękny zapach, który utrzymuje się na włosach, ale nie jest nachalny. Do tego jest bardzo gęsta i bardzo wydajna. 200 ml mam od  końca września i używam 2-3 razy w tygodniu. Czasem nawet 2 razy w ciągu jednego mycia (jako drugie O w OMO i bez spłukiwania).

7. Jedzenia 

Słony karmel! Zrobiłam słony karmel z przepisu SugarLady (yt) i wyszedł super. Jest świetny do kawy. 

8. Jestem dumna z... 

Zaliczonych kolokwiów. To tak przede wszystkim i głównie. 
Ogólnie, jak widzę, że mi te kolosy idą tak dobrze, to to tak super motywuje (załamkę z tego powodu też raz przeżyłam).

Obowiązkowa kontynuacja! "Wysłannik" Paulina Hendel

 Hejo!

Od jakiegoś roku pojawiają się kontynuacje pisane po latach. Po przeczytaniu "Znajdź mnie" Andre Acimana podchodziłam z rezerwą - tamta książka nie wniosła wiele do fabuł "Call me by your name", głównych bohaterów było bardzo mało, a to ich duet mnie najbardziej ciekawił. Gdzieś stoi trzecia część "Trzy metry nad niebem" i tak czeka na przeczytanie. "Vengeful" kontynuacja "Vicious" rozwinęła znanych bohaterów, ale nie dorównała pierwszej części. 

I nadszedł "Wysłannik". Kończąc "Łowcę" wiedziałam, że kolejna części musi nadejść, bo w tej serii jest jeszcze tyyyle do opowiedzenia. Miałam dużo oczekiwania, liczyłam na to, że będzie lepiej niż poprzednie i się nie przeliczyłam. Książka jest rewelacyjna! O tym za chwilę!


Tytuł: Wysłannik
Seria: Zapomniana księga
Autorka: Paulina Hendel
Liczba stron: 496
Data premiery: 30 września 2020 r.
Ocena:  10/10


Hubert robi pierwsze kroki ku bliższemu poznaniu się mieszkańców wsi i wzajemnej pomocy mieszkańców. Wiec się odbył, można by rzec, że efekt był lepszy niż Hubert się spodziewał. Poza jednym incydentem. O wiecu dowiedzieli się ludzie z jednostki w górach. Przyszli z podobno pokojowymi zamiarami, ale... Koniec końców Izabela i Ernest wyruszyli w podróż, zostawiając nie zawsze zachowującego się rozsądnie Huberta, ale chłopak nie usiedzi w domu. 


Dla mnie to najlepsza książka z tej serii. Czytając po kilku stronach rzuca się w oczach większa różnorodność wszystkiego i dojrzałość. Wszystko to można poznać po stylu pisania. Jest więcej szczegółów oraz rozmyślań, szczególnie Huberta. Opisy nie są nużące, mimo że przeważają w książce. Pojawiają się nowe miejsca, nowe demony i sposoby radzenia sobie z nimi, co uatrakcyjnia czytanie i zaciekawia czytelnika. Ogólnie narracja jest bardzo "żywa" - bardzo łatwo idzie wyobrażanie sobie miejsca, demonów i bohaterów, prawie jak w filmie. 

W tej seria autorka nie skupia się tak szczegółowo na tym, jak poszczególne wioski sobie radzą. Gdzieniegdzie są bardziej szczegółowe opisy maszyn, budowli i ich działa. Hubert podczas swojej podróży nie zatrzymuje się nigdzie na dłużej niż 2 czy 3 dni. Życie na południu znacznie się różnicy od tego, co się bohater zna.  Czasem to bawi, a czasem szokuje. Wyszło to poza to, czego ja się spodziewałam. Serio!

Fabuła głównie opiera się na podróży Huberta - niby nic nowego, ale chłopak jest w trasie cały czas. Samo w sobie nie brzmi to jakoś intrygująco, ale to co tam spotyka jest naprawdę ekscytujące. Ogromnym plusem jest powrót do wątku z pierwszej książki. Nadaje to więcej sensu "Strażnikowi" i całej serii i pozostawia w takim samym szoku, jak pierwsza część, mimo że nieco się różnią. Kolejna część może być jeszcze ciekawsza!


Dojrzałość w bohaterach widać szczególnie w Hubercie. Dalej działa pochopnie, ale mimo to jest spokojniejszy. Ma cel, nie zajmuje się wyłącznie polowaniem na demony i zbieraniem informacji. Ma sporo momentów przemyśleń, które są naprawdę intrygujące i skłaniają czytelnika do przemyśleń. Dopiero w tej częściej ja się zaczęłam zastanawiać, co by się stało z moją wsią. 
Poznajemy też lepiej Zuzę. Miałam pewien mały problem podczas czytania, bo polubiłam ją tak jak siostrę koleżanki i cały czas miałam ją w głowie jako czternastolatkę, a ta bohaterka jest już starsza ode mnie! Zuza często mówi coś oderwanego od rzeczywistości, ale mimo to ma to sens i następnie okazuje się, że dziewczyna ma rację. Poza byciem "radarem" na demony, dziewczyna ma niesamowitą intuicję - uwielbiam takich bohaterów. Dzięki niej możemy poznać demony od innej strony.

Ta dwójka w duecie jest niesamowita. Poniekąd brakowało mi planowania Ernesta, ale jakoś Hubert i Zuza są znacznie efektywniejsi. Izy oraz Henryka też nie było tak dużo w tej książce. Bardzo mi brakowało ciętego humoru dziewczyny. 

Książka jest genialna! Idealnie rozwinęła i dopełniła historię. Bardzo się cieszę, że będzie kolejna część, bo rozwinie interesujący temat i prawdopodobnie nada jeszcze więcej sensu całej serii. Bardzo mi się podoba to, że z tomu na tom można zmienić postrzeganie całości. W dziwny sposób ta seria dodawała mi otuchy w ostatnim czasie i wiem, że drugi tom może być nie przybijający w obecnej rzeczywistości, ale mnie odrywał i pokazywał, że zawsze może być gorzej. ;) 

Książka odebrana za punkty na portalu czytampierwszy.pl

 Akredytacja 02/05/2020

Jestem nominowana w plebiscycie "Opowiem Ci" w kategorii blog oraz Instagram ponad nazwą Myśli z głowy wylatujące/myslizglowywylatujace. Zostawiam tutaj link https://www.opowiemci.com/ranking/ i zachęcam do zagłosowania. :) 

Chciałabym też Was poinformować, że dużo się u mnie dzieje z cyklu "jak wszystko to raz". Efekt motyla i domino i okaże się, co najbliższe dni przyniosą i po prostu może być mnie tutaj jeszcze mniej i bardziej nieregularnie. 

Smętnik blogowy #4 - ciężar książek od wydawnictw

 



Hejo!

Tak patrzę na to, co muszę zrobić w listopadzie i wiem, że będzie ciężko znaleźć mi czas na inne aktywności (albo życie osobiste), ale jakoś mnie to satysfakcjonuje. Dzisiaj jestem tutaj ze Smętnikiem i obym za tydzień znów się pojawiła, a jeśli nie to, to za dwa tygodnie na pewno. Na szczęście mogę sobie powtarzać, że tylko listopad będzie tak wyglądał, ewentualnie jeszcze grudzień, ale mam tę świadomość, że na początku grudnia odejdzie mi jeden przedmiot, potem drugi i jeszcze trzeci! Niesamowicie się cieszę, że skończą się już godziny tych przedmiotów i po prostu uzyskam z nich zaliczenie, i będzie spokój. 
Będę musiała się przemęczyć w tym miesiącu, szczególnie że chciałabym dwie recenzje wrzucić. Mam taki zapierdziel do końca miesiąca, że w tym momencie siedzę przerażona, jak ja to do cholery ogarnę i przy okazji zrobię te recenzje. Na szczęście to i tak dwie książki, na które mam miesiąc, a nie więcej. Nie przewidziałam tego, że wyskoczy mi 5 kolosów w 2 tygodnie i kolejne 5 raportów. Jest zabawnie. 


Dla przypomnienia!

Smętnik to coś na kształt poradnika, który pozwoli mi ponarzekać, ale można z niego się czegoś nauczyć. Będę pisać o tym, co mi się nie podoba, a jest dość powszechnym zjawiskiem. Myślę, że część osób się ze mną zgodzi.  Po prostu wylewam frustrację, ale jednocześnie chcę pokazać czego lepiej nie robić. Raz piszę z widzenia twórcy, raz z obserwatora. 
Ten wpis nie ma na celu wyśmiewać osób personalnie. Nie będę wskazywać konkretnych osób, które tak robią. Nie bierzcie tego osobiście. Nie chcę atakować tym wpisem kogokolwiek. Staram się skupiać w tej serii na konkretnych zjawiskach, które są irytujące (dla mnie i dla innych).
Sama też jestem człowiekiem, więc zdarza mi się te błędy popełniać. Czasem świadomie, czasem nieświadomie. Bywa. 


O czym dziś? 

Dzisiaj temat, który po części był szeroko komentowany na Instagramie jakoś na wiosnę, a po części ludzie mi go podrzucili, gdy się ich spytałam, co ich irytuje. Wszystko się sprowadza do tego, że co za dużo to niezdrowo.  Krótko mówiąc o nadmiarze książek od wydawnictw. 
Współprace z wydawnictwami są spoko, ale jest to rzecz, w której zdecydowanie umiar powinien być na pierwszym miejscu, bo to nie jest tylko "darmowa książka", jeśli chodzi o standardową współpracę barterową, ale czas na przeczytanie oraz zrobienie zdjęć, napisanie wpisów... Często widzę, że ktoś bierze sobie za dużo współprac potem nie ma czasu i narzeka na story. Rozumiem, że czasem się coś obsunie, wyskoczy coś niespodziewanego i plany nie wypalą, a widzę osoby których jest to notoryczne. 

Dla samego twórcy jest to jednak duża presja. Tutaj czas goni, bo trzeba coś zrobić, jak najszybciej, a jednocześnie rzetelnie. Wielu osobom się po prostu odechciewa i sami zrażają się do czytania - takie słowa można u niektórych osób przeczytać. Każdy chce zrobić coś jak najlepiej, a tutaj jest tyle, że nie wiadomo od czego zacząć. Jest presja, przez którą traci się przyjemność z tego, co się robi. U niektórych osób obowiązki mogą być przez to zaniedbane, a to nie jest fajne. 

Z punktu widzenia odbiorcy mam w takich sytuacjach niesmak. Po co coś bierzesz, skoro nie dajesz sobie z tym radem i potem narzekasz? Taka zachłanność, brak umiaru. Czasem szkoda nie wziąć, bo fajna książka, ale czy na pewno warto? Jaki sens wzięcia kolejnego zobowiązania, którego nie da się wypełnić w odpowiednim czasie?
Do tego spotkałam się z tym, że ktoś później robił maraton recenzji. W ciągu dnia wstawiał recenzje przez 4 godziny co pół godziny. Były to dla mnie dość męczące, szczególnie że widać było, że nie są to zbyt merytoryczne teksty. Niewiele mówiły o książce, były na zasadzie "Książka jest fajna, bo jest dobrze napisania". Żadnych konkretów i po prostu tak słabo. 


Wiele osób uważa za męczące to, że wciąż ludzie pokazują te same książki. Nie dziwię się tym osobom, ale rozumiem też wydawców. Dla wydawcy ważny jest szum wokół książki, szczególnie premiery - stąd tyle tego. 
Mnie często drażnią książki, których nie mam zamiaru czytać. Jest kilku autorów, których mnie nie interesuje i czasem widok ich książek mnie nudzi. Do tego ciągłe nowości, z których może jedną dziesiątą przeczytam, ograniczają możliwość dyskusji. Jeśli zna się autora z innych książek lub jest kolejna część serii, to znacznie łatwiej komentować i prowadzić dyskusję z autorem. Inna rzecz jest taka, że są starsze książki, które są mało znane, a na serio zasługują na uwagę.