Podsumowanie semestru VI - koniec licencjatu!

 Cześć!

To już ostatni wpis z podsumowaniem semestrów na studiach. Na drugim stopniu będę kontynuować naukę na tym samym kierunku, ale zdecydowałam się zrezygnować z tych wpisów. W rzeczywistości pisanie o moich studiach nie sprawiało mi takiej przyjemności, mimo że je naprawdę lubię. Mając przerwę międzysemestralną czy wakacje wolałabym już o nich nie myśleć i zająć się czymś innym. Patrząc też na plany zajęć na magisterkę, to również nie widzę w tym sensu, bo drugi rok opiera się głównie na pracowni i seminarium magisterskim, a to jest bardzo indywidualne.  Byłoby tylko podsumowanie dwóch semestrów, może trzech, ale trzeci semestr składa się w większości z wykładów, które kończą się w połowie semestru i nie ma do nich żadnych ćwiczeń ani laboratoriów, a pisanie o samych wykładach mało można powiedzieć. Zobaczycie zaraz sami. 

Ogólne odczucia 

Ostatni semestr był jeszcze gorzej zorganizowany niż poprzedni, co bolało znacznie bardziej, bo miałam do pisania pracę dyplomową. Tym razem nie jest to kwestia pojedynczych przedmiotów, a odgórnych zarządzeń. Generalnie ktoś czegoś nie przemyślał i utrudnił życie studentom. Obrony były w terminie sesji letniej, więc fajnie by było, aby zaliczyć wszystko przed sesją. Jednak było to utrudnione, bo niektóre zajęcia były do końca semestru. W momencie, w którym powinnam szlifować moją pracę licencjacką, musiałam jeszcze się uczyć na wejściówki i robić sprawozdania, a to naprawdę zajmuje kilka ładnych godzin. Wolałabym inną organizację semestru — aby zajęcia dydaktycznie skończyły się w maju, czerwiec był przeznaczony na zaliczenia przedmiotów i potem obrona. Na mojej specjalności nie było dużo zajęć, głównie były to samodzielne wykłady, które kończyły się w połowie semestru. Laboratoria były z trzech przedmiotów, z czego  jedne skończyły się początkiem kwietnia, a drugie tydzień po Wielkanocy. Później był miesiąc przerwy w naszych laboratoriach i kolejne rozpoczęły się w połowie maja, były co dwa tygodnie i trwały praktycznie do końca semestru. To naprawdę było ciężkie i irytujące. 

Przedmioty

  • Podstawy farmakognozji 
  • Podstawy farmakologii 
  • Podstawy preparatyki kosmetyków
  • Podstawy zarządzania i marketingu 
  • Chemia materiałów 
  • Chemia stosowana i zarządzanie chemikaliami 
  • Inżynieria chemiczna
  • Ochrona własności intelektualnej i przemysłowej 

Specjalizacja nauczycielska 

  • Emisja głosu 
  • Przygotowanie pedagogiczne do pracy w szkole podstawowej 
  • Psychologiczne podstawy w szkole podstawowej 

Jak oceniam przedmioty?

Utwierdziłam się w przekonaniu, że samodzielne wykłady to nie jest forma, którą lubię. Jest dużo treści, której nie uczę się regularnie i powtarzam nic po wykładach, przez co nauka do zaliczenia była znacznie cięższa. Po ich zakończeniu nawarstwiło się zaliczeń i nie wiadomo było, jak to wszystko ustawić, aby nie było to uciążliwe. 

Podstawy farmakognozji były interesujące, ale prowadzone dość monotonnie. Druga połowa tego wykładu tematycznie mniej mi się podobała, ale prowadząca bardziej aktywizowała grupę i łatwiej było się zaangażować. Podstawy farmakologii natomiast były ciekawiej prowadzone. Wykładowca opowiadał, a nie czytał ze slajdów i była możliwość dyskusji. Na każdych zajęciach aktywizował grupę lub opowiadał jakieś ciekawostki, przez co łatwiej było zapamiętać informacje. Również nie było problemy z robieniem notatek. 

Wykład z chemii materiałów był podzielony między dwie osoby prowadzące. Nie będę owijać w bawełnę — pierwsza część wykładów nudna, nieinteresująca i ciężko cokolwiek z niego wynieść. Nauka do niego była koszmarem, bo z moich notatek nic nie wynikało.  Na drugiej było już lepiej. Łatwiej się notowało i były poruszane nieco ciekawsze zagadnienia. Ogólnie określiłabym ten przedmiot mało praktycznym.

Największe zaskoczenie tego semestru to wykład z ochrony własności intelektualnej i przemysłowej. Spodziewałam się jakiegoś nudnego przekazywania informacji z ustawy, a prowadzący podszedł do tematu zupełnie inaczej. Były cytaty z dokumentów prawnych, ale jednak dominował praktyczny aspekt ich przedstawienia. Naprawdę wspominam ten wykład dobrze.

Najciekawszym wykładem była chemia stosowana i zarządzanie chemikaliami. Prowadzący z pasją, widać, że sam z siebie interesuje się tymi tematami. To jedne z tych zajęć, na których jest się z przyjemnością i nie nużą. Jednocześnie są tym rodzajem zajęć, gdzie ciężko jest robić notatki. Na szczęście prowadzący wysyłał wykłady, więc nie było tak źle. Poznane zagadnienia bez problemu można było odnieść do otaczającej nas rzeczywistości i praktyki. Laboratoria do tego przedmiotu również były interesujące i przebiegały w bardzo sympatycznej atmosferze. Ćwiczenia nie były żmudne, niektóre wymagały więcej zaangażowania. Serio, wspominam je bardzo dobrze i nie widzę żadnego powodu do narzekania.

Na przedmiot inżynieria chemiczna składały się konwersatoria i laboratoria. Pod kątem organizacji to była porażka. Trafiliśmy na prowadzących, którzy mieli dużo innych zobowiązań, przez co na konwersatoria często musieliśmy się umawiać w innych terminach, niż wynikałoby to z planu. Organizacja laboratoriów to był cyrk. To jedna z rzeczy, które wkurzały mnie najbardziej. Zwykle wyglądało to tak, że mieliśmy zajęcia na zmianę z drugą grupą (czyli w jednym tygodniu moja grupa, a w następnym druga). Tutaj wyszło tak, że najpierw te zajęcia druga grupa, my kończyliśmy inne laboratoria i potem oni mieli laboratoria z inżynierii chemicznej, a my miesiąc przerwy. W połowie maja dopiero się zaczęły i były co dwa tygodnie aż do końca semestru. Było naprawdę frustrujące, bo pod koniec studiów wolałabym się skupić na szlifowaniu pracy dyplomowej, a nie na uczeniu się do laboratoriów i robieniu sprawozdań, do których instrukcje były niejasno opisane w skrypcie. Laboratoria sam w sobie nie były takie złe, ale te raporty z ćwiczeń, to był koszmar. 
Konwersatoria były ciekawie prowadzone. Jednym z elementów zaliczenia  było wykonanie i przedstawienie prezentacji na forum. Bardzo mi się podobało podejście prowadzącego do tego — podał wymagania, co trzeba mówić. Ocena prezentacji byłą na podstawie wrażeń grupy. Dostaliśmy kartki, na których zaznaczaliśmy punkty za zrozumienie tematu, zaangażowanie, przygotowanie, jasność przekazu oraz kreatywność. Ogólnie wymagało to od nas po prostu umiejętności prezentowania — nieczytanie z prezentacji, gestykulacja i ogólnie odpowiednia mowa ciała. To było naprawdę fajne, ale szkoda, że dopiero na samym końcu studiów mieliśmy kogoś, kto wymagał od nas czegoś więcej, a nie odklepania prezentacji.

Zajęcia z preparatyki kosmetyków był dość ciekawe, ale niestety nie były dla mnie niczym odkrywczym. Mieliśmy czterech prowadzących z różnych, przez co poziom zajęć był nierówny. W jednej katedrze mieliśmy możliwość korzystania z homogenizatora do stworzenia emulsji, a w innej robiliśmy to samo za pomocą bagietki. Powtarzalność przepisów na poszczególnych zajęciach był nieco nużąca, ale większość przepisów była ciekawa. Dla mnie może 2-3 przepisy były czymś nowym, ciekawym, ponieważ działając w kole naukowym, robimy podobne preparaty i na podobnym poziomie zaawansowania. 

Podstawy zarządzania i marketingu to był taki zapychacz. Wydaje mi się, że sylabus zawierał przestarzałą wiedzę, nieadekwatną do obecnych czasów, co mnie nieco odrzuciło od tej dziedziny. Miałam przez to poczucie, że jest nieżyciowa i przekazywane informacje są zupełnie odklejone od rzeczywistości. 

Specjalizacja nauczycielka

Zajęcia z psychologii oraz pedagogiki były konwersatoriami do wykładów prowadzonych w poprzednich semestrze. Tak jak myślałam, te zajęcia bardzo mi się podobały. Przygotowanie pedagogiczne opierało się głównie na dyskusji, ale również na sobie testowaliśmy różne metody rozwijania kreatywności czy pracy grupowej. Bardzo kreatywne i wzbogacające zajęcia! Na podstawach psychologicznych wypełnialiśmy jakieś psychotesty oraz dyskutowaliśmy o różnych problemach dotyczących uczniów w szkole. Było świetnie. 
Emisja głosu to zajęcia, które moim zdaniem powinny być obowiązkowe na każdych studiach. Uczą tego, jak mówić i jak korzystać z głosu, aby się nie zajechać, nie zniszczyć krtani. Składały się z części teoretycznej, ćwiczeń oddechowych oraz artykulacyjnych. Bardzo przydatne i szkoda, że już się skończyły. 

Koło naukowe 

Myślę, co ja tu mogę napisać... W poprzednim semestrze pisałam, że strasznie dużo papierów trzeba było ogarniać. To przez ten semestr było jeszcze więcej podań i w związku z nimi jeszcze więcej problemów. Naprawdę, działy się tak dziwne, tak stresujące rzeczy, że za pierwszym razem człowiek jest spanikowany. Za drugim jest mniej spanikowany, ale już wie, co robić i idzie to załatwić. Za trzecim razem to po prostu siedzisz i się śmiejesz, bo przecież to już było załatwione i czemu ktoś się czepia... Część problemów była z naszej winy, część nie. Zarządzanie kryzysowe było niezbędne. 
Pisałam już mnie więcej o Konferencji Kosmetycznej Sun Beauty w Kwartalniku, ale myślę, że dobrze jest więcej o tym napisać. Przede wszystkim pracowałyśmy nad tym przez ponad pół roku, więc słabo to streścić tylko w dwóch zdaniach. Było ciężko — dużo papierów, dużo maili i trochę błędów. Najgorsze było pozyskiwanie  sponsorów. Najpierw nikt nie chciał, a później decydowali się w ostatniej chwili. Samą konferencję przebiegałam, ogarniając rzeczy, które trzeba było ogarnąć na cito. 
 

Stacjonarna konferencja

 Nie wiem, jakim cudem zapomniałam o tym w Kwartalniku, ale mam z czego być dumna! Wystąpiłam po raz pierwszy na żywo na konferencji z posterem pt. "Pozyskiwanie biokomponentów zaawansowanych takich jak kwas lewulinowy z biomasy roślinne". Badania przedstawione na posterze stanowiły część mojego licencjatu. Przeżyłam. Nie było to najbardziej komfortowe doświadczenie w moim życiu, ale również nie było najgorsze. Taka forma wystąpienia zdecydowanie nie jest moją ulubioną, ale będę musiała się z nią oswoić. Najważniejsze! Mój poster zajął drugie miejsce w konkursie, z czego jestem naprawdę dumna.




Najlepszą herbatę wypijesz po śmierci - Recenzja "Pod szepczącymi drzwiami" TJ Klune


Cześć!

Powracam do życia po obronie. Dojście do siebie naprawdę zajęło mi kilka dni, ale teraz faktycznie czuję się zmotywowana do działania. Myślę, jak to rozwiązać, aby mieć napisany wpisy na zapas, bo zawsze ciężko z tym u mnie. Nie wiem, czy o tym pisałam, ale znowu jestem na etapie pewnych zmian w treściach. Po prostu po eksperymentach zobaczyłam, które treści sprawiają mi samej przyjemność i tego chcę się trzymać. Na razie zaczynam od nadrobienia recenzji ze współprac. W międzyczasie postaram się dodawać też inne wpisy, aby nie było zbyt monotonnie. Muszę przejrzeć moje pomysły i rozpoczęte wpisy, bo wiem, że mam tak trochę fajnych rzeczy i chciałabym je w końcu zrealizować. 

Przede wszystkim dziękuję wydawnictwu Muza za możliwość współpracy, ale również przepraszam za taką zwłokę z publikacją recenzji. 

[Post sponsorowany — współpraca z wydawnictwem Muza]

Tytuł: Pod szepczącymi drzwiami 
Oryginalny tytuł: Under the Whispering Door
Autor: TJ Klune
Tłumacz: Arkadiusz Nakoniecznik 
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 382

Pod szepczącymi drzwiami  to nie jest książka, po jaką zwykle sięgam. Była dla mnie czymś nowym, czymś innym, co bardzo mi się spodobało. Nie do końca wiem, jaką formę przybierze ta recenzja, bo trudno mi się ustrukturyzować w mojej głowie. Dodatkowo nie pomaga fakt, że już minęły 2 tygodnie od jej przeczytania, a ja czytałam ją ponad miesiąc. Mam spisane wrażenia i przemyślenia, ale nie wiem, jak je ubrać w słowa i jak je odpowiednio uporządkować. 

Spokój 

Myśląc o tej książce, czuję taki wszechogarniający spokój. Inaczej nie umiem tego opisać, ale trochę o tym jest ta książka. Jest to dążeniu do osiągnięcia spokoju i o akceptacji. Akceptacji własnej śmierci. Wallace, główny bohater, umiera już w pierwszym rozdziale. Przez ten pierwszy rozdział możemy go poznać takim, jakim był za życia. Nie ma cenzuralnych słów, które wystarczająco dobrze opisują, jaki był. Mogę to ująć w jednym brzydkim słowie, ale dziś to sobie odpuszczę. Wallace był egoistą, sknerą i człowiekiem, który żył dla zarabiania pieniędzy. Nic poza pracą nie liczyło się dla niego. Inni ludzie to tylko maszynki, które pozwalają mu się bogacić, a jak popełnią najmniejszy błąd, to należy się ich pozbyć, nie patrząc na nic. Poznajemy go, kiedy zwalnia swoją wieloletnią pracownicę. Generalnie, jest to współczesna wersja Ebenezera Scrooge'a z "Opowieści wigilijnej", ale ich historia jest diametralnie różna. A później umiera. W jego przypadku śmierć to moment zwrotny. Na początku jej nie akceptuje. Nie wierzy, że umarł. Kiedy zaakceptował, pragnie powrócić i pragnie żyć dalej. 

Akceptacja

Akceptacja swojej własnej śmierci nie przyszła sama. Tutaj jest pora, aby wyjaśnić, jak autor przedstawił to, co jest po śmierci. Określenie życie po śmierci nie pasuje mi do tego stanu, który został przedstawiony w książce. Odczuwam to jako etap pośredni między życiem ziemskim a życiem po śmierci. 
W tej książce po śmierci przychodzi żniwiarz, który zabiera duszę. Z niektórymi jest prościej, z innymi ciężej. Następnie Żniwiarz prowadzi zmarłego do przewodnika, który pomaga w przeprawie. W ten sposób Wallace trafia do Przeprawy Charona. Urokliwej kawiarni pośrodku niczego, która z wierzchu wygląda jak zlepiona z różnych, niepasujących do siebie budynków. Przyprowadza go tam Mei — pełna energii, młoda Żniwiarka. Właściwa osoba na właściwym stanowisku — jest cierpliwa wobec udręczonych i zszokowanych dusz, tłumaczy tyle, ile może powiedzieć, ale jednocześnie potrafi być stanowcza. Przewodnikiem, do którego trafia Wallace, jest Hugo — człowiek bardzo spokojny, pełen empatii, współczucia i zrozumienia. Co najważniejsze, ogromny miłośnik herbaty i jej znawca. Po prostu nie można trafić pod lepsze skrzydła!

Herbata

Przeprawa Charona to klimatyczne miejsce. Czuć w nim rodzinną atmosferę. Każdy z klientów jest znany i lubi wracać w to miejsce. Z kolei zmarłe dusze witane są herbatą — zawsze idealnie dopasowaną do danej osoby. Następnie ich czas mija na rozmowach z Hugo, z Mei oraz Nelsonem. Umożliwia to inne spojrzenie na własne życie i oswojenie z tym, że to już koniec. Chociaż koniec to za dużo powiedziane. Nie ma tam końca, jest przejście — drzwi na suficie, zza których słychać szepty. Kiedy zmarły jest gotowy, przechodzi dalej. Czas, który można spędzić w Przeprawie, nie zawsze bywa spokojny. Wszystko zależy od zmarłego. Jednym akceptacja przyjdzie szybko, innym stosunkowo wolno i będą się zmagać z trudnymi emocjami. Jeden dość szybko przejdzie dalej, inny będzie potrzebował więcej czasu. 
Taka wizja czasu po śmierci bardzo mi się podoba. Jest spokojnie, jest czas na rozmyślania. Nie jest strasznie w żaden sposób. Znaczy, może trochę, jeśli chcesz się oddalić od Przeprawy Charona, ale tak poza tym to jest cisza, spokój i herbata. 

Zmiany

Właśnie to miejsce i ci ludzie — Hugo, Mei i Nelson — są przyczyną zmian, które zaszły w głównym bohaterze. Wallace z początku wydaje się przypadkiem beznadziejnym, któremu nic nie pomoże. Jednak po pewnym czasie, przychodzi coś więcej niż akceptacja swojej śmierci. Przypomina sobie swoje życia, zaczyna rozumieć, co go ukształtowało i w jakich momentach popełnił największe błędy. Doznał pierwszy raz czułości i wsparcia od ludzi. Obserwowanie jego zmiany było świetne, lubię taki rozwój postaci i ukazanie całego procesu. Po pierwszy stronach poczułam, że ja się z tym bohaterem nie polubię. Jednak później wszystko się zmienia — on sam zaczyna się troszczyć o innych, nawet jeżeli ich nie zna. Zaczyna pomagać innym, wspierać i chce po prostu, aby im było lżej. O tej zmianie trzeba samemu przeczytać i zobaczyć to na własne oczy. 

Miłość

Najbardziej w tej książce zaskoczyła mnie obecność wątku romantycznego. Zupełnie się go nie spodziewałam. Relacja romantyczna rozwija się naprawdę powoli, na początku trudno w ogóle zauważyć, że to idzie w tę stronę. Jednak idzie, o czym czyta się bardzo przyjemnie. Bohaterowie zaczynają pałać do siebie uczuciem po wielu szczerych rozmowach. Naprawdę, bardzo dobrze się czyta o związku, który rozpoczyna się w taki sposób. Sam w sobie jest on dość nietypowy. Jedyne co wzbudziło moją konsternację, to różnica wieku między bohaterami. Chociaż może ona nie być aż taka duża, jak w mojej w głowie — niestety moje wyobrażenia na temat postaci na podstawie ich imienia potrafią być silniejsze niż ich opisy w książkach. Wydaje mi się, że dokładnie opowiedzenie o nim będzie zbyt dużym spoilerem, więc na tym zakończę ten wątek.

Pod szepczącymi drzwiami to książka, którą warto sięgnąć. Jest dość nietypowa, ale z pewnością pozostawi coś po sobie. Nie jest w żaden sposób moralizatorka, ale daje czas na przemyślenia. Pozwala zwolnić, zastanowić się i ukoić. Można znaleźć w niej kilka złotych myśli, ale nie jest ona nimi przeładowana. To mnie właśnie zaskoczyło, bo myślałam, że będzie tutaj więcej pojedynczych cytatów, które można zaznaczyć (spotkałam się raz taką książką, że fabularnie było średnio, styl bardzo surowy, ale jednocześnie była przeładowana takimi złotymi myślami).
Ogólnie — ta książka jest faktycznie dobra dla fanów Dobrego miejsca! Przypadkiem wyszło tak, że w podobnym czasie oglądałam ten serial i czytałam książkę. Takie doświadczenie było świetne — zderzały się ze sobą dwie różne wizje tego, co po śmierci. Dwie różne budowy wszechświata. 

Poniższy widget jest afilacją - jeśli zakupicie książkę, klikając w niego, to dostanę prowizję.

Kwartalnik X - stres i książki!


Witam się z Wami już jako licencjat (licencjatka?) chemii! W końcu się obroniłam, skończyłam pierwszy etap moich studiów i z niecierpliwością czekam, aż pójdę na magisterkę. Trochę się stęskniłam za normalnym trybem studiów, bo ten ostatni semestr był nieco inny, ale nie o tym dziś. Chcę zrobić zwykłe podsumowanie tych trzech miesięcy.

Co u mnie? 

Życzenia, aby było spokojnie, były marzeniem ściętej głowy. Nawet nie wiem, jak mogłam oczekiwać, że będę mieć spokój — praca licencjacka, konferencja i obrona. Kwiecień był jeszcze całkiem spokojny, ale chyba dlatego, że byłam zmęczona. W maju rozpoczęła się jazda bez trzymanki. Weszłam w tryb awaryjny — działałam na najwyższych obrotach, aby wszystko ogarnąć. Na szczęście nie byłam sama w tym. Ale czerwiec! Nasza konferencja, pisanie pracy licencjackiej, pierwsze wystąpienia na konferencji, ostatnie zaliczenia i jakieś wydarzenia z uczelni, w których brałam udział — pod koniec miesiąca, idąc na kolejną reprezentację uczelni, zadałam sobie pytanie: DLACZEGO JA TO SOBIE ROBIĘ?. Jednocześnie to jest tak cholernie satysfakcjonujące, że jest po prostu warto. 
Ogólnie czytałam jakoś dużo, starałam się słuchać audiobooków, ale jakoś nie szło mi to. Za to stres odreagowywałam zakupami książkowymi... Od końca maja kupiłam 8 książek, do tego 3 książki czekają na recenzje. Będzie intensywnie w najbliższym czasie. 
A życie osobiste? O dziwo, miałam je. Dużo czasu spędziłam z przyjaciółmi — głównie dlatego, że z większością działałam na konferencji i w różnych wydarzeniach. Ale nie tylko! Dla rodziny, chłopaka i przyjaciół spoza uczelni również starałam się znaleźć czas. Ba! Nawet zorganizowałam ognisko.

Książki 

Przeczytałam 21 książek, czyli jest to bardzo ładny wynik, biorąc pod uwagę, ile ja zrobiłam. Najmniej ochoty na czytanie miałam w czerwcu, ale ja po prostu nie miałam głowy do niczego innego niż obowiązki. Szczególnie że wisiały nade mną widma nienapisanych recenzji. Gdy czułam, że mogę poczytać więcej, to czytałam książkę za książką. 
Większość książek, które preczytałam, to były bardzo dobre książki. Były 3 książki, która uważam za 10/10, ale też były inne, o których chętnie bym napisała, ale jednak nie wyróżniły się aż tak. Słabych książek nie było wiele, ale jednak się zdarzyły.

Co polecam?

1. Cieszę się, że moja mama umarła Jennette McCurdy — dalej podtrzymuję, że jest to książka, o której ciężko mówić. To biografia gwiazdy "iCarly", która ukazuje kulisy życia dziewczyny, Jej problemy rodzinne, relacje z matką, która była bardzo toksyczna. Jest to książka mocna, poruszająca i zdecydowanie dająca do myślenia. Łzy cisną się same do oczu w losowych momentach. Żadnego dziecka nie powinno to spotkać. 
2. Królestwo złowrogich Kerri Maniscalco — jakie to świetne! Kocham, kiedy trylogie kończą się w taki sposób. Świat, fabuła — totalnie w moim guście. A w dodatku autorka wywraca wszystko do góry nogami i dzieje się dużo! Ta część nadaje również innego wydźwięku całej serii, sprawiając, że jest to piękna historia o miłości po prostu. Aż mam ochotę przeczytać to znowu, mimo że nie tak dawno to czytałam!
3. Ballada o złamanym sercu Stephanie Garber — kolejna emocjonująca książka! Im dalej, tym poziom emocji wzrasta, aby na samym końcu wystrzelić poza skalę. Miałam po niej kaca książkowego, a silne wrażenia i wiele znaków zapytania pozostało do tej pory.


Czego nie polecam?

1. Coffee & Cigarettes Julia Kubicka — autorka przewijała mi się gdzieś na Twitterze i zdecydowałam się coś od niej przeczytać. No dobra, przesłuchać, bo wybrałam formę audiobooka i jedynie dzięki temu to skończyłam. Ta książka jest tak nudna, bez polotu i, najzwyklej w świecie, nieciekawa. Fabuła nijaka, bohaterowie nijacy — główna bohaterka ma być tą dziewczyną "inną niż wszystkie" i niezrozumianą przez świat, a głównych bohater to dobry chłopak, który nie chce być tym złym, ale życie go do tego zmusza. Między nimi nie było żadnej chemii. Dosłownie książka nie wywoływała we mnie żadnych emocji, nawet jakiejś większej irytacji. Może troszkę, ale nie jakoś bardzo. 
2. Love on the brain Ali Hazelwood — stwierdzenie, że się zawiodłam to trochę za dużo, ale ta książka do mnie nie trafiła. Miło spędziłam przy niej czas, ale jednak nie czuję jej zupełnie i nie polecam, bo uważam za toksyczny stosunek głównych bohaterów do siebie. Szczególnie Leviego do Bee — nie jest to romantyczne, a bardzo niezdrowie i niepokojące. Dodatkowo zakończenie jest tak mocne, że aż słabe. Ma szokować, a jedynie wywołało u mnie zmarszczenie brwi i dezaprobatę. 
3. Rodzina Monet Weronika Anna Marczak — im więcej czasu mija od przeczytania tej książki, tym ja mam coraz gorsze zdanie. Przede wszystkim dostrzegam, że to, że się wciągnęłam i całkiem przyjemnie spędziłam czas, to nie jest wszystko, co się liczy w książkach. Po pół roku od przeczytania pierwszej części i trzech miesiącach od przeczytania drugiej, kiedy coraz to nowe tomy tej serii wyskakiwały mi niemalże z lodówki, uważam tę serię za najzwyklej w świecie słabą. Nie jest dostosowana do wydania w formie papierowej, nie ma jakiejś ciągłości w fabule. Jest najzwyklej w świecie słabo napisana. Część wątków pojawia się, a potem nie jest kontynuowana, a akcja biegnie, jak gdyby nigdy. Do tego ukazane są toksyczne relacje między Hailie i jej braćmi oraz pełno podwójnych standardów. Im dłużej jej popularność się utrzymuje, tym ja bardziej nie rozumiem dlaczego.

Porzucone

 Lucy Yi nie jest romantyczką Lauren Ho — jedyna książka w tym roku, jakiej nie byłam w stanie dokończyć. Słuchałam jej jako audiobooka i po prostu jest to dla mnie książka nieciekawa, nieinteresująca i jakoś bez polotu, mimo że porusza naprawdę trudny temat, jakim jest strata dziecka i ciąża. Nie przeszkadza mi wątek, że główni bohaterowie poznają się, aby tylko mieć ze sobą dziecko. Jakoś drażni mnie główna bohaterka i jej były narzeczony. Ich zachowanie uważam za infantylne. Nie byłam w stanie skończyć tego słuchać. 

Filmy

Powróciłam do oglądania filmów i całkiem sporo ich obejrzałam. W dużej mierze były to filmy młodzieżowe albo takie, której już widziałam. Biorąc pod uwagę, że piszę to w połowie lipca, to też nieco mi się miesza, co kiedy obejrzałam, bo nie spisywałam tego aż tak dokładnie, jak się okazało. 

Co polecam?

1. Zabójcze wesele — kontynuacja, która utrzymuje poziom. Humor mi się podoba, a sama zagadka i zmagania bohaterów są ciekawe. Bohaterów da radę lubić, nie irytowali mnie, więc jest dobrze.
2. Uciekające królowe — to jest tak dziwny film, że aż go Wam polecę! Poczucie humoru jest przedziwne, jest zupełnie odjechane i nie do końca moje, ale podobało mi się. Oglądało się to naprawdę przyjemnie.
3. Avatar: Istota wody — brawo ja! Nie spisałam filmów i bym zapomniała o Avatarze. JAKIE TO BYŁO PIĘKNE! Ten filmy jest przepiękny po prostu i zachwycający. Na tyle, że jestem w stanie wybaczyć to, że trwa 3 godziny. Fabularnie też jest ciekawie, chociaż wydaje mi się, że wypada trochę gorzej niż pierwsza część.

Czego nie polecam?

Zróbmy zemstę — jakoś nie przypadło mi to gustu. Przez zachowanie głównych bohaterek i ich intencje nie oglądało mi się tego przyjemnie. Liczyłam na to, że to będzie inaczej wyglądało. Nie będzie takiej podłości. 

Seriale

Wydawało mi się, że nie oglądałam aż tak dużo seriali. Patrząc na moje TVTime oglądałam całkiem sporo — w kwietniu 80 odcinków, w maju 66, a w czerwcu 100. Z czego w czerwcu zaczęłam ponownie oglądać Brooklyn 9-9, które jest moim ulubionym serialem. Również obejrzałam całą Hannę Montanę. 

Co polecam?

1. Dobre miejsce — jaki to był dobry serial! Wciągnęłam się, oglądałam odcinek za odcinek. Nie mogłam się oderwać. To jeden z tych seriali, który na pewno zostanie ze mną na dłużej. Podoba mi się taka wizja tego, co jest po śmierci. Zostało to ukazane naprawdę interesująca, zbudowano ku temu podstawy, a jednocześnie zachowano lekkość i odpowiednią dozę humoru.
2. Stranger things — obejrzałam dwa sezony i jakoś nie potrafię wrócić, aby dokończyć drugą połowę. Nie spodziewałam się, że ten serial będzie aż taki dobry. Bardzo mi się podoba ten zamysł na świat, który składa się z dwóch stron, a po drugiej stronie są potwory. Polubiłam bohaterów i naprawdę przeżywałam to, co się dzieje na ekranie.

Kosmetyki 

Przyznam się szczerze, że nie tylko książek nakupowałam. Jakoś moje zbiory kosmetyków, zwłaszcza do włosów, też się powiększyły. Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale się stało. Jestem teraz na etapie zużywania tego, co mam, ale trochę się z tym zejdzie. Część kosmetyków jest na tyle przetestowana, że mogę o nich napisać, a o część dopiero wyrabiam sobie zdanie. 

1. Bielenda Nawilżająca maseczka prebiotyczna — to jest jakiś gamechanger! Największa zaleta — można nałożyć na noc i zmyć rano. Działanie jest rewelacyjne. Świetnie nawilża, buzia rano jest  nawilżona. Nie zapychała mnie. Jak dla mnie idealna do stosowania przed jakimiś większymi okazjami. 
2. Bielenda Profesional Proactive Face cream SPF50 - produkt treściwy, gęsty, ale bardzo przyjemny w użyciu. Nie bieli, nie zapycha i szybko się wchłania. Opakowanie typu airless oraz pojemność 100 ml to kolejne plusy. Pewnie kupię ponownie, jeśli znajdę na promocji, bo to SPF, którego najlepiej mi się używa. 

Z czego jestem dumna?

Przede wszystkim z organizacji Konferencji Kosmetycznej Sun Beuaty — udało się! Było to cholernie ciężkie przedsięwzięcie, pełne trudności i różnych przeszkód, ale dałyśmy radę. Oby w przyszłym roku było lżej. 
Druga rzecz, to bardziej zadowolenie niż duma, ale wyjazd do Poznania był super! Bez presji, dużo dobrego jedzenia i ładne widoki. To było tak fajne miasto do chodzenia! Idealnie na spacery. I było też dużo zieleni. Nawet gruz w centrum nie przeszkadzał. 

Coś się kończy, coś się zaczyna

 Odesłałam wczoraj pracę licencjacką do promotorki, kumpela ze studiów zaczyna pracę w przyszłym miesiącu, a ja jeszcze pakuje się, bo planuję zmienić mieszkanie. Dobitnie czuję, że coś kończy i coś się zmienia. Chociaż z tą zmianą jest dziwnie — nie czuję ekscytacji, nie czuję lęku. Bardziej mi przykro, że kończy się pewien etap w moim życiu. Chyba najważniejszy etap w moim życiu.



Reaguje na to dość emocjonalnie. Przykro mi, że z dwoma osoba nie będę się już widzieć codziennie od października. Poznałam tutaj tak cudowne, tak szczere i sympatyczne osoby. Stworzyłyśmy świetną paczkę. Wspierałyśmy się przez te lata, pomagałyśmy sobie i było świetnie. Ba! Pierwszy raz w życiu mam tak dojrzałe relacje z ludźmi. To naprawdę cudowne uczucie. Te trzy lata, a zwłaszcza ostatnie 2 lata, to był zdecydowanie najlepszy czas mojego życia. Wspólne wyjścia, pizza za kilkanaście, kawa w rektoracie i wspólne działanie w kole naukowym. I te spontaniczne wyjścia, bo w sumie jest czas, jutro coś mamy, ale to nieważne. Można na chwilę wyjść, odpocząć i potem wrócić, i robić to, co trzeba zrobić. 

Przez te trzy lata dużo się zmieniło. JA się zmieniłam. Rozpoczynając te studia, byłam złamana. Moja pierwsza uczelnia mnie złamała, sprawiła, że straciłam poczucie kontroli, straciłam wiarę w moje zdolności. Tydzień nauki? Ledwo zdasz, zabraknie ci punktu do zaliczenia. Koniec semestru, ostatnie kolokwium i przedmiot, w którym próg zdawania  ustalony zostaje po tym ostatnim kolokwium — zabrakło mi mniej niż 1 punktu do zaliczenia przedmiotu. Pamiętam, że na innym przedmiocie było zadanie, którego nie potrafiłam zrobić w całości, dochodziłam do pewnego momentu i tyle. Miałam je na kolosie i na poprawce, zrobiłam tyle samo i jednego razu miałam jakieś 2 punkty, a za drugim 6 czy 7. Różnica spora w każdym razie. Egzamin z matematyki, które zdały dwie osoby z grupy, i po sprawdzeniu mail od prowadzącego "na poprawce będę oceniał łagodniej". Jak to w ogóle brzmi?

 Rekrutacja na studia mnie stresowała. Bałam się, że mnie nie przyjmą z wynikami z poprzedniego roku. Dostałam się na spokojnie, bez problemów. I później zaczęło to iść dobrze. Laboratoria z fizyki szły mi dobrze, ogarnęłam Excela, metodę najmniejszych kwadratów. Matematyka? Również bez większych problemów. Po pierwszym roku stypendium. Rozpoczęcie aktywnego działa w kole naukowym. I tu po tym roku zaczyna się ten the best time of life. 

Okres licencjatu mnie podbudował mnie, moją pewność siebie i wyszłam z kokonu. Okazało się, że jestem bardziej ekstrawertyczką niż introwertyczką i naprawdę nieźle funkcjonuję wśród. Moja osobowość rozwinęła się przez ten czas, a ja w międzyczasie wyszłam z żałoby, z której byłam od końca drugiej klasy gimnazjum do niemalże trzeciej klasy liceum, gdzie ta trzecia klasa to był początek wychodzenia z niej. W tamtym miałam poczucie, że co chwilę ktoś umiera i potrzebowałam dużo czasu, aby się z tym oswoić. Połączenie żałoby, pójścia do szkoły średniej, co wiązało się ze zmianą otoczenia i stracenie paru znajomości, to było dość ciężkie. Zaczęłam się otwierać na osoby z mojej szkoły dopiero gdzieś w drugiej klasie, miałam przyjaciół, ale to już nie wyglądało jak w gimnazjum — kiedy nie było żadnych problemów, aby się z kimś spotkać. W roku szkolnym rzadko kiedy wychodziłam ze znajomymi, w wakacje też bywało różnie — z pewnością nie tak, że codziennie coś się zadziało. 



I teraz jest tutaj. Siedzę już w moim domu, kończę ten post. Łzy mi się wciąż cisną do oczu. Jestem inna, niż byłam całe liceum. Zawsze się śmiałam, że ja na początku liceum i na ja koniec liceum, to dwie różne osoby. Pod koniec liceum naprawdę dobrze bawiłam się w moim życiu i robiłam rzeczy, o których nigdy wcześniej nie pomyślałam, że zrobię. Nie powiem, że teraz jest tak samo, bo zaczynając studia, lepiej wiedziałam, co jestem w stanie robić. Tu chodzi o coś innego — nie spodziewałam się, ile potrafię osiągnąć. 

Trafiłam po prostu odpowiednio — na odpowiednich ludzi, w odpowiednie miejsce i w odpowiednim czasie, a co najważniejsze — potrafiłam to odpowiednio wykorzystać. Co dało właśnie efekty nie tylko w moich osiągnięciach, nie tylko w mojej wiedzy, ale właśnie w mojej osobowości. 

Jestem bardziej pewna siebie i znam swoje możliwości. Wejście do dziekanatu czy rozmowa z panią dziekan jest już dla mnie normą. Nie jest to tak stresujące, jak dawniej i nie mam poczucia, że coś powiem nie tak i dostanę opierdol życia (ah, i teraz widzę, co pozostawił we mnie okres gimnazjum. Co ciekawe, dużo swobodniej jest mi rozmawiać z wykładowcami na uczelni niż z moimi nauczycielami z podstawówki i gimnazjum). Pisanie maili to dla mnie najbardziej komfortowa forma komunikacji, ale i w ostateczności jak muszę, to telefonuję. Najgorzej jest mi wykonać ten telefon, bo nie widzę drugiej osoby i muszę tylko na jej głosie polegać. Zbieram się często do tego pół godziny do dwóch godzin, w gorszym przypadku to na kilka dni, a sama rozmowa zajmuje mi mniej niż minutę... Z załatwianiem spraw na żywo zwykle nie mam problemu, ale zdarzają się dni, gdy mówię "błagam, jak możecie, to zróbcie to, bo ja dziś nie mam na to siły/nerwów/psychy"  i to jest okej. W większości przypadków po prostu to robię i tyle. 


I chyba tyle chciałam przekazać. Trzymajcie za mnie kciuki na obronie!

Miałam kaca książkowego! - recenzja "Ballada o nieszczęśliwej miłości" Stephanie Garber

Siadam do pisania po nieplanowej przerwie. Nie pisałam nic 2,5 tygodnia. Zjadał mnie stres, nie byłam w stanie myśleć. Ba, nawet mało co czytałam. Do tego laptop przestał współpracować. Dosłownie wszystkie prawa Murphy'ego działały w moim życiu. Cieszę się, że zrobiłam notatki z Ballady o nieszczęśliwej miłości i mogę odtworzyć większość wrażeń po przeczytaniu jej. Szkoda tylko, że większość emocji, które czułam, uleciało ze mnie. 

Jestem, wróciłam i siadam do pisania. Mam nadzieję, że w tym miesiącu pojawię się z regularnością. Chociaż została mi praca licencjacka do skończenia i boję się, że przez to znowu blog pójdzie w odstawkę. Co w sumie by było zrozumiałe i rozsądne, ale brakuje mi pisania. Szczególnie że mam do zrecenzowania tak dobrą książkę!

[Materiał reklamowy — współpraca z wydawnictwem Poradnia K]

Tytuł: Ballada o nieszczęśliwej miłości 
Oryginalny tytuł: The Ballad of Never After 
Seria: Baśń o złamanym sercu
Autorka: Stephanie Garber
Tłumaczka: Dorota Dziewońska
Wydawnictwo: Poradnia K


Dalsze losy Evangeliny, która przybyła do Cudownej Północy, i okazuje się, że dzięki niej może spełnić się przepowiednia. Dziewczyna nie dość, że musi się zmagać z towarzystwem Księcia Serc, któremu nie ma zamiaru po tym wszystkim, co jej zrobił, to jeszcze padła ofiarą strasznej klątwy. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że wymaga to od niej współpracy z Jacksem...

"Ballada o nieszczęśliwej miłości" wywarła na mnie ogromne wrażenie i dołączyła do najlepszych książek tego roku. Wydarzenia z niej przeżywałam kilka dni, pewne kwestie zastanawiają mnie do tej pory. Co więcej! Gdy ostatnio miałam gorsze dni, byłam gotowa zacząć czytać ją ponownie, aby poczuć te wszystkie emocje odnowa i oderwać się od rzeczywistości. I to zaledwie tydzień po jej skończeniu. Szkoda, że nie mogłam utrzymać koncentracji dłużej niż kilka stron. Czuję też, że czytałam tę książkę w odpowiednim czasie. Nie czułam się ostatnio tak przytłoczona fantastyką, jak w grudniu, gdy czytałam "Baśń o złamanym sercu", dzięki czemu dużo szybciej wczułam się w tę historię i wywołała we mnie znacznie więcej emocji! 

Baśnie ożywają 

Baśnie w tej serii robią naprawdę ogromne wrażenie na czytelniku. Czuję, jakby to był jakiś kolejny bohater, który potajemnie wpływa na bieg wydarzeń i mąci w głowie Evangelinie, a przede wszystkim nie daje się poznać takim, jakim jest naprawdę. Ciężko odkryć jego tajemnice, przez co wyraźnie dostrzegam dualizm tych opowieści. Są piękne, robią wrażenie i niosą ze sobą naukę, ale jednocześnie prawda, która za nimi stoi, jest przerażająca. Stephanie Garber po prostu niesamowicie potrafi ukryć okrucieństwo stworzonych przez siebie światów pod ich pięknymi opisami, które zachwycają czytelnika i wywierają na nim ogromne wrażenie. 
Nawiązałam już do światów, ale niech to wybrzmi jasno — baśnie to nieodłączny element Cudownej Północy. Właściwie to dzięki nim jest tak cudowna i temu, że poza Cudowną Północą ich treść się zmienia. Ba, nawet ich treść w książkach w bibliotece w miejscu ich pochodzenia się zmienia, bo te zostały w taki sposób zaczarowane. Ukrywają prawdę. Mylą czytelnika i zwodzą. Historia tego miejsca jest znacznie bardziej rozległa. W tym tomie wraz z Evangeliną poznajemy rody, które mają znaczenie w tym świecie oraz to, w jaki sposób je zyskały. Dowiadujemy się więcej o Valorach, czasach ich władzy i ich upadku. Obraz tej krainy staje się coraz pełniejszy, a nawet pełny. 

Ludzkie oblicze Mojrów

Ballada o nieszczęśliwej miłości pozwala nam też lepiej poznać Mojrów i odkryć ich drugą twarz. W trylogii Caraval były to istoty nieludzkie, okrutnie i zdające się żywić ludzkim cierpieniem. Tutaj dalej traktują ludzi jak zabawki czy pionki w grze, a ich poczucie moralności jest zupełnie inne niż to, jakie znamy z naszego życia. Bardzo mi się podoba, że w tej części czytelnicy mają szansę bliżej poznać tok myślenia Mojrów. Przyznam się, że nie pamiętam, czy w Baśni o złamanym sercu było to dokładniej opisane. Jednak właśnie w tej drugiej części była scena, która szczególnie mi utknęła w pamięci — gdy jedna z Mojr tłumaczy Evangelinie, co ją popchnęło do podjęcia takiej, a nie innej decyzji (doceńcie moje starania, żeby nie spoilerować). 
Teraz przejdźmy do najważniejszej kwestii — Jacks! W końcu poznajemy historię Księcia Serce i dowiadujemy się, w jaki sposób stał się Mojrem. Czy jest to w pełni wyjaśnione? Nie całkiem, brakuje tutaj tylko takiego technicznego aspektu, co jeszcze może zostać nadrobione. Sama historia Jacksa jest niesamowita i... Porusza czytelnika? Uderza czytelnika?  Nie wiem, jakich słów użyć, ale z pewnością zostaje w pamięci. Wraz z odkrywaniem kolejnych kart historii Księcia Serc i z biegiem fabuły czuję, że ten Mojr odzyskuje ludzkie oblicze. Jest w nim lęk, jest nadzieja. Coś się zmienia w tym świecie. 

UWAGA! SPOILER! JEŚLI CHCESZ GO POMINĄĆ, PRZESKOCZ DO KOLEJNEGO AKAPITU.

Zupełnie nie mam pojęcia, czy to wybrzmiało w poprzedniej części, ale LaLa to kolejna z Morj, z którymi mamy do czynienia w tej serii. Jej postać jest kolejnym powodem, dla którego uważam, ze autorka pokazuje ludzką twarz tych bóstw. Ta bohaterka również opowiada swoją historię, skąd się wzięła i na czym polega jej klątwa. Na tyle polubiłam jej postać, że chciałabym, aby w kolejnej części miała znacznie większą rolę. 

A co z główną bohaterką?


Evangelina dołącza do grona moich ulubionych bohaterek i to oficjalnie! Przede wszystkim podoba mi się w niej to, że nie boi się podejmować trudnych decyzji, a to jest od niej wymagane. Cierpi i robi wszystko, aby ten okrutny dla niej czas się zakończył, ale jednocześnie jej decyzje są naprawdę racjonalne. Konkretniej widać w nich racjonalność, mimo podejmowanego ryzyka — niestety, dla głównej bohaterki jest ono koniecznością, ale dla czytelnika to czysta przyjemność. 


Kiedy piszę o tej czystej przyjemności, myślę, że już mogę się zbliżyć do końca. Fabułą tej części bardziej przypadła mi do gustu — tajemnice, poszukiwania, klątwy... Podoba mi się to, że bohaterka ma konkretny cel, do którego dąży, bo jej po ludzku zależy. Nie przyniesie to jej bogactwa, nie zbawi świata, ale wierzy, że dzięki temu w końcu będzie szczęśliwa. Jednocześnie wszystko, co się dzieje, przeszkadza jej w tym, ale ona nie wątpi. 
Dla mnie jako czytelniczki, ta książka jest idealna. Dostarcza wielu emocji, zachęca do zastanawiania się, jaki będzie kolejny krok i przede wszystkim — nie daje o sobie zapomnieć. Nie bez powodu przeżywałam zakończenie tej książki przez dwa dni. Ba, do tej pory ono nie daje mi spokoju, kiedy o nim pomyślę. Zakończenie tej historii jest jednym z tych, po którym czytelnik chce dość do siebie, a jednocześnie chce przeczytać NATYCHMIAST kolejną część, bo musi wiedzieć, co będzie dalej. Autorka zdecydowała się na bardzo odważne posunięcia, chce się powiedzieć, że bez odwrotu. Jacks miał swój najlepszy moment w ciągu całego swojego istnienia. Zakończenie było dla mnie naprawdę mocne i szokujące. To chyba najlepsze słowa, jakich mogę użyć. 

Czy Wam polecam? Jeśli nie chcecie w cierpieniu czekać kilku boleśnie długich miesięcy, aż będzie można poznać finał tej historii, to nie czytajcie tego. A pisząc poważnie, to boli mnie, że ta seria nie jest tak popularna. Uważam, że to jedna z lepszych serii, jakie czytałam w ostatnich latach. Niesamowity, wciągający i nietuzinkowy świat, który rządzi się własnymi regułami i może żyć. Bohaterowie, którzy są nietypowi, nie darzą się sympatią, ale się potrzebują... I ich charaktery! Jeśli nie przypadł Wam Caraval do gustu, to nie bójcie się sięgnąć po tę serię. Mimo że akcja ma miejsce w tym samym uniwersum, to znajomość Caravalu nie jest niezbędna, aby przeczytać Baśń o złamanym sercu. Natomiast jeśli planujecie czytać Caraval, to lepiej czytać w kolejności wydania, aby uniknąć spojlerowania sobie zakończenia całej trylogii Caraval

Wszystkie tajemnice wyszły na jaw - "Królestwo złowrogich" Kerri Maniscalco

 Hejo!

Przez większość tygodnia nie miałam czasu, aby usiąść i dokończyć tę recenzję. A szkoda! Na szczęście najbliższy tydzień wydaje się być nieco lżejszy. W tym tygodniu nawet dobrze nie miałam czasu, aby odpocząć, a co mowa o rzeczach przyjemnych (blog, Instagram i pisanie licencjatu [szok!]). 

[Materiał reklamowy - współpraca z wydawnictwem You&YA)

Tytuł: Królestwo Złowrogich
Oryginalny tytuł: Kingdom of Feared
Seria: Królestwo Nikczemnych #3
Autorka: Kerri Maniscalco
Tłumacz: Andrzej Goździkowski 
Wydawnictwo: You&YA
Liczba stron: 446

Z racji, że jest to finałowy tom trylogii, odpuszczam opis fabuła — będzie za dużo spoilerów do poprzednich tomów, a myślę, że na wstępie mogę Wam tego zaoszczędzić. Jeśli pojawią się one, gdzieś w środku fabuły i będę je oznaczać. Zachęcam do przeczytania recenzji poprzednich części. 

Recenzja Królestwo Nikczemnych 

Recenzja Królestwo Przeklętych

Zacznę od tego, że JAK JA KOCHAM TĘ SERIĘ, TO WY SOBIE NIE WYOBRAŻACIE. Naprawdę, nie bez powodu dwa tomy Królestwa nikczemnych znalazły się wśród najlepszych książek ubiegłego roku. I wiecie, co, będzie mi naprawdę ciężko pisać tę recenzję, aby nie spoilerować zanadto i jednocześnie piać o tym, że to niesamowite cudo i każdy musi je przeczytać, tylko dać po prostu konkrety. 

To może zacznę od tego, że cała trylogia Królestwo nikczemnych to seria skierowana do dorosłych czytelników. Co najmniej można ją określić jako 16+, ale z każdą kolejną częścią rośnie intensywność, szczególnie jeśli chodzi o natężenie scen erotycznych. Dodatkowo sceny erotyczne są różne — niekiedy są to faktycznie sceny, do których słowo "intymny" pasuje, a innym razem jest to element zabaw dworskich, gdzie gdzieś w tle grupa demonów oddaje się tego typu rozrywce. Także seks wychodzi poza sypialnię, co dla bohaterów jest normalne i niekiedy pożądane, ale już nie każdy czytelnik będzie to tolerował i nawet fabuła go nie przekona do przeczytania tego, miejcie to uwadze. 

Złudzenie opada, tajemnice wychodzą na jaw

Myśląc o tym tomie, z pewnością nie przewidziałabym tego, co się wydarzyło. Na całe szczęście! To jedno z tych zakończeń, które zmienia wydźwięk całej serii i wywraca wszystko do góry nogami. 
Kerri Maniscalco odkryła chyba wszystkie swoje karty w tej części. Niby ta część powinna być o ślubie Emilii z Diabłem, ale mamy też zagadkę kryminalną, od której wszystko się zaczyna. Jesteśmy też w momencie, gdy Emilia zna prawdę o śmierci swojej siostry. Nie mam tutaj takiego poczucia, jak przy pierwszej części, że brakuje mi wątków pobocznych. Tutaj nic nie zostało zaniedbane, wszystko ma
Cała historia jest tak zgrabnie ze sobą połączona. To, co miało miejsce przed wydarzeniami z pierwszej części, jest bardzo dobrze wplecione w obecne wydarzenia i sensownie tłumaczy część rzeczy. Pomysł na to jest rewelacyjny i to po prostu trzeba przeczytać samemu. W tej część dowiadujemy się wielu rzeczy z historii tego świata, co również urozmaica całą historię. 
Królestwo Złowrogich najlepiej obrazuje świat bohaterów. Konfrontuje legendy i wierzenia wiedź z realiami piekła. Emilia już się oswoiła, że w piekle jej wychowanie wręcz przeszkadza. Teraz dodatkowo okazuje się, że wszystko, w co wierzyła to kłamstwa. W pierwszej części trylogii poznajemy działanie magii, wierzenia wiedźm, ale jednocześnie jest to dość ograniczone, bo główna bohaterka jako wiedźma jest sama ograniczona i dopiero wyłamuje się z tych ram. W drugiej części trafiła do Piekła i poznaje, jak ono funkcjonuje, jak bardzo jest to zwodnicze miejsce i  jego sposób wpływania na zmysły, pragnienia i marzenia.

Niezwykła chemia między bohaterami 

Sposób budowania relacji między Panem Gniewu a Emilią jest niesamowity. Zaczyna się od niechęci, nienawiści wręcz i braku zaufania, gdzie już pod koniec pierwszej części widać te zalążki sympatii z jednej i drugiej strony. Oczywiście żadne z nich tego nie dopuszcza do siebie, jednocześnie są dla siebie atrakcyjni fizycznie. W drugiej części lody już są przełamywane, zaczynają dopuszczać do siebie tę sympatię i czuć między nimi chemię. Nie tylko znaczenie ma to, że są atrakcyjni, a bycie w Piekle też na nich dodatkowo oddziałuje, ale po prostu zaczynają się lubić bardziej, niż są w stanie przyznać się przed samym sobą. 
W końcu nadchodzi trzecia część, która jak dla mnie przedstawia jedną z najlepszych historii miłosnych. Miłość bohaterów jest widoczna i jest niezaprzeczalna. I jest po prostu piękna. To, co oboje są w stanie dla siebie zrobić, i to wszystko, co się między nimi działo. Jak wspólnie odkrywają tajemnice, ale też sposoby na złamanie klątwy jest cudowne. To świetny duet, któremu bardzo dobrze się ze sobą współpracuje. Bardzo podoba mi się, że w ich relacji oboje są sobie równi i traktują się z wzajemnym szacunkiem, biorą swoje zdanie pod uwagę i starają się obrać jeden front. Kurczę, szkoda, że tak zdrową relację odnajduję dopiero w fantastyce. 

Niekończące się emocje 

Skończyłam Królestwo Złowrogich w niedzielę, w ciągu dnia. Ten fragment piszę w poniedziałek i dalej czuję te emocje, które mi towarzyszyły, i taką cudowną błogość, jaką czułam podczas czytania. Naprawdę czytanie tej serii to było dla mnie niesamowite doświadczenie, inna przyjemność i, co najlepsze, chęć przeżycia tego wszystkiego od nowa! Rzadko kiedy się zdarza, abym po przeczytaniu czegoś chciała to czytać od nowa. Nie robiłam rereadu poprzednich części przed sięgnięciem po trzecią część i w tym momencie bardzo się z tego cieszę, bo myślę, że po tym, jak się obronię, to przeczytam moje ulubione książki (coś czuję, że wyjdzie mi podobna lista książek, jak te, co miałam przeczytać po maturze), w tym Królestwo nikczemnych, mimo że unikam czytania dwa razy jednej książki w ciągu roku. Z kolei recenzję kończę w sobotę, gdy myślałam, że już wszystkie emocje ze mnie opadły. Ale wiecie co? Wróciłam do pisania i powracają mi te emocje. I właśnie takich książek potrzebuję.
Przez tę książkę się dosłownie płynie. Czyta się i nie czuć, że lecą kolejne strony. Jest wiele emocji — od szczęścia, po zaciekawienie, szok i nawet jest miejsce na wzruszenie. Szczególnie uszczęśliwia mnie zakończenie. Daje mi namiastkę tego, jak będzie wyglądało życie bohaterów, gdy wszystko już będzie dobrze. To jest coś, czego brakuje mi w książkach. Jak się zżyję z bohaterami, to mogłabym przeczytać książkę bez żadnych plot twistów, bez żadnych wielkich akcji i tragedii, tylko czytać o tym, jak się zmagają z ich codziennością.

Bohaterowie, jak żywi 

Uwielbiam bohaterów w tej historii! To dzięki ich relacji, i przede wszystkim dzięki nim jestem w niej tak bardzo zakochana. Czuję się, że mogliby istnieć naprawdę, jeśli oczywiście demony i wiedźmi istnieją (a może istnieją?).
Emilia dalej się rozwija i kierunek rozwoju jest nieoczywisty. Jednocześnie, jak wracam do recenzji drugiego tomu, to ja tak dobrze rozszyfrowałam jej postać! Dalej podtrzymuję to, co napisałam. Emilia jest po prostu furią. Dalej wpada gwałtownie w gniew, jest w stanie wszystko zniszczyć. Jednocześnie rozwija się jako wiedźma. Jej moce zaczynają się ujawniać, zostają odblokowane i jest to niesamowite! Emilia to postać, która zyskiwała siłę i odkrywała siebie przez całą serię. Jej siła polegała na jej nieustępliwości, umiejętności wykorzystania zemsty i gniewu do własnych celów, i przemyśleniu tego.
Pan Gniewu zyskuje bardziej ludzką twarz, o ile można tak mówić o demonie. Dalej jest tak samo chłodno opanowany i wyrachowany, a jego gniew dalej daje o sobie znać. Z Emilią tworzy idealny duet. Z każdą stroną opada ta maska nieludzkiego demona bez innych uczuć poza gniewem. Pan Gniewu zaczyna przewijać coraz więcej innych uczuć — przywiązanie, troska i przede wszystkim miłość, z którą walczył tak długo, jak musiał.
Ogólnie, dopiero jakieś ostatnie sto stron pokazuje tych bohaterów takimi, jakimi byli naprawdę. Bez żadnych ograniczeń, bez żadnych blokad, klątw i innych... Warto było czekać i obserwować rozwój ich przez te części, aby dopiero na koniec otrzymać ich pełen obraz. 

UWAGA! Spoiler do końca tej części recenzji 

Vittoria jest tak cholernie irytującą postacią... Przynajmniej przez większość książki, dopiero na koniec zaczyna się zachowywać normalnie. Po pierwsze kreowana jest na największego złoczyńcę w Kręgach Piekielnych, co jest irytujące, a jednak coś w tym jest, bo nie wiadomo czego się po niej spodziewać. Z początku widać niespójność między jej zachowaniem a tym co mówi. Z czasem zaczyna zyskiwać więcej sensu i być logiczne, jednak wciąż czyny tej mnie drażniły i pewnie można by było osiągnąć ten sam efekt w inny sposób. Niemniej jest to postać bardzo ważna dla całej historii i wiele do niej wnosi, szczególnie jeśli chodzi o rozwiązanie tajemnic.

Powrót poprzedniego tłumacza

Królestwo Złowrogich było tłumaczone przez tę samą osobę, co pierwsza część historii. I, kurczę, to chyba było niepotrzebne. Tłumaczenie samo w sobie jest na wysokim poziomie, jednak uważam, że Stanisław Bończak dużo lepiej oddał chemię między bohaterami. Ten magnetyzm, napięcie między bohaterami i nie do końca zrozumiałe przyciąganie wylewało się dosłownie z każdej. W Królestwie złowrogich dużo bardziej czuć pożądanie w takim czystko fizycznym niż to charakterystyczne napięcie. Szczególnie było to dla mnie widoczne w scenach zbliżeń intymnych, w których bardzo czułam męskie pióro i zabrakło mi takiej subtelności, której odrobina jeszcze powinna pozostać w Emilii. Początkowe sceny intymne w książce są opisane mocno i nie do końca do mnie przemawia styl ich opisów, ale z czasem wydają się one znacznie naturalniejsze, mimo że nie tracą na swojej intensywności. Być może tłumacz sam potrzebował czasu, aby nabrać wprawy w opisach scen erotycznych. Standardowo trochę ponarzekam na słownictwo — cipka jest jak bardziej okej i zawsze się cieszę, że to słowo zaczyna być normalizowane. Zdaję sobie sprawę, że wypadałoby w książkach używać jakichś synonimów i nie męczyć w każdym opisie tego jednego słowa, aczkolwiek uważam, że w nadmiarze pojawiało się słowo "szparka", chociaż to i tak nie mrozi mnie, jak słowo "szczelina". Generalnie, nie jest najgorzej. Ogólnie sceny  intymne były naprawdę dobrze napisane, nie wzbudzały we mnie zażenowania ani nie czułam, aby każda była opisana tak samo.  

Królestwo Złowrogich pozostawiło mnie z kilkudniowym kacem książkowym, ale przedtem pozwoliło mi sie cudownie zrelaksować. Czuję się, że ta seria dołącza do moich comfort books. Znalazła specjalne miejsce w moim sercu, a moje serce przy tych recenczjach krzyczyć "Olej obiektywność, daj 10/10!". Jeśli czujecie, że ta seria może Wam się sposobać - czytajcie. Bierzcie pod uwagę, że to nie jest ognisty romans, a świat z każdą częścią jest coraz lepiej opisany. 

W obiektywnie #14 - Poznań

 Cześć!

Dziś chciałam Wam przedstawić kilka ujęć z Poznania. Nie ma tego za wiele, bo jakoś z aparatem mi nie po drodze. Myślałam, że nowe miejsce jakoś mnie zachęci bardziej do sięgania po aparat, ale jednak nie wyszło. Może to kwestia tego, że było sporo ludzi. Albo że Poznań był rozkopany. 
Może to też kwestia tego, że byłam pierwszy raz w Poznaniu i skupiałam się na tym, co widzę. Samo miasto bardzo mi się podobało. Jest tam po prostu tak ładnie. Dużo spacerowałam, czasem z celem, czasem bez celu. Właściwie z takich typowy atrakcji, to byłam jedynie w Zoo. Plany było nieco inne, ale wyszło niestety inaczej. Ogólnie mój styl podróżowania wygląda tak, że często jadę, znając takie główne atrakcje i patrzę na miejsce, w których chętnie bym zjadła. Cała reszta jest na spontanie i co rzuci mi się w oczy, to bym tam poszła lub zostaje zapamiętane na kolejny wyjazd. I Poznań to właśnie miasto, do którego z pewnością będę chciała wrócić. I żeby nadrobić, to czego nie zdążyłam zobaczyć, i żeby zobaczyć to, co odkryłam. I żeby po prostu sobie pospacerować. To miasto jest wdzięczne do spacerów!

Co mniej jeszcze urzekło, to ilość parków. Przynajmniej na mapach, bo również punkt, którego mi się nie udało zrealizować. A szkoda! Chociaż na to będę mogła się przygotować lepiej następnym razem i po prostu wezmę nieduży kocyk, aby móc sobie gdzieś w parku posiedzieć. 

Kilka surowych zdjęć, bo wpis piszę gdzieś między pisaniem licencjatu a nauką najbliższe zaliczenia (życzcie powodzenia!) i naprawdę nie mam siły myśleć o obróbce nawet kilku zdjęć.









Krótko o książkach #3

Hejo!
Wróciłam z majówki i na całe szczęście ten poniedziałek mam nieco luźniejszy. Pobyt w Poznaniu dobrze mi zrobił, ale jeszcze przez kolejne moja głowa odpoczywała, generowała pomysły i nie współpracowała z ciałem, które po prostu chciało coś porobić. Przynajmniej nieco ruszyłam nieco pracę lincencjacką. 
Dziś wpis, który czekał od lutego. Początkowo miały być inne książki, ale nie składało się, aby w pełni o nich napisała. Przez tych kilka dni wolnego przeczytałam pięć książek (okej, dwie tylko dokończyłam) i zaczęłam drugi etap rereadu Riordana, czyli wzięłam się za Zagubionego Herosa. Książki, które tutaj przedstawię to zbieranina książek z ostatnich kilku dni i ostatnich kilku miesięcy, a mimo to czuję, że jeszcze o czymś powinnam napisać. Chyba uwzględnię tę książkę w kolejnym wpisie z tej serii.  

Schematyczny-nieschematyczny romans - Królestwo Mostu Danielle L. Jensen

Książka, która zachwyciła mnie już przy pierwszych stronach. Wszystko za sprawą bohaterki, która jest wyróżniającą się postacią. Przede wszystkim jest niezwykle inteligentna i przebiegła. Potrafi zadbać o siebie. Widać, że jest dojrzała, co jest dla miłą odmianą, kiedy głównie czytam książki o nastolatkach. Lara ma dwadzieścia lat i zachowuje się adekwatnie do swojego wieku, i do warunków, w jakich się wychowywała. Księżniczka królestwa, które toczy nieustanną wojnę, szkolona do bycia szpiegiem i zabójcą nie będzie zachowywała się tak jak dwudziestoletnia studentka. 
Ta książka też mi uświadomiła, dlaczego czytam tam mało książek, które nie są młodzieżowe — przez schematyczność romansu.  Z Królestwem Mostu i tak nie jest tak źle, bo akcja dzieje się w innym świecie, ale główny nacisk jest na romans. Akcja nie dzieje się w świecie fantastycznym, ale jest wystarczająco inny, abym nie miała tak mocnego poczucia, że znowu czytam to samo. 
Przez większość historii byłam z niej naprawdę zadowolona i zaciekawiona, jak potoczą się losy bohaterów. Czas, gdy Lara poznała tytułowe królestwo, był dla mnie niesamowicie ciekawy. Wiązało się to z tym, że bohaterka żyła w odosobnieniu, była okłamywana i wreszcie ma szansę dowiedzieć się, jak wygląda świat.
Bardzo istotna jest tutaj polityka całego świat, w której również Lara jest elementem. Zwykle wątek polityki był dla mnie męczący i najzwykle w świecie mnie nudził. Tutaj jest to bardzo zgrabnie wplecione w fabułę, wątek miłosny i rozterki bohaterów, że wcale tego nie czuć. Jest aspekt, który najbardziej wyróżnia tę książkę wśród innych romansów. 

Niech to się skończy... - Korona ze złoconych kości Jennifer L. Armentrout

Wiedziałam, że to nie będzie rewelacyjna książka, spodziewałam się, że znowu — sporo spoko elementów, które giną w otoczeniu słabego stylu pisania oraz bezsensownych zabiegów fabularnych.
Pierwsze 150 stron jest napakowane akcją, a jednocześnie to najbardziej frustrująca część tej książki. Autorka chyba upakowała tak wszystko, co jej przyszło do głowy. Zabrakło tutaj jakiejś filtracji pomysłów, że może taki początek to za dużo.
Później dzieje się mniej i jest naprawdę nudno. Głównie są to rozmowy na temat tego, że w sumie to coś się zmieniło, ale nic nie wiadomo i trzeba się dowiedzieć. Nagle okazuje się, że wszystko ma znaczenie dla fabuły, w tym pamiętnik Willy Collyns. I właściwie dopiero ostatnie 150 stron jest niezłe i ciekawe. Jedna to irytujące, że słabe zabiegi fabularne tworzą na samym końcu coś, co chce się czytać bez ochoty rzucenia książką.
Nie podoba mi to, co się stało z Poppy. Charakter: brak. Moce: wszystkie. Dosłownie. Autorka uczyniła z niej kogoś, kto może praktycznie wszystko. Jest to, znowu, frustrujace. W kolejnych częściach będzie to nudne.  Poza tym Poppy miała być silną postacią kobiecą. W "Krwi i popiele" nie określiłąbym jako takiej postaci, ale miała potencjał. W "Królestwie ciała i ognia" jeszcze jej czegoś brakowało, ale już była zbliżona do tego, jak powinna być silna postać kobieca. Silna postać kobieca to dla mnie postać, która ma świadomość swoich możliwości, nie boi się przekraczać swoich granic. Jest asertywna, jest waleczna i odważna, walczy o to, co uważa za słuszne, kiedy czuje, że warto to zarykuje. Siła jest w niej i płynie z niej. Z kolei Poppy, aby być silną postacią, musiała okazać niemalże wszechmogąca. Jestem na nie. 
Pochodzenie Poppy? Jestem na NIE. Bez sensu. Wymagało ono dodania nowej postaci, która nie wiem, co ma na celu. I widać, jak bardzo autorce odmienił się pomysł na pochodzenie, przez co musiała prostować informacje z poprzedniego tomu... Widzę też inne luki fabularne i nieścisłości, które irytują. Nawet nie jestem w stanie mieć teorii na ich obronę, a szkoda, bo coś takiego może być świetnym pretekstem do rozwoju fandomu.

Podsumowując, autorka stworzyła naprawdę rozległy i obszerny świat, z którym sobie nie radzi. Zrobił się bałagan, przez który klimat znany z pierwszej części się zatracił. I, kurcze, szkoda. Mieć tak dobry pomysł, a go tak zmarnować. Jak myślę o tym, że to dopiero trzecia część z planowanych sześciu, to mnie ciarki przechodzą. 

Tego się nie spodziewałam! - Nigdy nie gasną Alexandra Bracken

Miałam pewien problem ze wciągnięciem się w tę książkę. Szło mi opornie, mimo że byłam zaciekawiona fabułą. Wydaje mi się, że to kwestia tego, że Ruby była samotna i miała trudność z akceptacją obecnego stanu rzeczy. W pewnym sensie byłą uwięziona, mimo że się dobrowolnie na to zgodziła. Nie przepadam za takim motywem. Dużo bardziej się wciągnęłam, gdy Ruby spotkała swoich poprzednich towarzyszy. 
Co mi się naprawdę tej książce podobało, to zwroty akcji. Było ich kilka i bardzo fajnie wiązały fabułę. Byłam nimi bardzo zaskoczona, a także ich jakością. Przede wszystkim miały sens i za każdym razem zmieniały bieg wydarzeń tak, że nie mogłam wyjść z podziwu, jak autorka to zgrabnie rozegrała. Coś niesamowitego!
W tej części śiat jest wzbogacony o dokładniejsze poznanie funkcjonowania Ligi Dzieci. Nie jest tak strasznie, jak początkowo Ruby myślała, ale również w tej strukturze są problemy i są osoby, które pragną wykorzystać osoby ze zdolnościami psionicznymi. Ruby musi się w tym odnaleźć, ale jednocześnie nie chce się z nikim zaprzyjaźniać i do nikogo zbliżać. Jej emocje są sprzeczne, a często jej działania przeczą myślom i emocjom, co bywa ciężkie, ale nie czułam żadnej frustracji. Myślę, że również jest to kwestia, przez którą gorzej mi się czytało. 

Czuć wattpada... - Rodzina Monet Weronika Anna Marczak

Po tę serię sięgnęłam z przyjaciółki, która czytała ją jeszcze na wattpadzie. Pierwszą część przeczytałam w styczniu i mi się spodobało, mimo że nie czułam, aby to było skierowane do mojej grupy wiekowej. Czytało mi się przyjemnie i z sentymentem, bo bardzo mocno czuć w tej historii, że jest opowiadanie, które zaczęło się w internecie, a te rządzą się swoimi prawami. 
W przypadku "Skarbu" czułam, że to naprawdę dobre czy nawet bardzo dobre opowiadanie, jak na internetowe standardy. Nawet przeszło mi przez myśl, że dobrze. że je wydano. W dużej mierze kierował mną sentyment, bo w gimnazjum dużo czytałam takich opowiadań i to był fajny powrót. Jednak już pierwszy tom Królewny przypomniał mi, jakie są wady takich opowiadań. Przede wszystkim brakuje mi tutaj jakiejś głównej wątku i część wydarzeń wygląda tak, że jest jakiś wątek, ma swój finał, a następnie 2-3 rozdziały, które bym określiła jako "zapchaj-dziury" i pojawia się nowy wątek. Szczególnie końcówka obfituje w takie rozdziały, które są, bo są, ale w sumie nic nie wnoszą. To zdaje egzamin, kiedy publikuje się rozdziałami, ale już w książce to się nie sprawdza. Również idzie za tym, coś co bym nazwała amnezją pisarską - czyli autorka zapomniała, że wprowadziła pewien wątek i logiczne by było, aby była wzmianka o tym, co dalej. Najpierw jest mowa o ślubie za kilka tygodni, a potem przeskok w czasie i tego wydarzenia nie ma. 
W Skarbie pojawiają się również wątki zaburzeń odżywiania oraz żałoby, ale nie są rozwinięte. Z jednej strony ujmuje to głębi i cała warstwa emocjonalna jest uboższa. Jest jeszcze druga strona, czyli to, że są tematy niesamowicie delikatnie i łatwo to spieprzyć. W tym przypadku jest tak napisane, że nie szkodzi, więc uważam to za plus. 
Co może być szkodliwe to podwójne standardy, z jakimi mamy do czynienia - Bracia Monet mogą wszystko, ale Hailie już nic. Nie zwróciłam na to uwagi w pierwszej części, dopiero po recenzjach ogarnęłam, że faktycznie coś jest nie tak, jeśli chodzi o zachowanie jej braci. W pierwszym tomie zwaliłam to na nadopiekuńczość, ale w drugim tomie sytuacje były bardziej absurdalne i to mnie raziło.

Miłe zaskoczenie — The inheritance games Jenniffer Lynn Barnes

Błagam, tłumaczmy tytuły, bo mój mózg odrzuca tytuły po angielsku dłuższe niż 2 słowa. 
A tak poważniej, to jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona tą serią. Przeczytałam obydwa wydane w Polsce tomy i uważam, że zrobiłam to w odpowiednim czasie, bo zaraz wychodzi trzecia część.
Historia zwykłej dziewczyny, która okazuje się spadkobierczynią multimiliardera, którego nigdy w życiu nie widziała na oczy. Z recenzji, które czytałam, zrozumiałam, że Avery musi konkurować o spadek z czwórką wnuków i spadek otrzyma ten, kto rozwiąże wszystkie zagadki pozostawione przez dziadka.
Zagadki są, a i owszem, ale zupełnie inaczej to wygląda. Po pierwsze nie ma tutaj konkurencji o spadek. Po drugie jego to tak ciekawie i nieoczywista zagadka, że pomysł mi się podoba. To będzie jedna z książek, w których przesada i nierealność w rzeczywistości nadaje uroku, bo przecież, jaki multimiliarder wydziedziczy swoją rodzinę i zapisze wszystko obcej osobie? 
W tej książce przede wszystkim należy docenić relacje pomiędzy bohaterami i ich kreację. Przede wszystkim mamy Avery, która jest naprawdę fajną, główną bohaterką. W żadnym momencie nie czułam jakiejś większej irytacji na nią. Nie jest przyzwyczajona do nowej sytuacji, a jednocześnie zachowuje się maksymalnie normalnie i nie strzeliła jej woda sodowa do głowy. Uczy się, jak ma zachowywać się w nowych dla niej sytuacjach i ogólnie w towarzystwie, które wcześniej by na nią uwagi nie zwróciło. 
Bracia Hawthorne są super! Przede wszystkim każdy jest zupełnie inny, ma inne priorytety i inaczej okazuje emocje. Kontrastują ze sobą, co naprawdę urozmaica i prowadzi do zabawnych sytuacji. 
Ważną częścią tej historii są tajemnice rodzinne, które bohaterowie mają do odkrycia. To było dla mnie bardzo wciągające, a całe śledztwo kojarzyło mi się z Nieodgadnionym, mimo że nie jest to kryminał. 
Trzecia część mnie ciekawi i napawa niepokojem. Przede wszystkim — główna tajemnica została rozwiązana, więc po to wszystko? Ale z drugiej warunki testamentu i wymagania, a przecież tyle się jeszcze może wydarzyć! 

Brakuje dobrych słów — Cieszę się, że moja mama umarła Jennette McCurdy

Wiedziałam, że książka Jennette McCurdy musi znaleźć, czy to na blogu, czy na Instagramie. Jest to książka, o której nie sposób nie napisać po przeczytaniu, bo o niej powinno się dowiedzieć, jak najwięcej osób. Jednocześnie jest to książka, o której trudno znaleźć dobre słowa, żeby mówić. Ale trzeba jakoś to zrobić. 
Autorkę kojarzyłam z seriali iCarli i Sam i Cat, ale nie są to seriale mojego dzieciństwa. Nickelodeon zaczął u mnie lecieć, gdy byłam nastolatką i moje siostry to oglądały, a ja patrzyłam się na to, co leci i jedyne co myślałam, że jaki to głupie seriale. W ostatnich latach natknęłam się i trochę zainteresowałam tematem różnych form przemocy, jakie występowały w Nickelodeon, w tym tych dwóch wyżej wymienionych. Tylko czytanie o tym, a czytanie przeżyć osoby, która to przeżyła to, co innego. Chociaż nie o tym jest ta książka, to myślę, że będzie czas na rozliczenie się aktorki z tym, co się działo za kulisami.
Jennette McCurdy w swojej książka skupia się przede wszystkim na relacji z matką, chociaż i jej role jako gwiazdy seriali dziecięcych też się przewijają. Opisy pierwszych lat życia aktorki oraz jej pierwszych castingów wprawiały mnie w przerażenie — na barkach kilkuletniej dziewczynki było utrzymanie rodzinie oraz uszczęśliwianie matki. Później przerażenie przeszło szok — jak matka może tak traktować własne dziecko? Dlaczego ona jeszcze jej to robi? Dlaczego ona w ogóle to robi? Ostatecznie, już w opisach przeżyć po śmierci matki, przyszło niedowierzanie, chociaż to nieodpowiednie słowo. To było pragnienie, aby to, co czytam, nie było prawdziwe. Aby to po prostu była fikcja, bo żaden człowiek nie powinien znosić tyle cierpienia w swoim życiu. 
Książka porusza, wzrusza i wyciska łzy w różnych momentach. Powiedziałabym, że ja nawet płakałam dość losowo — po prostu jak się nazbierało, to płakałam. Jak jakaś konkretna scena mnie przeraziła, to płakałam. Jednocześnie nie byłam w stanie tej książki odłożyć i czytałam. Zresztą płaczę i teraz, pisząc tę recenzję, bo jest mi najzwyklejszy w świecie szkoda Jennette — dziewczyny, która straciła dzieciństwo, okres dojrzewania i późniejsza lata, a mogła żyć normalnie.

Syndrom drugiego tomu? - recenzja "This wicked fate. Przeklęte przeznaczenie" Kalynn Bayron

Hejo!
Powiem szczerze, że miałam naprawdę intensywny miesiąc, ale jestem bardzo zadowolona. Przede wszystkim łączenie aktywności na blogu i studiów - wyszło świetnie. Dawno nie miałam takiej regularności, ale również mam sama z siebie dużo radości z pisania i dyskusji z Wami. Teraz pewnie będzie tydzień bez wpisu, chyba że uda mi się napisać wpis z serii "Krótko o..." i zaplanować, bo majówkę spędzam w Poznaniu. Na pewno będą zdjęcia!
W styczniu dodałam recenzję This poison heart. Zatrute serce, które mnie zachwyciło. Klimat tej części był niesamowity i kojarzył mi się z Wednesday

[Materiał reklamowy - współpraca z Moondrive]

Tytuł: This wicked fate. Przeklęte przeznaczenie
Seria: This poison heart #2
Autorka: Kalynn Bayron
Tłumaczka: Alka Konieczka
Strony: 318 
Moja ocena: 7,5


Ogólnie ubolewam nad tym, że This poison heart jest jeszcze tak mało znane, przynajmniej sugerując się LubimyCzytać. Chociaż młodzież teraz woli używać GoodReads, to może też dlatego. Pierwsza część mnie naprawdę mocno zachwyciła i uważam, że to jest jedna z lepszych młodzieżówek, jakie ostatnio wyszły. Tak mi się spodobała, że wcisnęłam ją siostrze do czytania, ale chyba zrobi to dopiero w wakacje, bo ma swoje książki. 
Bardzo nie mogłam się doczekać drugiej części tej historii i miałam do niej duże oczekiwania. Moment, w którym pierwszy raz zobaczyłam grzbiet tej książki, mnie zaniepokoił — druga część jest cieńsza i krótsza, a moje oczekiwania ogromne.

Oczekiwania vs. rzeczywistość 

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie chcę w tej recenzji poruszyć, są moje oczekiwania. Tak będzie uczciwie, bo miałam bardzo silne oczekiwania względem tej książki i jej fabułę wyobrażałam sobie zupełnie inaczej. 
Przede wszystkim sądziłam, że Briseis musi odszukać jeszcze cztery części serca Apsyrtosa, skoro już dwie ma, przez co również logiczne było dla mnie, że znacznie więcej będzie tutaj podróży. Ogólnie jeśli miałabym zobrazować jakąś książką, to spodziewałam się czegoś podobnego do drugiej części przygód Percy'ego Jacksona, Morze Potworów. Oczekiwałam, że bohaterowie wyruszą w podróż, jak najszybciej, czyli w ciągu pierwszych 50 stron książki, w nie całe cztery zwiedzą sporą część świata, szukając pozostałych części serca. Co się okazało? Do odnalezienia pozostała tylko jedna część serca Apsyrtosa, która znajduje się na zaginionej wyspie Ajai. Większość książki to są przygotowania do wyprawy, a dopiero druga połowa to te właściwe poszukiwania. 

Trochę wpłynęło to na mój odbiór, bo oczekiwałam znacznie więcej akcji, a tutaj było dość spokojnie. Jednak można było się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy i szczegółów dla historii. Również postaci epizodyczne, które się pojawiają w tej części, niesamowicie wzbogacają historię. Czytelnik ma szansę poznać wiele ciekawych szczegółów i innych obraz mitologii. Nie jestem pewna na tyle, ile autorka bawiła się mitologią i dostosowała ją do potrzeb swojej powieści, ale niemniej jest to bardzo ciekawe. Nie mam wystarczającej wiedzy, aby móc to weryfikować, ale też nie widzę sensu w tym, bo targetem są nastolatkowie i nie każdy 

Znane schematy w nowym wydaniu 

Moje skojarzenie z Morzem potworów nasunęło mi tutaj jeszcze jeden wniosek, który moim zdaniem jest pozytywny. Przeklęte przeznaczenie wykorzystuje popularne schematy, ale jednak wnosi coś świeżego. 

Przede wszystkim motyw podróży związanej z mitologią. Mamy przedstawione w miarę dokładnie szczegóły przygotowań, ale bez zbędnych i nudnych szczegółów. Widać, że zależy im na przygotowaniu merytorycznym i gotowości na niemalże każdą okazję. Starają się wszystko zorganizować maksymalnie legalnie, aby to wyszło. Rzadko kiedy w książkach dla młodzieży jest tak dobrze opisane. Bohaterki przygotowywały się przede wszystkim merytorycznie, musiały odnaleźć wyspę, a do tego prowadziły wskazówki z mitologii, które były zupełnie zapomniane. Co więcej, okazało się, że część bohaterek z rodziny Colchis miało jakieś informacje na ten temat, ale były błędne i trzeba było je korygować. 
Innym znanym schematy jest śmiertelna nastolatka w relacji romantycznej z osobą o nadnaturalnych zdolnościach, która ma kilkaset lat i jest nieśmiertelna. Bardzo dobrze to znamy ze Zmierzchu  czy Krwi i popiołu. Tutaj jest to o tyle świeże, że jest to romans dwóch dziewczyn. Co mi się tutaj podoba to to, że Marie zachowuje się jak zwykła, nieco zbuntowana, ale zwyczajna nastolatka. Jedyne co ją odróżnia to większa skłonność do zamartwiania się, która wynika z jej doświadczenia życiowego i doznanych strat przez tyle. W przeciwieństwie do wcześniejszych przytoczonych przeze mnie relacji nie zauważyłam tutaj żadnych toksycznych zachowań, jakie mogą się pojawiać w takich sytuacjach (Edward i jego chorobliwa troskliwość czy właśnie Hawke).

Mniej emocji 

Kwestia emocji jest bardzo subiektywna. Ja mam poczucie, że warstwa emocjonalna w tej części wypada słabiej niż pierwszym tomie. Nie wzbudziła we mnie aż tylu emocji. Czytałam z ciekawością, ale dopiero samą końcówkę chłonęłam z zapartym tchem i nie mogłam się oderwać. Być może to kwestia tego, że nie miałam czasu na czytanie i czytałam tę książkę w niewielkich fragmentach z dość długimi przerwami. 


[Uwaga w poniższym akapicie znajduje się spoiler do pierwszej części, pod zdjęciem dalsza część bez spoilerów]


Wątek śmierci matki głównej bohaterki nie wzbudzał aż tak wielu emocji. Z jednej strony to rozumiem, bo skoro Bri dążyła do odzyskania Mamy, to etap żałoby jeszcze nie mógł nadejść — wciąż wierzyła, że ją odzyska. Zabrakło mi tutaj większej ilości scen z Mo i wzajemnego wsparcia. W końcu jedną z rzeczy, za które tak pokochałam tę serię, to właśnie te ciepłe relacje matek z córką. Dużo większa uwaga była skierowana relację Briseis z Circe, czyli siostrą biologicznej mamy dziewczyny. Jest to relacja z początku dość dziwna, nieco formalna — nic dziwnego, skoro Circe powinna nie żyć. Mimo tego jest ona opisana ciekawie, obie bohaterki przełamują lody i chcą się poznać. Jednocześnie dbając o zrozpaczoną Mo, co uważam za bardzo dobre. 

[Koniec spoileru] 

Za mało stron, aby docenić bohaterów

To punkt tej recenzji, o którym najciężej jest mi pisać. Poprzednio bohaterów poznawało się przez ich relacje, a relacje Bri i jej mam są pełne ciepła i wzajemnie miłości. Nowe przyjaźnie Bri uskrzydlają ją i pozwalają się otworzyć na innych, ale też na swoją moc. Tych ważniejszych bohaterów jest sześcioro i przy niecałych 400 stronach to zdało egzamin. Można było ich poznać, polubić i docenić. 
W tej części pozostaje kilku starych bohaterów, ale dochodzą dwie nowe postaci oraz jedna wysuwa się na pierwszy plan. Jednak mimo mniejszego znaczenia części postaci z poprzedniego tomu, to jednak czuć, że się zrobiło tłoczno. Ta część ma 320 stron i czuję, że ta długość sprawiła, że bohaterzy zostali zaniedbani. Jak myślę o postaciach, które dopiero teraz poznajemy — Circe, Persephone i właściwie Nyx, która tutaj odgrywa większą rolę, to ich kreacja jest okej. Jest to wystarczające, zaciekawia czytelnika i nie czuć niedosytu. Jednak starzy bohaterowie na tym ucierpieli. Przede wszystkim Bri i jej mamy — w tej sytuacji można było przedstawić więcej rzeczy związanych, które ukazywałyby siłę i moc ich relacji. 
Czuję też, że Bri w tej części była bardziej obserwatorem. To też nie jest coś, do czego jestem przyzwyczajona. Jej rola była istotna w wyprawie i koniec końców bez nie można było tego osiągnąć, ale to nie ona byłą mózgiem tej wyprawy. Brała udział w rozmowach, a w planowaniu, ale tak właściwie nie ona decydowała i bardziej właśnie była szarym członkiem. Również jest to nietypowe, aby głównej bohater nie był przywódcą, jednak jest to logiczne w tej sytuacji. Bri jest najmłodsza, a większość członków wyprawy jest nieśmiertelna. Ciekawi mnie, czy to jest nowy trend, gdzie główna bohaterka, to nie superbohaterka, która sama sobie radzi ze wszystkim, ale osoba, która wie, z czym sobie poradzi. 

This wicked fate. Przeklęte przeznaczenie to bardzo dobra kontynuacja, chociaż wyczuwam w niej syndrom drugiego tomu. Miałam do niej inne oczekiwania, ale nie czuję się w żaden sposób zawiedziona. Ilość ciekawostek i nawiązań mitologicznych mnie zadowoliła, ale to jest kolejna książka, która jest dla mnie za krótka. Chciałabym, aby poszczególne etapy podróży poza przygotowaniem do niej były bardziej opisane, a zwłaszcza wydarzenia z wyspy. Jednak mam cały czas na uwadze, że jest to książka skierowana do młodzieży, skąd mogą wynikać te bardziej ogólne opisy. W porównaniu do pierwszej części wypada w moich oczach nieco gorzej. Widzę, że parę rzeczy mogłoby być bardziej rozwiniętych, co wywołałoby we mnie więcej emocji.

Jeśli chodzi o całą serię, to niezmiernie ją polecam. Moje ocena jednak wynika z tego, że miałam dość mocne oczekiwania względem tej części i jakieś wyobrażenie, ale także z tego, że jednak jest nieco dojrzalszym czytelnik, niż byłam. Akurat ta dojrzałość czytelnicza to sprawa dla mnie dość świeża i wydaje mi się, że to się nagle zarysowało w ciągu ostatnich tygodni. Z pewnością nastolatki powinny sprawdzić na sobie, czy im się ta seria spodoba.