7 lat w blogosferze!


Hejo!
7 lat temu założyłam tego bloga i nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że tylko wytrzymam. Co więcej, od dwóch z roku na rok blog ma się jeszcze lepiej. Niesamowite! Uwielbiam pisać posty rocznicowe, bo mogę zebrać wszystkiego liczby, zapisać je i powrócić do nich, żeby porównać postęp. Lubię statystyki, takie małe dziwactwo. Spokojnie, nie robię niczego tylko po to, aby były jak największe. Po prostu lubię je sprawdzać i porównywać. Zwykle zaczynałam tego typu wpisy od statystyk, ale tym razem zrobię to inaczej. Ogólnie
Wydaje mi się, że to był rok, który przyniósł najwięcej zmian na blogu. Pierwsza zmiana adresu bloga. Zmiana spontaniczna (ale dla mnie przydatna). Tamten adres wymyślałam, gdy miałam 13 lat - "swiatwedlugkasi" to już nie było to, więc zostałam przy "Myśli z głowy wylatujące", czyli tytule bloga.
Drugą zmianą było to, jakie treści zaczęłam zamieszczać. Jest więcej przemyśleń, szczególnie tych poważniejszych, czasem związanych z tematami tabu. Dodawanie tego jest dla mnie czasem stresujące, ale gdy widzę ten pozytywny odbiór, to aż chce się o tym pisać. Serio! Patrząc później na te miłe komentarze aż sama się sobie dziwię, że się stresowałam.
I trzecia zmiana - nowy wygląd. Tutaj się nie będę rozpisywać. Po 5 latach potrzebowałam odświeżenia. Po trzech tygodniach dochodzę do wniosku, że to dobra decyzja. Więc postów przyciąga uwagę, dłużej trwa ich świetność, co mnie cieszy. Łatwiej też poznać z czym ma się do czynienia (czyli ze wszystkim, co mi wpadnie do głowy). Dalej zastanawiam się nad nagłówkiem, mam już upatrzone jedno zdjęcie, tylko teraz muszę przejść do działania.


A teraz statystyki! :D Nie tylko z bloga, ale też z konta na Instagramie.


BLOG

Obserwatorzy: 132   | + 31 osób
Wyświetlenia: (prawie) 63 000    | + 17600 wyświetleń
Napisane posty: (z tym)290 + 3 wersje robocze  | +76
Komentarze: 2464 z czego 834 komentarzy w ciągu ostatniego roku (dzięki, blogger, za nowe statystyki!)


INSTAGRAM


Ten Insagram stał się nieco odrębną częścią, zacznie innym tworem, ale wolę podsumowywać jej razem. Wpis o roku założenie się pojawił i napisałam tam, jak podchodzę do tego konta. :D W sumie fajnie się tam bawię i traktuję je luźniej niż bloga.

OBSERWATORZY:  635 | + 604
OBSERWOWANI:  537 | + 499
POSTY: 131 | +130




Wyświetl ten post na Instagramie.

Dziś jest rocznica założenia tego konta! ❤ Nie będę robić dziś typowego podsumowania, połączę to za tydzień z rocznicą bloga. Dzisiaj chcę się skupić na moim podejściu do mojego konta. Miesiąc temu wrzuciłam wpis o presji prowadzenia idealnego konta (jest w wyróżnionych relacjach - Ważne posty). Założyłam je jako wsparcie bloga, a po jakiś dwóch czy trzech miesiącach przyjęło bardziej bookstagramową formę. Nie przeszkadza mi to, lubię książki. Fajnie, że mam miejsce, gdzie mogę pisać i dyskutować o książkach, w luźniejszy sposób. Dobrze się tutaj bawię. I to kluczowe, to konto mam głównie dla przyjemnosci. Przez to, że polubiłam bycie tutaj jestem tutaj często, ale jak mi się nie chce to mnie nie ma i nie muszę się z tego nikomu tłumaczyć. Nie ma mnie i tyle, pewnie wiele osób tego nie dziwi i nic dziwnego. Na tym koncie przeważają książki, ale nie mam problemu z wrzuceniem luźniejszego wpisu, bez książek, z moimi przemyśleniami. Bo to konto tworzy mnie. A moje "ja" to nie tylko książki. Nie rozumiem tego parcia, żeby tylko o książkach pisać i ograniczyć jakąś "prywatę", którą często jest zwykły dzień osoby, ktore konto prowadzi. Nic wybitnie prywatnego. Za książki zawsze stoi człowiek, ale to nie znaczy, że musi się ukrywać za nimi. Obróbka zdjęć to również zabawa dla mnie. Mam pewien styl obróbki, który traktuje uniwersalnie i czuję się w nim najlepiej, ale patrzę na każde zdjęcie indywidualnie. Każde zdjęcie ma inne potrzeby, do każdego coś innego pasuje, każde inaczej sobie wyobrażam. Mój gust w stylach zdjęć też jest dość rozległy i nie umiem się ograniczyć do jednego, aby feed był spójny. Nie przeszkadzają mi nieidealne kadry, bo często są naturalne, lepsze niż to setne pozowane zdjęcie. I to zdjęcie wyżej też jest nieidealne, bo ucięło mi fragment głowy, ale podoba mi się takie, jakie jest i wiem, że żadne inne nie będzie dla mnie równie ładne jak to. #bookstagram #bookstagramtopasja #tak_czytam #mroczneintrygi #trulydevious #maureenjohnson #ladymidnight #lordofshadows #queenofairanddarkness #cassandraclare #victoria #okrutnapieśń #jkrowling #czytanietopasja #bookphotography #bookphoto #czytamksiążki #kochamczytać #czytanienieboli #molksiazkowy
Post udostępniony przez Kasia Wojdat (@myslizglowywylatujace)



TOP 5 WPISÓW Z OSTATNIEGO ROKU, KTÓRE SĄ DLA MNIE WAŻNE

Wyżej napisałam, że było kilka wpisów, w których poruszyłam ważne tematy i które przełamywały moje granice. Wstawiam tutaj według daty opublikowania.
Są wpisy, które stanowiły coś nowego. Pierwszy zaczął serię bardziej poważnych przemyśleń. Drugi jest bardziej osobisty, chyba najbardziej osobisty, jaki tutaj jest. Trzeci wpis to pierwsze przełamie , aby napisać na blogu o czymś związanym z miesiączką. Czwarty to znowu miesiączka, ale tym razem moje przemyślenia. Piąty to ostatni wpis, czyli o edukacji seksualnej (zmieniony wpis z października).

O własnym zdaniu i rzeczach powiązanych






Z gąsienicy do motyla



Kubeczek menstruacyjny - najlepsze rozwiązanie w trakcie miesiączki?






I na koniec dziękuję, że tu jesteście. Spoko ludzie z Was i tworzymy tutaj fajną społeczność. :D 

O edukacji seksualnej słów kilka




Cześć!
Jednak się nie poddaję. Pamiętacie mój wpis o lekcjach wychowania do życia w rodzinie? Znajdziecie go na blogu? Niestety już nie. Musiałam go usunąć, bo jego zawartość nie podobała się algorytmom Instagrama, przez co nie mogłam wstawiać linka do bloga tam ani też wysłać na Facebooku. Doszłam do wniosku, że na razie usunę, później poprawię. Uznałam, że możliwość wejścia na mojego bloga z mojego konta jest ważniejsza. I nadszedł ten dzień, spontanicznie zaczynam pisać ten wpis, bo patrząc na to, co się dzieję nie mogę już wytrzymać i siedzieć cicho. I nie wiem, ile wspólnego będzie.
Nie wiem, czy kiedykolwiek kogoś uchronił brak wiedzy. Tak, brak wiedzy. Zakaz edukacji seksualnej to zakaz zdobywania wiedzy. To wiedza nas chroni, a nie wstyd. Wiedza historyczna? Pomaga wyciągać wnioski na przyszłość. Wiedza o racjonalnym żywieniu może ochronić przed otyłością albo niedożywieniem i ich konsekwencjami. Mam wrażenie, że ludzie w tych czasach mają szczególną zdolność do odrzucania możliwości zdobywania wiedzy. No dobra, tutaj chodzi o odebranie możliwości tej edukacji, zdobywania wiedzy.


Ciekawość jest normalna, zdrowa. To objawy dążenia do zdobywania wiedzy, do własnego rozwoju, do wyrobienia sobie własnego zdania. Chyba każde dziecko zadało kiedyś pytanie „Skąd się biorą dzieci?” albo poprosiło o wyjaśnienie różnicy między chłopcem a dziewczynką. To teraz pomyślmy, co jest lepsze. Dać dziecku odpowiedź dostosowaną do jego wieku czy zostawić to jak jest i jednocześnie pozwolić na to, żeby szukało odpowiedzi samo? A samo może znaleźć coś, co jest nieodpowiednie. Są dzieci, które są bardzo dociekliwe i uparte, więc na pewno będą szukać.
Edukacja w tym zakresie jest naprawdę ważna, bo dotyczy ona nie tylko seksualności człowieka, ale całej jego tożsamości.

Miałam zajęcia wychowania do życia w rodzinie przez całe gimnazjum. W podstawówce na to nie uczęszczałam, jak cała klasa, bo wychowawczyni doradziła rodzicom, aby nie puszczali nas na to, bo to i tak będzie w gimnazjum. Czy to dobrze? Z perspektywy czasu uważam, że tak, bo w tym wykonaniu te zajęcia mogłyby mi bardziej zaszkodzić, a tak to oceniam neutralnie, ale dobrze nie było. Moja szkoła to był zespół szkół, więc uczyłaby mnie ta sama nauczycielka. Wtedy moi rodzice byli zadowoleni z tego, że na to uczęszczam. Uważali to za przydatne, głównie dlatego, że sami czegoś takiego nie mieli. Prawdopodobnie od przyszłego roku moje siostry nie będą uczęszczać na te zajęcia. Rodzice sami zamawiają książki do tego, więc mają wgląd w to, co tam jest. Gdy ja chodziłam do szkoły, podręczniki wypożyczaliśmy z biblioteki. Nauczycielka ciągle ta sama, sposób prowadzenia lekcji też. Jednak nie mam pojęcia, ile w tym jest jej winy.

(tak, moje zdjęcia, ale stary adres bloga)


Czy mi coś te zajęcia pomogły?
No niezbyt, skoro miesiąc temu szukałam w Google na czym polega połóg. Mam prawie 20 lat, chodziłam na rozszerzenie z biologii, a o połogu wiedziałam tyle, że to okres, kiedy ciało kobiety wraca do stanu sprzed porodu. Więc jak kobieta ma świadomie zajść w ciążę, skoro nie zna jej konsekwencji? Uwierzcie, takich dziewczyn bez tak podstawowej wiedzy jest więcej. I nawet nie wiecie, jaki wstyd mi się do tego przyznawać, że nie wiem, czegoś tak podstawowego. Zresztą, to nawet nie tylko tych zajęć, ale też zajęć biologii. W moim podręczniku od biologii rozszerzonej nie ma nawet wzmianki o połogu, w podręczniku od 7 klasy podstawówki są cztery linijki. Ba, podstawa programowa nie obejmuje połogu. To idealnie obrazuje podejście do kobiety. Nie wiesz dobrze co się dzieje w trakcie ciąży i po niej z kobiecym ciałem, tylko coś o hormonach i że rozwija się w nim płód. A o rozwoju płodu, o tworzeniu się komórki jajowej i o tworzeniu plemników można recytować z pamięci. Chore.

W zajęciach wychowania do życia w rodzinie są jeszcze dwie rzeczy „nie tak”.
Pierwsza z nich to prowadzenie osobnych lekcji dziewczynkom i chłopcom. W podstawówce nie interesowałam się tym przedmiotem, jak on wygląda, bo wiedziałam, że i tak będę mieć to w gimnazjum. Dopiero będąc w szóstej klasie i rozmawiając z rok starszą koleżanką, dowiedziałam się trochę jak to wygląda w praktyce i się zdziwiłam, że lekcje o narządach płciowych są oddzielne dla chłopaków i dla dziewczyn. Było to dla mnie dziwne, bo przecież już w czwartej klasie mieliśmy pierwsze lekcje  o układzie rozrodczym i omówienie budowy narządów RAZEM. I nic złego wtedy się nie działo. Więc mając te dwanaście czy trzynaście lat, miałam świadomość, że ważna jest też znajomość budowy ciała drugiej płci. Zresztą tworzy to tylko tematy tabu, a to też jest bez sensu.

I tutaj druga rzecz. Tematy tabu. No właśnie... Prowadzi to tylko do problemów z komunikacją między osobami. Tak samo z okresem. To normalna rzecz. Nie należy się wstydzić swojej fizyczności. Każda zdrowa kobieta miesiączkuje i to nie powód do wstydu czy do wyśmiewania, co czasem młodsi chłopcy robią. Dlaczego? Bo pewnie tego sami nie rozumieją. Sama pamiętam, jak starałam wyciągać podpaski z plecaka tak, żeby nikt nie zauważył czy też w łazience otwierać je jak najciszej, żeby nikt nie usłyszał, ale po co? Przecież większość dziewczyn, które korzystały z tej łazienki też ma miesiączkę. TO NORMALNE. I tutaj zapraszam do wpisu o miesiączce – Najmniej doceniania przyjaciółka. Tematy tabu rodzą poczucie wstydu, a to jest problemem nie tylko w kwestii miesiączki, ale również przyczynia się do niskiej pewności siebie, kompleksów związanych z normalnymi rzeczami i przyczynia się do wzrostu pewnego rodzaju niebezpieczeństwa, ale o tym później.

Trochę przybiera mi to formę rozprawki, ale już ostatnia rzecz, jeśli chodzi co było nie tak z WDŻem. Kojarzycie scenę lekcji polskiego z „Ferdydurke” Gombrowicza? Tę scenę, gdzie nauczyciel wpaja uczniom, że „Słowacki wielkim poetą był”. Tak widzę te zajęcia, bo to były jedyne lekcje, gdzie wiedza była przekazywana z konkretną opinią, oczywiście jedyną słuszną.
Teraz sobie wyobraźcie, że nauczycielka przynosi na lekcję trzy kartki i kładzie na trzech ławkach. Na pierwszej podejście „seks tylko po ślubie”, na drugiej „można uprawiać seks przed ślubem, gdy jest się w stałym w związku”, na trzeciej „można uprawiać seks z kim się chce i kiedy się chce” i każe uczennicom wybrać, z którym podejściem się zgadzają. Możecie się domyśleć, że to zadanie podpucha i tylko jedno rozwiązanie było „słuszne i poprawne”. Później był wywód, dlaczego ono jest JEDYNYM słusznym i dobrym wyjściem, i dlaczego powinnyśmy tak postępować. Jeśli nie trafia do Was porównanie z „Ferdydurke”, to powiem inaczej. To jest tak, jakby nauczyciel biologii uznawał mejozę jako jedyny słuszny i prawidłowy podział komórek, bo takie są jego przekonania. Brzmi absurdalnie? Owszem.
Są rzeczy, które są złe. Mówiąc po prostu. Jeśli coś krzywdzi drugiego człowieka, jest złe – pedofilia, molestowanie, hejt, nienawiść i pewnie inne rzeczy, które teraz mi nie przychodzą do głowy są złe. 

Jest nam potrzeba rzetelna i obiektywna edukacja seksualna, a nie to, co wiele z nas dostało – coś propagujące wstyd, powielające szkodliwe tematy tabu, ukazujące naturalne rzeczy, jako coś złego. Dlaczego napisałam, że wstyd może być niebezpieczny? Bo częściej ofiarami przemocy, molestowania są te ciche osoby, bo one „nikomu nie powiedzą”, bo się będą wstydzić. WSTYD NIKOGO NIE OCHRONI. WIEDZA JUŻ TAK. Nie należy odbierać uczniom prawa do zdobywania wiedzy, należy edukować i dzieci, i nauczycieli, aby te informacje były, jak najbardziej przydatne i zapewniły bezpieczeństwo.
Nie mogę jednak napisać, że w moim przypadku szkoła zawiodła w edukacji w tym zakresie. Nie. Moja wychowawczyni, jednocześnie biolożka i wuefistka, sprostała temu zadaniu bardzo dobrze – wiele tematów mieliśmy z nią czy to na biologii, czy na godzinie wychowawczej, czy też na wf-ie. Pod tym względem miałam choć trochę szczęścia, że akurat te zajęcia miałam z nią.




Największe książkowe zaskoczenie tego roku! - "Osaczona" Pola Roxa



Hejo!
Dziś przychodzę do Was z recenzją świetnego debiutu. Pochłonęłam go w dwa dni, przy czym ubaw mam do tej pory, jak wspominam tę książkę. Cieszę się, że mój chłopak i przyjaciel nie mieli mnie dość, bo podczas czytania non stop do nich pisałam i przeżywałam, co tam się działo. I cieszę się, że pewnie nigdy nie będą mieli ochoty sami z siebie tego przeczytać, bo mogłam spoilerować i opisywać dokładnie co się dzieje i co mnie tak zachwyca czy bawi. Co ciekawe, ta historia jest oparta na faktach (co najmniej w części), a autorka pisze pod psedonimem.

Tytuł: Osaczona
Autor:  Pola Roxa
Wydawnictwo: Lipstick Books
Liczba stron: 381
Data wydania: 25.03.2020
Moja ocena: 8/10

Karolina to jedna z wielu osób prowadząca to stabilne, ale niezwykle nudne życie. Pracuje w dużej korporacji, do której musi dojeżdżać codziennie komunikacją miejską z domu na kredyt, w którym mieszka razem z mężem. W ich małżeństwie już dawno przestało iskrzyć. Ale stabilnie, czy to nie najważniejsze? Od zanudzenia się śmierć powstrzymuje ją wyjazd z przyjaciółką do Bułgarii. Jednak z przyczyn losowych Karolina musi pojechać tam sama. Nie pojęcia, że ten wyjazd zmieni jej życie. Z dwóch przyczyn. Najpierw całe jej dotychczasowe życie legnie w gruzach za sprawą jej bliskich. A drugim powodem jest poznany w Bułgarii mężczyzna, który po powrocie z wakacji będzie chciał od nowa zagościć w jej życiu i to na dłużej… 


„Osaczona” to moje największe zaskoczenie tego roku. Wiem, że mamy kwiecień, ale nic mniej bardziej nie zaskoczy i jestem tego pewna. To książka, której przypisanie tylko jednego gatunku byłoby obrazą. To nie tylko romans czy erotyk, ale też komedia i gdyby była filmem, to powiedziałabym, że zawiera elementy filmu akcji czy gangsterskiego. Zdecydowanie tej książki nie odzwierciedla opis z tyłu okładki, jest dla niej nawet nieco uwłaczający. Serio, ten opis jest za zwykły, a to co jest w środku jest bardzo nie typowe. Większość osób pewnie odłożyłaby to z myślą „Kolejna taka sama powieść” i w tym przypadku to bardzo krzywdzące. To też będzie niezwykle trudna recenzja, bo wiele rzeczy istotnych dla fabuły, to spoilery. 

Fabuła tej książki jest bardzo złożona. Na niecałych 400 stronach powieście dzieje się tyle, co w niektórych trylogiach. Jednak nie miałam wrażenia, że czegoś jest za dużo czy akcja biegnie za szybko. Dynamiki dodają też przewroty w życiu bohaterki, o ile pierwszy jest łatwy do przewidzenia, tak pozostałe to zwroty akcji godne „Domu z papieru”. Są jakieś drobne wskazówki, głównie sugerowane przez samą narratorkę, aby się domyślić, że coś jest „na rzeczy”, ale i tak to potrafi zaskoczyć. Zakończenie w ogóle zwaliło mnie z nóg, parsknęłam śmiechem mówiąc „Tego się nie spodziewałam!”. Inna osoba pewnie by krzyknęła „Jeszcze tego tu brakowało!”. Też pasuje. To jest jedno z tych zakończeń, które zmieniają cały wydźwięk fabuły. Ta powieść zdecydowanie nie daje odpocząć, ale też nie męczy. Ze względu na to, że w życiu głównej bohaterki cały czas się coś zmienia i balansuje pomiędzy „zapowiada się bardzo dobrze” a „ta dziewczyna będzie mieć problemy”, chce się to po prostu czytać, aby zobaczyć, jak to się rozwinie. Czasem wydarzenia są na granicy absurdu, ale mi to nie przeszkadzało. Wywoływało we mnie kolejną porcję śmiechu. 

Myślę, że ten śmiech to w dużej mierze zasługa stylu pisania i narracji. Chyba po raz pierwszy czytałam książkę, w której śmiałam się przez cały pierwszy rozdział. Już tam czuć, że to będzie powieść, która jest przepełniona humorem. Karolina jest świetną narratorką. Opowiada swoją historię tak, jakby to robiła siedząc naprzeciwko Ciebie, przez co można tę książkę pochłonąć w kilka godzin i uśmiać się do łez. Oprócz tego czytając ją przechodziłam cały wachlarz emocji. Szczególnie towarzyszył mi śmiech i zaskoczenie, ale były momenty, kiedy było mi szkoda głównej bohaterki. Szczególnie po jej powrocie z urlopu, prawie się popłakałam, a po chwili cieszyłam się jak głupia. 
W języku tej powieści możemy wyczuć dużo ironii, często takiej, jaką można znaleźć w memach. Fajne jest to, że pojawiają się słówka z „korpomowy” i są one od razu „tłumaczone” na polski. 

Karolina mogłaby być naszą sąsiadką, serio. Jest tak realistyczna (okej, ostatnio często się to zdanie pojawia, ale naprawdę tak trafiam). Jak na sytuację, w której się znalazła radzi sobie bardzo dobrze, ale podejmuje decyzje, które są dość zaskakujące i były niezgodne z moją moralnością, prawdopodobnie nie tylko z moją. Wiem, że na pewno część z Was będzie zirytowana jej zachowaniem. Mnie od irytacji powstrzymywał praktycznie nieustający śmiech i oczekiwanie na to, co wyniknie z jej decyzji. 
Pierwszy raz jestem w sytuacji, gdy imię drugiego bohatera uznaję za spoiler… Naprawdę… Z tego powodu niewiele Wam mogę o nim powiedzieć. Na samym początku jest opisany jako kolejny przystojniak, bogaty, dobra praca… I szczerze mówiąc, to jakiego go poznajemy na początku, nie ma nic wspólnego z tym, co jest na końcu. Genialna postać, a konkretnie jej historia. Jestem skłonna uznać go za bohatera, który łamie stereotypy mężczyzn w erotykach czy romansach, już w momencie, w którym się przedstawia. Tak, tutaj też parsknęłam śmiechem. Wybór imienia był naprawdę odważny, szczególnie, że najpierw ten pan pojawia się dwa razy i jest opisany jako super przystojniak. 

Reszta bohaterów nie ma takiego wpływu i znaczenia, ale nie znaczy to, że jest płytka czy źle wykreowana . Mąż bohaterki, Bartek to mąż, który po ślubie przestaje się starać i zwala całą winę na bohaterkę. Zjawisko, które niestety jest znane. Dagmara, Zuza czy mama Karoliny to również osoby, które można spotkać w życiu. 

Bardzo podoba mi się poprowadzenie relacji rodzinnych bohaterki. Karolina nie miała z mamą dobrego kontaktu. Mama była osobą wymagającą, chłodną i czepialską, ale gdy życie jej córki zaczęło się walić, pokazała inną twarz i wyjaśniła, dlaczego była, jak była. Myślę, że to ważny krok w ich relacji. Zuza, siostra Karoliny, to typowa imprezowiczka, człowiek z typu „nic co ludzkie nie jest mi obecne”. Mimo zupełnie różnych temperamentów i stylów życia wspiera swoją siostrę i jej pomaga, co jest piękne. 


Jest to świetna książka, ale niestety, nie mogę jej polecić wszystkim. Przede wszystkim ze względu na sceny erotyczne i sposób ich opisania, są naprawdę ostre i nie dziwię się, że jest ostrzeżenie. To nie „Ugly Love” Hoover, które można przeczytać mając te 15 lat. To serio jest książka, której nie poleciłabym osobom w podstawówce i na początku liceum. Określiłabym ją jako „18+”, ale też nie każdy by to tolerował. W kwestii scen erotycznych są one trochę przerysowane i powielają stereotyp, że facet to maszyna do seksu i zawsze musi mieć ochotę, co jest sporym minusem. Historia jest tak przyjemnie napisana i tak nietypowa, że przepadłam i się zakochałam. Z uwzględnieniem granic wiekowych, polecam!


Książka odebrana za punkty na portalu https://czytampierwszy.pl/ 

TOP 5: książki poruszające ważne tematy


Hej!
Z miliona pomysłów na wpisy, wreszcie udało mi się wybrać ten jeden, który wiem, że jest dobry na dziś. A przynajmniej tak mi się wydaje. Jest książkowo, ale to zawsze lżejszy post niż recenzja (a to Was pewnie będzie czekać w piątek). Przynajmniej swobodniej mi się to pisze. Dziś raczej nie mam dobrego dnia na naukę, no, chyba że się to zmieni do wieczora. Jak na razie dziś tylko czytanie i pisanie Bardzo lubię, gdy książka porusza istotny temat, a jeśli przy tym jest bardzo lekka do czytania. Udało mi się zebrać osiem tak takich pozycji, jedną, którą chciałabym tutaj nominować, ale muszę ją ponownie przeczytać. Jak na razie podrzucę Wam pięć pierwszych propozycji. Każda z nich Trzy jestem skłonna polecić każdemu, dwie bardziej młodzieży. Jak wiadomo, kolejność przypadkowa. 




1. Wszystkie jasne miejsca Jennifer Niven
Tę książkę uważam za jedną z najważniejszych, które przeczytałam. Minęły od tego momentu prawie dwa lata, a ja cały czas ją bardzo dobrze wspominam. Zawsze jest mi niesamowicie ciężko o niej mówić. 
To książka poruszająca temat depresji u młodzieży. Chyba pierwsza, która aż tak poważnie skłoniła mnie do myślenia. Jednocześnie to jedna z tych, które trzeba samemu przeczytać, żeby zrozumieć, o co w tym chodzi. Najważniejsze w tej książce, że mimo poruszania tak trudnego tematu, jest niesamowicie lekka i nie przygnębia. Jest też niezwykle poruszająca, bo mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową, więc poznajemy rozmyślania bohaterów i widzimy, jak na nich wszystko wpływa.

Gdzie kupić? 



2. Dziewczyny znikąd Amy Reed
Czy kogoś to dziwi? 
Mam nadzieję, że pamiętacie recenzję tej książki i rozumiecie, dlaczego się tutaj znalazła.
Idea tej książki i jej przesłanie jest cudowne. Książka powstała, aby sprzeciwić się kulturze gwałtu. Pokazuje, że nie to nie i gwałt jest zawsze winą gwałciciela. Niby proste i oczywiste, ale dalej słyszy się wiele przykrych rzeczy na ten temat. Ukazuje wiele różnych dziewczyn, w różnych sytuacjach, które zostały skrzywdzone lub nie, często wiele z nich usłyszało jakieś nieprzyjemne słowa o czymś, co nie było ich winą. 
Myślę, że to książka dla każdego. Niezależnie od płci, wieku... Każdy powinien ją przeczytać. Jest tak dobra, tak dobrze ukazuje problem, że nawet mogłaby być lekturą np. w ostatniej klasie podstawówki. Niestety, nie jest ona idealna, bo okazuje tylko  tę stronę problemu, która dotyczy dziewczyn, a mężczyźni również mogą być ofiarami przemocy seksualnej. 




3. It ends with us Colleen Hoover
Jedna z najpiękniejszych książek, jakie znam. Jest tak boleśnie prawdziwa
Bohaterowie są naprawdę bardzo dobrze wykreowani. Mogli by być prawdziwi. Chyba nie wiecie, jak bardzo ważne jest to w tej powieści.  Najpierw możemy pokochać Ryle'a, a później go nienawidzimy. Czytając opis z tyłu możemy się domyśleć, że Lily powieli los swojej matki i też padnie ofiarą przemocy domowej. Myślę, że to nie spoiler ani nie tajemnica. To główny powód, dla którego polecam tą książkę czytać. Pokazuje przywiązanie do swojego oprawcy. Dziewczyna wie, że to co robi jej mąż jest złe, ale jednocześnie nie chce odejść, bo było/jest idealne. Polecam.




4. Żółwie aż do końca John Green
Kolejna książka, gdzie mogę powiedzieć, że Ci bohaterowie mogliby istnieć naprawdę. Chociaż w tej chwili nie będę się na tym skupiać. 
Książka o chorobie psychicznej, o lękach tak mocnych, że nie pozwalają normalnie funkcjonować. O myślach w głowie, które się pojawiają w odpowiedzi na nasze i często nie chcą działać na naszą korzyść. Książka, która pokazuje, że nasze myśli to nie zawsze my. To tylko myśli. 
Zdecydowanie najdojrzalsza książka Johna Greena. Myślę, że trafnie odzwierciedla życie osoby z problemami takiej natury, a przynajmniej na tyle trafnie, żeby osoby zdrowe potrafiły to pojąć. 



5. Ten jeden dzień Gayle Forman
To zdecydowanie najlżejsza z tych książek i najbardziej dotyczy młodzieży. Allyson ma ułożone życie - dobrze się uczy, ma przyjaciółkę, nie musi się niczym martwić, ale nie jest szczęśliwa. 
Ona tak jak wiele osób, żyje w złudnej iluzji szczęścia, myśląc, że ma wszystko, co się liczy. I w końcu sobie uświadamia, że nie chce tak żyć, że czegoś jej brakuje. 
Podobają mi się w tej w książce te poszukiwania tego, kim się naprawdę jest. Allyson poznała inne życie, inną swoją twarz i okazało się, że jej normalność ją przytłacza. Często tak jest. Pamiętam, jak skłoniła mnie wtedy do myślenia, bo naprawdę fajnie przedstawia szukanie swojej prawdziwej twarzy, tego kim naprawdę chcę się być, kiedy przez całe życie spełniało się wymagania innych. 
Może to nie tylko książka skierowana do młodzieży? 



Znacie te książki? Co o nich myślicie?

Intrygi i zemsta w klasyce - "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte


Cześć! 
Dzisiaj recenzja, którą obiecywałam od początku marca, czyli "Wichrowe Wzgórza". Zmieniałam nieco kolejność w dodawaniu recenzji, a później musiałam sobie zrobić przerwę od pisania o książkach - sześć książkowych wpisów w półtora miesiąca. Za dużo jak na mnie, bo przecież nie samymi książkami człowiek żyje, no nie? :D  Ale wracam i z czymś cudownym. W tym roku obiecałam sobie, że będę czytać więcej starszej literatury, najchętniej klasyki, a nie głównie książek trwającego stulecia. I nawet nieźle idzie, bo do tej pory przeczytałam już cztery - "Zemstę", "Opowieść wigilijną", "Balladynę" i "Wichrowe Wzgórza". Tą ostatnią książkę czytałam po raz pierwszy i mnie niesamowicie zachwyciła, więc zapraszam do czytania. :D 

Tytuł: Wichrowe wzgórza
Autor: Emily Bronte
Liczba stron: 336
Wydanictwo: Świat Książki
Moja ocena: 10/10

Pan Earnshawn przywozi do swojej posiadłości bezdomnego, cygańskiego chłopca, Heathcliffa. Pan nakazuje dzieciom traktować go jak brata. Jednak jego syn Hindley cały czas go prześladuje. Chłopiec zakochuje się ze wzajemnością w Katarzynie, córce Earnshawna. Niestety, nie jest im spędzić razem dorosłego życia, gdyż Katarzyna woli wybrać Edwarda Lintona, chłopca z bogatego domu. Heathcliff znika na trzy lata, zdobywając przez ten czas spory majątek i wraca gotów się zemścić na wszystkich, którzy go skrzywdzili.

To było moje pierwsze spotkanie z literaturą z tamtego okresu i jest jak najbardziej udane! Ta książka to cudo. Idealna, jeśli ktoś chce spróbować czegoś z tamtych czasów, a nie jest przekonany. Wybrałam głównie, dlatego że często są do niej odniesienia w innych książkach. I właściwie stąd miałam jakieś mgliste pojęcie o tej książce, które odbiegło od rzeczywistości. Ta powieść po prostu przewyższyła moje oczekiwania.

Styl pisanie jak na tłumaczenie 1927 roku jest naprawdę przystępny. Może nie czyta się tego nie wiadomo jak szybko, bo jest dużo opisów, ale wszystko jest opisane w bardzo ciekawy sposób, że chcę się czytać.
Pierwszym narratorem, którego poznajemy jest Lockwood, jednak nie ma on zbyt wielkiego udziału w fabule. Jest najemcą Drozdowego Gniazda i słuchaczem opowieść pani Dean, która opowiada losy Heathcliffa, Earnshawnów i Lintonów.

Fabuła głównie opiera się na intrygach i zemstach Heathcliffa. Uwierzcie, tego co się tutaj dzieje to nic nie przebije. Ja, miłośniczka wszelakich intryg, mówię Wam, że lepszej książki w tym temacie nie znajdziecie. To jak to jest zaplanowane, jak to w ogóle wyszło, jest po prostu cudowne. Czytałam to i po prostu chciałam wiedzieć więcej, dalej jak to się potoczy. Przez to, że Heathcliff czuwa nad losami tych dwóch rodzin, wszystko nieco poplątane, ale nie niejasne. Te perypetie to coś naprawdę niespotykanego, szczególnie że czuwa nad nimi zemsta. Wszystko dzieje się niby przypadkowo, a jednocześnie idealnie według planu Heathcliffa, dlatego też potrafi wbić fotel i zaskoczyć.

Bohaterowie są bardzo dobrze wykreowani. Czuć, że każdy, kto się pojawia ma swoją rolę i wpływ na fabułę. Nie mam odczucia, że kogoś było za mało, jest idealnie. Wszystkich ich łączy to, że każdy z nim ma na swoim koncie jakieś mniejsze lub większe niegodziwe występki.
Największe wrażenie wywarł na mnie Heathcliff. Jego kreacja jest genialna. Jest to człowiek tak przesiąknięty goryczą i rozpaczą, że posuwa go to do złych czynów, lecz nie umiem go określić jako człowieka złego. Wszystko przez to, że rządziła nim niespełniona miłość i zemsta. To nie tak, że to jest usprawiedliwieniem zła, które uczynił, ale chcę pokazać, że on się nie urodził zły, był tak postrzegany, To naprawdę złożony bohater z genialnym umysłem.

A teraz punkt recenzji, na który najbardziej czekałam, czyli obydwie Katarzyny! Jestem pewna, że ta książka miała wpływ na wiele artykułów o znaczeniu imienia Katarzyna. Od czasu do czasu lubię sobie to poczytać, ale nie biorę tego na poważnie. Często tam się przejawiały takie cechy jak duma, zdystansowanie i wyniosłość. Po paru stronach można było się zorientować, że Katarzyna-matka ma te cechy. Była naprawdę okropną kobietą. Zachowywała się tak, jakby wszystko mogła i wszystko jej się należało, a jednocześnie cały świat nie umiał jej zrozumieć (oprócz Heathcliffa).
Jej córka była do niej niesamowicie podobna, co wręcz jest zaskakujące. Równie dumna i wyniosła jak matka, ale jednocześnie bardziej ułożona. Inaczej nie umiem tego określić, trzeba przeczytać, aby zobaczyć różnicę pomiędzy matką a córką. Katarzyna-córka bardziej mi przypadła do gustu.

Linton, syn Heathcliffa, był rozkapryszonym paniczem. To równie ciekawa postać, bo z pozoru jest go szkoda, ale nie jest tak niewinny, jakby się mogło wydać. Ma w sobie coś przebiegłego, jednak nie tak jak jego ojciec, bo jest od niego dużo bardziej delikatniejszy.


Co jeszcze polecacie z tamtego okresu? 

Ulubieńcy miesiąca: luty&marzec 2020

Hejo!
W niedzielę rano spontanicznie wprowadziłam zmiany w wyglądzie bloga. Myślę, że jest dużo lepiej - bardziej przejrzyście, więcej postów jest widocznych, więc mogą dostać więcej uwagi. Zastanawiam się, czy nie zmieniać przypiętego postu raz w tygodniu, żeby więcej mogło dostać trochę więcej uwagi. Oprócz tego wprowadziłam małe zmiany w kilku zakładkach - O mnie, Spisie recenzji oraz zmieniłam zakładkę Linki na Ważniejsze posty, a odnośniki do moich przeniosłam do pierwszej wspomnianej zakładki. W Spisie recenzji zmieniłam kolejność recenzji. Teraz schodzi od 2020 roku do 2014, bo moje pierwsze recenzje nie są zbyt zachęcające, a poza tym większość ludzi bardziej interesuje świeższe książki. Cały czas myślę też nad nowym nagłówkiem, bo ten teraz nie pasuje, ale jeszcze nie mam na to dobrego pomysłu.
Zaczynałam pisać ten wpis z uśmiechem na twarzy. No dobra... Śmiejąc się do siebie i się pocieszając, że nie będzie tak źle, że spoko, że dasz radę... Dlaczego? Powracam dopisania chociaż paru słów o filmach. Powiem Wam, że nie próżnowałam. Naprawdę! Nie wiem, czy kiedykolwiek udało mi się tyle filmów w tak krótkim czasie obejrzeć.

Oczywiście, najpierw nieco o tych dwóch miesiąc. Luty i marzec były trudne. Inaczej tego nie umiem nazwać Najpierw ja sama stawiałam czoło swoim trudnościom. A jak się u mnie uspokoiło, to wybuchła pandemia... Już trzy tygodnie siedzę w domu i końca nie widać, a cztery ściany potrafią zmęczyć po takim czasie. Mam nadzieję, że u Was jest okej i się dobrze czujecie.
A teraz przechodzę do tematu wpisu.



1. Muzyka

Spotify przypomniał mi o świetnej piosence Marka Grechuty. Ogólnie piosenki Marka Grechut razem z Anawą są cudowne.



2. Książki

W lutym przeczytałam pięć książek, a w marcu osiem. W tej chwili mam zaczęte dwie - "Współlokatorów" Beth O'Leary i "Twilight" Stephanie Meyer (tak, czytam w oryginale). Razem dało to 35,3 cm do wyzwania "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu". Z kolei ilość stron prezentuje się tak: luty - 1815, marzec - 3114 (do 30 marca). 

  1. Miasto niebiańskiego ognia Cassandra Clare - uważam, że zakończenie tej serii się świetne. W dodatku po przeczytaniu "Mrocznych intryg", zauważyłam kilka nawiązań, więc się dodatkowo jarałam podczas czytania. 10/10
  2. Vicious: Nikczemni V.E. Schwab - recenzja  - na początku oceniłam ją jako 10/10, ale uznałam, że jednak bardziej pasuje 9/10
  3. Kandydatka Rachel E. Carter - recenzja 9/10
  4. Chłopak znikąd A. Sangusz - recenzja 7/10
  5. Wichrowe Wzgórza E. Bronte - książka cudowna - jestem skłonna określić ją jako idealną. Świetnie mi się ją czytało. 10/10
  6. Dziewczyny znikąd Amy Reed - recenzja  9/10
  7. Powódź Paweł Fleszar - recenzja 6/10
  8. Balladyna  Juliusz Słowacki - jedna z lepszych lektur szkolnych. Zdaje sobie sprawę, ze to dość kontrowersyjne stwierdzenie, ale bardzo lubię klimat tego dramatu. 8/10
  9. Pani Noc Cassandra Clare - recenzja 8/10
  10. Gdyby ocean nosił twoje imię Tahereh Mafi - trochę się zawiodłam. Wiedziałam, że mnie zachwyci, ale zapowiadała się naprawdę dobrze, ale wszystko, co tę książkę wyróżniało zostało, zepchnięte na dalszy plan, gdy tylko główna bohaterka weszła w związek. I później stało się to naprawdę przeciętną młodzieżówką. 5/10
  11. #sexedpl Anja Rubik - raczej to dobra książka, bardziej skierowana do młodszych osób. 7/10
  12. Gwiazd naszych wina John Green - recenzja 9/10
  13. Żółwie aż do końca John Greenrecenzja  10/10


3. Filmy

Dobra... Mówiłam, że zaszalałam z filmami i tak serio jest. Obejrzałam 18 filmów w dwa miesiące, z czego 14 w lutym i "tylko" 4 w marcu. 
  1. Garfield - od dziecko uwielbiam ten film o rudym, leniwym kocie. Znam prawie na pamięć, a zawsze bawi.
  2. Lara Croft: Tomb raider - po latach trochę mniej mnie zachwyca, ale dalej bardzo lubię. Co prawda oglądam go głównie dla Angeliny. 
  3. Przed świtem cz. 2 - miałam jakąś fazę na "Zmierzch", ale tylko na wybrane części. Ta chyba jest najlepsza ze wszystkich filmów z tej serii.
  4. Millerowie - nawet nie wiem, co o tym filmie napisać. Po prostu mnie bawi. :D 
  5. Zaćmienie - tak samo... Może nie moja ulubiona część "Zmierzchu", ale sentyment jest.
  6. Dzień zabijania - bardzo specyficzny film, serio. Na szczęście wstrzelił się w mój gust, chociaż był na granicy tego, że mogłam go uznać za bezsensowny. Na szczęście jakoś się obronił i jest całkiem niezły.
  7. Savages: Ponad bezprawiem - to z kolei film, który jest dość ciężki, ale ciekawy. Nie jest to coś, co zwykle wybieram do oglądania.
  8. Piraci z Karaibów: Klątwa czarnej perły, Skrzynia umarlaka, Na krańcu świata - czyli części "Piratów z Karaibów". Uwielbiam. To dla mnie również jeden z klasyku filmów i nie umiem nic więcej dodać.
  9. Tomb raider (2018) - nowa wersja, nowa historia Lary Croft. Jest okej, ale wolę tą z Angeliną.
  10. Jump street 21 - też całkiem zabawna komedia, dość nietypowa.
  11. Indiana Jones: Ostatnia Krucjata, Świątynia Zagłady - kocham te historie. :D One przeplatają fakty historyczne z fantastyką. Znowu coś, co uwielbiam i umiem wiele wybaczyć. 
  12. American Pie: Wesele - nie wiem, czy tutaj muszę coś mówi. Komedia dobra, jeśli człowiek potrzebuje się odmóżdżyć.
  13. PS. Wciąż Cię kocham - film jak książka - bez szału. 
  14. Jak romantycznie! - znowu lekka komedia. Niezbyt ambitna, nieco zabawna, ale coś w sobie. Chyba podtrzymuję opinie sprzed roku. 
  15. Piękna i bestia (2017) - jak ja to kocham! Cudowna adaptacja filmowa z cudowną Emmą Watson. Zawsze mnie wzrusza. 

4. Zdjęcia

Pierwsze zdjęcie to około 30 minut zabawy z GIMPem. :D I szczerze mówiąc to nie wiem, co miałam na myśli przy tworzeniu tego, ale fajnie się bawiłam. Za to drugie zdjęcie zrobiłam chyba w lutym na spacerze z koleżanką.










Post udostępniony przez Kasia Wojdat (@kasiulek.xd)


5. Serial

Zawsze wolałam filmy niż seriale, bo mniej czasu zajmują. Jednak odkąd mam z siostrami Netflixa to się nieco zmienia, więc do trójki obejrzanych przeze mnie w całości seriali dołączy za niedługo "Dom z papieru". Obecnie zostały mi dwa odcinku do końca trzeciego sezonu, a w piątek wychodzi czwarty sezon.
Pierwsze dwa sezony są naprawdę rewelacyjne. Bardzo mi się podoba jak wszystko jest w tym filmie przemyślane, jak Profesor potrafił to wszystko przewidzieć. Te zwroty akcji, to oszukiwanie policji i bycie o krok przed nią jest boskie. Bohaterowie też są świetnie wykreowani, ich poczynania wzbudzają we mnie różne uczucia od śmiechu po złość, ale w większości jest to podziw i ogromne wrażenie. Za to zakończenie drugiego sezonu praktycznie mnie wzruszyło, prawie płakałam. A w ostatnim odcinku złościłam się, że chyba następnym sezon traci sens.
Do trzeciego sezonu mam nieco mieszane uczucia. Chyba przez to, że zmienia się skład bandy Profesora i dochodzi dwóch nowych członków, którzy nie są aż tak zgrani zresztą zespołu, bo potrafi nieco skomplikować sprawy. Sam napad na ten bank to pomysł tak trudny do zrealizowania i niebezpieczny, że ogląda się to z ogromną przyjemnością i każdy pomysł, który przybliża ich do powodzenia się planu jest zaskakujący. Ten plan nie jest aż tak dopracowany jak napad na mennicę, ale zaskakująco dobrze przemyślany i ciekawy. 
Może jakiś o ogólnie wpis o tym serialu, gdy obejrzę czwarty sezon? :D 


6. Coś nowego

Nowością dla mnie są podcasty, nie myślałam, że ta forma przypadnie mi aż tak do gustu. Przesłuchałam całe "Ja i moje przyjaciółki idiotki" Okuniewskiej, które niezwykle dobrze umila mi sprzątanie i nie tylko. Dziś jednak chcę Wam polecić MelTalk @s0ymel. To nowy podcast, który ma ponad miesiąc i zachęcił mnie do tej formy. Uwielbiam gadanie Melki i często ubolewam nad tym, że relacje na Instagramie znikają, a nie mogę później przesłuchać. Melka opowiada bardzo trafnie i niesamowicie przyjemnie. Tutaj akurat jest ostatni odcinek, które jest bardzo trafny i pewnie pasuje to do wielu z Was.


 

7. Jestem dumna z...


Tym razem mogę sobie wstawić tutaj trzy rzeczy.
Pierwszą z nich zaliczenie matematyki i fakt, że w tym semestrze jakoś łatwiej przychodzi mi rozumienie jej.
Drugą wpis o miesiączce - Najmniej doceniania przyjaciółka. Jestem niesamowicie zadowolona, że udało mi się to napisać, że miałam takie przemyślenia i to się tak dobrze przyjęło tutaj. Początkowo miałam wątpliwości, czy na pewno to wrzucać.
Trzecią jest mój wpis na Instagramie - o presji, która dopada wiele osób i wypiera czerpanie przyjemności z prowadzenia konta.








Hej, Ty! Tak Ty. Zdradzę Ci tajemnicę. Wiesz, że prowadzenie Instagrama ma być przyjemnością? Myślisz, że to przecież oczywiste? I masz rację. To nic odkrywczego, rzecz normalna, a właśnie o takich rzeczach najłatwiej zapomnieć. Piszę Ci to, aby podkreślić, że jesteś tutaj, na Instagramie, dla przyjemności. Widząc kolejne story, że ktoś przeprasza, że zawiesza konto, zastanawiałam się dlaczego tak jest. Wniosek jeden – presja. Presja idealnego feedu, presja zwiększania zasięgów, presja perfekcjonizmu, presja podobania się innym. To Cię ogranicza, sprawia, że tracisz całą przyjemność. Zamiast dodać coś, co Ci się podoba, dodajesz tylko to, co pasuje, żeby było perfekcyjnie, bo przecież ludzie lubią spójne i estetyczne rzeczy. Właśnie… Ludzie lubią. A Ty co lubisz? Twój gust może być znacznie bardziej rozległy niż ten jeden styl, więc czemu się ograniczasz? Czemu chcesz, aby inni byli zadowoleni? Właśnie przez to tracisz całą przyjemność z prowadzenia konta. Niezależnie czy to #bookstagram, #studygram czy #bujogram. Do tego ta presja, że musisz coś dodawać. Nie musisz. Możesz dodawać, kiedy chcesz, kiedy masz na to ochotę. Nie musisz robić tego codziennie, nie musisz się martwić tym, że Cię nie było. Co z tego? Nie masz ochoty tutaj się pojawiać, to nie pojawiaj się na siłę. Nie traktuj tego jak obowiązku, bo to nie obowiązek. To pasja. Wiele z Was używa #bookstagramtopasja. A więc pasja, czyli coś, co lubisz robić, bo sprawia przyjemność. A więc nie zabijaj tej przyjemności jakąś durną presją. Pozwalaj sobie na błędy, na przerwy, na odpoczynek, na czas na regenerację, a niby to samo, nieidealne kadry. Pozwól na tematy odbiegające od głównego tematu profilu. Masz ochotę, to pisz o czym chcesz. Nie musisz się ograniczać. I przede wszystkim. Pieprz ten perfekcyjny feed. Pieprz presję podobania się komuś. Pieprz te ograniczenia. Rozwijaj się po swojemu, w swoim kierunku. I bądź zadowolony, bo na Twoim profilu liczysz się Ty. Jak Tobie się podoba to, co robisz, to i innym się spodoba. Grunt, żeby nie było w tym sztuczności, wynikającej z tego, że robisz to na siłę.
Post udostępniony przez Kasia Wojdat (@myslizglowywylatujace)


A wszyscy, którzy dotrwali do końca dowiedzą się, że planuję post ze spoko kosmetykami. Nie zawarłam ich w tym wpisie, bo ciężko mi było wybrać ten jeden wyjątkowy, który zasługuje na szczególną uwagę. :D 

Co Was zachwyciło w tym miesiącu? 

#tezrobiezdjecia

Hej!
Dzisiaj przychodzę do Was z wyzwaniem zdjęciowym stworzonym przez Anitę z bloga Coosure. Tyle czasu obiecuję sobie, że wezmę w tym udział, ale nigdy mi się nie udało. A to zapominałam, a to coś... Ale dziś już jest. Przyznam się, że to było to dla mnie ciężkie. Niektóre hasła są nieoczywiste, ale na szczęście nie wszystko trzeba brać dosłownie.  W części myślałam skojarzeniami, innym razem zobaczycie moją skomplikowaną interpretację. Wybierałam zdjęcia z różnych lat - najstarsze jest z 2016 roku. Przeważnie dodaję zdjęcia pod #tezrobiezdjecia na Instragramie, na moich obydwu kontach. Zasady tego wyzwania znajdziecie w zapisanym story u Anity @cooosure

1. Widok
Oczywiście nie mogło zabraknąć moich kochanych Bieszczad. Chyba nic nie muszę dodawać. 



2. Ciepło
Ciepłem skojarzyło mi się to zdjęcie.. Kilka dni na Mazurach cztery lata temu. Po prostu ciepło było.

Jak nie zwariować?




Hejo!
Zdecydowanie siedzenie w domu mi nie służy. A przynajmniej to poczucie braku innych możliwości. Grunt, że mieszkam na wsi i przejdę ledwo 100 metrów, a już się kończą zabudowania i mogę sobie spokojnie spacerować. Chociaż tyle z tego... A tak to jakaś dobijająca rutyna mnie dopada, której nawet nie mam chęci przezwyciężać. Tutaj też żeby napisać musiałam się mocno zebrać w sobie.
Chociaż to nie kwestia chęci, bo serio chce mi się pisać, ale chwilowego artblocka i poczucia braku tematów do pisania. Chciałam napisać o czymś lekkim i przyjemnym, a cóż... Zaczynam od narzekania. Trochę chcę, żeby ten wpis był moim pierwszym krokiem do ogarnięcia tyłka i robienia czegokolwiek więcej niż takie minimum, a obecnie minimum to głównie zadania z matematyki.

Nauka zdalna to zdecydowanie nie jest dla mnie. Strasznie ciężko mi się zebrać do zrobienia czegokolwiek, tym bardziej, że ten tydzień był nieco nie wiadomo jaki, bo jeszcze nie od wszystkich prowadzących miałam ustalone, jak to będzie wyglądać. Teraz się ogarnęło, ale nie czuję nawet przymusu, żeby coś zrobić. A są rzeczy, które mam do dokończenia dalej sobie są. Mniejsza oto. To teraz po prostu kilka rzeczy, które chociaż trochę mi pomagają nie zwariować.


"Powódź" Paweł Fleszar

Hej!
Nie będę pisać o obecnej sytuacji. Wystarczy, że powiem, że większość z Was pewnie jest w domu, więc przychodzą z pewną propozycją książki dla fanów kryminału. Albo po prostu dla osób, które chcą poczuć powiew świeżości w książkach. Sama rzadko sięgam po kryminały, o czym pewnie wspominałam przy ostatniej recenzji jakiegoś kryminału. Dlaczego? Nie mam pojęcia, jakoś mi nie po drodze. Łatwiej mi kupić jakąś książkę fantasy czy młodzieżową, a kryminały jakąś nie chcą stawać na mojej drodze. Ale i tak mam pewne oczekiwania do książek z tego gatunku, więc czy "Powódź" im sprostała?


Tytuł: Powódź
Autor: Paweł Fleszar
Data wydania: 24.10.2019
Wydawnictwo: Księży Młyn Dom Wydawniczy
Liczba stron: 212
Moja ocena: 6,5/10



Kris wraca do Krakowa, gdy dowiaduje się o śmierci swojego przyjaciela z młodości, Kuby. Chce wesprzeć ojca zmarłego w tych trudnych chwilach, jednak coś zaczyna budzić jego wątpliwości co do samobójstwa przyjaciela. W liście pożegnalnym wspomina o Zuzie, którą „zabrał zły człowiek”, a o której Kris nigdy nic nie słyszał. Stan jego domu, rozmowa z policjantem, to wszystko zasiewa w nim wątpliwości i skłania go do poprowadzenia własnego śledztwa, w którym pomaga mu dwójka nastolatków. 


Zastanawiam się od czego zacząć tę recenzję. Suche to „serio dobra książka” to nieco za mało, ale tak jest. To naprawdę dobra książka, tylko to nie jest mój „typ kryminału”. Wiem, że takie książki też maja rzesze fanów. Mam tutaj taką sytuację jak ze „Zamianą” Rebeci Flat, zabrakło mi trzymania mnie w napięciu i nie umiałam się wczuć w tę książkę. „Powódź” wypada nieco lepiej niż tamto. 

"Dziewczyny znikąd" Amy Reed



Hej!

Jednak wyszły małe zmiany. Dzisiaj nie będzie recenzji „Wichrowych wzgórz”, tylko innej książki. „Dziewczyny znikąd” to idealna książka, aby napisać o niej w Dzień Kobiet. Dlaczego? Bo dotyczy każdej z nas. Jeśli nie bezpośrednio, to pośrednio, bo może dotyczyć kogoś z naszego otoczenia. Książka bardzo mądra, części osób otworzy oczy. I nie tylko dla kobiet. Serio, moim zdaniem powinna być to lektura szkolna ze względu na wartości, jakie przekazuje.
To chyba inna niż zwykle recenzja, bo zawiera więcej przemyśleń o życiu niż o książce. 



Tytuł: Dziewczyny znikąd
Autorka: Amy Reed
Liczba stron: 418
Data wydania: 29.01.2020
Wydawnictwo: Poradnia K
Moja ocena: 9/10



Trzy dziewczyny, każda zupełnie inna, ale mają jeden cel - sprzeciwić się kulturze gwałtu, zmniejszyć seksizm i oddać szacunek zgwałconej dziewczynie, której nikt nie chciał uwierzyć i o której się milczy. Zaczynają tworzyć Dziewczyny Znikąd i zachęcają do tego inne dziewczyny. Aż z czasem ich ruch ma naprawdę duże znaczenie, co nie podoba się wielu osobom.
Wydaje mi się, że będzie to jedna z najważniejszych książek w moim życiu. To taka książka, którą każdy powinien przeczytać. Dlaczego? Bo zawiera ważne rzeczy. Coś o czym się powinno mówić. Są w niej rzeczy, które każdy powinien usłyszeć po tym, gdy usłyszał coś, czego nikt nie mógł usłyszeć. Albo poprawne reakcje na rzeczy, które nigdy nie powinny się wydarzyć

Idzie wiosna?


Hejo!
A co tam! Zaszaleję. Od ostatniego postu w stylu "co u mnie"  minęło półtora miesiąca. Był o moim samopoczuciu przed sesją. Więc teraz sobie napiszę o moim samopoczuciu po sesji. A co! Będzie to też całkiem miłym przerywnikiem od recenzji, bo ostatnio były dwie z rzędu, a za chwilę wpadnie trzecia. Napisanie czegoś luźniejsze będzie też świetnym relaksem dla mnie. I pewnie użyję zdjęć, które znalazłam w komputerze, a szkoda mi było ich nigdzie nie publikować. Chociaż nie zdziwię się, jakby miała na dzisiejszy wpis jakiś inny pomysł, ale wyleciał.

W nowy semestr i w nowy miesiąc z jakimś lepszym humorem. Przede wszystkim opuścił mnie ten stres, który mi towarzyszył przez cały luty. Najpierw sesja i egzaminy, który łączyły się ze strachem "co tym razem on/ona wymyśli", bo po tylu kolokwiach już poznałam możliwości wykładowców i zawsze potrafią pokazać, że nic nie umiesz. Później oczekiwanie na wyniki z myślami, czy przyjęłam dobry sposób rozumowania, czy może nie. A potem poprawki, jeśli jednak nie. I znowu stres, czy zdane czy niezdane. I cóż... Mogłoby być lepiej. I ten akapit jest jednym wielkim eufemizmem tego, co czułam i jak było. Jednak jestem na drugim semestrze, cieszę się z tego, bo zapowiada się lepiej.