Kilka ujęć z Krakowa

Hejo! 
Myślę, że to wpis, który po prostu chcę, żeby tutaj został. Po prostu. Dla tych kilku zdjęć i kilku chwil. 
Zrzuciłam zdjęcia na komputer, popatrzyłam na nie i... pomyślałam, że są zajebiste! Jestem tym typem, który docenia zdjęcia, gdy zrzuci je na komputer, bo na wyświetlaczu aparatu zawsze wyglądają jakoś gorzej. Tu prześwietlone, tu za ciemne, tam coś nie tak z kolorami. 
Koniec marudzenia! Po prostu zostawiam Wam z tymi kilkoma zdjęciami. :D













 

Studia semestr #2 - podsumowań czas






 Hejo!
Zupełnie nie wiem dlaczego, ale mam jakieś trudności z napisaniem tego wpisu. Gdy siadam do pisania, nie wiem, o czym mam napisać. Ten semestr wydaje mi się trudny, nudny i nieistotny. Potem zamykam laptopa, nawet specjalnie nie myślę o tym wpisie i  mój umysł się oczyszcza, a ja widzę, że przecież tyle się działo! Spróbowałam nowych rzeczy, robię nawet więcej niż minimum czy to, co powinnam robić. Oczywiście, nie wyrabiam się ze wszystkim, co widać było po blogu.


Co się ogólnie działo? 

Skończyłam drugi semestr chemii środków bioaktywnych i kosmetyków. Działo się dużo. Było ciężko, było fajnie, było warto i nie było warto. Chyba jak na każdych studiach, było kilka rzeczy bez sensu. 
Wchodziłam w ten semestr bardzo pozytywnie nastawiona. Więcej labów z chemii, ciekawe przedmioty biologiczne. Do tego dorzuciłam sobie specjalizację nauczycielską, tak "na wszelki wypadek". No i później przyszło zderzenie z rzeczywistością. Chociaż nie mam pewności, czy mówienie zderzenie z rzeczywistością, to dobre określenie. Po prostu czułam się, jakby ktoś nagle postawił przede mną mur, a w niego pieprznęłam. Dużo osób (nie tylko z mojego kierunku) podzielało moje odczucia, że jakoś się nie chce, jest coś męczącego i nieciekawego w tym wszystkim. Później nie zdążyłam się wczuć w studia, to poszłam na zdalne, a potem było już po prostu ciężko, ale w większości ciekawie. Przynajmniej na chemii.
Dlaczego nie warto? Czasem było za dużo wszystkiego w jednym momencie, nie zawsze przedmioty pasowały do mojego kierunku i nie były dobrze zorganizowane (potem wyjaśnię), co trochę utrudniało i zniechęcało. Wydaje mi się, że dało radę wszystko zorganizować, aby nie było to tak męczące. Na sam koniec byłam strasznie przemęczona, nie wiedziałam, w co ręce włożyć i w którym momencie mogłabym odpocząć. Na szczęście efekty mojej nauki były dobre, więc pod tym względem było warto. Trochę zmęczenie wynagradzała mi satysfakcja z siebie, ale jednak wciąż nie uważam, że tyle czasu zapierdolu to coś, co jest potrzebne. Brakowało mi balansu w tym semestrze i takiej równowagi.

Jakie miałam przedmioty? 

Kontynuowałam matematykę i fizykę. Miałam chemię nieorganiczną oraz chemię analityczną, a z przedmiotów biologicznych miałam mikrobiologię oraz histologię. W związku ze specjalizacją nauczycielską doszły mi podstawy pedagogiki i podstawy psychologii.

Jak oceniam przedmioty? 

Fizykę i matematykę oceniam tak samo, czyli ciężko, ale do zdania. Nie są to jakieś wybitnie ciekawe przedmioty, ale miałam świadomość, że po prostu trzeba to zdać, żeby pójść dalej. Na temat tego czy to jest faktycznie aż tak potrzebne, nie będę się rozwodzić. Jedynie uważam, że na egzaminach i kolokwiach z matematyki powinny karty wzorów, bo zapamiętanie takiej ilości wzorów nie ma większego sensu, a ważniejsza jest umiejętność zastosowania ich w praktyce. 

Mikrobiologia była przez większość zdalnie. Pierwsze trzy zajęcia odbywały się stacjonarne i bardzo mi się podobały. Cała reszta była zdalnie, co też nie miało większego sensu, ponieważ na tych zajęciach liczyła się praktyka laboratoryjna, a tego nie da rady nauczyć przez komputer. Zaliczenie tego przedmiotu też było źle zorganizowane - przez cały semestr kolokwia śródsemestralne na laboratoriach i na koniec jeszcze jedno kolokwium z całego semestru z labów. Było to po prostu bez sensu, bo cały semestr się uczyliśmy, zaliczałyśmy kolokwia właściwie po nic. Nie było możliwości zwolnienia się z tego głównego kolokwium, bo nie, a jednocześnie mieliśmy inne przedmioty do zaliczenia, które TRZEBA było zaliczyć w sesji. Po prostu lepszym wyborem jest albo jedno, albo drugie.

Z kolei histologia z elementami anatomii tylko dobrze brzmiała. Ten przedmiot wyszedł po prostu źle i to największa zmora tego semestru... Wykłady były w drugiej części semestru, laboratoria przez cały semestr. Zaliczenie obydwu oddzielnie. Organizacyjnie ktoś zawiódł. Na laboratoriach przepisywanie prezentacji, później mieliśmy prezentację przesyłaną, więc właściwie słuchałyśmy tego, co się dzieje. Czasem oglądałyśmy preparaty i tyle. Nie wyrabialiśmy się z materiałem, temat przewidziany na dwoje zajęć laboratoryjnych robiliśmy przez cztery... A w dodatku były to kości! Litości, na chemii nie potrzebuję znać nazwy każdej kości śródstopia i każdej guzowatości kości piszczelowej. Rozumiem, żeby poświęcić więcej czasu skórze, układom krwionośnym, dokrewnym czy nerwowemu, ale wykuwanie na pamięć kości jest stratą czasu. Do tego sześć kolokwiów, z których 5 trzeba było napisać w 1,5 miesiąca. Coś nie wyszło.

Przynajmniej chemie trzymały poziom! Chemia analityczna była równie przyjemna, co wymagająca. Tutaj zdalnie niewiele dało radę zrobić. Jedynie zajęcia, które wymagało sprzętu, który nie zawsze działał, były zaplanowane w ten sposób. Tutaj jedynym wątpliwym elementem są kolokwia, ALE tylko i wyłącznie w przypadku mojego roku, ponieważ wykłady zaczęłyśmy z trzytygodniowym opóźnieniem, przez co same musiałyśmy się uczyć do kolokwiów bez wiedzy z wykładów. Była kartka z wymaganiami i na tej podstawie opracowałyśmy zagadnienia, ale mimo tego wprowadzało to dużo chaosu, bo nie zawsze wiedziałyśmy, czy wszystko jest dobrze i uczymy się odpowiednich rzeczy. Sama obecność w labie i po prostu wykrywanie związków było super, mimo że na początku był stres, a "co jak nie wyjdzie?". Jednak wszystko mi wychodziło, wykrywałam i odpowiednio wyliczałam.

Chemia nieorganiczna to trochę love-hate. Zdalne z tego przedmiotu były koszmarne. Strasznie mnie irytowało to, jak rozwiązane były. Stacjonarne były fajne. O wiele luźniejsze niż chemia analityczna, ale stworzone idealnie pod mój kierunek.   Trochę pracy z kosmetykami, trochę pracy z produktami spożywczymi, a wcześniej sporo ćwiczeń z innymi substancjami. Czasem to naprawdę była fajna zabawa! 



Co jeszcze? 

Zapisałam się do koła naukowego, co było takim moim mały celem na ten semestr. Co więcej, zgłosiłam się do tego, aby być jego sekretarzem, więc należę do zarządu. Tak, lubię sobie nakładać sporo na głowę. Jakoś mi wtedy lepiej się ogarnąć, pod warunkiem, że wszystko inne pozwala na jakąkolwiek organizację. Na razie o byciu w kole naukowym nie jestem w stanie dużo powiedzieć. Nie było żadnych spotkań, ale od tego roku się to zmieni. 
Specjalizację nauczycielską robię nieco z przypadku. Po prostu była okazja, więc się zapisałam dodatkowo. Może się przyda, może się nie przyda, ale zawsze to pewnego rodzaju zabezpieczenie i więcej możliwości. 


I jak widać było różnie. Raz lepiej, raz gorzej. Nie zwątpiłam w siebie, przeżyłam i zdałam. Znajdywałam czas na dodatkowe aktywności, mimo że nie było ich tak dużo. Widzę i mam nadzieję, że faktycznie przyszły semestr będzie lżejszy niż ten.

Dziewczyna taka jak Ty! Taka jak ja! „Mery Majka” Sylwia Lipka

 


Hejo!

Myślałam, że wrzucę kilka dni temu inny wpis, ale pisząc go mam taką blokadę i tak odechciewa mi się o tym pisać, że aż sama jestem w szoku. Zależy mi na pewnej ciągłości serii, dlatego szkoda mi sobie odpuszczać tamten wpis. Nawet wiem, co pisać, gdy go nie piszę! Gdy siadam do pisania, to po prostu wszystkie moje myśli wyparowują. 
Dlatego dziś zdecydowałam się dodać recenzję książki Sylwii Lipki "Mery Majka". Sylwia Lipka jest postacią, która gdzieś mi się przewija w Internecie od kilka lat, ale nie śledzę jej działalności. Raczej negatywnie mi się nie kojarzy. Co więcej! Kiedyś oglądałam ją na Disney Chanel i przez lata zupełnie nie miałam pojęcia, że Sylwia z "I love Violetta" to ona!


Tytuł: Mery Majka
Autorka: Sylwia Lipka 
Wydawnictwo: Insignis
Moja ocena: 7/10



Mery Majka to zwyczajna dziewczyna z pasją. Mieszka w małym miasteczku w Polsce, marzy o zostaniu piosenkarką, występuje w konkursach, dobrze się uczy, ma bliskich przyjaciół... Przeżywa pierwsze zauroczenia i pierwsze miłości. Po prostu wiedzie życie zwykłej nastolatki z ambicjami i marzeniami. 


Książka równie dobra, co specyficzna. Czytałam sporo młodzieżówek, ale ta ma w sobie coś wyjątkowego, jednocześnie kojarząc mi się ze starymi młodzieżówkami takimi jak "Jezioro Osobliwości" czy "Ten obcy". W książce można zauważyć, że wiele etapów i wydarzeń z życia Mery Majki pokrywa się z ważnymi wydarzeniami z życia autorki. Z pewnością będzie to zaletą dla fanów Sylwii Lipki. Dla mnie wyłapywanie tych "easter eggów" w książce było całkiem satysfakcjonujące, ale trudno mi określić, ile z wydarzeń z tej książki to czysta fikcja, a ile to wydarzenia z życia Sylwii. 
Ot, książka młodzieżowa przedstawiająca losy nastolatki, Marysi Majki, która od dziecka interesuje się tańcem i śpiewem. Akcja książki rozciąga się od końca podstawówki do wyników rekrutacji na studia, czyli mamy długi okres umieszczony na niecałych 300 stronach, dlatego nie czuć, że fabuła ma "cel" i nie ma co oczekiwać, że będzie jakiś moment kulminacyjny. Bohaterów nie spotyka tutaj groźne prześladowanie, nieuleczalna choroba. Nie są też geniuszami, których cały świat nie rozumie, i cudem mają jednego przyjaciela. Z pozoru nie ma w tej książce nic niezwykłego, nie można znaleźć wydarzeń, które napędzają fabułę. Dlatego właśnie wydaje mi się to tak wyjątkową propozycją. 
Bohaterowie to zwykli nastolatkowie. O zwykłych problemach - slabe oceny, rodzice, którzy wymagają za dużo, hejt czy złamane serca. Rzeczy, z którymi niemal każdy nastolatek musiał się zmierzyć, dzięki czemu wiele osób będzie w stanie się zżyć z bohaterami. 
Marysia "Mery" Majka to główna bohaterka i narratorka. Jest ambitną dziewczyną, uparcie dąży do celu, ale ma też chwile zwątpienia, dzięki czemu jest całkowicie naturalna. Irytują ją rodzice, kłóci się z przyjaciółmi, godzi się z przyjaciółmi, martwi się, pomaga. Po prostu w jej życiorysie każdy może znaleźć coś dla siebie, poczuć się z nią blisko.

Narracja jest dość specyficzna. Jest bardzo dużo zwrotów bezpośrednio do czytelnika, a także forma pamiętnika czy SMS-ów. Przez narrację ciężko było mi się wczuć w początek książki, bo od razu zostałam zasypana stosem faktów o tym, kto kim jest, jak się poznali i tym podobne. Było to męczące i "nienaturalne". Mimo to myślę, że może mieć jakieś zalety dla osób młodszych, które wychowywane są na youtube'ie, gdzie zwroty do odbiorcy są normalne i naturalne. 


Krótko mówiąc, młodszym czytelnikom bardzo polecam tę książkę. Jest pozytywna, urocza i myślę, że wiele osób będzie mogło utożsamić się z Majką.

 Akredytacja 02/05/2020

Zaczynam od końca - "Denat wieczorową porą" Aneta Jadowska

 


Cześć! 
Jak zauważyliście, wprowadziłam zmiany w wyglądzie bloga. Poprzednio nie byłam zadowolona z nagłówka, bo nieważne, jak się starałam to i tak miał zepsutą jakość. Wygląd też trochę mi się znudził, bo był dość nijaki, mimo że wygodny i przejrzysty. Zależało mi na podobnym ułożeniu postów, więc poszukałam gotowych szablonów. Wybrałam Sophie z Brand&Blogger i dostosowałam kolory do mojego gustu, czyli zmieniłam na niebieski. 
Dzisiaj recenzja najnowszej książki Anety Jadowskiej, czyli "Denat wieczorową porą". Z dedykacją dla wszystkich, którzy ryzykują i nie czytają książek w kolejności wydania. 


Tytuł: Denat wieczorową porą
Autor: Aneta Jadowska
Seria: Garstka z Ustki 
Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 307
Data wydania: 30.06.2021 r.
Moja ocena: 8/10


Maria Garstka i jej przyjaciółka Aniela otrzymują zaproszenie na Bal Tajemnic w starym domu pośrodku lasu. Kobieta nie pała entuzjazmem, bo ma dość tajemnic w swoim życiu. Każdy z gości Uroczyska ma swoje sekrety, które tylko czekają na ich wyjawienie, w pensjonacie Marii melduje się Zofia, która twierdzi, że jest jej dawną znajomą, a jeszcze albo zmarli dają o sobie znać, albo Maria zaczyna mieć demencję.

O losie! Czytając opis przed zamówieniem tej książki, zupełnie się nie spodziewałam, że otrzymam coś takiego! Jak zawsze, dobra książka i średnio ciekawy opis. Co jeszcze mnie zaskoczyło, to nie jest komedia kryminalna! Takie przeświadczenie wzięło mi się z tytułu, który jest parafrazą tytułu kultowego, polskiego filmu. Cała trylogia jest obyczajowo-kryminalna, ale czasem można się zaśmiać. I właśnie, kluczowe słowo - trylogia. Jest to dla mnie pierwsza książka Anety Jadowskiej, którą czytam, co za tym idzie, dwóch poprzednich części serii nie znam. Nie przeszkadza to w zrozumieniu tej historii. Są drobne nawiązania, ale bardziej w ramach ciekawostek, czy pewnego rodzaju uzupełnienia doświadczeń bohaterów.  Są pewne spoilery do poprzednich części, ale rodzina Garstków jest tak zwariowana, że te spoilery nie powinny przeszkadzać, jeśli ktoś zdecyduje czytać się w innej kolejności. W tym przypadku spoiler jest suchym faktem, bo znacznie ciekawsze będzie, JAK do tego wszystkiego doszło. 

Podobnie jest z fabułą "Denata wieczorową porą". Na pierwszy rzut oka fabułą wydaje się prosta, bo jakie tajemnice może mieć starsza kobieta? Od samego początku jesteśmy wciągnięci w wir akcji, przygotowania do balu i ogromną śnieżycę. Z każdą stroną w głowie kotłuje się coraz więcej pytań, a na żadne z nich nie ma jeszcze odpowiedzi. Ja jestem z tych osób, które obstawiają, domyślają i coś podejrzewają, więc mimo że widziałam prostą fabułę i miałam swoje to typy, to jednocześnie czułam, że autorka nie mogła podać czytelnikowi wszystkiego na wyciągnięcie ręki. Dawała drobne wskazówki i pozwalała na odkrycie odrobinę szybciej niż bohaterowie. Czy jest to zaskakujące? Myślę, że tak. Sama nie poczułam, żeby rozwiązanie mnie uderzyło, ale nie było tak bardzo oczywiste, jak mogłoby być. Jedynie zastrzeżenie mam do zakończenia, bo mogło być o jeden rozdział dłuższe i wtedy poczułabym usatysfakcjonowana, że historia została domknięta. Dosłownie potrzebuję jeszcze kilku stron, aby wiedzieć co u Marii, jej wnuczek i jakie nastroje panują w Ustce. 


Najmocniejszą stroną tej historii są bohaterowie. Przede wszystkim w rodzinie Garstków czuć wsparcie i miłość, co ociepla całą historię (a przypominam, że jest tam śnieżyca!). Jednocześnie każdy bohater ma swój niepowtarzalny charakter.
Jednak największe wrażenie, zrobiła na mnie postać Zofii Szyszko. Nie jest sympatyczna, wyobrażałam sobie ją jako wyniosłą, trzymającą się sztywno kobietę. Jej historia, jej punkt widzenia była niesamowicie dopracowany. Odkrywanie tego, kim ona jest, dało mi niesamowitą zabawę, a dla całej historii jest to bardzo fajny smaczek!  Jednocześnie bardzo kontrastowała z ciepłą, ale tajemniczą, Marią. 
Nie wiem, jak było w poprzednich część, ale w tej części łatwo można zobaczyć, że główną rolę gra Maria Garstka. Z jednej strony jest babcią, która pragnie, aby cała jej rodzina była przy niej, a z drugiej poznajemy jej sekrety, które przez lata ukrywała przed rodziną, oraz jej największe lęki. Jednocześnie jest kobietą zagadkową i pełną ciepła, ale też silnią. 
Wśród bohaterów wyróżnia się także Magda Garstka. Bystra, energiczna i pomysłowa dziewczyna, która ma pecha. Lub ciąży na niej klątwa, bo co trochę znajduje jakiegoś trupa. Mam wrażenie, że w dużej mierze ona nakręca fabułę, jednocześnie bawiąc się w detektywa. 

Styl pisania autorki jest bardzo dobry. Jest bardzo obrazowy, łatwo sobie wyobrazić krajobraz i bohaterów. Jest trochę długich opisów, ale nie są one męczące i pomimo swojej długości czyta się je bardzo szybko. 
Cały klimat tej książki jest niesamowity. Bardzo żałuję, że nie czytałam tego w zimę, bo opisy pogody robiły robotę! Momentami klimat kojarzył mi się z kryminałami Agaty Christie, chociaż nie wiem, czy użyłam dobrego porównania, bo przeczytałam w życiu jej dwa dzieła. W innym momencie skojarzyło mi się z klimatem Scooby Doo, więc możecie się zastanowić, czy warto ufać moim skojarzeniom... 

Książkę uważam za świetną. Co prawda wolałabym ją czytać w zimę i pewnie do niej wrócę za jakieś 1,5 roku. Mam nadzieję, że wtedy fabuła mi się nieco zatrze i znowu będę mogła się czymś zaskoczyć, bo jak na razie książka jest wciąż żywa we mnie i nie daje mi spokoju. Fanom kryminałów polecam, szczególnie gdy chcecie sięgnąć po coś lżejszego z tego gatunku. 


Książka zamówiona we współpracy z CzytamPierwszy 
Możecie zakupić książkę na stronie wydawnictwa, klikając TUTAJ. Dzięki Waszemu zamówieniu dostanę dodatkowe punkty na portalu CzytamPierwszy.

 Akredytacja 02/05/2020



Na koniec parę pytań o nowy wygląd. Jak Wam się podoba? Czy wszystko się dobrze wyświetla? Czy jest czytelnie? 


Ja i moja część comfort culture



 

Hej!
Odkąd korzystam z Twittera, coraz więcej widziałam pytań „Kim jest Twój comfort character?” czy "Macie swoją comfort book?". Wchodziłam w odpowiedzi z ogromną nadzieją, że ktoś tam wyjaśni albo sama wywnioskuję z kontekstu, ale nie zrozumiałam nic poza tym, że to jakiś wyjątkowy bohater czy książka, coś, co ma być „moje”. Jednocześnie nie umiałam dalej tego określić i zrozumieć, o co w tym chodzi. Zrezygnowana myślałam, że jestem już stara i nie nadążam za tą młodzieżą. Te wszystkie skróty, slang i zapożyczenia, których za cholerę zrozumieć nie potrafię, a nawet Miejski.pl nie potrafi tego wyjaśnić. 
W końcu, nadrabiając wpisy, trafiłam do Kulturalnej Meduzy, która świetnie wyjaśniła, czym jest comfort culture. Określiła to jako kultura, która niesie pocieszenie i później z każdym słowem to uzupełniała. Bez problemu zrozumiałam, czym to jest, a nawet to poczułam, myśląc o dziełach, do których wracam, bo po prostu to jest moje, koi mnie i po prostu ma szczególne miejsce w moim sercu. Zainspirowana Meduzą postanowiłam się tym z Wami podzielić. 


Comfort Books

Tutaj wybór był dość prosty. Początkowo rozważałam, że dodam jeszcze jeden tytuł, ale po rozmowie z przyjaciółką, doszłam do wniosku, że zostawię to tak, jak jest.
"Diabelskie Maszyny” Cassandry Clare przeczytałam, gdy miałam 16 lat. Od tamtej pory czytałam trzy razy, a obecnie czytam po raz czwarty. Kocham wracać do tej historii. Za każdym razem wzbudza we mnie milion emocji, a nawet odczuwam ułamek tego, gdy o niej myślę. Wspominając jej czytanie, bohaterów czy jakieś sceny, odczuwam takie ciepło i wzruszenie. Bardzo lubię cały świat Nocnych Łowców, ale to „Diabelskie maszyny” mają szczególnie miejsce w moim serduszku. Od tej serii zaczęła się moja przygoda z tym uniwersum, tak "na próbę” czy w ogóle ten świat mi przypadnie do gustu. I przepadłam... Pokochałam tę historię, pokochałam bohaterów. Bardzo lubię to, jak zostali wykreowani - odważni, uczuciowi, pomysłowi... Niby mogę o każdym to samo powiedzieć, ale każdy jest inny. Szczególnie doceniam relacje między nimi, bo pomimo wad, są idealne i idealnie pasują do ich charakterów. 


Comfort Character

Zdecydowanie bohaterowie z Trylogii Czasu. Wiedziałam, że ta seria musi się tutaj pojawić, bo często do niej wracam, ale początkowo miałam ją dać jako drugą comfort book. Czytając ją na wiosnę, znowu zachwyciłam się bohaterami. Po tylu latach dochodzę do wniosku, że faktycznie postaci są infantylne, ale to jest tak urocze, że czytam o ich rozterkach z uśmiechem na twarzy. Szczególnie gdy chodzi o postaci drugoplanowe - patrz Cynthia, która nie jest moją ulubienicą, ale jej postać jest zabawna i nadaje oryginalnego charakteru książce. Tak samo niezbyt dojrzałe i głupkowate komentarze Gwen są dla mnie bardzo zabawne czy specyficzne poczucie humoru Xemeriusa. To są rzeczy, dla których wracam do tej historii i za które uwielbiam wszystkich bohaterów (poza Charlottą i Glendą, bo nie lubię tych pustrowanych czarownic). No właśnie! Postać Charlotty też robi robotę, bo przecież trzeba się na kogoś wkurzać, no nie? :D

Comfort Film

Tutaj w końcu pada Harry Potter. Do książek nie wracam tak chętnie jak do filmów, chyba tylko dlatego, że boję, że zobaczę w nich więcej wad, ale jeszcze się to nie zdarzyło. Książki pochłaniam, kocham cały sercem i cenię, ale jednak filmy mają taki cudowny klimat!
Ogólnie te filmy to są filmy, do których najchętniej wracam. Zawsze mnie wciąga, zachwyca mnie tam wszystko. Sceneria, gra aktorska, efekty specjalne, montaż... Wszystko po prostu tam mi się podoba, a przypominam, że nie jestem wielką miłośniczką filmów, bo trudno mi się skupić, a tutaj wracam co najmniej raz na dwa lata!

Comfort Series

Serial, który niesie mi pocieszenie, rozśmiesza mnie za każdym razem to stara, dobra "Niania". Tutaj jest faktyczny powrót do mojego dzieciństwa, kiedy oglądałam nowe odcinki oparta o tapczan. Powróciłam do niego, gdy dochodziłam do siebie po usunięciu migdałków, a później jakoś na początku pandemii. Uwielbiam historię bohaterów, podoba mi się to, jak przetłumaczono dialogi i żarty. Z wiekiem udało mi się docenić, jak udało się wpasować ten serial w polską kulturę oraz ówczesne realia. Serial jest lekki, idealny do oglądania podczas odpoczynku czy sprzątania. Mogę słyszeć te żarty sto razy i wciąż będę się śmiać jak głupia. 


Comfort Cartoon 

Nie mogło zabraknąć tutaj moich dwóch ukochanych kreskówek. Kocham (prawie) wszystkie sezony Scooby Doo oraz filmy o nim. Równie mocno uwielbiam "W.I.T.C.H. Czarodziejki". Do tej pory, a mam już 21 lat, jak tylko widzę je w telewizji, to siadam i nic nie może mnie oderwać, a jak ktoś chce mi przełączyć, to się kłócę. Mniej więcej tak jak małe dziecko. I w tym momencie jestem w stanie tylko myśleć o tym, jak dawno nie oglądałam Scooby'ego i znowu bym go obejrzała. Chyba to wyjaśnia, jak uwielbiam tę bajkę pomimo upływu lat!


A Wy jakie macie comfort things?



Ja vs. poezja - "Violet robi mostek na trawie" Lana Del Rey

 


Hejo!

No cóż... Wyszło dość typowo, czyli dwa tygodnie, w których życie i zdarzenia losowe mnie pochłonęły. Z planszy mnie (tym razem) nie zmiotło, ale znowu wszedł brak, czasu stres i wszystko do ogarnięcia. W skrócie życie. Oczywiście, mogę znowu napisać, że będę mieć już luźniej, bo chyba wreszcie tak będzie. Nie widzę nic, co mogłoby mnie odciągać od moich planów. Mam plany, co napisać na bloga, co wrzucać na Instagrama, więc mam tylko nadzieję, że uda mi się to zrealizować. 

Liczyłam na to, że dodam tę recenzję jakiś tydzień wcześniej. Chociaż recenzja to chyba za duże słowa. Opinia, opis wrażeń, bo ten tomik wywarł na mniej ogromne wrażenie, ale nie chodzi tutaj o treść.  Jestem osobą o specyficznych wymaganiach, jeśli chodzi o poezję. Nie lubię długich wierszy, w których mamy całe bogactwo środków stylistycznych, gdzie muszę się domyślać, co autor miał na myśli. Obrzydzenie do tego typu utworów zostało mi ze szkoły przez to skojarzenie, że w interpretacji szuka się tego, co autor ma na myśli. Moje interpretacje często odbiegały od tego, dlatego ostatnie takie wypracowanie napisałam w liceum i to koniec. Później tylko rozprawki. Chyba też dlatego trafiają do mnie dzieła Beksińskiego, bo malarz uważał, że każdy interpretuje według tego, co ma w sercu.
Ogólnie wolę krótsze i prostsze formy wierszy. Te najbardziej mnie poruszają. Są jakoś bardziej tajemnicze i po prostu łatwiej jest mi się w nich odnaleźć. 


W tomiku poezji Lany Del Rey znajdziemy wszystko. Długie wiersze, pełne kwiecistych środków stylistycznych, ale za kilka stron prosty, kilkuwersowy wiersz. Na końcu jest kilka stron, gdzie są same haiku. Są wiersze w oryginale, po polsku oraz skany z poprawkami autorki.

Nie powiem Wam wiele o treści, myślę, że trzeba to samemu przeczytać. Ja spędziłam bardzo miły czas z tym tomikiem, raz bardziej się zachwycałam, raz mniej. Był świetny do tego, aby się odprężyć. Co prawda, oryginalne teksty dużo bardziej do mnie trafiały. Jest to przede wszystkim kwestia mojego gustu, a nie tłumaczenia, bo uważam, że tłumaczenia są bardzo dobre. Nie ukrywajmy, że tłumaczenie wierszy jest dość ciężkie i nie da rady zrobić tego idealnie, bo (przykładowo) nie wszystkie dwuznaczności są w obu językach. Tuta świetnym przykładem jest słowo "blue", które zna każdy. "Niebieski", jeden z podstawowych kolorów, ale także smutek.


Mimo bardzo dobrej treści najbardziej zachwyciło mnie wydanie. Rewelacyjną jakość wydania czuć od pierwszego sięgnięcia po tomik. Bardzo przyjemna w dotyku okładka (dodatkowo piękny obraz!), kartki tak samo. Po prostu ten tomik to raj dla zmysłów i duszy. W środku przy wierszach i pomiędzy nimi są zdjęcia zrobione przez Lanę (i nie tylko). Dodało to bardzo dużo uroku temu tomikowi, a dla mnie było dodatkową nutką tajemniczości. Czytanie tego było dla mnie megaekscytujące! Nie wiedziałam, co znajdę na następnej stronie. Czy to będzie tłumaczenie, czy kilka zdjęć, czy może skan maszynopisu? Coś cudownego! 


Polecam nie tylko fanom Lany Del Rey, głównie przez to wydanie. Jest piękne. Na końcu jest także miejsce na notatki, co może sprawić, że książka będzie jeszcze bardziej "nasza" i wyjątkowa dla nas. 


Tomik zamówiony we współpracy z CzytamPierwszy

 Akredytacja 02/05/2020


Podsumowanie kwartału II


 


Hejo!

Myśląc, z czym tutaj wrócić po sesji, uświadomiłam sobie, że jest pora na kolejne podsumowanie kwartału. No cóż... Planowałam dać wpis w moje urodziny, coś na zasadzie "21 myśli na 21 urodziny", ale nie wyszło. Skupiłam się na studiach, odpoczywałam, gdy mogłam i tyle? Zobaczymy. Zapraszam na podsumowanie!


Co u mnie? 

Przerwa świąteczna pozwoliła mi ogarnąć się, niestety później przyszło zdalne i jakoś ciężej było mi na duchu, ale jednocześnie bardziej skupiłam na studiach i wiele rzeczy tam musiałam ogarnąć. Mniej więcej od przerwy świątecznej miałam średnio po 2 zaliczenia w tygodniu, czasem 4, a wybawieniem było 1... Jak widać. Było ciężko, Sesja jeszcze mi się nie skończyła, w tym tygodniu zostały mi dwie rzeczy i święty spokój. Już przez to wszystko ulewa mi się. 
Trzy miesiące po prostu upłynęły pod znakiem ciągłego zmęczenia, kombinowania i irytacji. Mało czytania, mało odpoczynku. Krótka przerwa na urodziny, potem dwa spokoju w długi weekend w czerwcu. I co? Same shit again. Czy narzekam? Trochę. Jedynie co mnie pociesza, że w tym całym zapierdolu udało mi się ogarniać, mieć naprawdę dobre oceny. Przez cały semestr poprawiać musiałam tylko jedno kolokwium i to na sam koniec. Pisząc to, nie chcę gloryfikować kultury zapierdolu, ale już wolę mieć przy tym dobre wyniki niż dodatkowo się wkurzać, że mi nie idzie. Chociaż część tych rzeczy była zbędna, ale omówienie tego zostawię na inny moment. 

Książki 

Przeczytałam 12 książki. W kwiecień wkroczyłam z przytupem i przeczytałam 8 książek, a w maju i czerwcu po 2. Po prostu nie miałam siły na czytanie. 

Co polecam?

Większość książek była dobra albo bardzo dobra. Miałam też kilka rereadów, ale nie biorę ich pod uwagę (jak zawsze). Mimo to wybór jest ciężki... O trylogii "Okrutny Książę" pisałam poprzednio, w kwietniu doczytałam ostatnią część i mocno polecam, utrzymała poziom.
1. Oczy uroczne Marta Kisiel - CO ZA KLIMAT! Czysta magia, odrobina niepokoju. Autorka pięknie bawi się słowami, tworzy niesamowite historie. Przepadłam po prostu. 
2. Płacz Marta Kisiel - tutaj powrót do znanych bohaterów, którzy są cudowni. "Nomen omen" to wciąż mój faworyt, ale "Płacz" również jest genialny. Poznajemy bohaterów z innej strony, ponownie inny klimat, jeszcze bardziej przejmujący klimat. Niesamowite jest, co ta autorka potrafi i jak buduje klimat.
3. Zaginiona Księga Bieli Cassandra Clare, Wesley Chu - bardzo podoba mi się ta historia, lekkość napisania, ciekawy pomysł i Magnus oraz Alec, których poznajemy od innej strony. Przyznam się, że ta dwójka w centrum uwagi bardzo przypadłą mi do gustu. Do tego przeżyłam bardzo miłe zaskoczenie, bo autorka wciąż potrafi zaskoczyć i stworzyć oryginalnych bohaterów w tym uniwersum!

Czego nie polecam? 
Prosty wybór. 

1. Igrzyska Śmierci: W pierścieniu ognia Suzanne Collins - nie lubię tej serii i teraz mówię to z pełnym przekonaniem. Katniss mnie irytuje, drażni mnie to, że druga część to odgrzewany kotlet i powtórka z pierwszej części. Wątek 13 Dystryktu pojawił się, zaciekawił mnie, ale został olany przez autorkę. Do końca nie doczytam. 
2. Złączeni obowiązkiem Cora Reilly - zachwalałam całą serię, a tu klops... Najsłabszy punkt tej części, irytująca bohaterka, nie wiem do tej pory, o co jej chodzi. Wolę Arię i jej siostrę.
3. Konkurenci się pani pozbyli Jacek Galiński - co za koszmar... Nie wiem, jakim cudem udało mi się to wytrzymać. Nie bawiło mnie, męczyło, obrzydzało. Po prostu nie.  Do widzenia. 

Filmy 

Coś oglądałam, ale nie było tego dużo i nie było nic ciekawego. Patrzę na tytuły i widzę, że to były głównie dziwne rzeczy. Naprawdę dziwne rzeczy - kosmici, potwory i tak dalej. Nie mam nic do polecania ani nic, żeby odradzić. 


Seriale

Tego trochę było... Obejrzałam od 3 do 8 sezonu "Friends" i tyle. Znudziło mi się, wątek otwierający dziewiąty sezon mnie drażni. Nie lubię Rossa i Rachel. Uwielbiam Monikę i Chandlera, poczucie humoru Phoebe jest cudne. Zastanawiam się, czy nie przeskoczyć od razu do ostatniego sezonu, czy sobie po prostu nie zrobić przerwy. 
Oprócz tego polecam "Sexify" - fajny serial! Wreszcie poczułam, że powstało coś, co było skierowane do mnie, do mojej grupy wiekowej. Krok w dobrą stronę w polskich serialach. Wypełnia pewną lukę, która jest, bo naprawdę nie czuję, żebym filmy i seriale tworzone w Polsce były skierowane do mnie. 


Jestem dumna z... 

Po prostu z tego, że wytrzymałam. Ostatkiem sił, ale wytrzymałam. Zdanie semestru to już tylko formalność i tyle. Chyba to jest głównym osiągnięciem tego czasu.


Co dalej?

Blogowo? Powrót do recenzji. Pierwsza chyba w tym tygodniu! Mam nadzieję, że napiszę ich trochę więcej. Jak nie tutaj, to na Instagramie. 
Trochę pobawię się na TikTok, trochę więcej poczytam. I w sumie nie wiem. Nie mam pojęcia, co na dłuższą metę z tego wyjdzie i co ze sobą zrobię. Najpierw chcę odpocząć, to jest priorytetem, ale co więcej? Nie wiem. Chciałabym coś, ale nie wiem co i nie wiem jak. I w sumie tyle! Do napisania! 

CZY JA MAM ZASTÓJ CZYTELNICZY? Czytelniczo-życiowy update.

 Hejka!

Właśnie po wygenerowaniu kilku pomysłów na bloga w najgorszy możliwy sposób, czyli zapisałam nowe wersje robocze z tytułami, a także olaniu fizyki, oczekiwaniu na obiad i odwlekaniu drukowania w nieskończoność piszę na bloga. 

Nie sądziłam, że ta wiosna przynosi tyle zmian we mnie. Jak na razie jestem w najbardziej wymagającym okresie mojego życia, gdzie moje wcześniej priorytety nie do końca się pokrywały, więc nieco zmieniłam. Z jednej siostry jestem zmęczona, trudno mi odpocząć w weekend, ciężko mi się skupić na czytaniu, na laptopa patrzeć nie mogę, ale muszę. Jednocześnie odprężam się, korzystając z Instagrama i dowiadując się, co dzieje się na świecie. Moje oczy umierają, do tego alergia, bo wszystko pyli. Nie czytam, bo to wydaje mi się zbyt dużym wysiłkiem dla mojego mózgu, mimo że mam na to ochotę. A do tego wszystkiego przeplata się gdzieś wkurwienie na ludzi i brak sił na ludzi. 


Przestałam zapisywać przeczytane strony, bo to nie ma znaczenia w tym momencie. Wcześniej to było fajne, pokazywało mi, że potrafię czytać codziennie przez dłuższy czas, ale teraz tego nie potrzebuję, bo wiem, że umiem. Nie ma w tym nic złego. W tym tygodniu chyba skończyłam audiobook o Zośce Wilkońskiej (czwarta część - nie polecam. Słaba zagadka, a do tego nawiązanie do polskiej sceny politycznej, co bardziej wkurza niż bawi, gdy człowiek się orientuje) i nic innego nie ruszyłam, mimo że cholernie mnie ciekawi, co dalej z "Zapomnianą Zaginioną Księgą Bieli". Nie chcę też zaczynać innych książek, bo się zawiążę. 


Przełączyłam bookstagram z konta twórcy na konto osobiste, bo nie jest mi to do niczego potrzebne w tym momencie. Chociaż irytuje mnie brak pewnym funkcji, ale jakiś czas przeżyję bez tego. I tak ich ostatnio nie sprawdzałam. Moja działalność tam też się ograniczyła, bo nie robię zdjęć. Z robienia zdjęć najłatwiej mi zrezygnować, bo najmniej związana z tym jestem i nie zawsze mój aparat potrafi uchwycić to, co widzą moje oczy. 


Ach... Wspomniałam w tytule o zastoju czytelniczym... No właśnie. Nie wiem, czy go mam, czy może nie. Zwykle to u mnie wyglądało inaczej, bo po prostu nie czytałam, nie myślałam, o czytaniu i nie miałam chęci na to. Chęci mam, wracam myślami do książki, którą czytam, ale nie umiem się w sobie zebrać. Chyba usiądę i poczytam. Życzcie mi powodzenia! I mam nadzieję, że do zobaczenia za tydzień! 

Kolejne urodziny bloga

 Hejo!

Zastanawiam się, jak podejść do tych urodzin bloga i z której strony je ugryźć. Zwykle to czas, w którym sprawdzałam z entuzjazmem, jak bardzo poszłam do przodu. W tym momencie mniej mnie to cieszy, a nawet boję się, że uznam, że jednak był regres, bo mam poczucie, że przez ostatnie 12 miesięcy stanęłam w miejscu. Szczególnie to ostatnio pół roku, bo zimno, bo wszystko zamknięte, rutyna i mój wewnętrzny motor zwolnił. 


W tamtym roku zaczynałam od dużym zmian, a przez ten rok największą zmianą był nagłówek bloga, ale wciąż coś jest nie tak, bo po wgraniu obraz bardzo stracił na jakości i do tej pory nie wiem, co z tym zrobić. Wydaje mi się, że to wina motywu wyglądu, ale nie znalazłam innego, który by mi się spodobał i tak sobie z tym tkwię. 
Z nowością na blogu jest seria "Smętnik blogowy", do której powrócę, gdy tylko będę miała więcej czasu, aby się tym zająć i ładnie ubrać wszystko w słowa, bo temat jest, przykłady są, ale jakoś spontaniczne posty wygrywają lub takie bardziej luźne. Druga rzecz to podsumowania, co kwartał, a nie co dwa miesiące. Zmiana też dotyczy ilości rzeczy - wybieram trzech najlepszych przedstawicieli oraz trzech (lub mniej) najgorszych. Tak forma jest dla mnie lepsza w pisaniu, a mniej rzeczy do opisania pozwala mi się bardziej skupić na tym, na czym warto. 
Przez ten rok było więcej spontanicznych postów, bo planowanie ich nie wychodziło. Miesiąc temu świadomie zrezygnowałam z regularności, bo to nie jest na to moment. Czuję się z tym znacznie lepiej, więc siadam do pisania głównie pod wpływem impulsu. Mała zmiana w podejściu była konieczna, żeby tutaj coś się działo.


Teraz sześć wpisów, które były najchętniej czytane przez ten rok. Miało być pięć, ale lubię ten szósty i jestem bardzo zadowolona, że był czytany, więc jeden bonusowy. 


Filmy, które zrobiły na mniej największe wrażenie











Statystyki 

Obserwatorzy: 148                                                                      | + 17 
Wyświetlenia: ponad 84 000                                                       | + 21 tys.
Napisane posty: 334 opublikowane + 5 wersji roboczych          | + 44 (+2)
Komentarze: 3052                                                                       | + 588




Obserwatorzy: 772                                      | + 137 
Obserwowani: 291                                      | - 246
Posty: 238                                                    | + 107

 
Instagramowe statystyki głównie pokazują, że doszłam do wniosku, że wolę obserwować mniej osób, ale je lubić. Nie tylko kierować się ładnymi zdjęciami, ale też treścią oraz stylem prowadzenia profilu, tym nie estetycznym.

Zapraszam Was na rozdanie z książkę Kirke na moim Instagramie: KLIKNIJ TUTAJ

"Ten sabat nie upadnie" Isabel Sterling

 


Hej!

Pomimo że "Te wiedźmy nie płoną" to nie jest książka, którą zdecydowałam się zachować i przeczytam jeszcze raz, to i tak chciałam sięgnąć po jej kontynuację. Dlaczego? Historia ma potencjał, a pierwsza część do bardzo dobry wstęp do dalszej części. 
Znowu podkreślę, że jeśli chodzi o magię w książkach, a raczej czarownice w takim naszym świecie, to jestem bardzo wymagająca. Mogą być inne wymiary, ale najważniejsze, żeby większość akcji toczyła się w tym świecie. I właśnie sobie sprecyzowałam, jakiej książki o czarownicach potrzebuję - takiej, aby bohaterowie nie tylko musieli walczyć ze złem i ratować świat, ale też radzić sobie z normalnym życiem - coś jak "Sabrina", "Czarodzieje z Waverlyplace". Uwielbiam taki motyw i ciężko mnie w nim zadowolić, bo zawsze mam zastrzeżenia. 

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu WeNeedYA

Tytuł: Ten sabat nie upadnie
Autor: Isabel Sterling
Seria: Te wiedźmy nie płoną
Wydawnictwo: WeNeedYA
Liczba stron: 348
Moja ocena: 7/10


Zagrożenie rozszerzyło się. Już nie tylko Hannie i Veronice grozi niebezpieczeństwo, ale również wszystkim sabatom, jakie istnieją. Łowcy udoskonalili swoja broń. 


"Ten sabat nie upadnie" tak jak poprzednia część to fajna, lekka powieść. Idealna na oderwanie się od cięższych książek, takie coś lżejszego do czytania. W tej roli sprawdzało się dla mnie idealnie. Jako kontynuacja wyszła rewelacyjnie. Bardzo podoba mi się rozwinięcie wątków z pierwszej części, które były tak mimochodem dodane, bardziej jako ciekawostki. Pozwoliło to zamknąć historię w dwóch tomach bez poczucia żadnej straty. Podobnie jest z postaciami - pojawiają się nowe, ale jest też dużo rozwijania starych. Dla mnie jest ogromny plus tej książki, bo w ten sposób pierwsza część została dopracowana i dopełniona. 

W przeciwieństwie do poprzedniej części, która określałam jako "mętną", nieprecyzyjną, ta książka ma cel. Widać, że fabuła ma dążyć w jakieś konkretne miejsce, jest bardzo wyrazista. Jest to też bezpośrednia kontynuacja, dlatego też bohaterowie ponoszą konsekwencje tamtych wydarzeń, które są bardzo ciekawym pociągnięciem tematu. Jest kilka bardzo dobrych zwrotów akcji, przez które zaklęłam pod nosem, bo tego się nie spodziewałam! Takie zwroty akcji i pewne pytania, które musi sobie czytelnik postawić, nie pozwalają się oderwać. Samo zakończenie jest również bardzo dobre - nie za szybkie, zaskakujące na tyle, na ile może być i niezostawiające więcej pytań. 

Głównym minusem tej książki jest brak opisów emocji bądź rzeczy, które na to wskazują. Zabrakło mi opisów i analizowania przez Hannah mimiki twarzy, tonu głosu i mowy ciała. Jest to w pewien sposób nienaturalne, bo nie pozwala ocenić intencji bohaterów i sprawia, że część dialogów wypada bardzo sztucznie w połączeniu z czynami, szczególnie gdy ktoś zmienia zdanie. 
Negatywnie też to odczuwam w kwestii relacji Morgan i Hanny. Niby wszystkie jest poprawnie, ale jak dochodzi do jakichś ich czułości, to wychodzi to nienaturalnie. Znowu brakuje mi emocji i analizowania. 


Bohaterowie też nabierają charakterów. Nie są już tacy drugoplanowi, przejawiają więcej cech (tutaj mowa o jakichkolwiek cechach charakteru), które głównie objawiają się w ich działaniach. 
Hannah w pierwszej części to nieszczęśliwie zakochana bohaterka, z którą łatwo jest się utożsamiać nastolatkom. Zaczyna nabierać więcej charakteru - staje się bardziej asertywna, widać w niej wolę pomocy i przestaje być "Zosią samosią". Wydaje mi się, że nieco mniej lekkomyślna albo przynajmniej nie miała do tego okazji. Oprócz tego znowu jest w ciężkiej sytuacji, bo ją dotknęły najdotkliwsze konsekwencje tamtej części. 
Jej była, czyli Veronica... Cóż... W moich notatkach pomyliłam imię i napisałam Victoria, więc to chyba tłumaczy, jaka to postać, skoro ciężko mi zapamiętać, jak się nazywa. Irytująca zołza, ale znacznie mniej jest jej tutaj. 
Gemma z kolei zabłysnęła jako świetna przyjaciółka. Oprócz tego widać, że to bohaterka z pasją i jak się na jakiś temat zakręci, to chce jak najwięcej zgłębić. Jest też bardzo pomocna i bystra. 
Morgan... Hm... Trudno mi o niej coś napisać. To postać, która ma łamać wyobrażenie o Krwawych Wiedźmach i zdecydowanie jej się to udaje, ale jednocześnie nie umiem o niej napisać za wiele, bo zbyt mocno osadzona jest w roli dziewczyny głównej bohaterki, które zawsze pomoże i ją wspiera w trudnych momentach. 


Wydaje mi się, że magia i świat tej historii nie zostały tak wykorzystane, jakby mogły. W tej części poznajemy legendę, skąd wiedźmy mają magię. Dowiadujemy się więcej o czarach Czyniących i Krwawych, wraz z bohaterami widzimy rozwój magii i zdolności. Poznajemy też relacje pomiędzy klanami czarownic. Zabrakło mi perspektywy Krwawych Wiedźm, bo wydaje mi się bardzo ciekawa! Tylko brakuje mi tutaj takich drobnych szczegółów, które wzbudzają zachwyt nad światem, bo nie jest źle, ale mogłoby być lepiej. 

Fajnie było przeczytać i zakończyć swoją przygodę z tą książką. Pomimo wad spędziłam naprawdę miłe wieczory. Widać tutaj rozwój autorki, udało się dopracować to, czego zabrakło w poprzedniej części. Nie udało mi zajarać tą książką, ale bez problemu znajdą się osoby, które to pokochają. Jeśli macie ochotę na tę serię - polecam od razu mieć obie części, bo po prostu lepiej przeczytać to jakoś jedność, a samo "Te wiedźmy nie płoną" może być niewystarczające. 


 Akredytacja 02/05/2020


Podsumowanie: I kwartał 2021


 

Hejo!

Format ulubieńców mi się znudził, męczył mnie już, a że lubią podsumowania, to zaczynam podsumowania. Raz na trzy miesiące wystarczy. Jeszcze będę to doskonalić, postaram się o tym nie zapominać i myśleć więcej, co tutaj mogę wrzucić. Jak macie pomysły to chętnie przyjmę!


Co u mnie? 

Zastanawiam się, czy robiłam coś "ciekawego w życiu", ale chyba pochłonęły mnie studia. Do tego pandemia, zima, mieszkanie na wsi... No sporo niesprzyjających wychodzeniu rzeczy, ale źle nie było.  Jako początek roku zdecydowanie i tak na plus, bo był to bardzo satysfakcjonujący mnie czas. Mocny motywacyjny kop otrzymałam po sesji. Jednak początek drugiego semestru studiów jest jakiś rozmemłany i nieogarnięty. Serio, niby ponad miesiąc minął, a ja nie ogarniam za wiele, a pomyśleć, że trzy tygodnie i zaliczę część przedmiotów! Heloł! Ja się jeszcze nie wczułam w ten semestr, a już mają mi przedmioty odejść. Liczę na to, że w tej przerwie trochę nadrobię notatki, a nie rozreguluję się jeszcze bardziej. 


1. Książki

Ile?
Przeczytałam 23 książki. 9 książek to książki tradycyjne, reszta to audiobooki. Nie wiem, czy bardziej mnie boli to, że tak mało czasu miałam, żeby zatracić się w książce, czy cieszy fakt, że znalazłam super alternatywę i mimo braku czasu poznałam wiele świetnych historii. Co więcej! Łączyłam audiobooki z nauką.


Co polecam?
Miałam szczęście albo znam swój gust na tyle, że coraz trafniej wybieram książki. Średnia ocen, które dałam to prawie 8/10, pomimo jednej jedynki. Trudno mi wybrać, co chcę wyróżnić, bo było tyle genialnych książek, ale nie zostawię Was z pustymi rękami. 

"Nomen Omen" Marta Kisiel - świetna historia, poszukiwania demonicznego pradziadka mi się śniły, co znaczy, że książka wywarła na mnie ogromne wrażenie.  Doceniam Martę Kisiel za styl pisania. To jedyny audiobook, gdzie czuję to tak wyraźnie. Autorka tak się bawi słowami, że to piękne.

Trylogia "Okrutny Książę" Holly Black - no dobra, 2/3 trylogii przeczytałam. Piękny, magiczny świat. Uznałam, że ta seria smakuje jak jedzenie elfów - słodka, gorzka, pełna wielu emocji, przyciąga, pochłania, nie można jej się oprzeć. 

"Złączeni pokusą" Cora Reilly - książka, która wkradła mi się do serca. To historia, którą pokochałam w podobny sposób jak "Trzy metry nad niebem". Jest przesłodzona, trochę wyidealizowana, poznałam wady, ale jednocześnie to pierwszy audiobook, przy którym się popłakałam. Wzbudziło to we mnie wiele emocji, historię pokochałam  i po prostu czułam się znowu, jak ta 12-letnia Kasia, która po pierwszym obejrzeniu "Trzy metry nad niebem" płakała przez trzy dni.  


Czego nie?
Był jeden shit. Dosłownie shit. Trafiłam na tak złą książkę, ze świadomością, że to będzie albo genialne, albo słabe. Nic pomiędzy nie mogło. Wiecie, to książka tak zła, że nawet jej tytułu nie podam, bo jest mało znana. Trafiła na zaszczytne miejsce obok "Syzyfowych prac" i "Stary człowiek i morze", czyli książek których nie przebrnęłam lub ciężko przebrnęłam. To trzecia książka, która dostała 1/10. Męczyła mnie stylem pisania, przemocą, światem, który był tylko czarno-biały, z przewagą zła. Brakiem logiki, jakiejkolwiek spójności. Nawet nie chciałam się doszukiwać tam filozoficznych rozważań, bo ta przemoc mnie odrzucała. 


2. Filmy 

Ile? 
Obejrzałam 12 filmów, a nawet udało mi się pójść do kina pierwszy raz od roku.

Co polecam?
"Palm Springs"
bardzo ciekawa komedia! Fajne żarty, ciekawi bohaterowie i do troszkę nauki. Genialne. Do tego szłam na ten film znając tylko tytuł i gatunek, w ogóle nie wiedziałam, o czym to jest! Super doświadczenie.
Obejrzałam też "Jak wytresować smoka 2 i 3". Wyłam jak bóbr na obu. Cudowne, polecam.

Czego nie?
Trafił się jednak średniak. No, nawet nie średniak. Po prostu film, który mnie nudził z oklepanym tematem i schematem - "Mayday". Równie dobrze można by było dać tytuł "Och, Karol 3" i nazwać głównego bohatera Karol. Naprawdę, nie wiem, czy to kwestia Adamczyka czy co. Nudziło mnie to, brakowało mi wyjaśnienia, jakim cudem nikt się nie dopatrzył, że typ ma dwie żony, jak to się stało. I po prostu wolę tę starą wersję "Och, Karol".


3. Seriale

Obejrzałam w całości jeden serial (i już wiem, dlaczego obejrzałam tak mało filmów). "Daybreak" - po prostu genialne. Doceniam niepoważne twory, w których przejawiają się poważne tematy. Tutaj mamy specyficzny, postapokaliptyczny świat bez dorosłych, tylko nastolatkowie. Ich sposoby na przetrwanie. To jest serial, o którym myślałam cały dzień. Nie mogłam się mu oprzeć i męką było czekanie na weekend aż obejrzę go z chłopakiem (gdyby obejrzał odcinek beze to bym mu wybaczyła, bo bym mogła sama wcześniej obejrzeć!). Zyskałam serialowego crusha, uśmiałam się i po prostu jestem zachwycona. Poza zakończeniem. Zakończenie jest irytujące, bo TAK NIE POWINNO BYĆ, PRZECIEŻ JOSH WSZYSTK OGARNĄŁ.


4. Zmiany

Wycieniowałam włosy! Drobna zmiana, a układają się znacznie lepiej!

I szczerze mówiąc, to tyle ze zmian, co jest dla mnie nieco przytłaczające, bo lubię zmiany i zaczynam się nudzić wszystkim, a potem wchodzi moja potrzeba zmian i w obecnej rzeczywistości czuję frustrację, że nie mogę nic zmienić. Chyba dlatego też zrobiłam duże porządku w szafie - kilka rzeczy wystawiłam na vinted (niżej dam link), a kilka poszło do worka.

Ah... I taka zmiana, że nie ma ulubieńców, a jest to, co widzicie. 

4. Jestem dumna z... 

Zdania sesji w pierwszym terminie - pewnie pisałam to tutaj i na Instagramie. 
Zauważenia, co mnie blokuje w pisaniu na bloga - przesyt laptopem i narzucane przez siebie samą terminy, których nie mogę potem zrealizować, bo wszystko układa się inaczej albo chcę po prostu odpocząć od laptopa. 
Dobrego rozpoczęcia nowego semestru, pomimo totalnego zdezorientowania i dużego nieogarnięcia, to jednak dobrze mi idzie, a nad ogarnięciem moich czterech liter również pracuję!
I jestem też dumna z tego, że dojrzałam do decyzji, aby sprzedać część ubrań, w których już nie czuję się tak dobrze lub ich wcale nie założę, bo i tak pewnie kupię coś nowego. Jestem okropnym chomikiem, jak z czymś wiążę dobre wspomnienia, to mogę to trzymać latami! 



Gdzie mnie znajdziecie: 

VINTED: kasiulek1770

TWITTER: mysliwylatujace

INSTAGRAM: myslizglowywylatujace

I can do everything, but I'm lazy noodle and I do nothing




 I can do everything, but I'm lazy noodle... Uhm... NOPE!


Lazy noodle to taki mój stary śmieszek, gdy miałam napisać jakieś wypracowanie na angielski o osobie, która mnie najbardziej inspiruje i nie wiedziałam, kto to ma być i gadałam o tym z ciocią, która powiedziała, że ona by napisała o sobie, bo może wszystko, a ja na to powiedziałam słowa z tytułu i tak zostałam. Oczywiście z leniwej kluchy wyszedł leniwy makaron, ale kto by się tym przejmował.

Od czasu do czasu mam przebłyski i powiem coś zabawnego, co potem biorę za jakieś motto życiowe, bo przypadkiem idealnie się wpasowuje w moje życie. Ostatnio określiłam to, co jest na moim Instagramie, na blogu zresztą też, jako: 


Chaos, chemia do książek i książki do chemii.


Też pasuje. Znacznie bardziej. Działam w chaosie, uczę się w chaosie i mam wrażenie, że im więcej się dzieje, tym ja lepiej funkcjonuje, pomimo zmęczenia. Właśnie teraz, niby jest padnięta, niby chcę spać, bo miałam cały zdalny tydzień, a to męczy mnie znacznie bardziej niż normalne stacjonarne zajęcia, nabieram sił, pisząc na bloga. Oczywiście, tytuł to kłamstwo, ale wspominam go z sentymentem, bo ostatnio leniwa nie jestem. Klucha? No troszkę, ale bardziej urocza niż nie. 


Trochę się ograniczyłam, narzucając sobie publikowanie w weekendy, bo skończyło się tak, że w tygodniu nie miałam czasu się zebrać, żeby pisać, a weekendy o tym nie myślałam. Dziś mnie olśniło, że mogę publikować, kiedy chcę, co chcę, ile chcę. Odzwyczaiłam się od tego, bo wcześniej zależało mi na jakimś rytmie, a teraz jestem z niego wybita. Właściwie jestem wybita z każdego rytmu - ciężej mi się wbić znowu w naukę. Jakoś ten semestr jest taki nieorgarnięty, rozmemłany i trudno mi uwierzyć, że zaraz część zajęć mi odejdzie, bo minie połowa semestru. 


Chyba powoli zacznę puszczać moją kreatywność, moje myśli swobodnie. To niesamowicie odprężające. Lubię w pisaniu na blogu, że nie mam poczucia, że mnie czytacie. Piszę i nie myślę, co piszę. Po prostu piszę, bo to lubię. Ktoś przeczyta to przeczyta, nie to nie. Potem dostaję miłego zaskoczenia, gdy ktoś napisze mi na Instagramie, że tutaj zagląda (Nika, Ciebie pozdrawiam i dalej z szoku nie wyszłam!).


Wszyscy jesteśmy boomerami



Niesamowite i dziwne. Nie mam pojęcia, jak to inaczej opisać. Przecież często to kilka, maksymalnie kilkanaście lat różnicy, a spojrzenie i oczekiwania zupełnie inne. Nawet przy głupim serialu dla nastolatków, przy jego recenzjach obniżanie ocen, bo "homoseksualizm wpychany na siłę". 

Ale to nie jest tak. To nie jest na siłę. To jest nasz współczesny świat, młodość, którą my znamy. Wiem, że oglądając seriale o nastolatkach, często chcesz sobie przypomnieć Twoje czasy, Twoją młodość. (Nie)stety, to seriale dla nas, my mamy się zżyć z bohaterami, dzięki czemu podbijemy jego oglądalność. Możesz tego nie rozumieć, w końcu tych kilkanaście lat było inaczej. Inne rzeczy były ważne, inaczej wszystko wyglądało. To może być dla Ciebie obce, nie zrozumiałe. Myślisz, że nastolatki takie nie są, bo Ty i Twoi znajomi nie byliście tacy. Tak, nastolatki były inne. Świat się zmienia, dzieci i młodzież się zmienia. 5 lat różnicy robi dużą zmianę. Jak patrzę na osoby 10 lat ode mnie, to w ogóle nie jestem w stanie zrozumieć ich dzieciństwa, bajki, które oglądają uważam za głupie. Za jakieś 5-10 lat jak natrafię na serial może uznam to samo. Przecież to będą zupełnie inaczej wychowane nastolatki niż ja, z innymi wartościami i problemami. Na pewno nie odnajdę się w takim serialu, ale czy to będzie złe? 


Wątpię. Nie będę tego głównym odbiorcą. Nie będę musiała tego rozumieć, chociaż fajnie by było. 
Kluczem jest przyznanie się do tego, że nie rozumie się czegoś i nieocenianie negatywnie.  Niezrozumiałe może przerażać. To, że czegoś nie rozumiemy nie oznacza, że jest to nielogiczne, niepotrzebne i po prostu ZŁE. Tak samo to, że czegoś nie rozumiemy nie świadczy, że człowiek jest głupi. Nie w tym nic złego, jeśli czegoś nie rozumie. To o niczym nie świadczy. Jeśli otaczasz się normalnymi ludźmi, otwartymi - nie ma w tym problemu, nikt Cię nie zje. Może ktoś wyjaśni. Gorzej jest przy ludziach, którzy są przekonani o swojej racji jako jedynej słusznej, ale tak nie ma. Szkodliwe jest wpychanie komuś swojej racji. 



Nie każdy musi wszystko rozumieć, to jest okej. Tylko warto się przed sobą samym przyznać, że się nie rozumie. Jeśli nie chce się zrozumieć, to chociaż nie wypowiadać się i wprowadzać innych w błąd.


Oceniamy według tego, co znamy i rozumiemy. Oceniamy poprzez własne doświadczenia. Często im bliżej naszych doświadczeń tym lepiej, bo to obce wydaje się straszne. Nieznane przeraża, nawet gdy nie jest groźne. Odrobina zastanowienia wystarczy, spojrzenie na to, czemu się coś uważa za zagrożenie i "po prostu" zrozumienie tego, może sprawić, że nie będzie poczucia zagrożenia. Chociaż to "po prostu" nie jest tak po prostu. Wymaga czasu, spokoju i chęci zrozumienia. Dlatego też te wątki w serialach są ważne, bo pokazują, że różne osoby żyją obok, są i istnieją. Często nawet nie wybijają się na pierwszy plan, ale dla osób nie przyzwyczajonych to może być za dużo. 

Najlepsze książki drugiej połowy 2020


 Hejo!

Teoretycznie miałam pisać ulubieńców miesiąca, ale uznałam, że nie ma sensu wracać do grudnia i będą ulubieńcy stycznia i lutego na koniec tego miesiąca, bo tak. Dzisiaj ulubieńcy drugiej połowy 2020 roku. Miałam wątpliwości, czy w ogóle wrzucać ten wpis, skoro ujrzy światło dzienne pod koniec lutego

Druga połowa 2020 roku nie obfitowała już w tak wiele genialnych książek pierwsza, ale znalazłam 6, które się wyróżniły i mnie zachwyciły (mniej lub bardziej).


1. Krew Ferów Adam Faber

Pierwsza część tej książki "Miasto Snów"  to cudo. Książka idealnie trafiła w to, czego potrzebowałam. Magia w życiu codziennym i innym wymiar. Ważną rolę pełnią w tej książce sny i świat astralny, co w połączeniu z czarami tworzy niesamowity klimat, który czuć od pierwszych stron. Czułam też, że to książka idealna na długi, jesienny wieczór. Idealnie komponowała się z kakałkiem i ciepłymi swetrami. 

Dużym plusem są też oryginalni bohaterowie. Szczególnie March, która poznaje ten świat razem z czytelnikiem. Jeśli chodzi o jej charakter, to jest złośliwa, wredna, ale ma w sobie coś sympatycznego. Nie jest z gatunku "altruistycznych superbohaterek", których mam dość. Całkiem zwykła dziewczyna, która ma w życiu przechlapane.


2. Zaczytana i Bestia Ashley Poston

Urocza i bardzo dobra młodzieżówka. Towarzyszyła mi cały sierpniowy weekend, nad wodą, nad Wisłą, a później uznałam, że to idealna książka na jesień, bo szybko się czyta, ma w sobie ciepło... Teraz, kiedy za oknem mam śnieg, myślę, że to równie dobra książka na zimę. Po prostu to tak lekka książka, że pasuje do każdej pory roku. 
"Zaczytana i Bestia" to po prostu wyjątkowa młodzieżówka. Dobrze rozwinięta relacja, która zaczyna się od nienawiści. Wszystko dzieje się w odpowiednim tempie, nie za szybkim, nie za wolnym. Narracja z dwóch punktów widzenia daje nam możliwość wglądu w uczucia Rose i Vance'a. Pomiędzy ogromną niechęcią a miłością są drobne uprzejmości, nieśmiałe myśli "A może ta druga osoba nie jest taka zła?". Relacja bohaterów nie jest w żadnym stopniu toksyczna, a to jest coś, na co ostatnio jest mi ciężko trafić w książkach. Miłość nie zaślepiła bohaterów, czyli bohaterowie dalej są sobą, mają pasję, mają przyjaciół. Takie drobne rzeczy, które czynią tę książkę wyjątkową zostały utrzymane, a relacja bohaterów nie jest jedyną rzeczą, którą można w tej książce oceniać.


3. Wysłannik Paulina Hendel

Czwarta część serii "Zapomniana Księga". Powrót po kilku latach w bardzo dobrym stylu! Zaczynając od widocznej zmiany w stylu pisania autorki - znacznie dojrzalszy, pojawia się więcej szczegółów i przemyśleń. "Wysłannik"  skupia się głównie na relacjach z demonami i nowych demonach, nie ma aż takie szczegółowego skupiania się na tym, jak wioski sobie radzą. Tylko gdy jest to naprawdę wyjątkowe, bo różnice między życiem na południu a północy są duże. Jest to genialne rozszerzenie uniwersum, dowiadujemy się więcej o demonach. Po prostu świat jest dużo bardziej rozbudowany, bohaterowie dojrzalsi i to pierwsza część z tej serii, która spowodowała, że zastanawiałam się, jak moja wieś sobie poradzi. 
Niesamowita opowieść, świetna kontynuacja i świat, który pokazuje, że z naszym jeszcze nie jest tak źle.


4. Ja, Ocalona Katarzyna Berenika Miszczuk

Mogłabym ogólnie napisać, że książki tej autorki, ale jednak czwarta część o przygodach Wiktorii Biankowskiej skradła moje serce. Kolejna kontynuacja dopisana po latach. W przeciwieństwie do "Wysłannika" lata minęły także w historii, co pozwoliło bohaterom dojrzeć, zmienić nastawienie i przeżyć wiele ciekawych rzeczy. 
Fabuła jest najciekawsza ze wszystkich części - powstrzymanie apokalipsy. Wszystko jest osadzone w naszym świecie i w obecnej sytuacji, a nawet jest to powiązane z fabułą, co mnie rozbawiło i chciałabym, żeby tak było. 
I nie ma Piotrusia! Znaczy jest Piotruś w jednej scenie, ale już nie ma go w głowie Wiktorii, która jest narratorką, więc ogromny plus.

5. Pestki Anna Ciarkowska
Mam ochotę napisać po prostu, bo to "Pestki". Prawdziwe, wzruszające. Niby nic, a jednak coś. Tutaj nie ma słów, którymi mogłabym to opisać.

Zostawiam link do pierwszej połowy: 5 najlepszych książek pierwszej połowy 2020

Myślę, że w podsumowaniu tego roku, nieważne ile wyśmienitych książek przeczytam do czerwca, nie będę się rozdrabniać na dwa posty. Na wszelki wypadek, jakby nie miała tyle czasu na pisanie. 

Studia semestr #1 - wnioski i rady


 Hejo!

Prawie oficjalnie zakończyła mi się sesja. Wszystko zdane w pierwszym terminie, czekam na oceny w USOSie i zastanawiam się, co będę robić przez te 1,5 tygodnia. Wpisy na blogu może nie będą częściej, bo to tylko 10 dni przerwy i wolę ten czas wykorzystać, żeby więcej postów napisać.

Myślę, że to też dobry czas, żeby wszystko podsumować. W tamtym roku tego nie robiłam, ale tutaj przez rozliczenie semestralne mam poczucie, że kończy się pewien etap na tych studiach. Myślę, że teraz podeszłam też dużo bardziej świadomie do studiowania i nauki, co było efektem tego, że pół roku byłam w nauce zdana na siebie i znajomych, dzięki czemu poznałam nowe metody nauki i wiedziałam, jak się uczyć. 


Nie chcę pisać na razie bardziej o zmianie uczelni, wole się skupić na tym, jak wyglądał ten semestr, czego się nauczyłam i jakie wnioski wyciągnęłam. Jakby komuś umknęło, jestem na kierunku chemia środków bioaktywnych i kosmetyków. W tym semestrze miałam podstawy chemii ogólnej, matematykę, fizykę, botanikę farmakologiczną, biologię komórki oraz BHP. 

Wykłady przez cały semestr były zdalnie. Większość była prowadzona w czasie rzeczywistym w formie prezentacji, którą wykładowca omawiał. Na matematyce doktor po prostu pisał w notatniku twierdzenia i wszystko, co było potrzebne. Wykłady z biologii to była nagrana przez panią doktor prezentacja, a do tego plik pdf z lukami do uzupełnienia, co było bardzo fajną formą dla mnie, bo mogłam sobie usiąść do tego, kiedy miałam na to ochotę. Wykład z chemii był prowadzony bardzo dobrze - teoria była popierana zadaniami i sposobem ich rozwiązania, profesorka często podkreślała, co będzie na egzaminie i faktycznie to było na egzaminie. 
Mimo dobrego i interesującego prowadzenia wykładów, to w tej formie i tak ciężko było mi się na nich skupić. Szczególnie, że miałam 4 wykłady jednego dnia i dla mojej koncentracji to był koszmar. To i tak było lepszym wyjściem niż wykłady wysyłane na maila, ale zabrakło mi odrobiny samodyscypliny, aby tego dopilnować i notować tak, jak powinnam. Co również odbiło się w taki sposób, że później musiałam nadrabiać notatki zamiast je porządkować i się uczyć.

Przez pierwsze dwa tygodnie studiów miałam na uczelni stacjonarnie wszystkie ćwiczenia i laboratoria. Później od 10 listopada do świąt miałam wszystkie zajęcia zdalnie (poza jednymi laboratoriami z fizyki), co nie było dobre, ale jakoś to przetrwałam. W styczniu wszystkie laboratoria były stacjonarnie. Kolokwia oraz egzaminy odbywały się w trybie mieszanym. 


Najtrudniejsza była dla mnie nauka z botaniki farmakologicznej. Materiał był niesamowicie obszerny i szczegółowy, do tego w dużej mierze był nowy. Dwa kolokwia z materiału z laboratoriów w formie quizów. Trzecie było na żywo, ustnie - zaliczenie zielnika. Polegało to na rozpoznaniu 50 gatunków roślin, podaniu substancji aktywnych oraz działania. Nieco mnie ratowało to, że jestem ze wsi i znam część tych badyli z widzenia, a teraz tylko musiałam dopasować do nich nazwy. Przeżyłam przy tym ogromne zaskoczenie, bo okazuje się, że w Polsce rośnie lebiodka pospolita, czyli oregano! Sam przedmiot był bardzo ciekawy, wyniosłam z niego wiele praktycznych informacji, ale nauka tego to był koszmar. 
Ciężko było mi też znaleźć czas na matematykę i regularne robienie zadań. Było ich dużo, co na tym przedmiocie jest bardzo dużym plusem, szczególnie dla osób, które nie radzą sobie za dobrze. Mi pozwoliło to przerobić tyle przykładów, że niektóry rzeczy już po prostu widziałam, gdy tylko spojrzałam na przykłady. Gdybym robiła to regularnie, a nie zostawiła na ostatnią chwilę, to myślę, że miałabym ocenę wyżej. Pozostaje mi tylko wyciągnąć naukę na następny semestr i robić chociaż kilka przykładów w tygodniu, bo uratuje mi to tyłek przed końcem semestru (i nie obejdę się smakiem, że wyższa ocena mi uciekła sprzed nosa).


Gderanie i rzeczy do poprawy zostawiam za sobą. Teraz napiszę, co odkryłam i  co pomogło mi w nauce. 


1. Tabelki 

Przy nauce zielnika z botaniki oraz do egzaminu tyłek ratowały mi tabelki. Wpisywałam działanie i do tego rośliny, które je wykazuje. Wypisywałam substancje aktywne i rośliny, które je zawierają.
Podobnie robiłam z tabelkami z organellami, funkcjami i ich charakterystyką. Dużo mi to ułatwiało i pozwalało mi uporządkować wiedzę. 


2. Zszywanie kartek oraz skoroszyty

Jakkolwiek oczywiste to nie jest, to ja to doceniłam podczas tego semestru. Do tej pory głównie używałam zeszytów, ale zauważyłam, że dużo lepiej mi się uczy ze zwykłych kartek. Pozwala mi to nie zgubić niczego i zachować kontrolę nad tym, co mam a czego nie mam. Później po kolokwium idzie to wszystko do jednej koszulki i wpinam je do skoroszytu. Niby prosta rzecz, a naprawdę pomaga. 


3. Nauka z kimś!

Sposób odkryty dzięki Hani Es i na początku myślałam, że to głupi sposób, ale spróbowałam i faktycznie działa. Na youtubie są filmiki, na których ludzie się uczą. Wyszukuje się "study with me" i wybiera sesję pomodoro. Warianty są różne 2 godziny, 4 godziny czy jedna taka sesja. Bardzo fajny sposób na skupienie się, gdy jest ciężko i na pilnowanie robienia przerw w nauce. Jeszcze nie próbowałam nauki z Hanią, ale w przyszłym semestrze na pewno spróbuję, dlatego zostawiam poglądowy filmik, żebyście wiedzieli o co chodzi.





To chyba najważniejsze rzeczy z tego semestru, większość przemyśleń dotyczących konkretnych przedmiotów zostawiam sobie na wpis o zmianie studiów.  


Jak Wam minął semestr szkoły/studiów? Jakie macie/mieliście sposoby na naukę?