(Nie)typowa bohaterka? - recenzje "Nevermore. Cienie" Kelly Creagh


 

Hej!

Dzisiaj przychodzę z recenzję drugiej części Nevermore od Kelly Creagh. Jeśli pamiętacie moją recenzję pierwszej części, to wiecie, że ta seria jest dla mnie miłym zaskoczeniem. Jest to ten klimat, który kojarzy mi się w ten dobry sposób z tym, co czytałam w gimnazjum. Gdybym wtedy to przeczytała, to by były moje ulubione książki i pewnie wracałabym do nich do tej pory. Teraz dobrze mi się to czyta, wciąga mnie i się po prostu dobrze bawię podczas czytania, mimo że widzę pewne rzeczy, na które są nieodpowiednie i problematyczne. Na szczęście nie jest ich aż tak dużo. 

Jeśli nie czytaliście Kruka, to najpierw zapraszam do przeczytania tamtej recenzji - kliknij tutaj i przeczytaj. W teksćie pojawi się na pewno jeden spoiler do pierwszego tomu.

Recenzja we współpracy z wydawnictwem Jaguar. Bardzo dziękuję za możliwość współpracy!

Tytuł: Nevermore. Cienie
Oryginalny tytuł: Nevermore. Enshadowed
Autorka: Kelly Creagh
Tłumaczka: Aleksandra Krakowska 
Wydawnictwo: Jaguar
Data premiery: 4 lipca 2023 

Pomijam opis książki, aby uniknąć niepotrzebnych spoilerów dla osób, które nie czytały.

Dużo mniej

Cienie mają nieco inny klimat niż Kruk. Nie miałam żadnego problemu ze zmianą klimatu - dalej czytało mi się to dobrze i byłam zaciekawiona. Zdecydowanie jest tutaj mniej amerykańskiego high school. Niewiele akcji dzieje się w szkole, ale ogólnie tę część określiłabym jako MNIEJ. Mniej wszystkiego dosłownie, lecz nie uważam, aby to było ze szkodą dla książki. 
Również w tej książce jest też mniej akcji. Spodziewałam się, że ta część będzie przeładowana akcją, a Isobel będzie dążyła do postawionego przez siebie celu, niezależnie od wszystkiego. Jednak tak się nie dzieje. Fabuła nie brnie wybitnie szybko do przodu ani nie ma wielu szalonych zwrotów akcji, które pozostają czytelnika w szoku. Ta część historii opiera się na tym, że Isobel dąży do tego, aby wyjazd do Baltimore doszedł do skutku. Przekonuje rodziców, opracuje plan z Gwen. Jednocześnie dalej dzieją się wokół niej dziwne rzeczy, które jeszcze mniej rozumie niż wcześniej. Nie ma przy niej nikogo, kto mógłby jej wyjaśnić, co się dzieje. Musi sama to odkrywać i zrozumieć, co się dzieje. I przede wszystkim uratować Varena.
To wszystkie składa się na różnice w klimacie. Nie jest ani lżejszy, ani cięższy, mimo że są w nim różnice. Z pewnością jest większa aura tajemniczości i poczucia, że musisz się dowiedzieć, dlaczego ten świat tak funkcjonuje. Skąd się wzięła kraina snów? Dlaczego Isobel jest aż tak istotna? Ta książka pozostawiła we mnie kilka pytań, na które chciałabym poznać odpowiedź i będę zawiedziona, jeśli nie znajdę jej w  finale tej książki.

(Nie)rozbudowany świat?

Nie będzie to zbyt zaskakujące, ale nie czuję, aby świat został jakoś bardziej rozbudowany w stosunku do poprzedniej części. Niby powinnam potraktować to jako wadę, ale nie przeszkadzało mi to. Ba, nawet to pasuje do tej historii, ale to w pełni będzie zrozumiałe, jak co myślę o Isobel. Generalnie — nie ma co się dziwić, skoro narracja stawia na punkt widzenia tej bohaterki, mimo że jest trzecioosobowa. 
Pojawiły się pewne nowe informacje, ale nie czuję się, aby przyczyniły się do rozbudowania tego świata. Nawet pisząc tę recenzję i chcąc podać przykład, to jest mi ciężko coś powiedzieć. Odpowiedź na to, co jest filarem tego świata częściowo, została podana w Kruku. Niewiele jednak więcej się stąd dowiedziałam. Jedynym nowym elementem, który powiedział coś więcej, była księga demonów, którą przyniosła Gwen, ale i tak było niewiele. 
Ogólnie zabrakło tutaj rzeczy, które by pomogły bohaterce poznać ten jej świat. Jest tutaj potencjał i można by było go bardziej rozwinąć, ale jednocześnie czuję, że droga, którą poszła autorka, też ma sens. 

Normalna nastolatka 

Isobel jako bohaterka książkowa jest wyjątkowa, bo absolutnie nie jest wyjątkowa. Nie jest żadną superbohaterką, nie ma żadnych nadnaturalnych mocy ani nie jest nadzwyczajnie odważna. Dziewczyna jest po prostu zwykłą nastolatkę, która nie ma prawo jazdy i w wielu kwestiach jest zależna od rodziców. Dziewczyna przede wszystkim głowi się, jak przekonać rodziców do wyjazdu. Jak dla mnie jest to super rozwiązanie! Przyzwyczaiłam się do bohaterek, które są silne i niezależne już w wieku nastoletnim, a tutaj zupełne przeciwieństwo. 
Jednak doceniam to, że Isobel, pomimo tylu przeciwności i trudności, działa i jest w tym działaniu wytrwała. Ma momenty załamania, gdzie traci wiarę i wątpi w to wszystko, ale mimo to dalej się podnosi i walczy, bo jej na tym zależy. 

Najdziwniejsza postać 

Gwen to nowa przyjaciółka głównej bohaterki. Kiedy wszyscy się od niej odwrócili, Gwen zaczęła się z nią przyjaźnić. Jest to bardzo osobliwa postać, która często zachowuje się niezrozumiale (chociaż to chyba typowe dla bohaterów tej serii). Ma jakąś wiedzę na temat krainy snów, ale jej wiedza i tak niewiele wnosi. Bardziej dotyczy mitów lub zabobonów. Dalej nie umiem jej określić i rozgryźć, więc jestem ciekawa, jaka będzie w kolejnej części. 

Poniższy akapit zawiera spoiler do pierwszej części, dlatego możecie pominąć. 

Co z Varenem?

Bardzo mi się podoba, że Varen w tej części przez większość czasu jest nieobecny. Nie wiadomo, co się z nim dzieje. Czasem się pojawia, ale to niczego nie wyjaśnia, a nawet powoduje więcej pytań. Właściwie niewiele nowego dowiadujemy się o tym bohaterze w tej części. Jest mglista wiedza o tym, gdzie on jest, ale właściwie to nie wiemy nic nowego i przypatrujemy się, jak bohaterka stara się go uratować. 
Chciałam napisać, że jest to raczej niespotykane w książkach, aby jednego z głównych bohaterów nie było przez większość książki, ale przypomniało mi się, że taki zabieg był też w Księżycu w nowiu i którejś części Szeptem. Tutaj ten zabieg bardziej mi się spodobał - bohaterka, mimo że jej było ciężko, to jednak starała się, aby odzyskać swojego ukochanego.

Podsumowanie

Nevermore. Cienie to nie jest książka, o której jestem w stanie jakoś dużo napisać. Przede wszystkim jest to efektem ograniczonej akcji w tej książce, co mi akurat nie przeszkadzało. Ta część wydaje mi się być łącznikiem między finałem, który coś tam wnosi do historii, ale trudno powiedzieć co. Mimo to uważam, że jest na podobnym poziomie do pierwszej części, mimo że jest zupełnie inna. Skupia się na Isobel, która się stara, chociaż obiektywnie niewiele może sama zrobić, co było dla mnie ciekawe. Największym plusem tej historii, tym co ją wyróżnia, jest Isobel, będąca zwykłą nastolatką, która boi się tego, co przytrafiło się jej w życiu. Ogólnie - polecam tę serię, ale pamiętajcie, że jest to idealny przedstawiciel książek dla młodzieży sprzed 10 lat. 



Krótko o książkach #4

Z ogromnym zadowoleniem przychodzę z tym postem, bo po prostu przez te trzy miesiące nazbierało mi się kilka książek, o których mogę cokolwiek napisać. W dodatku będzie bardzo różnorodnie! Były gnioty, były świetne książki i były przeciętniaki z głupimi błędami. Znowu nie wyszło aż tak krótko, jakie było moje pierwotne założenie tej serii, ale w takiej formie znacznie lepiej się czuję. 

Zapraszam do czytania! Nie będę już przedłużać. 

Olejcie Netflixa! — Enola Holmes Nancy Springer 

Przed obroną, aby się zrelaksować i nie myśleć, o tym co mnie czeka, zaczęłam czytać serię o Enoli Holmes. Miałam na tę serię na oku od dłuższego czasu, obejrzałam już filmy z serii na Netflixie i myślałam, że mniej więcej wiem, czego się spodziewać. Jak ja się zaskoczyłam!
Seria o Enoli Holes to bardzo przyjemna seria książek. Przede wszystkim podoba mi się to, że autorka starała jak najbardziej wiernie oddać realia tamtych czasów. Oczywiście, że można dyskutować nad realnością tego, jak Enola ukrywa się przed braćmi i co w tym czasie, ale ma to znacznie więcej sensu niż w filmie. Przede wszystkim korzysta ze makijażu, przebiera się i robie charakteryzację, aby nie być Enolą Holmes. Świetnie się to czyta, szczególnie że cały czas Enola musi ukrywać się przed braćmi. Czasem na siebie wpadają, czasem oni się nie orientują, a czasem tak i jest super! Więzi między rodzeństwem pojawiają się gdzieś bliżej końca serii. 
Każdy tom przedstawia rozwiązanie innej sprawy. Te sprawy nie są aż tak spektakularne jak w filmie. Wydają się dużo bardziej realne. Również jest to bardziej możliwe do rozwiązania przez czternastolatkę. Enola nie ma wiecznie genialnych pomysłów, czasem popełnia błędy, a czasem nie zauważy czegoś, co rzuca się na pierwszy rzut oka. Jednak wciąż ma niezwykle błyskotliwy umysł, jest aż nazbyt inteligenta i samodzielna jak swój wiek. W dodatku nie podąża ślepo za ówczesną modą, a nawet zdaje sobie sprawę z problemów, jakie to może ze sobą nieść. 
Z czym mam największy problem w produkcji Netflixa, to wątek matki głównej bohaterki. Został on ta zniszczony, że tego nie da rady uratować. Nie zepnie się to tak ładnie i nie zrobie to aż takiego wrażenia na czytelniku jak w książce. Druga kwestia to dodanie bezsensownego wątku romanycznego w filmie, gdzie w książkach Enola nawet nie myśli o takich rzeczy.  
Cała seria składa się obecnie z siedmiu książek, na jesieni powinna wyjść w Polsce kolejna. Wiadomo, jak to jest, jedna część jest lepsza, inna nieco gorsza. Dla mnie całokształt jest bardzo dobry i polecam ją nie tyle, co Wam, ale bardziej dzieciakom w podstawówce, które chcą zacząć coś czytać. 


Po prostu dobra młodzieżówka — Dunbridge Academy. Tam gdzie ty Sarah Sprinz

Zdecydowanie to jest książka, o której mam najmniej do powiedzenia, ale jest jedną z lepszych młodzieżówek, jakie ostatnio czytałam. Oceniam ją jako bardzo dobrą, a od kilku (okej, od dwóch lat) zwykłym młodzieżówkom ciężko jest mnie nie znudzić i zachwycić. Co prawda, nie nazwałabym tej książki jakąś mianem odkrywczej i łamiącej schematy, ale nie jest to żaden odgrzewany kotlet.
 Nie byłabym sobą, gdybym moje wyobrażenie o tej książce, a rzeczywistość była zupełnie inna. Przede wszystkim spodziewałam się, że cała trylogia będzie mieć tych samych głównych bohaterów, a głównym wątkiem będą poszukiwania ojca przez Emmę oraz jej zmagania w nowej szkole. Do tego jeszcze doszłyby jakieś inne wątki, może lekki wątek kryminalny, jakieś tajemnice do rozwiązania. Przecież szkoła w szkockim zamku aż się prosi o tajemnice! 
Jednak Dunbridge Academy to jedna z tych serii, w którym każdy tom przedstawia historię miłosną innych bohaterów. Zwykle nie przepadam za czymś taki, bo postaci drugoplanowe nie są aż tak dobrze zarysowane, aby była zaciekawiona relacją. Tutaj jest inaczej. Zarówno romans główni bohaterowie, jak i drugoplanowi są wyraźni, ciekawi i sympatyczni. Z łatwością (niemalże) wszystkich polubiłam na tyle, aby chcieć przeczytać kolejne części, a zwłaszcza drugi tom! Będzie o takich fajnych postaciach i takiej relacji, że będę zachwycona. 
Tam gdzie ty przedstawia historię Emmy i Henry'ego. Jest dość prosty romans między nastolatkami, którzy powoli zaczynają wchodzić w dorosłość. Bardzo mi się podoba, że dla obydwojga bohaterów nie jest to pierwszy związek. Mają już jakieś doświadczenia w relacjach damsko-męskich. Początkowo Henry ma dziewczynę, z którą jest do kilku lat. Jednak to uczucie zaczęło się wypalać, już nie jest tak, jak dawniej. Nie jest to aż tak rozwinięte i chciałabym, aby było nieco więcej przemyśleń. Relacja bohaterów rozwija się spokojnie, chociaż czuć między nimi chemię oraz poczucie, że to nie powinno tak wyglądać, bo przecież jedno z nich jest zajęte.
Kolejną zaletą jest to, że wątek romantyczny nie zasłania pozostałych. W tej książce ukazane są problemy rodzinne bohaterów. Emma pragnie odnaleźć ojca, którego nie widziała od lat. Henry z kolei zmaga się z tęsknotą za rodziną i innymi problemami. Po prostu w tej książce jest czas i miejsce na wszystko.  

Gorsza wersja Zmierzchu — Crave Tracy Wolff

Bardzo mocno czuć inspirację "Zmierzchem", co nie wyszło dobrze. Nie, żeby "Zmierzch" był jakimś wybitnym dziełem literatury (chociaż mam do niego ogromny sentyment), to chociaż się kupy trzyma.
Główna bohaterka trafia do nowej szkoły na Alasce i od samego początku wzbudza zainteresowanie dwóch największych przystojniaków w szkole Nie wiadomo dlaczego, przecież ledwo ktokolwiek ją poznał. I właściwie żaden z nich jej dobrze nie pozna, bo cała akcja książki to ledwo 2 tygodnie. Co już wystarcza, aby zdążyła się zakochać w jednym z tych przystojniaków, oczywiście tym bardziej niebezpiecznym, przed którym każdy ją ostrzega. Początki relacji bohaterów są bez sensu. Ich rozmowy są o niczym, nie wiadomo, o co w nich chodzi i jakim cudem bohaterka znajduje coś, aby się zauroczyć w bohaterze. Później też nie jest lepiej, bo bohaterowie po kilku dniach epatują wielką miłością do siebie, co po prostu wzbudza tylko politowanie.
Fabuła? Przez pierwszą połowę nikt nie mówi nic bohaterce, tylko są jakieś mętne ostrzeżenia, że jest tutaj dla niebezpiecznie. A, no i ktoś chciał ją zabić na dzień dobry, ale to nie jest powód, aby powiedzieć o świecie, którego jest część. W końcu się dowiaduje. I co? Jak każda bohaterka serii dla nastolatków o wampirach — nie boi się, bo i czego ma się bać? Druga połowa książki się rozkręca, ale w moim odczuciu jest chaotycznie napisana. Główny antagonista miał swój przebiegły plan, ale dlaczego akurat ten plan wyglądał tak, a nie inaczej, to się nie dowiedziałam i dalej tego nie rozumiem.

Część dialogów była jak wyjęta ze "Zmierzchu", co wypadało tandetnie. W innych miejscach były jakieś suchary, które po przetłumaczeniu na polski wypadały jeszcze słabiej. W pewnej scenie znalazł się tak głupi błąd, jak użycie słowa "siostrzenica", gdzie bohaterka była bratanicą... Nie wiem, czemu nikt tego nie zauważył.

Na koniec zostawiam dwie książki, w których opiniach zawarłam spoilery.  Chyba zawarłam, bo nie do końca nie jestem pewna, ale oznaczę. Szczególnie nie jestem pewna, czy to, co napisałam w Muchomorach w cukrze, jest spoilerem, bo jak dla mnie bez kontekstu to nic nie mówi i nie ma wielkiego znaczenia.

Dziwnie — Muchomory w cukrze Marta Bujan

Bardzo dziwna książka, po przeczytaniu nie do końca wiedziałam, co o niej myśleć, czy moje wrażenia są bardziej pozytywne czy negatywne. Realnie niewiele rzeczy mi się podobało, a rzeczy, które w pierwszej chwili uznałam za plusy, po prostu mi nie przeszkadzały.
Zaczynając od plusów — po raz pierwszy, czytając thriller, poczułam się tak, jak oczekiwałam. Był dreszczyk emocji, taki niepokój, jakiego wcześniej nie udało mi się doświadczyć. W trakcie zakończenia dzieje się najwięcej i gdzieś do połowy punktu kulminacyjnego byłam naprawdę zadowolona z przebiegu rzeczy. Tylko autorka przekombinowała. To nawet nie jest za mocne, ale po prostu motyw jest dziwny, nielogiczny, mam ochotę napisać "odklejony". Nie wiem, jak ładniej to określić. Tutaj naprawdę nieco prostszy, bardziej przyziemny motyw lepiej by się sprawdził. 

Brak akcji przez większość książki nie przeszkadzał mi. Nie nudziło mnie to. Nawet fajnie pasowało do klimatu — najdłuższe wakacje życia, dom w górach na odludziu i upał. To trochę jak czekanie na burze. Jest świadomość, że zaraz zacznie grzmieć, tylko nie wiesz kiedy i w końcu przychodzi bardzo późno. Są jakieś drobne znaki, że coś jest nie tak i to jest takie irytujące, bo nikt nie zwraca na to uwagi. Każdy jest "ahoj, przygodo!". Czy jest to jakaś wybitna przygoda? W moich oczach nie. Właściwie bohaterowie spędzają czas w domku i piją dużo alkoholu (takie ukazanie spędzania czasu jest minusem i jest szkodliwe). Nie chodzą na wycieczki, z czego mogliby skorzystać. Szkoda, naprawdę. 

Bohaterowie... Cóż nie polubiłam się z nimi. Poza Fio, Kostkiem i Adamem reszta miała jakieś cechy osobowości, ale nie byli jakoś wyraźni. Zupełnie obojętni dla mnie. Adam wzbudzał niepokój. Kostek irytował, bo był po prostu snobem i za wszelką cenę pokazywał, jaki to on nie jest elokwentny.
O Fio ciężko mi się sensownie wypowiedzieć. Z jednej strony chcę ją zrozumieć jako osobę z zaburzeniami psychicznymi, ale z drugiej jest to tak dziwnie zbudowane, że w trakcie czytania marszczyłam tylko brwi z konsternacją. Jej myślenie jest dla mnie tak odległe. Momentami nawet bym określiła mianem bezmyślnego, nielogicznego zupełnie bez sensu. 

W książce są też drobne absurdy i głupotki, które również wzbudziły moją konsternację. Nie podoba mi się sposób przedstawienia żałoby, ale może to przez to, że ja inaczej to przechodziłam. Tutaj wnioskuję z narracji — ojciec pozwala zdecydować 13-latce, czy chce iść na terapię. I kurcze, to dla mnie dość abstrakcyjne, że właściwie dziecku daje wybór w tak delikatnej kwestii i w tak trudnym momencie.
Inna rzecz, na którą zwrócił uwagę w ten negatywny sposób, to rozmowa o wypadku sprzed 30 lat, który został spowodowany, bo kierująca korzystała z telefonu komórkowego. Jest to taka mała głupotka, bo mniej-więcej byłyby lata 90 lub ich końcówka, czyli czasy, w których telefony komórkowe, nie były aż tak powszechne, a tym bardziej mało prawdopodobne, aby były przyczyną wypadku samochodowego. Znowu więcej prostoty i byłoby okej.

Nic specjalnego — Love on the brain Ali Hazelwood

Nawet nie jestem zawiedziona, tylko no… najzwyklej w świecie ta książka do mnie nie trafiła. Spodziewałam się czegoś więcej, niż dostałam, mimo że to, co czytałam, nie jest najgorsze. Ot, taka przeciętna książka. Spędziłam przy niej miło czas, myślałam, że pomoże mi wyjść z minizastoju czytelniczego, ale kurde nie trafiła do mnie. Parę razy się zaśmiałam, ale też nie wzbudziła we mnie jakichś innych emocji. Ani wkurzenia, ani jakiego namiętnego przeżywania tego, co czytam. Bohaterowie są mi zupełnie obojętni. Ani ich nie polubiłam, ani ich nie znienawidziłam. Są, bo są, mimo że mam do nich pewne zastrzeżenia.
Najbardziej zawiodło mnie w tej książce zakończenie. Pasuje jak wół do karety. Jest bez sensu w odniesieniu do całej książki. Autorka próbowała wzbudzić więcej emocji w czytelniku, spuścić bombę, ale mnie to zupełnie nie przekonało. Gdyby zostawić ogólny zamysł i odpuścić tak mocną eskalację wyszłoby lepiej, naturalnej. Do tego w punkcie kulminacyjnym dialogi były sztuczne. Trochę jakby Chat GTP miał napisać scenę, w której główny bohater spotyka swojego wroga.
Ogólnie nie spodobał mi się sposób przedstawienia i prowadzenia relacji między bohaterami. Irytujące było to, że Bee do połowy książki tkwiła i nawet sama się nakręcała w przekonaniu, że Levi jej nienawidzi.

[spoiler]

Jednak to, co mnie w ich relacji razi to Levi. Nie jako sama postać, ale to jak są przestawione uczucia z jego strony. Jak dla mnie jest to 🚩. To niepokojące, że koleś, który ma ok. 30 lat, przez 5 lat nie wiąże się z nikim i z nikim się nie spotyka, bo jest „zakochany” w osobie, z którą nie ma i w sumie praktycznie nigdy nie miał kontaktu. Nieco creepy. Do tego w takich sytuacjach najczęściej dochodzi do idealizowania i tworzenia fałszywego obrazu tej drugiej osoby w swojej głowie, więc tym bardziej mnie to nie przekonuje.



Dawno czegoś takiego nie czytałam - recenzja "Złodziej" Megan Whalen Turner

Cześć!

Chyba ponownie przeceniłam swoje możliwości, ile jestem w stanie pisać na bloga. Dopadło mnie przeziębienie, oczekiwanie na wyniki rekrutacji na studia i jakoś nie miałam wystarczająco czystej głowy, aby pisać. Chyba też sama się przytłoczyłam poruszeniem poważnego problemu w książkach i przez to jeszcze ciężej było mi zebrać się do pisania i czytania, i ogólnego funkcjonowania. Dziś przychodzę z recenzją książki z pogranicza fantastyki i książek przygodowych. Coś, czego naprawdę dawno nie czytałam. 

[Materiał reklamowy — współraca z wydawnictwem Poradnia K]

Tytuł: Złodziej 
Oryginalny tytuł: The Thief
Seria: Złodziej Królowej
Autorka: Megan Whalen Turner
Tłumacz: Dominika Rycerz-Jakubiec
Wydawnictwo: Poradnia K
Data wydania: 28 czerwca 2023 r.

Złodziej  nie jest nową książką, co chyba mnie najbardziej w tej książce zaskoczyło. Jest to książka z 1994 roku, a po raz pierwszy wydana w Polsce w 2012 roku i wtedy nie doczekano się w Polsce wydania wszystkich części. Szczerze mówiąc, nie kojarzę, aby wcześniej o niej słyszała. Co prawda w roku wydania jeszcze nie wgłębiłam się w książkową społeczność, ale jakby wzbudziła większe zainteresowanie w tamtym okresie, to w ciągu kolejnych dwóch czy trzech lat mogłabym ją znaleźć na blogach. 

I kurczę! Ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego tego większego zainteresowania nie wzbudziła. Jest naprawdę bardzo dobry reprezentant fantastyki. Widziałam gdzieś stwierdzenie, że jest bardziej książka przygodowa niż fantastyka, ale nie jestem w stanie się z tym pełni zgodzić, chociaż rozumiem ten punkt widzenia. To nie jest fantastyka, w której czymś codziennym są magiczne i mityczne stworzenia, w której świat jest przesycony magią. Elementy fantastyczne w budowie tego świata są znacznie bardziej subtelne i mniej wpływają na codzienne życie bohaterów. Powiedziałabym nawet, że są nieco zapomniane i przez to nie tak powszechne. Elementy przygodowe znacznie bardziej wysnuwają się na pierwszy plan, szczególnie w drugiej połowie historii. Nadały tempa historii oraz wzbudziły we mnie wiele emocji. Czytając tę historię, byłam naprawdę podekscytowana tymi wydarzeniami.

Najbardziej podoba mi się w tej książce, że nie czuję żadnego niedosytu, jeśli chodzi o kreację świata. Naprawdę, trzeba mieć talent, aby stworzyć dopracowany świat i zawrzeć go w 300 stronach. Na końcu książki możemy znaleźć informację, że autorka inspirowała się wierzeniami starożytnych Greków, ale nie jest to znana nam mitologia grecka. Główne elementy fantastyczne w tej historii to zagadkowe, prorocze sny, inny system wierzeń i bogowie oraz przedmioty zesłane przez bogów. Brzmi dość delikatnie jak na fantastykę, jednak rezultat w połączeniu z fabułą robi wrażenie. Sam świat określiłabym mianem spójnego — nie czuć, że coś zgrzyta, nie czuć, że czegoś brakuje i czytelnik ma poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu. 

W tym świecie istnieją Attolii, Sounis i Eddis. Attoli i Sounis od lat są w stanie wojny, a Eddis byłoby cennym sojusznikiem. Państw w tym świecie jest ich więcej, ale tylko te trzy są istotne dla fabuły. Aby zyskać przewagę nad tym drugim państwem, niezbędne jest odszukanie legendarnego artefaktu, który umożliwi bycie prawowitym władcą tronu. W tym celu wybranego najbardziej uzdolnionego złodzieja ze wszystkich, jacy są w królestwie. Gen, czyli tytułowy złodziej, wyrusza w drogę z magiem, dwoma uczniami i żołnierzem. 
Ta w skrócie można przedstawić fabułę tej książki. Początkowo czytałam ją bez większych emocji, ale czytało się bardzo przyjemnie. Kiedy zaczęły się te prawdziwe poszukiwania, wciągnęłam się i nie mogłam oderwać od czytania. Później czytało się tylko lepiej i było więcej akcji. Po części przewidziałam główny zwrot akcji. Był w pewnym stopniu oczywisty, ale na szczęście nie w całości. Udało mi się odrobinę zaskoczyć intrygą, która została ujawniona na samym końcu. 

Jednym z wyjątkowych elementów tej książki są przytoczone opowieści i legendy. Najbardziej mi się podoba to, że możemy je poznać z dwóch perspektyw. Pierwszą jest perspektywa Maga, który jako uczony zna najbliższe prawdy wersje tych przekazów. Drugą wersją są przekazy ustne, które opowiadała Genowi jego mama. Bardzo mi się podoba takie podejście do tematu i ukazanie tego, jak opowiadania mogą się różnić, mimo że są o tej samej historii. 


Bohaterowie są dobrze zarysowani, mimo że nie wszyscy rysują się tak mocno. Na pierwszym planie zdecydowanie jest Mag oraz Gen, a ich towarzysze stoją w ich cieniu. Mimo to pozostała trójka i tak zachowuje swoją odrębność i nie stanowi tła dla tej dwójki. 

Eugenides to nie jest postać, którą polubiłam od razu. Przez pierwsze strony mój stosunek do niego trudno było nazwać sympatią. Jest to wybitnie arogancki i aż nazbyt pewny siebie bohater. Ma się wrażenie, jak gdyby sam dla siebie był bogiem. W podróży, kiedy wciąż jest więźniem, dalej zachowuje się równie arogancko. Nie było to tak irytujące, aby odkładać książkę. Powodowało to bardziej myśli "Człowieku, jesteś w beznadziejnej sytuacji. Weź się zamknij i tego nie pogarszaj...". Polubiłam tego bohatera, gdy zaczął te prawdziwe poszukiwania. Z jednej strony widać w nim profesjonalność — wiedział, co ma robić, jak ma robić i miał swój plan działania. Z drugiej strony było to dla niego czymś nowym i czymś innym niż to, czym zwykł się zajmować. Również zdaje się to być bardziej niebezpieczne dla jego życia. W tym wszystkim ukazała się jego ludzka strona. Ukazał się lęk i strach o własne życie, ale również wątpliwości czy on w ogóle podobała temu zadaniu. Im bliżej końca, tym bohater wzbudzał coraz większą sympatię. 

Mag, co może zaskakiwać, nie wykazał się żadnymi magicznymi mocami. W tym świecie jest to po prostu uczony, który może być również doradcą króla. Specjalizuje się w analizowaniu starych wierzeń i tyle, czego się dowiedziałam. Jego specjalizacja nie jest aż tak przybliżona. Z początku jako postać wydaje się oschły, nieprzystępny i skupiony tylko na wykonaniu zadania. Nieistotne, jaki byłby tego koszt. Z czasem mamy możliwość poznać go lepiej i widać, że jest to postać zafascynowana nauką, ma swoją misję w życie i mimo wszystko troszczy się o swoich towarzyszy. Może nie wydaje się najbardziej sympatyczną postacią, ale polubiłam tego bohatera. Z czasem bardziej się otwiera i da się go lubić. 

Pozostała trójka bohaterów to Pol, Ambiades oraz Sofos. Początkowo sam tytułowy bohater nie rozróżnia dwóch ostatnich, ale z czasem coraz lepiej ich poznaje. Pol jest żołnierzem, Ambiades jest uczniem maga, a Sofos jak się okazuje następcą tronu. Dobór towarzyszy jest nietuzinkowy, jednak wyszedł naprawdę sensownie. Ich wzajemne relacje i fakt, że Gen jest dla nich obcym człowiekiem, są przyczyną kilku zabawnych scen. Eugenides początkowo robi im wszystkim na przekór, jest najbardziej irytującym towarzyszem podróży, jakiego można sobie wyobrazić. Jednych udaje mu się łatwiej wyprowadzić z równowagi (Ambiadesa), innych trudniej (Pol, mag). Z czasem ich relacje ulegają poprawie, zaczynają się lubić i wzajemnie szanować. 

Do tej książki mam dwa drobne zastrzeżenia, które nie dotyczą jej treści, a tego co w niej zabrakło. Przede wszystkim zabrakło mi mapy. Ta książka aż się o nią prosi! Dzięki mapie podróże bohaterów nie byłyby takie "suche" i nabrałyby pewnego rodzaju rzeczywistości. Tak bohaterowie jadą i jadą, ale w sumie ani końca nie widać, a samą trasę ciężko sobie wyobrazić. Drugą rzeczą, chociaż nie aż tak niezbędną, jest słownik. To by było bardziej w formie urozmaicenia i ciekawostki. Zebranie w jednym miejscu imion wszystkich bogów i ich artefaktów byłoby po prostu fajne. 

Przy tej historii spędziłam naprawdę dobrze czas i z pewnością przeczytam kolejne tomy. Może świat nie jest przesycony magią, ale Eugenides jest genialnym złodziejem, którego poczynania można śledzić z radością. Jestem ciekawa, jakie jeszcze wyzwania przed nim stoją, ale również jak potoczą się dalsze losy jego państwa. Świat, który do tej pory poznałam, to pewnie tylko jego fragment, ale już po tym fragmencie mogę powiedzieć, że jest on dopracowany i przemyślany. Chcę zobaczyć jego rozwój. Podsumowując, Złodziej w moich oczach jest bardzo dobrym pierwszym tomem i wstępem do dłuższej i większej historii. Dałby sobie radę jako jednotomówka, ale świadomość, że czekają jeszcze inne części, sprawia, że mam dość duże oczekiwania co do tej serii i że dalej będzie tylko lepiej.

Podsumowanie semestru VI - koniec licencjatu!

 Cześć!

To już ostatni wpis z podsumowaniem semestrów na studiach. Na drugim stopniu będę kontynuować naukę na tym samym kierunku, ale zdecydowałam się zrezygnować z tych wpisów. W rzeczywistości pisanie o moich studiach nie sprawiało mi takiej przyjemności, mimo że je naprawdę lubię. Mając przerwę międzysemestralną czy wakacje wolałabym już o nich nie myśleć i zająć się czymś innym. Patrząc też na plany zajęć na magisterkę, to również nie widzę w tym sensu, bo drugi rok opiera się głównie na pracowni i seminarium magisterskim, a to jest bardzo indywidualne.  Byłoby tylko podsumowanie dwóch semestrów, może trzech, ale trzeci semestr składa się w większości z wykładów, które kończą się w połowie semestru i nie ma do nich żadnych ćwiczeń ani laboratoriów, a pisanie o samych wykładach mało można powiedzieć. Zobaczycie zaraz sami. 

Ogólne odczucia 

Ostatni semestr był jeszcze gorzej zorganizowany niż poprzedni, co bolało znacznie bardziej, bo miałam do pisania pracę dyplomową. Tym razem nie jest to kwestia pojedynczych przedmiotów, a odgórnych zarządzeń. Generalnie ktoś czegoś nie przemyślał i utrudnił życie studentom. Obrony były w terminie sesji letniej, więc fajnie by było, aby zaliczyć wszystko przed sesją. Jednak było to utrudnione, bo niektóre zajęcia były do końca semestru. W momencie, w którym powinnam szlifować moją pracę licencjacką, musiałam jeszcze się uczyć na wejściówki i robić sprawozdania, a to naprawdę zajmuje kilka ładnych godzin. Wolałabym inną organizację semestru — aby zajęcia dydaktycznie skończyły się w maju, czerwiec był przeznaczony na zaliczenia przedmiotów i potem obrona. Na mojej specjalności nie było dużo zajęć, głównie były to samodzielne wykłady, które kończyły się w połowie semestru. Laboratoria były z trzech przedmiotów, z czego  jedne skończyły się początkiem kwietnia, a drugie tydzień po Wielkanocy. Później był miesiąc przerwy w naszych laboratoriach i kolejne rozpoczęły się w połowie maja, były co dwa tygodnie i trwały praktycznie do końca semestru. To naprawdę było ciężkie i irytujące. 

Przedmioty

  • Podstawy farmakognozji 
  • Podstawy farmakologii 
  • Podstawy preparatyki kosmetyków
  • Podstawy zarządzania i marketingu 
  • Chemia materiałów 
  • Chemia stosowana i zarządzanie chemikaliami 
  • Inżynieria chemiczna
  • Ochrona własności intelektualnej i przemysłowej 

Specjalizacja nauczycielska 

  • Emisja głosu 
  • Przygotowanie pedagogiczne do pracy w szkole podstawowej 
  • Psychologiczne podstawy w szkole podstawowej 

Jak oceniam przedmioty?

Utwierdziłam się w przekonaniu, że samodzielne wykłady to nie jest forma, którą lubię. Jest dużo treści, której nie uczę się regularnie i powtarzam nic po wykładach, przez co nauka do zaliczenia była znacznie cięższa. Po ich zakończeniu nawarstwiło się zaliczeń i nie wiadomo było, jak to wszystko ustawić, aby nie było to uciążliwe. 

Podstawy farmakognozji były interesujące, ale prowadzone dość monotonnie. Druga połowa tego wykładu tematycznie mniej mi się podobała, ale prowadząca bardziej aktywizowała grupę i łatwiej było się zaangażować. Podstawy farmakologii natomiast były ciekawiej prowadzone. Wykładowca opowiadał, a nie czytał ze slajdów i była możliwość dyskusji. Na każdych zajęciach aktywizował grupę lub opowiadał jakieś ciekawostki, przez co łatwiej było zapamiętać informacje. Również nie było problemy z robieniem notatek. 

Wykład z chemii materiałów był podzielony między dwie osoby prowadzące. Nie będę owijać w bawełnę — pierwsza część wykładów nudna, nieinteresująca i ciężko cokolwiek z niego wynieść. Nauka do niego była koszmarem, bo z moich notatek nic nie wynikało.  Na drugiej było już lepiej. Łatwiej się notowało i były poruszane nieco ciekawsze zagadnienia. Ogólnie określiłabym ten przedmiot mało praktycznym.

Największe zaskoczenie tego semestru to wykład z ochrony własności intelektualnej i przemysłowej. Spodziewałam się jakiegoś nudnego przekazywania informacji z ustawy, a prowadzący podszedł do tematu zupełnie inaczej. Były cytaty z dokumentów prawnych, ale jednak dominował praktyczny aspekt ich przedstawienia. Naprawdę wspominam ten wykład dobrze.

Najciekawszym wykładem była chemia stosowana i zarządzanie chemikaliami. Prowadzący z pasją, widać, że sam z siebie interesuje się tymi tematami. To jedne z tych zajęć, na których jest się z przyjemnością i nie nużą. Jednocześnie są tym rodzajem zajęć, gdzie ciężko jest robić notatki. Na szczęście prowadzący wysyłał wykłady, więc nie było tak źle. Poznane zagadnienia bez problemu można było odnieść do otaczającej nas rzeczywistości i praktyki. Laboratoria do tego przedmiotu również były interesujące i przebiegały w bardzo sympatycznej atmosferze. Ćwiczenia nie były żmudne, niektóre wymagały więcej zaangażowania. Serio, wspominam je bardzo dobrze i nie widzę żadnego powodu do narzekania.

Na przedmiot inżynieria chemiczna składały się konwersatoria i laboratoria. Pod kątem organizacji to była porażka. Trafiliśmy na prowadzących, którzy mieli dużo innych zobowiązań, przez co na konwersatoria często musieliśmy się umawiać w innych terminach, niż wynikałoby to z planu. Organizacja laboratoriów to był cyrk. To jedna z rzeczy, które wkurzały mnie najbardziej. Zwykle wyglądało to tak, że mieliśmy zajęcia na zmianę z drugą grupą (czyli w jednym tygodniu moja grupa, a w następnym druga). Tutaj wyszło tak, że najpierw te zajęcia druga grupa, my kończyliśmy inne laboratoria i potem oni mieli laboratoria z inżynierii chemicznej, a my miesiąc przerwy. W połowie maja dopiero się zaczęły i były co dwa tygodnie aż do końca semestru. Było naprawdę frustrujące, bo pod koniec studiów wolałabym się skupić na szlifowaniu pracy dyplomowej, a nie na uczeniu się do laboratoriów i robieniu sprawozdań, do których instrukcje były niejasno opisane w skrypcie. Laboratoria sam w sobie nie były takie złe, ale te raporty z ćwiczeń, to był koszmar. 
Konwersatoria były ciekawie prowadzone. Jednym z elementów zaliczenia  było wykonanie i przedstawienie prezentacji na forum. Bardzo mi się podobało podejście prowadzącego do tego — podał wymagania, co trzeba mówić. Ocena prezentacji byłą na podstawie wrażeń grupy. Dostaliśmy kartki, na których zaznaczaliśmy punkty za zrozumienie tematu, zaangażowanie, przygotowanie, jasność przekazu oraz kreatywność. Ogólnie wymagało to od nas po prostu umiejętności prezentowania — nieczytanie z prezentacji, gestykulacja i ogólnie odpowiednia mowa ciała. To było naprawdę fajne, ale szkoda, że dopiero na samym końcu studiów mieliśmy kogoś, kto wymagał od nas czegoś więcej, a nie odklepania prezentacji.

Zajęcia z preparatyki kosmetyków był dość ciekawe, ale niestety nie były dla mnie niczym odkrywczym. Mieliśmy czterech prowadzących z różnych, przez co poziom zajęć był nierówny. W jednej katedrze mieliśmy możliwość korzystania z homogenizatora do stworzenia emulsji, a w innej robiliśmy to samo za pomocą bagietki. Powtarzalność przepisów na poszczególnych zajęciach był nieco nużąca, ale większość przepisów była ciekawa. Dla mnie może 2-3 przepisy były czymś nowym, ciekawym, ponieważ działając w kole naukowym, robimy podobne preparaty i na podobnym poziomie zaawansowania. 

Podstawy zarządzania i marketingu to był taki zapychacz. Wydaje mi się, że sylabus zawierał przestarzałą wiedzę, nieadekwatną do obecnych czasów, co mnie nieco odrzuciło od tej dziedziny. Miałam przez to poczucie, że jest nieżyciowa i przekazywane informacje są zupełnie odklejone od rzeczywistości. 

Specjalizacja nauczycielka

Zajęcia z psychologii oraz pedagogiki były konwersatoriami do wykładów prowadzonych w poprzednich semestrze. Tak jak myślałam, te zajęcia bardzo mi się podobały. Przygotowanie pedagogiczne opierało się głównie na dyskusji, ale również na sobie testowaliśmy różne metody rozwijania kreatywności czy pracy grupowej. Bardzo kreatywne i wzbogacające zajęcia! Na podstawach psychologicznych wypełnialiśmy jakieś psychotesty oraz dyskutowaliśmy o różnych problemach dotyczących uczniów w szkole. Było świetnie. 
Emisja głosu to zajęcia, które moim zdaniem powinny być obowiązkowe na każdych studiach. Uczą tego, jak mówić i jak korzystać z głosu, aby się nie zajechać, nie zniszczyć krtani. Składały się z części teoretycznej, ćwiczeń oddechowych oraz artykulacyjnych. Bardzo przydatne i szkoda, że już się skończyły. 

Koło naukowe 

Myślę, co ja tu mogę napisać... W poprzednim semestrze pisałam, że strasznie dużo papierów trzeba było ogarniać. To przez ten semestr było jeszcze więcej podań i w związku z nimi jeszcze więcej problemów. Naprawdę, działy się tak dziwne, tak stresujące rzeczy, że za pierwszym razem człowiek jest spanikowany. Za drugim jest mniej spanikowany, ale już wie, co robić i idzie to załatwić. Za trzecim razem to po prostu siedzisz i się śmiejesz, bo przecież to już było załatwione i czemu ktoś się czepia... Część problemów była z naszej winy, część nie. Zarządzanie kryzysowe było niezbędne. 
Pisałam już mnie więcej o Konferencji Kosmetycznej Sun Beauty w Kwartalniku, ale myślę, że dobrze jest więcej o tym napisać. Przede wszystkim pracowałyśmy nad tym przez ponad pół roku, więc słabo to streścić tylko w dwóch zdaniach. Było ciężko — dużo papierów, dużo maili i trochę błędów. Najgorsze było pozyskiwanie  sponsorów. Najpierw nikt nie chciał, a później decydowali się w ostatniej chwili. Samą konferencję przebiegałam, ogarniając rzeczy, które trzeba było ogarnąć na cito. 
 

Stacjonarna konferencja

 Nie wiem, jakim cudem zapomniałam o tym w Kwartalniku, ale mam z czego być dumna! Wystąpiłam po raz pierwszy na żywo na konferencji z posterem pt. "Pozyskiwanie biokomponentów zaawansowanych takich jak kwas lewulinowy z biomasy roślinne". Badania przedstawione na posterze stanowiły część mojego licencjatu. Przeżyłam. Nie było to najbardziej komfortowe doświadczenie w moim życiu, ale również nie było najgorsze. Taka forma wystąpienia zdecydowanie nie jest moją ulubioną, ale będę musiała się z nią oswoić. Najważniejsze! Mój poster zajął drugie miejsce w konkursie, z czego jestem naprawdę dumna.




Najlepszą herbatę wypijesz po śmierci - Recenzja "Pod szepczącymi drzwiami" TJ Klune


Cześć!

Powracam do życia po obronie. Dojście do siebie naprawdę zajęło mi kilka dni, ale teraz faktycznie czuję się zmotywowana do działania. Myślę, jak to rozwiązać, aby mieć napisany wpisy na zapas, bo zawsze ciężko z tym u mnie. Nie wiem, czy o tym pisałam, ale znowu jestem na etapie pewnych zmian w treściach. Po prostu po eksperymentach zobaczyłam, które treści sprawiają mi samej przyjemność i tego chcę się trzymać. Na razie zaczynam od nadrobienia recenzji ze współprac. W międzyczasie postaram się dodawać też inne wpisy, aby nie było zbyt monotonnie. Muszę przejrzeć moje pomysły i rozpoczęte wpisy, bo wiem, że mam tak trochę fajnych rzeczy i chciałabym je w końcu zrealizować. 

Przede wszystkim dziękuję wydawnictwu Muza za możliwość współpracy, ale również przepraszam za taką zwłokę z publikacją recenzji. 

[Post sponsorowany — współpraca z wydawnictwem Muza]

Tytuł: Pod szepczącymi drzwiami 
Oryginalny tytuł: Under the Whispering Door
Autor: TJ Klune
Tłumacz: Arkadiusz Nakoniecznik 
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 382

Pod szepczącymi drzwiami  to nie jest książka, po jaką zwykle sięgam. Była dla mnie czymś nowym, czymś innym, co bardzo mi się spodobało. Nie do końca wiem, jaką formę przybierze ta recenzja, bo trudno mi się ustrukturyzować w mojej głowie. Dodatkowo nie pomaga fakt, że już minęły 2 tygodnie od jej przeczytania, a ja czytałam ją ponad miesiąc. Mam spisane wrażenia i przemyślenia, ale nie wiem, jak je ubrać w słowa i jak je odpowiednio uporządkować. 

Spokój 

Myśląc o tej książce, czuję taki wszechogarniający spokój. Inaczej nie umiem tego opisać, ale trochę o tym jest ta książka. Jest to dążeniu do osiągnięcia spokoju i o akceptacji. Akceptacji własnej śmierci. Wallace, główny bohater, umiera już w pierwszym rozdziale. Przez ten pierwszy rozdział możemy go poznać takim, jakim był za życia. Nie ma cenzuralnych słów, które wystarczająco dobrze opisują, jaki był. Mogę to ująć w jednym brzydkim słowie, ale dziś to sobie odpuszczę. Wallace był egoistą, sknerą i człowiekiem, który żył dla zarabiania pieniędzy. Nic poza pracą nie liczyło się dla niego. Inni ludzie to tylko maszynki, które pozwalają mu się bogacić, a jak popełnią najmniejszy błąd, to należy się ich pozbyć, nie patrząc na nic. Poznajemy go, kiedy zwalnia swoją wieloletnią pracownicę. Generalnie, jest to współczesna wersja Ebenezera Scrooge'a z "Opowieści wigilijnej", ale ich historia jest diametralnie różna. A później umiera. W jego przypadku śmierć to moment zwrotny. Na początku jej nie akceptuje. Nie wierzy, że umarł. Kiedy zaakceptował, pragnie powrócić i pragnie żyć dalej. 

Akceptacja

Akceptacja swojej własnej śmierci nie przyszła sama. Tutaj jest pora, aby wyjaśnić, jak autor przedstawił to, co jest po śmierci. Określenie życie po śmierci nie pasuje mi do tego stanu, który został przedstawiony w książce. Odczuwam to jako etap pośredni między życiem ziemskim a życiem po śmierci. 
W tej książce po śmierci przychodzi żniwiarz, który zabiera duszę. Z niektórymi jest prościej, z innymi ciężej. Następnie Żniwiarz prowadzi zmarłego do przewodnika, który pomaga w przeprawie. W ten sposób Wallace trafia do Przeprawy Charona. Urokliwej kawiarni pośrodku niczego, która z wierzchu wygląda jak zlepiona z różnych, niepasujących do siebie budynków. Przyprowadza go tam Mei — pełna energii, młoda Żniwiarka. Właściwa osoba na właściwym stanowisku — jest cierpliwa wobec udręczonych i zszokowanych dusz, tłumaczy tyle, ile może powiedzieć, ale jednocześnie potrafi być stanowcza. Przewodnikiem, do którego trafia Wallace, jest Hugo — człowiek bardzo spokojny, pełen empatii, współczucia i zrozumienia. Co najważniejsze, ogromny miłośnik herbaty i jej znawca. Po prostu nie można trafić pod lepsze skrzydła!

Herbata

Przeprawa Charona to klimatyczne miejsce. Czuć w nim rodzinną atmosferę. Każdy z klientów jest znany i lubi wracać w to miejsce. Z kolei zmarłe dusze witane są herbatą — zawsze idealnie dopasowaną do danej osoby. Następnie ich czas mija na rozmowach z Hugo, z Mei oraz Nelsonem. Umożliwia to inne spojrzenie na własne życie i oswojenie z tym, że to już koniec. Chociaż koniec to za dużo powiedziane. Nie ma tam końca, jest przejście — drzwi na suficie, zza których słychać szepty. Kiedy zmarły jest gotowy, przechodzi dalej. Czas, który można spędzić w Przeprawie, nie zawsze bywa spokojny. Wszystko zależy od zmarłego. Jednym akceptacja przyjdzie szybko, innym stosunkowo wolno i będą się zmagać z trudnymi emocjami. Jeden dość szybko przejdzie dalej, inny będzie potrzebował więcej czasu. 
Taka wizja czasu po śmierci bardzo mi się podoba. Jest spokojnie, jest czas na rozmyślania. Nie jest strasznie w żaden sposób. Znaczy, może trochę, jeśli chcesz się oddalić od Przeprawy Charona, ale tak poza tym to jest cisza, spokój i herbata. 

Zmiany

Właśnie to miejsce i ci ludzie — Hugo, Mei i Nelson — są przyczyną zmian, które zaszły w głównym bohaterze. Wallace z początku wydaje się przypadkiem beznadziejnym, któremu nic nie pomoże. Jednak po pewnym czasie, przychodzi coś więcej niż akceptacja swojej śmierci. Przypomina sobie swoje życia, zaczyna rozumieć, co go ukształtowało i w jakich momentach popełnił największe błędy. Doznał pierwszy raz czułości i wsparcia od ludzi. Obserwowanie jego zmiany było świetne, lubię taki rozwój postaci i ukazanie całego procesu. Po pierwszy stronach poczułam, że ja się z tym bohaterem nie polubię. Jednak później wszystko się zmienia — on sam zaczyna się troszczyć o innych, nawet jeżeli ich nie zna. Zaczyna pomagać innym, wspierać i chce po prostu, aby im było lżej. O tej zmianie trzeba samemu przeczytać i zobaczyć to na własne oczy. 

Miłość

Najbardziej w tej książce zaskoczyła mnie obecność wątku romantycznego. Zupełnie się go nie spodziewałam. Relacja romantyczna rozwija się naprawdę powoli, na początku trudno w ogóle zauważyć, że to idzie w tę stronę. Jednak idzie, o czym czyta się bardzo przyjemnie. Bohaterowie zaczynają pałać do siebie uczuciem po wielu szczerych rozmowach. Naprawdę, bardzo dobrze się czyta o związku, który rozpoczyna się w taki sposób. Sam w sobie jest on dość nietypowy. Jedyne co wzbudziło moją konsternację, to różnica wieku między bohaterami. Chociaż może ona nie być aż taka duża, jak w mojej w głowie — niestety moje wyobrażenia na temat postaci na podstawie ich imienia potrafią być silniejsze niż ich opisy w książkach. Wydaje mi się, że dokładnie opowiedzenie o nim będzie zbyt dużym spoilerem, więc na tym zakończę ten wątek.

Pod szepczącymi drzwiami to książka, którą warto sięgnąć. Jest dość nietypowa, ale z pewnością pozostawi coś po sobie. Nie jest w żaden sposób moralizatorka, ale daje czas na przemyślenia. Pozwala zwolnić, zastanowić się i ukoić. Można znaleźć w niej kilka złotych myśli, ale nie jest ona nimi przeładowana. To mnie właśnie zaskoczyło, bo myślałam, że będzie tutaj więcej pojedynczych cytatów, które można zaznaczyć (spotkałam się raz taką książką, że fabularnie było średnio, styl bardzo surowy, ale jednocześnie była przeładowana takimi złotymi myślami).
Ogólnie — ta książka jest faktycznie dobra dla fanów Dobrego miejsca! Przypadkiem wyszło tak, że w podobnym czasie oglądałam ten serial i czytałam książkę. Takie doświadczenie było świetne — zderzały się ze sobą dwie różne wizje tego, co po śmierci. Dwie różne budowy wszechświata. 

Poniższy widget jest afilacją - jeśli zakupicie książkę, klikając w niego, to dostanę prowizję.

Kwartalnik X - stres i książki!


Witam się z Wami już jako licencjat (licencjatka?) chemii! W końcu się obroniłam, skończyłam pierwszy etap moich studiów i z niecierpliwością czekam, aż pójdę na magisterkę. Trochę się stęskniłam za normalnym trybem studiów, bo ten ostatni semestr był nieco inny, ale nie o tym dziś. Chcę zrobić zwykłe podsumowanie tych trzech miesięcy.

Co u mnie? 

Życzenia, aby było spokojnie, były marzeniem ściętej głowy. Nawet nie wiem, jak mogłam oczekiwać, że będę mieć spokój — praca licencjacka, konferencja i obrona. Kwiecień był jeszcze całkiem spokojny, ale chyba dlatego, że byłam zmęczona. W maju rozpoczęła się jazda bez trzymanki. Weszłam w tryb awaryjny — działałam na najwyższych obrotach, aby wszystko ogarnąć. Na szczęście nie byłam sama w tym. Ale czerwiec! Nasza konferencja, pisanie pracy licencjackiej, pierwsze wystąpienia na konferencji, ostatnie zaliczenia i jakieś wydarzenia z uczelni, w których brałam udział — pod koniec miesiąca, idąc na kolejną reprezentację uczelni, zadałam sobie pytanie: DLACZEGO JA TO SOBIE ROBIĘ?. Jednocześnie to jest tak cholernie satysfakcjonujące, że jest po prostu warto. 
Ogólnie czytałam jakoś dużo, starałam się słuchać audiobooków, ale jakoś nie szło mi to. Za to stres odreagowywałam zakupami książkowymi... Od końca maja kupiłam 8 książek, do tego 3 książki czekają na recenzje. Będzie intensywnie w najbliższym czasie. 
A życie osobiste? O dziwo, miałam je. Dużo czasu spędziłam z przyjaciółmi — głównie dlatego, że z większością działałam na konferencji i w różnych wydarzeniach. Ale nie tylko! Dla rodziny, chłopaka i przyjaciół spoza uczelni również starałam się znaleźć czas. Ba! Nawet zorganizowałam ognisko.

Książki 

Przeczytałam 21 książek, czyli jest to bardzo ładny wynik, biorąc pod uwagę, ile ja zrobiłam. Najmniej ochoty na czytanie miałam w czerwcu, ale ja po prostu nie miałam głowy do niczego innego niż obowiązki. Szczególnie że wisiały nade mną widma nienapisanych recenzji. Gdy czułam, że mogę poczytać więcej, to czytałam książkę za książką. 
Większość książek, które preczytałam, to były bardzo dobre książki. Były 3 książki, która uważam za 10/10, ale też były inne, o których chętnie bym napisała, ale jednak nie wyróżniły się aż tak. Słabych książek nie było wiele, ale jednak się zdarzyły.

Co polecam?

1. Cieszę się, że moja mama umarła Jennette McCurdy — dalej podtrzymuję, że jest to książka, o której ciężko mówić. To biografia gwiazdy "iCarly", która ukazuje kulisy życia dziewczyny, Jej problemy rodzinne, relacje z matką, która była bardzo toksyczna. Jest to książka mocna, poruszająca i zdecydowanie dająca do myślenia. Łzy cisną się same do oczu w losowych momentach. Żadnego dziecka nie powinno to spotkać. 
2. Królestwo złowrogich Kerri Maniscalco — jakie to świetne! Kocham, kiedy trylogie kończą się w taki sposób. Świat, fabuła — totalnie w moim guście. A w dodatku autorka wywraca wszystko do góry nogami i dzieje się dużo! Ta część nadaje również innego wydźwięku całej serii, sprawiając, że jest to piękna historia o miłości po prostu. Aż mam ochotę przeczytać to znowu, mimo że nie tak dawno to czytałam!
3. Ballada o złamanym sercu Stephanie Garber — kolejna emocjonująca książka! Im dalej, tym poziom emocji wzrasta, aby na samym końcu wystrzelić poza skalę. Miałam po niej kaca książkowego, a silne wrażenia i wiele znaków zapytania pozostało do tej pory.


Czego nie polecam?

1. Coffee & Cigarettes Julia Kubicka — autorka przewijała mi się gdzieś na Twitterze i zdecydowałam się coś od niej przeczytać. No dobra, przesłuchać, bo wybrałam formę audiobooka i jedynie dzięki temu to skończyłam. Ta książka jest tak nudna, bez polotu i, najzwyklej w świecie, nieciekawa. Fabuła nijaka, bohaterowie nijacy — główna bohaterka ma być tą dziewczyną "inną niż wszystkie" i niezrozumianą przez świat, a głównych bohater to dobry chłopak, który nie chce być tym złym, ale życie go do tego zmusza. Między nimi nie było żadnej chemii. Dosłownie książka nie wywoływała we mnie żadnych emocji, nawet jakiejś większej irytacji. Może troszkę, ale nie jakoś bardzo. 
2. Love on the brain Ali Hazelwood — stwierdzenie, że się zawiodłam to trochę za dużo, ale ta książka do mnie nie trafiła. Miło spędziłam przy niej czas, ale jednak nie czuję jej zupełnie i nie polecam, bo uważam za toksyczny stosunek głównych bohaterów do siebie. Szczególnie Leviego do Bee — nie jest to romantyczne, a bardzo niezdrowie i niepokojące. Dodatkowo zakończenie jest tak mocne, że aż słabe. Ma szokować, a jedynie wywołało u mnie zmarszczenie brwi i dezaprobatę. 
3. Rodzina Monet Weronika Anna Marczak — im więcej czasu mija od przeczytania tej książki, tym ja mam coraz gorsze zdanie. Przede wszystkim dostrzegam, że to, że się wciągnęłam i całkiem przyjemnie spędziłam czas, to nie jest wszystko, co się liczy w książkach. Po pół roku od przeczytania pierwszej części i trzech miesiącach od przeczytania drugiej, kiedy coraz to nowe tomy tej serii wyskakiwały mi niemalże z lodówki, uważam tę serię za najzwyklej w świecie słabą. Nie jest dostosowana do wydania w formie papierowej, nie ma jakiejś ciągłości w fabule. Jest najzwyklej w świecie słabo napisana. Część wątków pojawia się, a potem nie jest kontynuowana, a akcja biegnie, jak gdyby nigdy. Do tego ukazane są toksyczne relacje między Hailie i jej braćmi oraz pełno podwójnych standardów. Im dłużej jej popularność się utrzymuje, tym ja bardziej nie rozumiem dlaczego.

Porzucone

 Lucy Yi nie jest romantyczką Lauren Ho — jedyna książka w tym roku, jakiej nie byłam w stanie dokończyć. Słuchałam jej jako audiobooka i po prostu jest to dla mnie książka nieciekawa, nieinteresująca i jakoś bez polotu, mimo że porusza naprawdę trudny temat, jakim jest strata dziecka i ciąża. Nie przeszkadza mi wątek, że główni bohaterowie poznają się, aby tylko mieć ze sobą dziecko. Jakoś drażni mnie główna bohaterka i jej były narzeczony. Ich zachowanie uważam za infantylne. Nie byłam w stanie skończyć tego słuchać. 

Filmy

Powróciłam do oglądania filmów i całkiem sporo ich obejrzałam. W dużej mierze były to filmy młodzieżowe albo takie, której już widziałam. Biorąc pod uwagę, że piszę to w połowie lipca, to też nieco mi się miesza, co kiedy obejrzałam, bo nie spisywałam tego aż tak dokładnie, jak się okazało. 

Co polecam?

1. Zabójcze wesele — kontynuacja, która utrzymuje poziom. Humor mi się podoba, a sama zagadka i zmagania bohaterów są ciekawe. Bohaterów da radę lubić, nie irytowali mnie, więc jest dobrze.
2. Uciekające królowe — to jest tak dziwny film, że aż go Wam polecę! Poczucie humoru jest przedziwne, jest zupełnie odjechane i nie do końca moje, ale podobało mi się. Oglądało się to naprawdę przyjemnie.
3. Avatar: Istota wody — brawo ja! Nie spisałam filmów i bym zapomniała o Avatarze. JAKIE TO BYŁO PIĘKNE! Ten filmy jest przepiękny po prostu i zachwycający. Na tyle, że jestem w stanie wybaczyć to, że trwa 3 godziny. Fabularnie też jest ciekawie, chociaż wydaje mi się, że wypada trochę gorzej niż pierwsza część.

Czego nie polecam?

Zróbmy zemstę — jakoś nie przypadło mi to gustu. Przez zachowanie głównych bohaterek i ich intencje nie oglądało mi się tego przyjemnie. Liczyłam na to, że to będzie inaczej wyglądało. Nie będzie takiej podłości. 

Seriale

Wydawało mi się, że nie oglądałam aż tak dużo seriali. Patrząc na moje TVTime oglądałam całkiem sporo — w kwietniu 80 odcinków, w maju 66, a w czerwcu 100. Z czego w czerwcu zaczęłam ponownie oglądać Brooklyn 9-9, które jest moim ulubionym serialem. Również obejrzałam całą Hannę Montanę. 

Co polecam?

1. Dobre miejsce — jaki to był dobry serial! Wciągnęłam się, oglądałam odcinek za odcinek. Nie mogłam się oderwać. To jeden z tych seriali, który na pewno zostanie ze mną na dłużej. Podoba mi się taka wizja tego, co jest po śmierci. Zostało to ukazane naprawdę interesująca, zbudowano ku temu podstawy, a jednocześnie zachowano lekkość i odpowiednią dozę humoru.
2. Stranger things — obejrzałam dwa sezony i jakoś nie potrafię wrócić, aby dokończyć drugą połowę. Nie spodziewałam się, że ten serial będzie aż taki dobry. Bardzo mi się podoba ten zamysł na świat, który składa się z dwóch stron, a po drugiej stronie są potwory. Polubiłam bohaterów i naprawdę przeżywałam to, co się dzieje na ekranie.

Kosmetyki 

Przyznam się szczerze, że nie tylko książek nakupowałam. Jakoś moje zbiory kosmetyków, zwłaszcza do włosów, też się powiększyły. Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale się stało. Jestem teraz na etapie zużywania tego, co mam, ale trochę się z tym zejdzie. Część kosmetyków jest na tyle przetestowana, że mogę o nich napisać, a o część dopiero wyrabiam sobie zdanie. 

1. Bielenda Nawilżająca maseczka prebiotyczna — to jest jakiś gamechanger! Największa zaleta — można nałożyć na noc i zmyć rano. Działanie jest rewelacyjne. Świetnie nawilża, buzia rano jest  nawilżona. Nie zapychała mnie. Jak dla mnie idealna do stosowania przed jakimiś większymi okazjami. 
2. Bielenda Profesional Proactive Face cream SPF50 - produkt treściwy, gęsty, ale bardzo przyjemny w użyciu. Nie bieli, nie zapycha i szybko się wchłania. Opakowanie typu airless oraz pojemność 100 ml to kolejne plusy. Pewnie kupię ponownie, jeśli znajdę na promocji, bo to SPF, którego najlepiej mi się używa. 

Z czego jestem dumna?

Przede wszystkim z organizacji Konferencji Kosmetycznej Sun Beuaty — udało się! Było to cholernie ciężkie przedsięwzięcie, pełne trudności i różnych przeszkód, ale dałyśmy radę. Oby w przyszłym roku było lżej. 
Druga rzecz, to bardziej zadowolenie niż duma, ale wyjazd do Poznania był super! Bez presji, dużo dobrego jedzenia i ładne widoki. To było tak fajne miasto do chodzenia! Idealnie na spacery. I było też dużo zieleni. Nawet gruz w centrum nie przeszkadzał. 

Coś się kończy, coś się zaczyna

 Odesłałam wczoraj pracę licencjacką do promotorki, kumpela ze studiów zaczyna pracę w przyszłym miesiącu, a ja jeszcze pakuje się, bo planuję zmienić mieszkanie. Dobitnie czuję, że coś kończy i coś się zmienia. Chociaż z tą zmianą jest dziwnie — nie czuję ekscytacji, nie czuję lęku. Bardziej mi przykro, że kończy się pewien etap w moim życiu. Chyba najważniejszy etap w moim życiu.



Reaguje na to dość emocjonalnie. Przykro mi, że z dwoma osoba nie będę się już widzieć codziennie od października. Poznałam tutaj tak cudowne, tak szczere i sympatyczne osoby. Stworzyłyśmy świetną paczkę. Wspierałyśmy się przez te lata, pomagałyśmy sobie i było świetnie. Ba! Pierwszy raz w życiu mam tak dojrzałe relacje z ludźmi. To naprawdę cudowne uczucie. Te trzy lata, a zwłaszcza ostatnie 2 lata, to był zdecydowanie najlepszy czas mojego życia. Wspólne wyjścia, pizza za kilkanaście, kawa w rektoracie i wspólne działanie w kole naukowym. I te spontaniczne wyjścia, bo w sumie jest czas, jutro coś mamy, ale to nieważne. Można na chwilę wyjść, odpocząć i potem wrócić, i robić to, co trzeba zrobić. 

Przez te trzy lata dużo się zmieniło. JA się zmieniłam. Rozpoczynając te studia, byłam złamana. Moja pierwsza uczelnia mnie złamała, sprawiła, że straciłam poczucie kontroli, straciłam wiarę w moje zdolności. Tydzień nauki? Ledwo zdasz, zabraknie ci punktu do zaliczenia. Koniec semestru, ostatnie kolokwium i przedmiot, w którym próg zdawania  ustalony zostaje po tym ostatnim kolokwium — zabrakło mi mniej niż 1 punktu do zaliczenia przedmiotu. Pamiętam, że na innym przedmiocie było zadanie, którego nie potrafiłam zrobić w całości, dochodziłam do pewnego momentu i tyle. Miałam je na kolosie i na poprawce, zrobiłam tyle samo i jednego razu miałam jakieś 2 punkty, a za drugim 6 czy 7. Różnica spora w każdym razie. Egzamin z matematyki, które zdały dwie osoby z grupy, i po sprawdzeniu mail od prowadzącego "na poprawce będę oceniał łagodniej". Jak to w ogóle brzmi?

 Rekrutacja na studia mnie stresowała. Bałam się, że mnie nie przyjmą z wynikami z poprzedniego roku. Dostałam się na spokojnie, bez problemów. I później zaczęło to iść dobrze. Laboratoria z fizyki szły mi dobrze, ogarnęłam Excela, metodę najmniejszych kwadratów. Matematyka? Również bez większych problemów. Po pierwszym roku stypendium. Rozpoczęcie aktywnego działa w kole naukowym. I tu po tym roku zaczyna się ten the best time of life. 

Okres licencjatu mnie podbudował mnie, moją pewność siebie i wyszłam z kokonu. Okazało się, że jestem bardziej ekstrawertyczką niż introwertyczką i naprawdę nieźle funkcjonuję wśród. Moja osobowość rozwinęła się przez ten czas, a ja w międzyczasie wyszłam z żałoby, z której byłam od końca drugiej klasy gimnazjum do niemalże trzeciej klasy liceum, gdzie ta trzecia klasa to był początek wychodzenia z niej. W tamtym miałam poczucie, że co chwilę ktoś umiera i potrzebowałam dużo czasu, aby się z tym oswoić. Połączenie żałoby, pójścia do szkoły średniej, co wiązało się ze zmianą otoczenia i stracenie paru znajomości, to było dość ciężkie. Zaczęłam się otwierać na osoby z mojej szkoły dopiero gdzieś w drugiej klasie, miałam przyjaciół, ale to już nie wyglądało jak w gimnazjum — kiedy nie było żadnych problemów, aby się z kimś spotkać. W roku szkolnym rzadko kiedy wychodziłam ze znajomymi, w wakacje też bywało różnie — z pewnością nie tak, że codziennie coś się zadziało. 



I teraz jest tutaj. Siedzę już w moim domu, kończę ten post. Łzy mi się wciąż cisną do oczu. Jestem inna, niż byłam całe liceum. Zawsze się śmiałam, że ja na początku liceum i na ja koniec liceum, to dwie różne osoby. Pod koniec liceum naprawdę dobrze bawiłam się w moim życiu i robiłam rzeczy, o których nigdy wcześniej nie pomyślałam, że zrobię. Nie powiem, że teraz jest tak samo, bo zaczynając studia, lepiej wiedziałam, co jestem w stanie robić. Tu chodzi o coś innego — nie spodziewałam się, ile potrafię osiągnąć. 

Trafiłam po prostu odpowiednio — na odpowiednich ludzi, w odpowiednie miejsce i w odpowiednim czasie, a co najważniejsze — potrafiłam to odpowiednio wykorzystać. Co dało właśnie efekty nie tylko w moich osiągnięciach, nie tylko w mojej wiedzy, ale właśnie w mojej osobowości. 

Jestem bardziej pewna siebie i znam swoje możliwości. Wejście do dziekanatu czy rozmowa z panią dziekan jest już dla mnie normą. Nie jest to tak stresujące, jak dawniej i nie mam poczucia, że coś powiem nie tak i dostanę opierdol życia (ah, i teraz widzę, co pozostawił we mnie okres gimnazjum. Co ciekawe, dużo swobodniej jest mi rozmawiać z wykładowcami na uczelni niż z moimi nauczycielami z podstawówki i gimnazjum). Pisanie maili to dla mnie najbardziej komfortowa forma komunikacji, ale i w ostateczności jak muszę, to telefonuję. Najgorzej jest mi wykonać ten telefon, bo nie widzę drugiej osoby i muszę tylko na jej głosie polegać. Zbieram się często do tego pół godziny do dwóch godzin, w gorszym przypadku to na kilka dni, a sama rozmowa zajmuje mi mniej niż minutę... Z załatwianiem spraw na żywo zwykle nie mam problemu, ale zdarzają się dni, gdy mówię "błagam, jak możecie, to zróbcie to, bo ja dziś nie mam na to siły/nerwów/psychy"  i to jest okej. W większości przypadków po prostu to robię i tyle. 


I chyba tyle chciałam przekazać. Trzymajcie za mnie kciuki na obronie!

Miałam kaca książkowego! - recenzja "Ballada o nieszczęśliwej miłości" Stephanie Garber

Siadam do pisania po nieplanowej przerwie. Nie pisałam nic 2,5 tygodnia. Zjadał mnie stres, nie byłam w stanie myśleć. Ba, nawet mało co czytałam. Do tego laptop przestał współpracować. Dosłownie wszystkie prawa Murphy'ego działały w moim życiu. Cieszę się, że zrobiłam notatki z Ballady o nieszczęśliwej miłości i mogę odtworzyć większość wrażeń po przeczytaniu jej. Szkoda tylko, że większość emocji, które czułam, uleciało ze mnie. 

Jestem, wróciłam i siadam do pisania. Mam nadzieję, że w tym miesiącu pojawię się z regularnością. Chociaż została mi praca licencjacka do skończenia i boję się, że przez to znowu blog pójdzie w odstawkę. Co w sumie by było zrozumiałe i rozsądne, ale brakuje mi pisania. Szczególnie że mam do zrecenzowania tak dobrą książkę!

[Materiał reklamowy — współpraca z wydawnictwem Poradnia K]

Tytuł: Ballada o nieszczęśliwej miłości 
Oryginalny tytuł: The Ballad of Never After 
Seria: Baśń o złamanym sercu
Autorka: Stephanie Garber
Tłumaczka: Dorota Dziewońska
Wydawnictwo: Poradnia K


Dalsze losy Evangeliny, która przybyła do Cudownej Północy, i okazuje się, że dzięki niej może spełnić się przepowiednia. Dziewczyna nie dość, że musi się zmagać z towarzystwem Księcia Serc, któremu nie ma zamiaru po tym wszystkim, co jej zrobił, to jeszcze padła ofiarą strasznej klątwy. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że wymaga to od niej współpracy z Jacksem...

"Ballada o nieszczęśliwej miłości" wywarła na mnie ogromne wrażenie i dołączyła do najlepszych książek tego roku. Wydarzenia z niej przeżywałam kilka dni, pewne kwestie zastanawiają mnie do tej pory. Co więcej! Gdy ostatnio miałam gorsze dni, byłam gotowa zacząć czytać ją ponownie, aby poczuć te wszystkie emocje odnowa i oderwać się od rzeczywistości. I to zaledwie tydzień po jej skończeniu. Szkoda, że nie mogłam utrzymać koncentracji dłużej niż kilka stron. Czuję też, że czytałam tę książkę w odpowiednim czasie. Nie czułam się ostatnio tak przytłoczona fantastyką, jak w grudniu, gdy czytałam "Baśń o złamanym sercu", dzięki czemu dużo szybciej wczułam się w tę historię i wywołała we mnie znacznie więcej emocji! 

Baśnie ożywają 

Baśnie w tej serii robią naprawdę ogromne wrażenie na czytelniku. Czuję, jakby to był jakiś kolejny bohater, który potajemnie wpływa na bieg wydarzeń i mąci w głowie Evangelinie, a przede wszystkim nie daje się poznać takim, jakim jest naprawdę. Ciężko odkryć jego tajemnice, przez co wyraźnie dostrzegam dualizm tych opowieści. Są piękne, robią wrażenie i niosą ze sobą naukę, ale jednocześnie prawda, która za nimi stoi, jest przerażająca. Stephanie Garber po prostu niesamowicie potrafi ukryć okrucieństwo stworzonych przez siebie światów pod ich pięknymi opisami, które zachwycają czytelnika i wywierają na nim ogromne wrażenie. 
Nawiązałam już do światów, ale niech to wybrzmi jasno — baśnie to nieodłączny element Cudownej Północy. Właściwie to dzięki nim jest tak cudowna i temu, że poza Cudowną Północą ich treść się zmienia. Ba, nawet ich treść w książkach w bibliotece w miejscu ich pochodzenia się zmienia, bo te zostały w taki sposób zaczarowane. Ukrywają prawdę. Mylą czytelnika i zwodzą. Historia tego miejsca jest znacznie bardziej rozległa. W tym tomie wraz z Evangeliną poznajemy rody, które mają znaczenie w tym świecie oraz to, w jaki sposób je zyskały. Dowiadujemy się więcej o Valorach, czasach ich władzy i ich upadku. Obraz tej krainy staje się coraz pełniejszy, a nawet pełny. 

Ludzkie oblicze Mojrów

Ballada o nieszczęśliwej miłości pozwala nam też lepiej poznać Mojrów i odkryć ich drugą twarz. W trylogii Caraval były to istoty nieludzkie, okrutnie i zdające się żywić ludzkim cierpieniem. Tutaj dalej traktują ludzi jak zabawki czy pionki w grze, a ich poczucie moralności jest zupełnie inne niż to, jakie znamy z naszego życia. Bardzo mi się podoba, że w tej części czytelnicy mają szansę bliżej poznać tok myślenia Mojrów. Przyznam się, że nie pamiętam, czy w Baśni o złamanym sercu było to dokładniej opisane. Jednak właśnie w tej drugiej części była scena, która szczególnie mi utknęła w pamięci — gdy jedna z Mojr tłumaczy Evangelinie, co ją popchnęło do podjęcia takiej, a nie innej decyzji (doceńcie moje starania, żeby nie spoilerować). 
Teraz przejdźmy do najważniejszej kwestii — Jacks! W końcu poznajemy historię Księcia Serce i dowiadujemy się, w jaki sposób stał się Mojrem. Czy jest to w pełni wyjaśnione? Nie całkiem, brakuje tutaj tylko takiego technicznego aspektu, co jeszcze może zostać nadrobione. Sama historia Jacksa jest niesamowita i... Porusza czytelnika? Uderza czytelnika?  Nie wiem, jakich słów użyć, ale z pewnością zostaje w pamięci. Wraz z odkrywaniem kolejnych kart historii Księcia Serc i z biegiem fabuły czuję, że ten Mojr odzyskuje ludzkie oblicze. Jest w nim lęk, jest nadzieja. Coś się zmienia w tym świecie. 

UWAGA! SPOILER! JEŚLI CHCESZ GO POMINĄĆ, PRZESKOCZ DO KOLEJNEGO AKAPITU.

Zupełnie nie mam pojęcia, czy to wybrzmiało w poprzedniej części, ale LaLa to kolejna z Morj, z którymi mamy do czynienia w tej serii. Jej postać jest kolejnym powodem, dla którego uważam, ze autorka pokazuje ludzką twarz tych bóstw. Ta bohaterka również opowiada swoją historię, skąd się wzięła i na czym polega jej klątwa. Na tyle polubiłam jej postać, że chciałabym, aby w kolejnej części miała znacznie większą rolę. 

A co z główną bohaterką?


Evangelina dołącza do grona moich ulubionych bohaterek i to oficjalnie! Przede wszystkim podoba mi się w niej to, że nie boi się podejmować trudnych decyzji, a to jest od niej wymagane. Cierpi i robi wszystko, aby ten okrutny dla niej czas się zakończył, ale jednocześnie jej decyzje są naprawdę racjonalne. Konkretniej widać w nich racjonalność, mimo podejmowanego ryzyka — niestety, dla głównej bohaterki jest ono koniecznością, ale dla czytelnika to czysta przyjemność. 


Kiedy piszę o tej czystej przyjemności, myślę, że już mogę się zbliżyć do końca. Fabułą tej części bardziej przypadła mi do gustu — tajemnice, poszukiwania, klątwy... Podoba mi się to, że bohaterka ma konkretny cel, do którego dąży, bo jej po ludzku zależy. Nie przyniesie to jej bogactwa, nie zbawi świata, ale wierzy, że dzięki temu w końcu będzie szczęśliwa. Jednocześnie wszystko, co się dzieje, przeszkadza jej w tym, ale ona nie wątpi. 
Dla mnie jako czytelniczki, ta książka jest idealna. Dostarcza wielu emocji, zachęca do zastanawiania się, jaki będzie kolejny krok i przede wszystkim — nie daje o sobie zapomnieć. Nie bez powodu przeżywałam zakończenie tej książki przez dwa dni. Ba, do tej pory ono nie daje mi spokoju, kiedy o nim pomyślę. Zakończenie tej historii jest jednym z tych, po którym czytelnik chce dość do siebie, a jednocześnie chce przeczytać NATYCHMIAST kolejną część, bo musi wiedzieć, co będzie dalej. Autorka zdecydowała się na bardzo odważne posunięcia, chce się powiedzieć, że bez odwrotu. Jacks miał swój najlepszy moment w ciągu całego swojego istnienia. Zakończenie było dla mnie naprawdę mocne i szokujące. To chyba najlepsze słowa, jakich mogę użyć. 

Czy Wam polecam? Jeśli nie chcecie w cierpieniu czekać kilku boleśnie długich miesięcy, aż będzie można poznać finał tej historii, to nie czytajcie tego. A pisząc poważnie, to boli mnie, że ta seria nie jest tak popularna. Uważam, że to jedna z lepszych serii, jakie czytałam w ostatnich latach. Niesamowity, wciągający i nietuzinkowy świat, który rządzi się własnymi regułami i może żyć. Bohaterowie, którzy są nietypowi, nie darzą się sympatią, ale się potrzebują... I ich charaktery! Jeśli nie przypadł Wam Caraval do gustu, to nie bójcie się sięgnąć po tę serię. Mimo że akcja ma miejsce w tym samym uniwersum, to znajomość Caravalu nie jest niezbędna, aby przeczytać Baśń o złamanym sercu. Natomiast jeśli planujecie czytać Caraval, to lepiej czytać w kolejności wydania, aby uniknąć spojlerowania sobie zakończenia całej trylogii Caraval

Wszystkie tajemnice wyszły na jaw - "Królestwo złowrogich" Kerri Maniscalco

 Hejo!

Przez większość tygodnia nie miałam czasu, aby usiąść i dokończyć tę recenzję. A szkoda! Na szczęście najbliższy tydzień wydaje się być nieco lżejszy. W tym tygodniu nawet dobrze nie miałam czasu, aby odpocząć, a co mowa o rzeczach przyjemnych (blog, Instagram i pisanie licencjatu [szok!]). 

[Materiał reklamowy - współpraca z wydawnictwem You&YA)

Tytuł: Królestwo Złowrogich
Oryginalny tytuł: Kingdom of Feared
Seria: Królestwo Nikczemnych #3
Autorka: Kerri Maniscalco
Tłumacz: Andrzej Goździkowski 
Wydawnictwo: You&YA
Liczba stron: 446

Z racji, że jest to finałowy tom trylogii, odpuszczam opis fabuła — będzie za dużo spoilerów do poprzednich tomów, a myślę, że na wstępie mogę Wam tego zaoszczędzić. Jeśli pojawią się one, gdzieś w środku fabuły i będę je oznaczać. Zachęcam do przeczytania recenzji poprzednich części. 

Recenzja Królestwo Nikczemnych 

Recenzja Królestwo Przeklętych

Zacznę od tego, że JAK JA KOCHAM TĘ SERIĘ, TO WY SOBIE NIE WYOBRAŻACIE. Naprawdę, nie bez powodu dwa tomy Królestwa nikczemnych znalazły się wśród najlepszych książek ubiegłego roku. I wiecie, co, będzie mi naprawdę ciężko pisać tę recenzję, aby nie spoilerować zanadto i jednocześnie piać o tym, że to niesamowite cudo i każdy musi je przeczytać, tylko dać po prostu konkrety. 

To może zacznę od tego, że cała trylogia Królestwo nikczemnych to seria skierowana do dorosłych czytelników. Co najmniej można ją określić jako 16+, ale z każdą kolejną częścią rośnie intensywność, szczególnie jeśli chodzi o natężenie scen erotycznych. Dodatkowo sceny erotyczne są różne — niekiedy są to faktycznie sceny, do których słowo "intymny" pasuje, a innym razem jest to element zabaw dworskich, gdzie gdzieś w tle grupa demonów oddaje się tego typu rozrywce. Także seks wychodzi poza sypialnię, co dla bohaterów jest normalne i niekiedy pożądane, ale już nie każdy czytelnik będzie to tolerował i nawet fabuła go nie przekona do przeczytania tego, miejcie to uwadze. 

Złudzenie opada, tajemnice wychodzą na jaw

Myśląc o tym tomie, z pewnością nie przewidziałabym tego, co się wydarzyło. Na całe szczęście! To jedno z tych zakończeń, które zmienia wydźwięk całej serii i wywraca wszystko do góry nogami. 
Kerri Maniscalco odkryła chyba wszystkie swoje karty w tej części. Niby ta część powinna być o ślubie Emilii z Diabłem, ale mamy też zagadkę kryminalną, od której wszystko się zaczyna. Jesteśmy też w momencie, gdy Emilia zna prawdę o śmierci swojej siostry. Nie mam tutaj takiego poczucia, jak przy pierwszej części, że brakuje mi wątków pobocznych. Tutaj nic nie zostało zaniedbane, wszystko ma
Cała historia jest tak zgrabnie ze sobą połączona. To, co miało miejsce przed wydarzeniami z pierwszej części, jest bardzo dobrze wplecione w obecne wydarzenia i sensownie tłumaczy część rzeczy. Pomysł na to jest rewelacyjny i to po prostu trzeba przeczytać samemu. W tej część dowiadujemy się wielu rzeczy z historii tego świata, co również urozmaica całą historię. 
Królestwo Złowrogich najlepiej obrazuje świat bohaterów. Konfrontuje legendy i wierzenia wiedź z realiami piekła. Emilia już się oswoiła, że w piekle jej wychowanie wręcz przeszkadza. Teraz dodatkowo okazuje się, że wszystko, w co wierzyła to kłamstwa. W pierwszej części trylogii poznajemy działanie magii, wierzenia wiedźm, ale jednocześnie jest to dość ograniczone, bo główna bohaterka jako wiedźma jest sama ograniczona i dopiero wyłamuje się z tych ram. W drugiej części trafiła do Piekła i poznaje, jak ono funkcjonuje, jak bardzo jest to zwodnicze miejsce i  jego sposób wpływania na zmysły, pragnienia i marzenia.

Niezwykła chemia między bohaterami 

Sposób budowania relacji między Panem Gniewu a Emilią jest niesamowity. Zaczyna się od niechęci, nienawiści wręcz i braku zaufania, gdzie już pod koniec pierwszej części widać te zalążki sympatii z jednej i drugiej strony. Oczywiście żadne z nich tego nie dopuszcza do siebie, jednocześnie są dla siebie atrakcyjni fizycznie. W drugiej części lody już są przełamywane, zaczynają dopuszczać do siebie tę sympatię i czuć między nimi chemię. Nie tylko znaczenie ma to, że są atrakcyjni, a bycie w Piekle też na nich dodatkowo oddziałuje, ale po prostu zaczynają się lubić bardziej, niż są w stanie przyznać się przed samym sobą. 
W końcu nadchodzi trzecia część, która jak dla mnie przedstawia jedną z najlepszych historii miłosnych. Miłość bohaterów jest widoczna i jest niezaprzeczalna. I jest po prostu piękna. To, co oboje są w stanie dla siebie zrobić, i to wszystko, co się między nimi działo. Jak wspólnie odkrywają tajemnice, ale też sposoby na złamanie klątwy jest cudowne. To świetny duet, któremu bardzo dobrze się ze sobą współpracuje. Bardzo podoba mi się, że w ich relacji oboje są sobie równi i traktują się z wzajemnym szacunkiem, biorą swoje zdanie pod uwagę i starają się obrać jeden front. Kurczę, szkoda, że tak zdrową relację odnajduję dopiero w fantastyce. 

Niekończące się emocje 

Skończyłam Królestwo Złowrogich w niedzielę, w ciągu dnia. Ten fragment piszę w poniedziałek i dalej czuję te emocje, które mi towarzyszyły, i taką cudowną błogość, jaką czułam podczas czytania. Naprawdę czytanie tej serii to było dla mnie niesamowite doświadczenie, inna przyjemność i, co najlepsze, chęć przeżycia tego wszystkiego od nowa! Rzadko kiedy się zdarza, abym po przeczytaniu czegoś chciała to czytać od nowa. Nie robiłam rereadu poprzednich części przed sięgnięciem po trzecią część i w tym momencie bardzo się z tego cieszę, bo myślę, że po tym, jak się obronię, to przeczytam moje ulubione książki (coś czuję, że wyjdzie mi podobna lista książek, jak te, co miałam przeczytać po maturze), w tym Królestwo nikczemnych, mimo że unikam czytania dwa razy jednej książki w ciągu roku. Z kolei recenzję kończę w sobotę, gdy myślałam, że już wszystkie emocje ze mnie opadły. Ale wiecie co? Wróciłam do pisania i powracają mi te emocje. I właśnie takich książek potrzebuję.
Przez tę książkę się dosłownie płynie. Czyta się i nie czuć, że lecą kolejne strony. Jest wiele emocji — od szczęścia, po zaciekawienie, szok i nawet jest miejsce na wzruszenie. Szczególnie uszczęśliwia mnie zakończenie. Daje mi namiastkę tego, jak będzie wyglądało życie bohaterów, gdy wszystko już będzie dobrze. To jest coś, czego brakuje mi w książkach. Jak się zżyję z bohaterami, to mogłabym przeczytać książkę bez żadnych plot twistów, bez żadnych wielkich akcji i tragedii, tylko czytać o tym, jak się zmagają z ich codziennością.

Bohaterowie, jak żywi 

Uwielbiam bohaterów w tej historii! To dzięki ich relacji, i przede wszystkim dzięki nim jestem w niej tak bardzo zakochana. Czuję się, że mogliby istnieć naprawdę, jeśli oczywiście demony i wiedźmi istnieją (a może istnieją?).
Emilia dalej się rozwija i kierunek rozwoju jest nieoczywisty. Jednocześnie, jak wracam do recenzji drugiego tomu, to ja tak dobrze rozszyfrowałam jej postać! Dalej podtrzymuję to, co napisałam. Emilia jest po prostu furią. Dalej wpada gwałtownie w gniew, jest w stanie wszystko zniszczyć. Jednocześnie rozwija się jako wiedźma. Jej moce zaczynają się ujawniać, zostają odblokowane i jest to niesamowite! Emilia to postać, która zyskiwała siłę i odkrywała siebie przez całą serię. Jej siła polegała na jej nieustępliwości, umiejętności wykorzystania zemsty i gniewu do własnych celów, i przemyśleniu tego.
Pan Gniewu zyskuje bardziej ludzką twarz, o ile można tak mówić o demonie. Dalej jest tak samo chłodno opanowany i wyrachowany, a jego gniew dalej daje o sobie znać. Z Emilią tworzy idealny duet. Z każdą stroną opada ta maska nieludzkiego demona bez innych uczuć poza gniewem. Pan Gniewu zaczyna przewijać coraz więcej innych uczuć — przywiązanie, troska i przede wszystkim miłość, z którą walczył tak długo, jak musiał.
Ogólnie, dopiero jakieś ostatnie sto stron pokazuje tych bohaterów takimi, jakimi byli naprawdę. Bez żadnych ograniczeń, bez żadnych blokad, klątw i innych... Warto było czekać i obserwować rozwój ich przez te części, aby dopiero na koniec otrzymać ich pełen obraz. 

UWAGA! Spoiler do końca tej części recenzji 

Vittoria jest tak cholernie irytującą postacią... Przynajmniej przez większość książki, dopiero na koniec zaczyna się zachowywać normalnie. Po pierwsze kreowana jest na największego złoczyńcę w Kręgach Piekielnych, co jest irytujące, a jednak coś w tym jest, bo nie wiadomo czego się po niej spodziewać. Z początku widać niespójność między jej zachowaniem a tym co mówi. Z czasem zaczyna zyskiwać więcej sensu i być logiczne, jednak wciąż czyny tej mnie drażniły i pewnie można by było osiągnąć ten sam efekt w inny sposób. Niemniej jest to postać bardzo ważna dla całej historii i wiele do niej wnosi, szczególnie jeśli chodzi o rozwiązanie tajemnic.

Powrót poprzedniego tłumacza

Królestwo Złowrogich było tłumaczone przez tę samą osobę, co pierwsza część historii. I, kurczę, to chyba było niepotrzebne. Tłumaczenie samo w sobie jest na wysokim poziomie, jednak uważam, że Stanisław Bończak dużo lepiej oddał chemię między bohaterami. Ten magnetyzm, napięcie między bohaterami i nie do końca zrozumiałe przyciąganie wylewało się dosłownie z każdej. W Królestwie złowrogich dużo bardziej czuć pożądanie w takim czystko fizycznym niż to charakterystyczne napięcie. Szczególnie było to dla mnie widoczne w scenach zbliżeń intymnych, w których bardzo czułam męskie pióro i zabrakło mi takiej subtelności, której odrobina jeszcze powinna pozostać w Emilii. Początkowe sceny intymne w książce są opisane mocno i nie do końca do mnie przemawia styl ich opisów, ale z czasem wydają się one znacznie naturalniejsze, mimo że nie tracą na swojej intensywności. Być może tłumacz sam potrzebował czasu, aby nabrać wprawy w opisach scen erotycznych. Standardowo trochę ponarzekam na słownictwo — cipka jest jak bardziej okej i zawsze się cieszę, że to słowo zaczyna być normalizowane. Zdaję sobie sprawę, że wypadałoby w książkach używać jakichś synonimów i nie męczyć w każdym opisie tego jednego słowa, aczkolwiek uważam, że w nadmiarze pojawiało się słowo "szparka", chociaż to i tak nie mrozi mnie, jak słowo "szczelina". Generalnie, nie jest najgorzej. Ogólnie sceny  intymne były naprawdę dobrze napisane, nie wzbudzały we mnie zażenowania ani nie czułam, aby każda była opisana tak samo.  

Królestwo Złowrogich pozostawiło mnie z kilkudniowym kacem książkowym, ale przedtem pozwoliło mi sie cudownie zrelaksować. Czuję się, że ta seria dołącza do moich comfort books. Znalazła specjalne miejsce w moim sercu, a moje serce przy tych recenczjach krzyczyć "Olej obiektywność, daj 10/10!". Jeśli czujecie, że ta seria może Wam się sposobać - czytajcie. Bierzcie pod uwagę, że to nie jest ognisty romans, a świat z każdą częścią jest coraz lepiej opisany.