Książka jak narkotyk - "Krew i popiół" Jennifer L. Armentrout





„Krew i popiół” zdominowała w ostatnich dwóch miesiącach Internet. Na miesiąc przed premierę dużo o niej mówiono. W styczniu, czyli w miesiącu premiery, została wybrana przez moich obserwatorów jako najgłośniejsza książka tego miesiąca, a w lutym wciąż się o niej mówi. Odkupiłam ją spontanicznie od jednej dziewczyny, którą obserwuję, bo gdy patrzyłam, jak ona to przeżywa, to zachciałam ją przeczytać, szczególnie że często mam inny gust niż ona. I co otrzymałam? Masochistyczną przyjemność z czytania tej książki i mieszane uczucia, co do niej. Taka dziwna książka w moich oczach, dlatego będzie nieco inna forma recenzji. Może przy niej zostanę lub będę wykorzystywać jej elementy.


Przed Wami najdłuższa recenzja, jaką znajdziecie na tym blogu.   




Tytuł: Krew i popiół
Autorka: Jennifer L. Armentrout
Wydawnictwo: You&YA
Data wydania: 12 stycznia 2022
Liczba stron: 510




Panna, wybrana przez bogów musi wieść życia z dala od innych, wiedzie życie w zamknięciu, pełne wielu ograniczeń. Nikt nie może zobaczyć jej twarzy, nie może się z nikim zaprzyjaźnić i musi być pod stałą ochroną. Musi być godna. Po prostu. Poppy łamie te zasady w ramach buntu, ale też chęci zaznania życia przed swoją Ascendencja. Jednak na zamku zaczyna być niebezpiecznie, ktoś próbuje ją porwać, dwóch jej strażników zginęło w dość krótkim czasie, a także wzrasta aktywność przeciwników króla i królowej. Nowym strażnikiem zostaje Hawke, którego już raz spotkała w trakcie swoich eskapad poza zamek.



W żadnej książce nie miałam aż tak rozdzielonej obiektywnej opinii od subiektywnej. Zwykle to się łączy lub po prostu nie czuję, że sama obiektywna opinia była mi potrzebna. To dla mnie takie „The Kissing Booth” wśród książek, a ten film to moje totalne guilty pleasure – wiem, że jest słaby, bohaterowie zachowują się głupio, wszystko można jakoś łatwo załatwić, ale i tak oglądam z zapartym tchem, wracam, co jakiś czas i przeżywam, że to jest takie głupie, wkurzające, infantylne i w tym wszystkim zajebiste! Tutaj może nie powiem „TAK! OMG TO JEST ZAJEBISTE”, ale jednak ma w sobie coś takiego, że mnie ta historia przyciągnęła do siebie i chcę wiedzieć, co będzie dalej. Jednocześnie widzę wady i kilka rzeczy wolałabym, żeby wyglądały inaczej.
Dlatego recenzja w trzech częściach – obiektywnej, subiektywnej i spoilerowej, aby móc się w pełni odnieść do książki.


Jest potencjał, ale są też wady

Pomysł na fabułę jest ciekawy – wybrana przez bogów, która się buntuje, intryga polityczna i przedarcie się buntowników do zamku. Świat też zapowiadał się interesująca – jakieś rasy, stworzenia i inne śmiertelnie niebezpieczne rzeczy, a do tego główna bohaterka z jakimś darem!
W ciągu pierwszych 100-150 stron autorka podrzuca nam kilka wątków, które splatają się ze sobą na sam koniec. Nie jest to moja ulubiona forma prowadzenia fabuły w książce, wolę gdy jest jakiś przewodni wątek, a poboczne się tak przeplatają, że gdzieś jeden się kończy, potem drugi zaczyna i kończy się w innym tomie. Wiecie, o co chodzi. Tutaj właśnie istnieje ten punkt, w którym wszystko się łączy i trochę zaczynają od tego wychodzić nowe wątki. Nie jest źle, dzięki temu końcówka wciąga, intryguje i mnie zachęciła do dalszego czytania.

Akcja nie rozwija się szybko. Coś się dzieje na początku, ale to bardziej pojedyncze zdarzenia, które przeplatają się z życiem Poppy. Są one ciekawe, ale mogą nużyć. Akcja rozkręca się gdzieś w połowie książki, a to co się wydarzyło na ostatnich 150-ciu stronach było niesamowite. Zmieniło wydźwięk wielu rzeczy, nie w każdym przypadku był on pozytywny, ale rozjaśniło sposób prowadzenia fabuły, wprowadziło dużo nowych informacji o świecie.  Połączyło kilka wcześniejszych wydarzeń w jedną całość, a przede wszystkim rzeczywiście mnie wciągnęło. 

Największą wadą jest dla mnie narracja. Narratorką jest główna bohaterka, ale o niebo lepiej sprawdziłaby się tutaj narracja trzecioosobowa. Przede wszystkim, początkowe opisy Poppy nic nie wnoszą. Część jest istotna dla fabuły, ale nie zwiększają świadomości na temat świata przedstawionego. Wszystko to dlatego, że Poppy sama niewiele wie. Trzymana pod kluczem, uczona, ale bardzo selektywnie. Narrator wszechwiedzący mógłby dużo naprawić, podając potrzebne informacje. Dopiero na końcu jest wyjaśnione, kim są Ascendenci, a to słowo przewija się przez cały czas, podobnie jak słowo sysuni. Około 350 strony jest pierwszy, dokładniejszy opis, akurat stworzenia, które było przerośniętym szczurem (XD bawi mnie to, że to serio był pierwszy naprawdę obrazowy opis i dużo wyjaśniający). Wcześniej są podawane informacje na temat Ascendentów, ale nie tłumaczą one dokładnie, kim jest ta rasa. O Atlantach czy Descendetach dowiadujemy się jeszcze mniej, właściwie tylko tyle, że to wrogowie i są niebezpieczni.

Podział świata bohaterów odnosi się nie tylko do ras, ale też łączy się ze statusem społecznym. W związku, z czym Ascendenci to rodzaj arystokracji. Oprócz nich są strażnicy, którzy są zwykłymi ludźmi i im służą, kapłani i po prostu ludzie, którzy są biedni. To bardzo patriarchalne społeczeństwo w dodatku w połączeniu z sadystycznym władcą. Warto mieć to na uwadze, kiedy będzie się wybierało tę książkę.


Bohaterowie i relacje

Pisanie o bohaterach nigdy nie jest moją ulubioną częścią recenzji, zwykle jest dla mnie najtrudniejsza, a tutaj jakoś szczególnie. Przede wszystkim najważniejsi bohaterowie to Hawke oraz Poppy.
Co robi Poppy i kim ona jest, to już wiemy. Jako narratorka jest kiepska, bo sama niewiele wie o świecie. Momentami zachowuje się głupiutko i nie dostrzega oczywistych rzeczy, ale w końcu na to wpada. Nie umiem jej określić jako silnej kobiecej postaci. W moim odczuciu nie jest taka przez większość książki. Faktycznie bierze udział w walkach i chce pomagać, ale jednocześnie jest w swojej roli jako wybrana przez bogów, co ją ogranicza. Później zaczyna uświadamiać sobie swoją przemianę, to skąd brały się jej reakcje, ale także swoje słabości. Dopiero wtedy, ze wzrostem tej świadomości, zaczyna mieć predyspozycje do silnej postaci kobiecej.

Hawke z kolei na początku wydawał mi się bohaterem, który znalazł się w złej książce. Poważnie, skojarzył mi się z popularnym sportowcem z high school, który ma świadomość, że wszystkie dziewczyny na niego lecą i to wykorzystuje. W środku zaczęłam zmieniać o nim zdanie, bo był zabawny, ale tak naprawdę doceniłam jego kreację na sam koniec. Powód wyjaśnię w ostatniej, spoilerowej części recenzji.
Z pozostałych bohaterów doceniam jedynie Viktera, głównie ze względu na jego relację z Poppy. Vikter jest strażnikiem, ale jednocześnie traktuje ją jak swoją córkę. Bardzo dobrze wygląda to na tle całej książki, ten bohater jest potrzebnym głosem rozsądku w tej książce.


Relacji pomiędzy Poppy a Hawkem nie jestem w stanie nazwać relacją miłosną. Podobnie ciężko mi to wsadzić w ramy typowego love – hate. Głównie przez zakończenie, które zupełnie zmieniło wydźwięk całości. Generalnie nie rozumiem romantyzowania jej, o czym szerzej napiszę później, ale reakcja Poppy i uczucia są dobrze napisane. Bohaterka ma po raz pierwszy do czynienia z mężczyzną, nie wie, jak wyglądają zdrowy związek, dlatego też podoba jej się to, w jaki sposób Hawke okazuje jej zainteresowanie. Szczególnie że wśród mężczyzn, z którymi miała do czynienia, wypada dość… Hm… Po prostu nie wykazuje sadystycznych skłonności wobec niej i nie czerpie widocznej satysfakcji ze znęcania się nad nią, ale okazuje swoje zainteresowanie, przekraczając jej granice, szczególnie na końcu. Nie jest to relacja, którą warto romantyzować i tego też nie rozumiem w odbiorze jej przez inne sposoby. Jednocześnie doceniam ją jako zabieg dla całej fabuły.






Książka jak narkotyk – zła i uzależnia. Tutaj oczywiście piszę żartobliwie, bo książka ma początek, który nie jest dobry, i koniec, który nie jest zły, jeśli chodzi o fabułę i budowę świata. I to tyle z bycia obiektywną.
Książka ma naprawdę niesamowity klimat. Pomimo tylu wad, jakoś mnie do siebie przekonała. Wiem już, że wrócę do niej za jakiś czas i przeczytam kolejne części, bo ta końcówka mnie dosłownie wciągnęła. Sama dobrze tego nie rozumiem.
Styl pisania mi się nie podobał – był dziwny. Sposób napisania opisów i dialogów nie współgrał ze sobą. Jednocześnie nie męczyło mnie, czytało się bardzo szybko (nawet 80 stron w pół godziny). Były sceny, które musiałam przeczytać ponownie, bo nie całkiem zrozumiałam, do czego doszło, jak do tego doszło i jakim cudem bohaterowie znaleźli się akurat tutaj. Mimo to i tak nie było to męczące dla mnie.
Nawet odczuwałam masochistyczną przyjemność z czytania tej książki. Inaczej tego nie nazwę, świadoma wad i różnych głupotek, polubiłam tę historię. Uważam, że można było ją lepiej napisać, zarówno pod względem technicznym, jak i pominąć pewne sceny i zachowania bohaterów. Mimo to ta książka mnie do siebie przekonałą, mimo schematów i mimo wad. Bohaterowie mają w sobie coś unikalnego, nawet jeśli ich nie polubiłam, a to wszystko, co mi mózg podsuwa, co może być dalej, zachęca mnie do czekania na kolejne część.
Niektóre dialogi były dla mnie naprawdę zabawne. Poczucie humoru akurat było bardzo proste, a to coś, co stoi na podium zaraz po absurdalnym poczuciu humoru i sarkastycznym. Tych kilka dialogów skojarzyło mi się z filmem „Zapomniana melodia” *klik* i (chyba) pierwszą sceną.
Oprócz tego było kilka naprawdę fajnych cytatów. Bohaterowie potrafili powiedzieć rzeczy, które naprawdę były sensowne. Ostatnio rzadko kiedy pojedyncze cytaty wzbudzają moje zainteresowanie, a w tej książce znalazłam dwie wypowiedzi, które naprawdę mi się podobają. 


Strach i odwaga często są jednym i tym samym. Robią z ciebie albo wojownika, albo tchórza. Jedyną różnicę stanowi osoba, która jest w środku. ~ Jennifer L. Armentrout "Krew i Popiół"


Śmierć jest jak stary przyjaciel, który przychodzi z wizytą, czasami wtedy, kiedy najmniej się jej spodziewasz, a czasami wtedy, kiedy na nią czekasz.Jennifer L. Armentrout "Krew i popiół"


W książce zabrakło mi mapy. Byłaby ona spoilerem, gdyby była pełna, ale można byłoby ją uciąć w odpowiednim miejscu i odpowiednio podpisać. Rozjaśniłoby to, chociaż geografię świata. Podobnie fajnie by było, gdyby znalazł się tutaj słowniczek, gdzie pokrótce wyjaśnione zostały nazwy własne, rytuały czy zwierzęta.
Ciężko mi tę książkę przyporządkować do określonego gatunku. Ma w sobie elementy fantastyki, romansu i erotyku, ale dla mnie za mało spełnia cech, aby było którymkolwiek z nich. Chyba najbliżej temu będzie do New Adult w świecie fantastycznym, ale też nie całkiem. Na pewno nie jest to książka młodzieżowa.

Nie jestem w stanie polecić tej książki każdemu. W sumie w ogóle ciężko w moim przypadku mówić o polecaniu tej książki. Radzę uważnie czytać recenzje, abyście dobrze wyłapali motywy, które tutaj się pojawiają, i czy one mogą Wam się spodobać. No i, nie polecam tego jednak poniżej 16-18 lat. Ciężko mi ustalić konkretną granicę, po prostu ta książka może zaszkodzić, gdy w kimś jeszcze nie rozwinęła się pewna dojrzałość, mam tutaj na myśli aspekt związkowy, aby wiedzieć, które z zachowań bohaterów są nieodpowiednie i nie należy ich romantyzować. Jednocześnie, nie wykluczam, że osobom dojrzałym może się po prostu nie spodobać przez te techniczne aspekty.


Sama planuję czytać kolejne części i kiedyś pewnie powrócę do tej książki, wzbogacona o to wszystko, co tutaj napisałam. Dalsza część zawiera spoilery – oznaczone kursywą. Spokojnie możesz opuścić następną część wpisy, jeśli nie chcesz ich poznać.






Nie umiem napisać o tej książce bez spoilerów. Głównie dlatego, że najważniejsze informacje są na końcu książki i wiążą się z relacją bohaterów i pewnym, problematycznym wydarzeniem na samym końcu książki.


Ugryzienie przez Atlanta/wypicie jego krwi, które powoduje natychmiastowe pożądanie – błagam… To zagranie godne parodii (gdzie wypadłoby nieźle) albo jakiegoś dziwnego filmu dla dorosłych. Tutaj wypada to tandetnie. Musiałam się zastanowić nad tą kwestią, bo najpierw uważałam, że to ryzykowny krok, ale jednak dochodzę do wniosku, że jest to po prostu tandetne.

Scena na śniegu
Nie mam pojęcia, jakie procesy myślowe zaszły w głowie autorki, aby tak poprowadzić fabułę, ale to naprawdę zły pomysł.
Problem w tej scenie jest taki, że Atlant wykorzystał swoje zdolności, aby wykorzystać Poppy.  Musiałam przeczytać tę scenę dwa razy, bo w pierwszej chwili myślałam, że on po prostu chce się posilić jej krwią, a to jednak nie o to chodziło.
Ogólnie to, jak została napisana ta scena i co do niej doprowadziło, jest pojebane. Po prostu. Nie będę bawić się w ładne słówka. 


Relację Hawke’a i Poppy doceniam jako intrygę. Hawke nie jest zwykłym strażnikiem, jego celem było omamienie Panny i porwanie jej, co wyszło zajebiście. Fabularnie jest to naprawdę świetny zabieg, jednak nie sprzyja romantyzowaniu tej relacji. Nie ma w niej wielu romantycznych rzecz – ona dla niego była celem, ale coś wyszło spod kontroli i można się domyśleć, że coś poczuł, ale wciąż ma swój cel. Ona z kolei pierwszy raz doznała jakiegoś zainteresowania ze strony mężczyzny, do tego świadomość, że to zakazane i chęć buntu – naprawdę, to nic romantycznego. Lubię dobrze napisane, toksyczne relacje w związkach, ale przez narrację pierwszoosobową jakoś zabrakło tutaj podkreślenia, że to złe. Poppy trochę czuje, że to złe, ale to nie jest tak zdefiniowane, jak być powinno. Ogromnym plusem jest to, że na końcu dostrzega, co się dzieje, nie podoba jej się to.
Z kolei Hawke. Napisałam, ze jego postać również doceniłam, a to dlatego, że przez większość książki przyjmował rolę strażnika, a w rzeczywistości był kimś innym. Dokładniej największym wrogiem w tej książce, czyli Księciem Casteelem. Genialny pomysł sam w sobie, bardzo mi się spodobał, a jednocześnie sprawił, że przestałam odbierać głównego bohatera jako aroganckiego kolesia z liceum. Stał się w moich oczach przebiegły i inteligentny, ale nie do szpiku kości zły. Widzę w nim, że ma jakieś jasne strony.


Przemyślenia recenzyjne - "Pani Siedmiu Bram" Maria Zdybska



 Hejo!

Dziś przychodzę z ostatnią książką, którą zamówiłam na czytampierwszy.pl. Obecnie portal jest zawieszony na czas nieokreślony, a książkę zamówiłam chyba w grudniu za punkty. Za recenzje tej książki nie dostanę punktów. :)
Sam styczeń miałam dość intensywny i trochę zaczynałam pisać, ale nie byłam w stanie tego kończyć, bo jednak dobra ma tylko 24 godziny i to trochę za mało. Za to dużo czytałam i słuchałam audiobooków, wróciła mi ochota na pisanie recenzji, więc zapraszam! Myślę, że w lutym wrzucę trochę więcej wpisów lub napiszę coś na zapas.

Tytuł: Pani Siedmiu Bram
Autorka: Maria Zdybska 
Wydawnictwo: Inanna
Data wydania: 12.11.2021 r.
Liczba stron: 299
Moja ocena: 8/10


Dziwna śmierć przyciąga uwagę Dantego — jednego z bogów, którzy żyją wśród ludzi. Niezwłocznie kontaktuje się z Inanną, boginią, której z pewnością ta sprawa będzie dotyczyć. Ktoś pragnie otworzyć Siedem Bram Irkalli, wzywając tym samym Inannę  do ich obrony, bo przecież ona jest jej panią.


„Pani Siedmiu Bram” to nie typ fantastyki, po który nie sięgam najczęściej. Króluje u mnie fantastyka młodzieżowa, ogólnie jakieś mocniej wykreowane światy, które znacznie bardziej odbiegają od znanego nam świata. Tutaj mamy dawnych bogów, którzy nie zniknęli i żyją wśród ludzi, mimo że ich kult dawno osłabł, łączą w sobie wiele kultur, a sama historia jest pełna symboli.

Czytając ją, przeszłam przez 3 fazy – fascynacja, a następnie chwilowe zwątpienie i zagubienie, a koniec ogromny zachwyt i zaskoczenie. To taki uproszczony podział, jak odebrałam fabułę i zdecydowanie nie powinniście się nim sugerować. Dlaczego? Jak napisałam, to książka pełna symboli, a oprócz tego niedopowiedzeń. W związku z czym każdy będzie odbierał ją zupełnie inaczej, ale również nie każdemu przypadnie do gustu. Można spokojnie czytać tę książkę, bez wgłębiania się w warstwę symboliczną, samą historię wtedy się zrozumie, ale tutaj własne rozmyślania czynią tę książkę wyjątkową.


Ale co z samą fabułą i akcją?

Fabuła jest ciekawa – dawna bogini, która nieco za bardzo wsiąkła w ludzki świat, musi ochronić swoje bramy przed zniszczeniem i wypuszczeniem Szeolitów oraz bardziej krwiożerczych stworzeń, które w chwilę zniszczą cały świat, a wszystko zaczyna się od dziwnych morderstw. Dobrze i spójnie poprowadzona, ale żadne zwroty akcji mnie nie uderzyły.

Dla mnie główną wadą jest tempo akcji. Przez to, że bohaterowie sami dobrze nie wiedzą, co się dzieje, kto za tym stoi, a do tego nie mają jak przewidzieć, gdzie będzie następny atak, akcja wydaje się biec dość wolno. Na szczęście nieco przyspieszają ją często zmiany lokalizacji bohaterów.


Bogowie w ludzkim świecie


Bohaterowie to większości bogowie, demony i inne pradawne istoty. Ludzie to bardziej postaci epizodyczne. Przez całą fabułę częściej przeplata się jeden człowiek, który pozornie nic do niej nie wnosi, ale gdy się głębiej zastanowiłam, to jednak ma to znaczenie i jest dość typowy motyw podczas omawiania mitologii – ludzie to tylko zabawki w rękach bogów.
Sam sposób ukazania bogów bardzo mi się spodobał. Są to istoty o podwójnej, często sprzecznej ze sobą naturze. Stąd też ich zachowania i reakcje nie zawsze są spójne ze sobą, potrafią zmienić nastrój w kilka chwil. W postaciach ludzkich odbierałabym to jako niespójność i irytowałoby mnie to, ale jako sposób ukazania bogów bardzo mi się podoba.
Bogowie, których poznajemy, tworzą ciekawy duet. Inanna, a jednocześnie Ereszkiegel, bogini miłości i wojny, tytułowa Pani Siedmiu Bram, która ma zadanie ochronić swoje bramy przed zniszczeniem i wypuszczeniem Szeolitów, którzy zniszczyliby ziemię. Dante, czyli dobrze znany z mitologii greckiej Hermes, bóg kłamców i złodziei (no i boski posłaniec, ale te dwie pierwsze postaci są jednak ważniejsze). Zdecydowanie ich natura sprzyja niedopowiedzeniom, które każdy może interpretować na własny sposób.


„Pani siedmiu bram” to książka, której odbiór jest bardzo osobisty. Ciężko mi przekazać jakieś obiektywne informacje, bo to książka, której odbiór jest bardziej subiektywny niż innych. Dla mnie była świetna, mogłam przy niej odkryć nowy sposób patrzenia na książki, skłoniła mnie do przemyśleń, które właściwie nic nie zmieniły w moim życiu. :D Po prostu lubię rozmyślać i lubię rzeczy, które skłaniają mnie do ciekawych przemyśleń. Jednocześnie nie umiem jej polecić ze słowami "Czytajcie wszyscy, bo jest genialna!". 
Raczej zastanówcie się, czy lubicie książki pełne symboli, niedosłowne, gdzie czy to celowe niedopowiedzenie, czy może jakaś niekonsekwencja w prowadzeniu fabuły. Chyba tylko jestem w stanie bez mrugnięcia okiem polecić ją maturzystom, bo porusza temat mitologii i motyw ukazywania bogów w literaturze, a także miejsca, gdzie trafiają ludzie po śmierci.

Nowy początek i podsumowanie 2021




W listopadzie miałam blokadę twórczą, chęć porzucenia Instagrama i niechęć do pisania o książkach. Tak wyszło, tak było i tyle. Dużo myślałam o tym, co robie w Internecie, ile robię w Internecie i gdzie są moje granice. Z tego powodu chciałam dać wpis przed świętami, ale nie mogłam go napisać, bo po prostu nie wiedziałam, na ile mogę (a raczej chcę) sobie pozwolić. Trochę rzeczy zawarłam w poprzednim wpisie, więcej będzie tutaj. 

Dlatego ten wpis jest w pewien sposób symboliczny. Niby podsumowanie roku, ale też zapowiedź pewnych zmian. Jeszcze sama dobrze nie wiem jakich, może być tak, że postawię na spontan, ale może być tak, że będzie więcej przemyślanych wpis. Mam kilka zaczętych, które bardzo chciałabym dokończyć. 
Fajny byłby powrót do recenzowania książek, ale chyba do tego będę musiała przeczytać kilka moich recenzji i ocenić, jak chcę je pisać. Nie jestem fanką silenia się na obiektywność, pisząc recenzje. Wolę opisać faktycznie moje emocje, które mi towarzyszyły podczas czytania, i po prostu czerpać przyjemność z czytania.

I chyba mogę już przejść do podsumowania. 


Jaki był dla mnie ten rok?


Ciężki i owocny, raczej nie nazwę go przełomowym. Dużo pracy włożyłam i dużo osiągnęłam, ale nie udało mi się popracować we wszystkich aspektach, w których bym chciała i w których planowałam. Z wielu rzeczy musiałam rezygnować, bo nie miałam czasu, inne były poza moim zasięgiem. Do wszystkiego przyczyniły się zawirowania w życiu prywatnym.
Nie wydaje mi się, że spróbowałam wielu nowych rzeczy. Jak na razie tylko jedna, może dwie z tych nowości ze mną zostały i chyba to były też jedyne nowości, jakie były.



1. Film


W tym roku jakoś nie oglądałam dużo filmów, a nowe dla mnie filmy to w ogóle niewielki procent. Więcej oglądałam seriali lub rzeczy, które znam i lubię. Mało filmów zapadło mi w pamięć.
"Jak zostać gwiazdą" obejrzałam w Sylwestra. Jestem w stanie nazwać to najlepszym filmem tego roku. Ciekawy pomysł na fabułę, ładne kadry i fajne piosenki. Więcej nie potrzebuję. Trochę odbudował moją wiarę w polskie filmy, bo zaczęłam czuć, że nie jest odbiorcą, do którego większość polskich filmów jest skierowana, szczególnie komedie. Wciąż wolę te starsze filmy. Mniejsza. Po prostu jest to fajny film, nawet nie przeszkadzał mi schemat i zbyt cukierkowe zakończenie.
"Palm Springs" to film, na który poszłam do kina w ciemno — znałam tylko tytuł i gatunek. I było super! Fajne żarty, trochę nawiązania do nauki. Coś fajnego! Bardzo przyjemnie się to oglądało. 
Odkryciem dla mnie były filmy Tima Burtona. Oba bardzo mi się podobały, w szczególnie te efekty specjalne! Widać, że to film dość stare, ale efekty specjalne są wciąż fajne! Nie czuć tam tandety.


2. Książki 


Miała trzy cele książkowe. 
1. Przeczytać 75 książek (a może 100) - nie udało się. Przeczytałam 66 książek, z czego 50 książek czytałam po raz pierwszy. 
2. Mieć 15 nieprzeczytanych książek na półce — nie udało się, ale nie pamiętałam o tym! Tamten rok zaczynałam z 37 nieprzeczytanymi książkami, ten z 25 nieprzeczytanymi książki. Na koniec tamtego roku dokupiłam sobie jeszcze 3 książki, z czego jedną z nich już przeczytałam. 
3. Zebrać całą serię o Harrym Potterze — udało się! Nawet mam je w tych pierwszych wydaniach. Uwielbiam je ze względu na słownik i obrazki nad rozdziałami. 

Ogólnie jestem zadowolona. Wiem, że ciężko będzie mi wybrać 10 najlepszych książek, ale na to przyjdzie oddzielny post. 
Tutaj chcę wyróżnić książkę Hani Sywuli "W głowie się poprzewracało". Zwykle ciężko mi się czyta książki, które są poradnikami lub psychologiczne, a tutaj masę wiedzy wchłonęłam w dwa dni! Naprawdę! To książka pełna wiedzy, którą czyta się lekko, wystarczająco rozwija tematy, aby dowiedzieć się podstaw i zainteresować się wybranymi kwestiami. Ogromnym plusem jest obszerna bibliografia, dzięki czemu można na własną rękę zgłębić najciekawsze zagadnienia. 

Były też dwie książki, które oceniłam jako najgorsze. W przypadku jednej konsekwentnie trzymam się tego, że nie będę jej dawać przestrzeni na moim blogu, bo uważam, że jest szkodliwa. Pełna bezpodstawnej, bezsensownej przemocy, do tego brak spójności w fabule, nierozwinięty świat. No, kiepsko. 
O drugiej pisałam w poprzednim wpisie. "Miłość po sąsiedzku" Belle Aurory to również bardzo słaba książka.  Niespójna, bohaterowie bez polotu, a fabuła bez sensu, skakanie po randomowych scenach.


3. Seriale


Obejrzałam kilka sezonów różnych seriali. Nie było sezonów, które jednoznacznie określiłabym jako złe, ale miałam po prostu mieszane uczucia. Było okej, ale nie do końca w moim guście i wolałabym, żeby nieco więcej się działo (lub w przypadku pierwszej części sezonu piątek "Domu z papieru" nieco mniej się działo").
"Daybreak" jest absolutnie hitem tego roku. Świat bez dorosłych, po apokalipsie, z wątkiem edukacyjnym. Świetnie mi się oglądało to, jak Josh szukał swojej dziewczyny i jednocześnie chciał przetrwać. Jak dla mnie ten serial to cudo! Szkoda, że nie ma kolejnego sezonu, bo chciałabym zobaczyć co dalej.
Na wyróżnienie zasługuje też "Sexify" - polska produkcja Netflixa. Coś, co jest skierowane do mojej grupy wiekowej. Ciekawy pomysł na fabułę, fajna gra aktorska, Cezary Pazura wciąż w dobrej formie (dobra, mało go była, ale jedna scena z jego udziałem mnie zachwyciła) i w sumie... Zobaczcie sami! 


4. Muzyka 


Myślałam, że nic tutaj nie dam. Jednak jest jedna genialna piosenka, która stała się moją miłością. 



5. Kosmetyki 


O tym planuję zrobić osobny wpis, bo w końcu znalazłam kosmetyki, które faktycznie mi pasują i kupuję ich nowe opakowania. 

OnlyBio odżywka proteinowa — ciężko mi oceniać sam produkt, ze względu na to, że moja pielęgnacja jest dość złożona, ogarnęłam moją równowagę PEH, dlatego wiem, kiedy tę odżywkę stosować, gdy chcę mieć dobre efekty. U mnie głównie skręt podbija, a włosy się po niej ładnie błyszczą. Nie zdarzyło mi się, żebym je przeproteinowała.
Tołpa super Seeds, kremowy żel do mycia twarzy, enzymatyczna odnowa —  kremowa konsystencja, nie wylewa się go za dużo, fajnie oczyszcza. Pierwszy żel z tołpy, z którego jest naprawdę zadowolona. Dwa wcześniejsze miały zbyt lejącą konsystencję i ciężko było wylać dobrą ilość, jeden z nich słabo oczyszczał, a drugi też jakoś tak nie przypadł mi do gustu.


Jakieś cele? 


Cele są. Trochę ambitniejsze niż w tamtym roku, a raczej jest ich po prostu więcej, bo myślę, że na tego potrzebuję. Nie będę wypisywać wszystkich. 

1. Wrócić do robienia zdjęć — to nie priorytet, ale brakuje mi tego i chciałabym się trochę rozwinąć.
2. Przeczytać 75 książek. 
3. Mieć na koniec roku mniej niż 15 nieprzeczytanych książek na półkach.
4. Kupić nie więcej niż 20 książek — ot, takie wyzwanie, aby mniej kupować. Ciekawi mnie, czy podołam czy nie. Wliczam też w to książki ze współprac. 
5. Odwiedzić dwa miasta, w których nie byłam — mam na myśli dwa konkretne, ale nie będę ich tutaj pisać.


Kwartalnik IV - niecierpliwie czekam na Nowy Rok



Let's go!

Ten wpis miał mieć początkowo inną formę, miał być luźniejszy, ale coś nie wyszło. W końcu siadam i piszę kwartalnik, bo i tak na początku zawrę co u mnie. Za kilka dni wrzucę jakiś ogólny przegląd roku, tam też zawrę to, co chciałabym zawrzeć w tym wpisie — jeszcze myślę nad formą, ale wpadł mi do głowy dobry pomysł. 


Co u mnie?

Studia, moi drodzy, studia! To moje główne zajęcie, znowu się w nie wciągnęłam, ale nie było tak, że nie miałam całkiem czasu dla siebie. Ten czas po prostu w dużej mierze poświęcałam bliskim, a nie Internetowi. Poza tym miałam chwilową niechęć do Instagrama, o robieniu zdjęć nie będę wspominać (to serio nie jest mój priorytet). Będę to zmieniać, ale więcej o tym przeczytacie w kolejnych postach. 
Bardziej osobiście... Hm... Nie działo się za wiele rzeczy, które mogłabym opowiedzieć bez przekraczania granic mojej prywatności. Poważnie, głównie spotkania przy jedzeniu, studia, oglądanie filmów, kilka spotkań koła. 
W tym momencie dodam, że jestem nieco niecierpliwa i bardzo się cieszę, że ten rok się skończył. Zaczynam się ekscytować tym, że za niedługo będę pisać ogólne podsumowanie. 


Książki 

Pewnie jeszcze nie skończyłam czytać wszystkiego, ale kolejna książka, którą zaczęłam to reread, więc nie będę go ponownie polecać. 
Październik był dobry pod względem czytania,  listopad nieco gorszy, ale jakoś tego nie odczułam, a w grudniu szaleję i nadrabiam! Jak na razie skończyłam 8 książek, planuję skończyć jeszcze jedną i może jakiś audiobook. Jakoś audiobooki wchodzą mi lepiej zimą. Co prawda, teraz słucham jakichś audiobooków, którym Wam nie polecę, bo śmieję się z nich na samą myśl.


Co polecam? 

1. Siedmiu mężów Evelyn Hugo Taylor Jenkins Red — jedna z lepszych książek tego roku! Szczególnie podoba mi się kreacja bohaterów, bo jest niejednoznaczna. Ich moralność jest inna niż moja, a to jest niesamowicie ciekawe. 10/10

2. Raz wiedźmie śmierć Adam Faber — na stałe wkradła się do moich ulubionych książek. Jest wiele wątków, dlatego akcja rozwija się dość wolno, ale cała fabuła jest niesamowita! Fajna, klimatyczna i magiczne książka — więcej nie potrzebuję. I ma słownik!  9/10

3. komiksy Czarodziejki W.I.T.C.H.wielu autorów — sentymentalna podróż do dzieciństwa. No dobra, jaram się tymi komiksami, jak nie wiem co! Bardzo się cieszę, że mogę poznać oryginał jednej z moich ulubionych kreskówek. 10/10


Czego nie polecam?

1. Słodka pokusa Cora Reilly - to akurat jest dość głupiutkie, ale przyjemnie mi się słuchało. Ogólnie nic odkrywczego, brakowało mi spójności, gdy infantylna, trzymana pod kloszem nastolatka wykazywała się mądrością życiową godną dorosłej kobiety. 4/10

2. Miłość po sąsiedzku Belle Aurora - co za chłam. Tak złej książki nie czytałam od prawie roku. Brak spójności, brak historii bohaterów, brak ciągu przyczynowo-skutkowego, brak akcji i ogólnie wrażenie, jakby to był zlepek randomowych scen, przerywanych scenami seksu, których styl napisania woła o pomstę do nieba. Chyba jedynym plusem tej książki było pojawienie się słowa "preejakulat". Do tego autorka wrzuciła na koniec tak szkodliwe, że gdybym nie słuchała audiobooka, to pewnie książka by przeleciała przez pokój. 1/10


Filmy 

Hmm... Z filmów pamiętam tylko "Na fali" i "Tupot małych stup". Miałam chwilową fazę na bajki o pingwinach. Chyba więcej oglądałam seriali, a filmy wybierałam dość lekkie i nie umiem wiele o nich powiedzieć. 
Jednym z ciekawszych był "Zabójczy rejs". Był dość zabawny i zaskakujący. Miał ciekawą fabułę — niedoszły detektyw i jego żona trafiają na rejs, na którym ma nastąpić odczytanie testamentu pewnego milionera. Milioner ginie, syn milionera ginie i trzeba znaleźć zabójcę. 
Spodobały mi się również "Oszustki" - to również lekka komedia, tym razem o kobietach, które wyłudzają pieniądze od mężczyzn. Dobrze się bawiłam, oglądając to. Szczególnie że grają super aktorzy!


Seriale

Znowu było więcej seriali niż filmów. Zaczęłam oglądać kreskówki, jakoś są dla mnie ciekawsze niż większość dostępnych seriali. 
Seriale, które obejrzałam, wzbudziły we mnie mieszane uczucia.

1. Dom z papieru 5: cz. 2 - tutaj podobało mi się, ale... odczuwam pewne rozgoryczenie. Sam sezon jest spokojniejszy niż poprzedni i skłonił mnie do myślenia. Po co to wszystko? Przecież to iluzja. Dlaczego doprowadzono do tego, że iluzja rządzi ludzkim życiem?

2. Wiedźmin 2 - trudno mi coś o tym serialu powiedzieć. W momencie pisania jestem po obejrzeniu 6 odcinków, ale nie mam chęci, aby to oglądać. Różnice między książką a serialem nie przeszkadzają mi, ale nie umiem wciągnąć się w fabułę. Wiele wątków zostało otwartych i jakoś nie wiem, do czego to dąży, a przez to nie mam ochoty oglądać tego sezonu. Jak już oglądam, to dobrze mi się ogląda, odcinki same w sobie są ciekawe. 


Jestem dumna z...

Najważniejsza część tego wpisu! 
Dostałam stypendium rektora! Trochę ta kwestia mnie stresowała, ale w końcu jest spokój i pewność, że je dostałam. Trochę długo trzeba było czekać na rozstrzygnięcie, a jak ono przyszło, to przyszła ulga i radość. To dla mnie taki namacalny dowód, że jednak moje starania coś dają. 
Oprócz tego poprowadziłam warsztaty z robienia mydełek dla dzieci z mojej miejscowości. To było bardzo fajne doświadczenie.



Szczęśliwego Nowego Roku <3

Krótko o: książkach, które ostatnio przeczytałam!






Hejo!

Ostatnio nie miałam jakoś ochoty pisać o książkach. W końcu coś się zmieniło i CHCĘ to robić. Podkreślam, że chcę Wam napisać o kilku książkach, które ostatnio przeczytałam. Nie będą to pełnowymiarowe recenzje, o tym jakoś nie jestem w stanie myśleć. Bardziej chcę krótko przedstawić, co przeczytałam i krótko napisać, dlaczego polecam. Fajnie jest pisać o dobrych książkach!



1. Cud, miód, malina Aneta Jadowska

Książka, na którą czekałam latami. Dosłownie! Wreszcie znalazłam książkę o wiedźmach, która w pełni mnie usatysfakcjonowała. 


Co tutaj otrzymujemy? 
Niebanalne przygody rodziny składającej się z samych kobiet. Wszystko otoczone magią i poczucia humoru. Magia jest objaśniona, widać skąd się bierze i jest różnorodna. Każdy bohater ma swój indywidualny styl czarowania i "specjalizację" magiczną. 
Bohaterki są genialne! Zabawne, silne i pomysłowe. Wchodzą w rodzinne kłótnie, niesnaski i inne rzeczy, które powodują zabawne problemy, a wiecie jak jest, kiedy rozwiązuje się problemy magią. 
Ciężko jest mi pisać o fabule tej książki, bo jest to zbiór opowiadań. Nie widzę sensu w streszczaniu każdego opowiadania ani ocenianiu osobno. Wszystkie opowiadania mi się podobały, razem tworzą coś niesamowitego i zachwycającego. Sama forma opowiadań bardzo się spodobała i pasowała tutaj, ale chętnie przeczytałabym jakąś powieść z ich udziałem.



2. Raz wiedźmie śmierć Adam Faber

Napisałam dość długą recenzję tej książki na lubimyczytać, ale nie mogę o niej tutaj napisać. I mam problem, bo zupełnie nie wiem, które aspekty poruszyć.
Przede wszystkim to książka, idealna na jesień. Czuć w niej magię. Dużo magii, śmierć i niepokorna babcia — czyli to, co Kasiulek lubi najbardziej.
Fabuła jest obfita, ale ciekawa. Na początku otrzymujemy kilka wątków — śmierć Magusa, zmartwychwstanie ciotki Ariany oraz łowców czarownic. Dużo jak na 350 stron, ale wszystko ładnie się przenika. Każdy z tych wątków ma swój początek, czas, aby się rozwinąć. O ich zakończeniu nie mówię, bo książka będzie mieć jeszcze kontynuacje. Od początku jesteśmy rzuceni w wir akcji, mimo że przez mnogość wątków, wydaje się, że akcje rozkręca się powoli.

Bardzo Wam ją polecam, bo to po prostu książka na bardzo dobrym poziomie, łączy wiele popularnych wątków, które pojawiają się w takiej tematyce, ale jakoś wydaje się dość oryginalna. Po prostu fajnie się to łączy i ciekawi mnie, co będzie dalej.




3. Siedmiu mężów Evelyn Hugo Taylor Jenkins Reid

Ciężko mi było zebrać myśli po przeczytaniu tej książki. Bezpośrednio po byłam rozdarta, a ocena całości przyszła mi trudno. Oczywiście, że dałam książce 10/10, bo dała mi wiele emocji i mnie wciągnęła.
Lubię bohaterów, którzy mają zupełnie inną moralność niż ja i ogólnie przyjęta moralność. To po prostu ciekawe, emocjonujące i intrygujące. Taka właśnie jest Evelyn. Ma zupełnie inną moralność niż ja, zupełnie inne priorytety, ale potrafi się poświęcić. Na swój dziwny sposób, ale się poświęca. Doceniam jej kreację.
O bohaterach mogłabym wiele powiedzieć, ale nie umiem. Zżyłam się z nimi, uwielbiam Harry'ego. Jest postać, której nie mogłam znieść (szósty mąż). Była postać, do której mam mieszane uczucie. Miała dobre sceny, w których ją lubiłam, ale były takie, w których nie mogłam jej znieść, bo była toksyczna — tutaj mam na myśli największą miłość Evelyn Hugo.

4. It ends with us Colleen Hoover

Książka, do której powróciłam po trzech latach. Pierwotna recenzja była nieco inna, odrobinę niżej oceniłam tę historię. Zmiana wynika z tego, że po latach łatwiej mi było dostrzec wiele rzeczy. Sama też zrozumiałam, na czym mi zależy w książkach i zdecydowanie nie uważam, że każda książka musi obowiązkowo być nieprzewidywalna.
I właśnie to docenia w "It ends with us", że w niej nie należy oczekiwać wbijających zwrotów akcji. A jednak wbija w fotel. Boleśnie wbija w fotel. Są momenty, w których czuć ból głównej bohaterki, mętlik w głowie i pewną dozę wkurwienia na to, co się dzieje, a jednocześnie bezsilność. Z wiekiem, gdy jestem bardziej świadoma pewnych mechanizmów, przeważa u mnie poczucie bólu niż wkurwienia.
Za pierwszym razem też była wkurzona na siebie, bo przecież Ryle jest taki szczery, taki kochany, a teraz? A teraz od początku autorka daje nam znać, że coś jest nie tak.


Wybrałam tutaj cztery książki, o których miałam najwięcej do powiedzenia. Najbardziej utknęły mi w pamięci i nie miałam, żeby o nich napisać.

Kwartalnik III - SAME DOBRE RZECZY



 Hejo!

Trochę zmieniam nazwę, bo "Kwartalnik" brzmi nieco lepiej niż "Podsumowanie kwartału". Zmienię też w poprzednich postach, bo przecież nikt mi nie zabroni. Poza tym jestem spóźniona dobre trzy tygodnie, bo studia. Innych wpisów też nie było, bo studia, praktyki i przeczytacie dalej, co jeszcze wymyśliłam.


Co u mnie?

Okej, ostatnie 3 miesiące składały się z sesji, dwóch miesięcy najdziwniejszych wakacji i praktyk w szkole. Zdecydowanie to był dla mnie intensywny czas. Lipcowi wolę się nie przyglądać, to zdecydowanie nie był mój ulubiony miesiąc. 
Później był sierpień, który spędziłam w rozjazdach. Znajomi, Kraków i Zator. Sporo jeżdżenia, było fajnie. Wspominam z uśmiechem. 
I przyszedł wrzesień. Widmo studiów, widmo praktyk, a ja co? A ja w pierwsze dwa tygodnie wymyśliłam sobie malowanie! Najpierw malowanie mebli, potem malowanie pokoju. I tak mi się zeszło z tym dobrze dwa tygodnie, bo meble dwie warstwy, a farba się skończyła. Tu na sobotę trzeba czekać, żeby jednego dnia to załatwić. I potem tydzień sprzątania po malowaniu... A ten nałożył się z praktykami! Uwierzcie, w tym roku sprzątanie to moja największa zmora i jest poza moją listów priorytetów. Cóż... Blog wypada jakoś na końcu tej listy, tylko brak porządku wokół i ogólnie widmo obowiązków jakoś sprawia, że w mojej głowie jest ciągły bałagan i wciąż brakuje mi czasu. Dobrze, że  spać mogę.
Praktyki przeżyłam, dokumentację ogarnęłam i pozostało mi odrobaczyć! O profilaktycznym odrobaczeniu przypominam, szczególnie osobom, które mają wychodzące zwierzęta (albo koty, które z okna są w stanie ptaka złapać).


Książki

Czytelniczo wypadło znacznie lepiej niż wcześniejsze trzy miesiące! Poza wrześniem. Wrzesień wypadł śmiesznie. Trochę czytałam, dwie książki nawet zaczęłam! A nie, jedną miałam dokończyć, drugą zaczęłam i... Jedną przeczytałam, a drugą przesłuchałam. Więc w październik wchodzę z dwoma książkami do dokończenia.
Lipcu przeczytałam pięć książek, w sierpniu dziewięć i we wrześniu dwie. Czyli łączny wynik 16. Najważniejsze, że na żadnej książce się nie zawiodłam, a nawet dałam kilka dziesiątek! 


Co polecam?

1. W głowie się poprzewracało Hania Es — książka, którą polecam każdemu. Pigułka wiedzy psychologicznej. Wiedza przekazana w bardzo przystępny sposób, maksimum treści, która jest merytoryczna i łatwo ją zrozumieć. Wszystko poparte badaniami, dzięki czemu książka ma bardzo obszerną bibliografię i można bardziej zgłębić tematy, które nas zainteresują. 10/10

2.  Niewidzialne życie Addie LaRue V.E. Schwab — cudowna książka, bardzo spokojna. To nie książka, której akcja brnie nie wiadomo jak szybko, nie ma szokujących zwrotów akcji, ale jest piękna. Po prostu świetnie się czyta, piękne opisy i bardzo ciekawy opis życia dziewczyny, której nikt nie pamięta. Coś piękne, niesamowicie impresywne. 10/10 

3. Cud, miód, malina Aneta Jadowska — książka, której recenzji nie udało mi się napisać. Cóż... Książka cudowna. Wreszcie! Zbiór opowiadań o polskiej rodzinie czarownic. Świetnie działająca magia, zabawne sytuacje, ciekawe bohaterki. Cud, miód i orzeszki! Czy jakoś tak! 10/10


Filmy

Mało filmów utknęło mi w pamięci. Dużo było takich, które oglądałam już kilka razy i lubię do nich wracać. Były takie, które zaczynałam i nie kończyłam — podejrzewam, ze to właśnie one przeważają. Nie miałam aż takiej ochoty na oglądanie filmów, a przynajmniej mało sama z siebie odpaliłam. To też się pewnie łączy z tym, że oglądałam dużo seriali. U mnie się to przeplata.  Raz więcej filmów, raz więcej seriali. 

Co polecam?

1. Sok z żuka — wzięłam się wreszcie za twórczość Tima Burtona. Coś niesamowitego. To jeden z tych filmów, które się dobrze zestarzały. Przyjemny klimat, nietypowa aranżacja i ciekawa fabuła — małżeństwo duchów stara się wypłoszyć osoby, które zamieszkały w ich domu. 

2. Ulica strachu — Mam na myśli wszystkie trzy części. "Przyjemny horror", bardzo w moim guście, Są czarownice, jest fabuła, jest historia, która sięga wiele lat wstecz i jest przemyślana. Kwestia tego, jak był krwawy — dla mnie w granicach tolerancji.  Nie był to film, od którego dużo oczekiwałam, ale wciągnął mnie i dobrze mi się go oglądało. 

3. Mroczne cienie — Tim Burton again! Ciekawa historia, bardzo fajny pomysł na historię o wampirze, któremu po latach udało się uwolnić z grobu. Wraca do swoich potomków i poznaje życie we współczesnych czasach. Świetnie się bawiłam podczas oglądania.  Znowu super efekty specjalne.


Seriale


Jak wspomniałam, seriali było sporo. Po prostu wychodziły premiery kolejnych sezonów seriali, które lubię i tak wyszło. Znaczy się, te nowe sezony trzech seriali to dla mnie  sporo. Co więcej, mam powiedzieć? 

Co polecam?

1. Dom z papieru 5: cz. 1 - jest z osób, które lubią absurd. Po trzecim i czwartym sezonie spodziewałam się, że będzie mocno. Nie wiedziałam, co wymyślą. I wiecie co? Podobało mi się. Było dużo emocji, zżyłam się z bohaterami, więc przeżywałam to bardzo mocno. Co prawda, było absurdalnie, ale akurat mi to nie przeszkadza. 

2. Sex education 3 - świetny sezon! Wydaje mi się najlepszy ze wszystkich, wzbudził we mnie dużo emocji. Szczególnie lubię wątek mamy Otisa (poza jego zakończeniem). Podoba mi się to, co się dzieje w życiu Meave. Zawiodłam się na postaci Erica — chociaż wątek jego życia miłosnego był prowadzony sztampowo, to jednak spodobał mi się. Tutaj zaszła spora zmiana, która nie pasowała mi do tej postaci i mnie zirytowała. Całość oceniam bardzo dobrze, super się bawiłam. Jeśli jeszcze nie oglądaliście tego serialu, to ostrzegam — drugi sezon był okej, ale nie zapadł mi szczególnie w pamięć.

3. Jeszcze nigdy 2 - serial z bohaterką, która większość osób strasznie irytuje. Ja go jakoś polubiłam, przyjemnie mi się go ogląda. Największą jego zaletą są aktorzy, którzy często nie wpisują  się w kanon piękna i przez nich przyjemnie mi się to oglądało. Nie mam jakoś ulubionych wątków, to taki luźny serial


Jestem dumna z...

Myślę i myślę, i myślę... Z jednej strony nie przychodzą mi do głowy żadne bardziej wybitne osiągnięcia, a z drugiej uświadamiam sobie, że przecież było tego sporo. Zdana sesja letnia! Zaliczone praktyki! Dobrze poprowadzona godzina wychowawcza!
A jednak chyba najbardziej mnie cieszy przeprowadzenia pokazów na Lubelskim Festiwalu Nauki. Był to mój pierwszy udział w czymś takim i po prostu się tym jaram! Przygotowałyśmy pokaz z preparatyki kosmetyków. Były to proste przepisy, które spokojnie można zrobić samemu w domu - balsam do ust, krem do rąk i mydełko. Niestety, nie mam zdjęć, ale wiem, że to nie ostatnie takie pokazy.



Kilka ujęć z Krakowa

Hejo! 
Myślę, że to wpis, który po prostu chcę, żeby tutaj został. Po prostu. Dla tych kilku zdjęć i kilku chwil. 
Zrzuciłam zdjęcia na komputer, popatrzyłam na nie i... pomyślałam, że są zajebiste! Jestem tym typem, który docenia zdjęcia, gdy zrzuci je na komputer, bo na wyświetlaczu aparatu zawsze wyglądają jakoś gorzej. Tu prześwietlone, tu za ciemne, tam coś nie tak z kolorami. 
Koniec marudzenia! Po prostu zostawiam Wam z tymi kilkoma zdjęciami. :D













 

Studia semestr #2 - podsumowań czas






 Hejo!
Zupełnie nie wiem dlaczego, ale mam jakieś trudności z napisaniem tego wpisu. Gdy siadam do pisania, nie wiem, o czym mam napisać. Ten semestr wydaje mi się trudny, nudny i nieistotny. Potem zamykam laptopa, nawet specjalnie nie myślę o tym wpisie i  mój umysł się oczyszcza, a ja widzę, że przecież tyle się działo! Spróbowałam nowych rzeczy, robię nawet więcej niż minimum czy to, co powinnam robić. Oczywiście, nie wyrabiam się ze wszystkim, co widać było po blogu.


Co się ogólnie działo? 

Skończyłam drugi semestr chemii środków bioaktywnych i kosmetyków. Działo się dużo. Było ciężko, było fajnie, było warto i nie było warto. Chyba jak na każdych studiach, było kilka rzeczy bez sensu. 
Wchodziłam w ten semestr bardzo pozytywnie nastawiona. Więcej labów z chemii, ciekawe przedmioty biologiczne. Do tego dorzuciłam sobie specjalizację nauczycielską, tak "na wszelki wypadek". No i później przyszło zderzenie z rzeczywistością. Chociaż nie mam pewności, czy mówienie zderzenie z rzeczywistością, to dobre określenie. Po prostu czułam się, jakby ktoś nagle postawił przede mną mur, a w niego pieprznęłam. Dużo osób (nie tylko z mojego kierunku) podzielało moje odczucia, że jakoś się nie chce, jest coś męczącego i nieciekawego w tym wszystkim. Później nie zdążyłam się wczuć w studia, to poszłam na zdalne, a potem było już po prostu ciężko, ale w większości ciekawie. Przynajmniej na chemii.
Dlaczego nie warto? Czasem było za dużo wszystkiego w jednym momencie, nie zawsze przedmioty pasowały do mojego kierunku i nie były dobrze zorganizowane (potem wyjaśnię), co trochę utrudniało i zniechęcało. Wydaje mi się, że dało radę wszystko zorganizować, aby nie było to tak męczące. Na sam koniec byłam strasznie przemęczona, nie wiedziałam, w co ręce włożyć i w którym momencie mogłabym odpocząć. Na szczęście efekty mojej nauki były dobre, więc pod tym względem było warto. Trochę zmęczenie wynagradzała mi satysfakcja z siebie, ale jednak wciąż nie uważam, że tyle czasu zapierdolu to coś, co jest potrzebne. Brakowało mi balansu w tym semestrze i takiej równowagi.

Jakie miałam przedmioty? 

Kontynuowałam matematykę i fizykę. Miałam chemię nieorganiczną oraz chemię analityczną, a z przedmiotów biologicznych miałam mikrobiologię oraz histologię. W związku ze specjalizacją nauczycielską doszły mi podstawy pedagogiki i podstawy psychologii.

Jak oceniam przedmioty? 

Fizykę i matematykę oceniam tak samo, czyli ciężko, ale do zdania. Nie są to jakieś wybitnie ciekawe przedmioty, ale miałam świadomość, że po prostu trzeba to zdać, żeby pójść dalej. Na temat tego czy to jest faktycznie aż tak potrzebne, nie będę się rozwodzić. Jedynie uważam, że na egzaminach i kolokwiach z matematyki powinny karty wzorów, bo zapamiętanie takiej ilości wzorów nie ma większego sensu, a ważniejsza jest umiejętność zastosowania ich w praktyce. 

Mikrobiologia była przez większość zdalnie. Pierwsze trzy zajęcia odbywały się stacjonarne i bardzo mi się podobały. Cała reszta była zdalnie, co też nie miało większego sensu, ponieważ na tych zajęciach liczyła się praktyka laboratoryjna, a tego nie da rady nauczyć przez komputer. Zaliczenie tego przedmiotu też było źle zorganizowane - przez cały semestr kolokwia śródsemestralne na laboratoriach i na koniec jeszcze jedno kolokwium z całego semestru z labów. Było to po prostu bez sensu, bo cały semestr się uczyliśmy, zaliczałyśmy kolokwia właściwie po nic. Nie było możliwości zwolnienia się z tego głównego kolokwium, bo nie, a jednocześnie mieliśmy inne przedmioty do zaliczenia, które TRZEBA było zaliczyć w sesji. Po prostu lepszym wyborem jest albo jedno, albo drugie.

Z kolei histologia z elementami anatomii tylko dobrze brzmiała. Ten przedmiot wyszedł po prostu źle i to największa zmora tego semestru... Wykłady były w drugiej części semestru, laboratoria przez cały semestr. Zaliczenie obydwu oddzielnie. Organizacyjnie ktoś zawiódł. Na laboratoriach przepisywanie prezentacji, później mieliśmy prezentację przesyłaną, więc właściwie słuchałyśmy tego, co się dzieje. Czasem oglądałyśmy preparaty i tyle. Nie wyrabialiśmy się z materiałem, temat przewidziany na dwoje zajęć laboratoryjnych robiliśmy przez cztery... A w dodatku były to kości! Litości, na chemii nie potrzebuję znać nazwy każdej kości śródstopia i każdej guzowatości kości piszczelowej. Rozumiem, żeby poświęcić więcej czasu skórze, układom krwionośnym, dokrewnym czy nerwowemu, ale wykuwanie na pamięć kości jest stratą czasu. Do tego sześć kolokwiów, z których 5 trzeba było napisać w 1,5 miesiąca. Coś nie wyszło.

Przynajmniej chemie trzymały poziom! Chemia analityczna była równie przyjemna, co wymagająca. Tutaj zdalnie niewiele dało radę zrobić. Jedynie zajęcia, które wymagało sprzętu, który nie zawsze działał, były zaplanowane w ten sposób. Tutaj jedynym wątpliwym elementem są kolokwia, ALE tylko i wyłącznie w przypadku mojego roku, ponieważ wykłady zaczęłyśmy z trzytygodniowym opóźnieniem, przez co same musiałyśmy się uczyć do kolokwiów bez wiedzy z wykładów. Była kartka z wymaganiami i na tej podstawie opracowałyśmy zagadnienia, ale mimo tego wprowadzało to dużo chaosu, bo nie zawsze wiedziałyśmy, czy wszystko jest dobrze i uczymy się odpowiednich rzeczy. Sama obecność w labie i po prostu wykrywanie związków było super, mimo że na początku był stres, a "co jak nie wyjdzie?". Jednak wszystko mi wychodziło, wykrywałam i odpowiednio wyliczałam.

Chemia nieorganiczna to trochę love-hate. Zdalne z tego przedmiotu były koszmarne. Strasznie mnie irytowało to, jak rozwiązane były. Stacjonarne były fajne. O wiele luźniejsze niż chemia analityczna, ale stworzone idealnie pod mój kierunek.   Trochę pracy z kosmetykami, trochę pracy z produktami spożywczymi, a wcześniej sporo ćwiczeń z innymi substancjami. Czasem to naprawdę była fajna zabawa! 



Co jeszcze? 

Zapisałam się do koła naukowego, co było takim moim mały celem na ten semestr. Co więcej, zgłosiłam się do tego, aby być jego sekretarzem, więc należę do zarządu. Tak, lubię sobie nakładać sporo na głowę. Jakoś mi wtedy lepiej się ogarnąć, pod warunkiem, że wszystko inne pozwala na jakąkolwiek organizację. Na razie o byciu w kole naukowym nie jestem w stanie dużo powiedzieć. Nie było żadnych spotkań, ale od tego roku się to zmieni. 
Specjalizację nauczycielską robię nieco z przypadku. Po prostu była okazja, więc się zapisałam dodatkowo. Może się przyda, może się nie przyda, ale zawsze to pewnego rodzaju zabezpieczenie i więcej możliwości. 


I jak widać było różnie. Raz lepiej, raz gorzej. Nie zwątpiłam w siebie, przeżyłam i zdałam. Znajdywałam czas na dodatkowe aktywności, mimo że nie było ich tak dużo. Widzę i mam nadzieję, że faktycznie przyszły semestr będzie lżejszy niż ten.

Dziewczyna taka jak Ty! Taka jak ja! „Mery Majka” Sylwia Lipka

 


Hejo!

Myślałam, że wrzucę kilka dni temu inny wpis, ale pisząc go mam taką blokadę i tak odechciewa mi się o tym pisać, że aż sama jestem w szoku. Zależy mi na pewnej ciągłości serii, dlatego szkoda mi sobie odpuszczać tamten wpis. Nawet wiem, co pisać, gdy go nie piszę! Gdy siadam do pisania, to po prostu wszystkie moje myśli wyparowują. 
Dlatego dziś zdecydowałam się dodać recenzję książki Sylwii Lipki "Mery Majka". Sylwia Lipka jest postacią, która gdzieś mi się przewija w Internecie od kilka lat, ale nie śledzę jej działalności. Raczej negatywnie mi się nie kojarzy. Co więcej! Kiedyś oglądałam ją na Disney Chanel i przez lata zupełnie nie miałam pojęcia, że Sylwia z "I love Violetta" to ona!


Tytuł: Mery Majka
Autorka: Sylwia Lipka 
Wydawnictwo: Insignis
Moja ocena: 7/10



Mery Majka to zwyczajna dziewczyna z pasją. Mieszka w małym miasteczku w Polsce, marzy o zostaniu piosenkarką, występuje w konkursach, dobrze się uczy, ma bliskich przyjaciół... Przeżywa pierwsze zauroczenia i pierwsze miłości. Po prostu wiedzie życie zwykłej nastolatki z ambicjami i marzeniami. 


Książka równie dobra, co specyficzna. Czytałam sporo młodzieżówek, ale ta ma w sobie coś wyjątkowego, jednocześnie kojarząc mi się ze starymi młodzieżówkami takimi jak "Jezioro Osobliwości" czy "Ten obcy". W książce można zauważyć, że wiele etapów i wydarzeń z życia Mery Majki pokrywa się z ważnymi wydarzeniami z życia autorki. Z pewnością będzie to zaletą dla fanów Sylwii Lipki. Dla mnie wyłapywanie tych "easter eggów" w książce było całkiem satysfakcjonujące, ale trudno mi określić, ile z wydarzeń z tej książki to czysta fikcja, a ile to wydarzenia z życia Sylwii. 
Ot, książka młodzieżowa przedstawiająca losy nastolatki, Marysi Majki, która od dziecka interesuje się tańcem i śpiewem. Akcja książki rozciąga się od końca podstawówki do wyników rekrutacji na studia, czyli mamy długi okres umieszczony na niecałych 300 stronach, dlatego nie czuć, że fabuła ma "cel" i nie ma co oczekiwać, że będzie jakiś moment kulminacyjny. Bohaterów nie spotyka tutaj groźne prześladowanie, nieuleczalna choroba. Nie są też geniuszami, których cały świat nie rozumie, i cudem mają jednego przyjaciela. Z pozoru nie ma w tej książce nic niezwykłego, nie można znaleźć wydarzeń, które napędzają fabułę. Dlatego właśnie wydaje mi się to tak wyjątkową propozycją. 
Bohaterowie to zwykli nastolatkowie. O zwykłych problemach - slabe oceny, rodzice, którzy wymagają za dużo, hejt czy złamane serca. Rzeczy, z którymi niemal każdy nastolatek musiał się zmierzyć, dzięki czemu wiele osób będzie w stanie się zżyć z bohaterami. 
Marysia "Mery" Majka to główna bohaterka i narratorka. Jest ambitną dziewczyną, uparcie dąży do celu, ale ma też chwile zwątpienia, dzięki czemu jest całkowicie naturalna. Irytują ją rodzice, kłóci się z przyjaciółmi, godzi się z przyjaciółmi, martwi się, pomaga. Po prostu w jej życiorysie każdy może znaleźć coś dla siebie, poczuć się z nią blisko.

Narracja jest dość specyficzna. Jest bardzo dużo zwrotów bezpośrednio do czytelnika, a także forma pamiętnika czy SMS-ów. Przez narrację ciężko było mi się wczuć w początek książki, bo od razu zostałam zasypana stosem faktów o tym, kto kim jest, jak się poznali i tym podobne. Było to męczące i "nienaturalne". Mimo to myślę, że może mieć jakieś zalety dla osób młodszych, które wychowywane są na youtube'ie, gdzie zwroty do odbiorcy są normalne i naturalne. 


Krótko mówiąc, młodszym czytelnikom bardzo polecam tę książkę. Jest pozytywna, urocza i myślę, że wiele osób będzie mogło utożsamić się z Majką.

 Akredytacja 02/05/2020

Zaczynam od końca - "Denat wieczorową porą" Aneta Jadowska

 


Cześć! 
Jak zauważyliście, wprowadziłam zmiany w wyglądzie bloga. Poprzednio nie byłam zadowolona z nagłówka, bo nieważne, jak się starałam to i tak miał zepsutą jakość. Wygląd też trochę mi się znudził, bo był dość nijaki, mimo że wygodny i przejrzysty. Zależało mi na podobnym ułożeniu postów, więc poszukałam gotowych szablonów. Wybrałam Sophie z Brand&Blogger i dostosowałam kolory do mojego gustu, czyli zmieniłam na niebieski. 
Dzisiaj recenzja najnowszej książki Anety Jadowskiej, czyli "Denat wieczorową porą". Z dedykacją dla wszystkich, którzy ryzykują i nie czytają książek w kolejności wydania. 


Tytuł: Denat wieczorową porą
Autor: Aneta Jadowska
Seria: Garstka z Ustki 
Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 307
Data wydania: 30.06.2021 r.
Moja ocena: 8/10


Maria Garstka i jej przyjaciółka Aniela otrzymują zaproszenie na Bal Tajemnic w starym domu pośrodku lasu. Kobieta nie pała entuzjazmem, bo ma dość tajemnic w swoim życiu. Każdy z gości Uroczyska ma swoje sekrety, które tylko czekają na ich wyjawienie, w pensjonacie Marii melduje się Zofia, która twierdzi, że jest jej dawną znajomą, a jeszcze albo zmarli dają o sobie znać, albo Maria zaczyna mieć demencję.

O losie! Czytając opis przed zamówieniem tej książki, zupełnie się nie spodziewałam, że otrzymam coś takiego! Jak zawsze, dobra książka i średnio ciekawy opis. Co jeszcze mnie zaskoczyło, to nie jest komedia kryminalna! Takie przeświadczenie wzięło mi się z tytułu, który jest parafrazą tytułu kultowego, polskiego filmu. Cała trylogia jest obyczajowo-kryminalna, ale czasem można się zaśmiać. I właśnie, kluczowe słowo - trylogia. Jest to dla mnie pierwsza książka Anety Jadowskiej, którą czytam, co za tym idzie, dwóch poprzednich części serii nie znam. Nie przeszkadza to w zrozumieniu tej historii. Są drobne nawiązania, ale bardziej w ramach ciekawostek, czy pewnego rodzaju uzupełnienia doświadczeń bohaterów.  Są pewne spoilery do poprzednich części, ale rodzina Garstków jest tak zwariowana, że te spoilery nie powinny przeszkadzać, jeśli ktoś zdecyduje czytać się w innej kolejności. W tym przypadku spoiler jest suchym faktem, bo znacznie ciekawsze będzie, JAK do tego wszystkiego doszło. 

Podobnie jest z fabułą "Denata wieczorową porą". Na pierwszy rzut oka fabułą wydaje się prosta, bo jakie tajemnice może mieć starsza kobieta? Od samego początku jesteśmy wciągnięci w wir akcji, przygotowania do balu i ogromną śnieżycę. Z każdą stroną w głowie kotłuje się coraz więcej pytań, a na żadne z nich nie ma jeszcze odpowiedzi. Ja jestem z tych osób, które obstawiają, domyślają i coś podejrzewają, więc mimo że widziałam prostą fabułę i miałam swoje to typy, to jednocześnie czułam, że autorka nie mogła podać czytelnikowi wszystkiego na wyciągnięcie ręki. Dawała drobne wskazówki i pozwalała na odkrycie odrobinę szybciej niż bohaterowie. Czy jest to zaskakujące? Myślę, że tak. Sama nie poczułam, żeby rozwiązanie mnie uderzyło, ale nie było tak bardzo oczywiste, jak mogłoby być. Jedynie zastrzeżenie mam do zakończenia, bo mogło być o jeden rozdział dłuższe i wtedy poczułabym usatysfakcjonowana, że historia została domknięta. Dosłownie potrzebuję jeszcze kilku stron, aby wiedzieć co u Marii, jej wnuczek i jakie nastroje panują w Ustce. 


Najmocniejszą stroną tej historii są bohaterowie. Przede wszystkim w rodzinie Garstków czuć wsparcie i miłość, co ociepla całą historię (a przypominam, że jest tam śnieżyca!). Jednocześnie każdy bohater ma swój niepowtarzalny charakter.
Jednak największe wrażenie, zrobiła na mnie postać Zofii Szyszko. Nie jest sympatyczna, wyobrażałam sobie ją jako wyniosłą, trzymającą się sztywno kobietę. Jej historia, jej punkt widzenia była niesamowicie dopracowany. Odkrywanie tego, kim ona jest, dało mi niesamowitą zabawę, a dla całej historii jest to bardzo fajny smaczek!  Jednocześnie bardzo kontrastowała z ciepłą, ale tajemniczą, Marią. 
Nie wiem, jak było w poprzednich część, ale w tej części łatwo można zobaczyć, że główną rolę gra Maria Garstka. Z jednej strony jest babcią, która pragnie, aby cała jej rodzina była przy niej, a z drugiej poznajemy jej sekrety, które przez lata ukrywała przed rodziną, oraz jej największe lęki. Jednocześnie jest kobietą zagadkową i pełną ciepła, ale też silnią. 
Wśród bohaterów wyróżnia się także Magda Garstka. Bystra, energiczna i pomysłowa dziewczyna, która ma pecha. Lub ciąży na niej klątwa, bo co trochę znajduje jakiegoś trupa. Mam wrażenie, że w dużej mierze ona nakręca fabułę, jednocześnie bawiąc się w detektywa. 

Styl pisania autorki jest bardzo dobry. Jest bardzo obrazowy, łatwo sobie wyobrazić krajobraz i bohaterów. Jest trochę długich opisów, ale nie są one męczące i pomimo swojej długości czyta się je bardzo szybko. 
Cały klimat tej książki jest niesamowity. Bardzo żałuję, że nie czytałam tego w zimę, bo opisy pogody robiły robotę! Momentami klimat kojarzył mi się z kryminałami Agaty Christie, chociaż nie wiem, czy użyłam dobrego porównania, bo przeczytałam w życiu jej dwa dzieła. W innym momencie skojarzyło mi się z klimatem Scooby Doo, więc możecie się zastanowić, czy warto ufać moim skojarzeniom... 

Książkę uważam za świetną. Co prawda wolałabym ją czytać w zimę i pewnie do niej wrócę za jakieś 1,5 roku. Mam nadzieję, że wtedy fabuła mi się nieco zatrze i znowu będę mogła się czymś zaskoczyć, bo jak na razie książka jest wciąż żywa we mnie i nie daje mi spokoju. Fanom kryminałów polecam, szczególnie gdy chcecie sięgnąć po coś lżejszego z tego gatunku. 


Książka zamówiona we współpracy z CzytamPierwszy 
Możecie zakupić książkę na stronie wydawnictwa, klikając TUTAJ. Dzięki Waszemu zamówieniu dostanę dodatkowe punkty na portalu CzytamPierwszy.

 Akredytacja 02/05/2020



Na koniec parę pytań o nowy wygląd. Jak Wam się podoba? Czy wszystko się dobrze wyświetla? Czy jest czytelnie? 


Ja i moja część comfort culture



 

Hej!
Odkąd korzystam z Twittera, coraz więcej widziałam pytań „Kim jest Twój comfort character?” czy "Macie swoją comfort book?". Wchodziłam w odpowiedzi z ogromną nadzieją, że ktoś tam wyjaśni albo sama wywnioskuję z kontekstu, ale nie zrozumiałam nic poza tym, że to jakiś wyjątkowy bohater czy książka, coś, co ma być „moje”. Jednocześnie nie umiałam dalej tego określić i zrozumieć, o co w tym chodzi. Zrezygnowana myślałam, że jestem już stara i nie nadążam za tą młodzieżą. Te wszystkie skróty, slang i zapożyczenia, których za cholerę zrozumieć nie potrafię, a nawet Miejski.pl nie potrafi tego wyjaśnić. 
W końcu, nadrabiając wpisy, trafiłam do Kulturalnej Meduzy, która świetnie wyjaśniła, czym jest comfort culture. Określiła to jako kultura, która niesie pocieszenie i później z każdym słowem to uzupełniała. Bez problemu zrozumiałam, czym to jest, a nawet to poczułam, myśląc o dziełach, do których wracam, bo po prostu to jest moje, koi mnie i po prostu ma szczególne miejsce w moim sercu. Zainspirowana Meduzą postanowiłam się tym z Wami podzielić. 


Comfort Books

Tutaj wybór był dość prosty. Początkowo rozważałam, że dodam jeszcze jeden tytuł, ale po rozmowie z przyjaciółką, doszłam do wniosku, że zostawię to tak, jak jest.
"Diabelskie Maszyny” Cassandry Clare przeczytałam, gdy miałam 16 lat. Od tamtej pory czytałam trzy razy, a obecnie czytam po raz czwarty. Kocham wracać do tej historii. Za każdym razem wzbudza we mnie milion emocji, a nawet odczuwam ułamek tego, gdy o niej myślę. Wspominając jej czytanie, bohaterów czy jakieś sceny, odczuwam takie ciepło i wzruszenie. Bardzo lubię cały świat Nocnych Łowców, ale to „Diabelskie maszyny” mają szczególnie miejsce w moim serduszku. Od tej serii zaczęła się moja przygoda z tym uniwersum, tak "na próbę” czy w ogóle ten świat mi przypadnie do gustu. I przepadłam... Pokochałam tę historię, pokochałam bohaterów. Bardzo lubię to, jak zostali wykreowani - odważni, uczuciowi, pomysłowi... Niby mogę o każdym to samo powiedzieć, ale każdy jest inny. Szczególnie doceniam relacje między nimi, bo pomimo wad, są idealne i idealnie pasują do ich charakterów. 


Comfort Character

Zdecydowanie bohaterowie z Trylogii Czasu. Wiedziałam, że ta seria musi się tutaj pojawić, bo często do niej wracam, ale początkowo miałam ją dać jako drugą comfort book. Czytając ją na wiosnę, znowu zachwyciłam się bohaterami. Po tylu latach dochodzę do wniosku, że faktycznie postaci są infantylne, ale to jest tak urocze, że czytam o ich rozterkach z uśmiechem na twarzy. Szczególnie gdy chodzi o postaci drugoplanowe - patrz Cynthia, która nie jest moją ulubienicą, ale jej postać jest zabawna i nadaje oryginalnego charakteru książce. Tak samo niezbyt dojrzałe i głupkowate komentarze Gwen są dla mnie bardzo zabawne czy specyficzne poczucie humoru Xemeriusa. To są rzeczy, dla których wracam do tej historii i za które uwielbiam wszystkich bohaterów (poza Charlottą i Glendą, bo nie lubię tych pustrowanych czarownic). No właśnie! Postać Charlotty też robi robotę, bo przecież trzeba się na kogoś wkurzać, no nie? :D

Comfort Film

Tutaj w końcu pada Harry Potter. Do książek nie wracam tak chętnie jak do filmów, chyba tylko dlatego, że boję, że zobaczę w nich więcej wad, ale jeszcze się to nie zdarzyło. Książki pochłaniam, kocham cały sercem i cenię, ale jednak filmy mają taki cudowny klimat!
Ogólnie te filmy to są filmy, do których najchętniej wracam. Zawsze mnie wciąga, zachwyca mnie tam wszystko. Sceneria, gra aktorska, efekty specjalne, montaż... Wszystko po prostu tam mi się podoba, a przypominam, że nie jestem wielką miłośniczką filmów, bo trudno mi się skupić, a tutaj wracam co najmniej raz na dwa lata!

Comfort Series

Serial, który niesie mi pocieszenie, rozśmiesza mnie za każdym razem to stara, dobra "Niania". Tutaj jest faktyczny powrót do mojego dzieciństwa, kiedy oglądałam nowe odcinki oparta o tapczan. Powróciłam do niego, gdy dochodziłam do siebie po usunięciu migdałków, a później jakoś na początku pandemii. Uwielbiam historię bohaterów, podoba mi się to, jak przetłumaczono dialogi i żarty. Z wiekiem udało mi się docenić, jak udało się wpasować ten serial w polską kulturę oraz ówczesne realia. Serial jest lekki, idealny do oglądania podczas odpoczynku czy sprzątania. Mogę słyszeć te żarty sto razy i wciąż będę się śmiać jak głupia. 


Comfort Cartoon 

Nie mogło zabraknąć tutaj moich dwóch ukochanych kreskówek. Kocham (prawie) wszystkie sezony Scooby Doo oraz filmy o nim. Równie mocno uwielbiam "W.I.T.C.H. Czarodziejki". Do tej pory, a mam już 21 lat, jak tylko widzę je w telewizji, to siadam i nic nie może mnie oderwać, a jak ktoś chce mi przełączyć, to się kłócę. Mniej więcej tak jak małe dziecko. I w tym momencie jestem w stanie tylko myśleć o tym, jak dawno nie oglądałam Scooby'ego i znowu bym go obejrzała. Chyba to wyjaśnia, jak uwielbiam tę bajkę pomimo upływu lat!


A Wy jakie macie comfort things?



Ja vs. poezja - "Violet robi mostek na trawie" Lana Del Rey

 


Hejo!

No cóż... Wyszło dość typowo, czyli dwa tygodnie, w których życie i zdarzenia losowe mnie pochłonęły. Z planszy mnie (tym razem) nie zmiotło, ale znowu wszedł brak, czasu stres i wszystko do ogarnięcia. W skrócie życie. Oczywiście, mogę znowu napisać, że będę mieć już luźniej, bo chyba wreszcie tak będzie. Nie widzę nic, co mogłoby mnie odciągać od moich planów. Mam plany, co napisać na bloga, co wrzucać na Instagrama, więc mam tylko nadzieję, że uda mi się to zrealizować. 

Liczyłam na to, że dodam tę recenzję jakiś tydzień wcześniej. Chociaż recenzja to chyba za duże słowa. Opinia, opis wrażeń, bo ten tomik wywarł na mniej ogromne wrażenie, ale nie chodzi tutaj o treść.  Jestem osobą o specyficznych wymaganiach, jeśli chodzi o poezję. Nie lubię długich wierszy, w których mamy całe bogactwo środków stylistycznych, gdzie muszę się domyślać, co autor miał na myśli. Obrzydzenie do tego typu utworów zostało mi ze szkoły przez to skojarzenie, że w interpretacji szuka się tego, co autor ma na myśli. Moje interpretacje często odbiegały od tego, dlatego ostatnie takie wypracowanie napisałam w liceum i to koniec. Później tylko rozprawki. Chyba też dlatego trafiają do mnie dzieła Beksińskiego, bo malarz uważał, że każdy interpretuje według tego, co ma w sercu.
Ogólnie wolę krótsze i prostsze formy wierszy. Te najbardziej mnie poruszają. Są jakoś bardziej tajemnicze i po prostu łatwiej jest mi się w nich odnaleźć. 


W tomiku poezji Lany Del Rey znajdziemy wszystko. Długie wiersze, pełne kwiecistych środków stylistycznych, ale za kilka stron prosty, kilkuwersowy wiersz. Na końcu jest kilka stron, gdzie są same haiku. Są wiersze w oryginale, po polsku oraz skany z poprawkami autorki.

Nie powiem Wam wiele o treści, myślę, że trzeba to samemu przeczytać. Ja spędziłam bardzo miły czas z tym tomikiem, raz bardziej się zachwycałam, raz mniej. Był świetny do tego, aby się odprężyć. Co prawda, oryginalne teksty dużo bardziej do mnie trafiały. Jest to przede wszystkim kwestia mojego gustu, a nie tłumaczenia, bo uważam, że tłumaczenia są bardzo dobre. Nie ukrywajmy, że tłumaczenie wierszy jest dość ciężkie i nie da rady zrobić tego idealnie, bo (przykładowo) nie wszystkie dwuznaczności są w obu językach. Tuta świetnym przykładem jest słowo "blue", które zna każdy. "Niebieski", jeden z podstawowych kolorów, ale także smutek.


Mimo bardzo dobrej treści najbardziej zachwyciło mnie wydanie. Rewelacyjną jakość wydania czuć od pierwszego sięgnięcia po tomik. Bardzo przyjemna w dotyku okładka (dodatkowo piękny obraz!), kartki tak samo. Po prostu ten tomik to raj dla zmysłów i duszy. W środku przy wierszach i pomiędzy nimi są zdjęcia zrobione przez Lanę (i nie tylko). Dodało to bardzo dużo uroku temu tomikowi, a dla mnie było dodatkową nutką tajemniczości. Czytanie tego było dla mnie megaekscytujące! Nie wiedziałam, co znajdę na następnej stronie. Czy to będzie tłumaczenie, czy kilka zdjęć, czy może skan maszynopisu? Coś cudownego! 


Polecam nie tylko fanom Lany Del Rey, głównie przez to wydanie. Jest piękne. Na końcu jest także miejsce na notatki, co może sprawić, że książka będzie jeszcze bardziej "nasza" i wyjątkowa dla nas. 


Tomik zamówiony we współpracy z CzytamPierwszy

 Akredytacja 02/05/2020


Podsumowanie kwartału II


 


Hejo!

Myśląc, z czym tutaj wrócić po sesji, uświadomiłam sobie, że jest pora na kolejne podsumowanie kwartału. No cóż... Planowałam dać wpis w moje urodziny, coś na zasadzie "21 myśli na 21 urodziny", ale nie wyszło. Skupiłam się na studiach, odpoczywałam, gdy mogłam i tyle? Zobaczymy. Zapraszam na podsumowanie!


Co u mnie? 

Przerwa świąteczna pozwoliła mi ogarnąć się, niestety później przyszło zdalne i jakoś ciężej było mi na duchu, ale jednocześnie bardziej skupiłam na studiach i wiele rzeczy tam musiałam ogarnąć. Mniej więcej od przerwy świątecznej miałam średnio po 2 zaliczenia w tygodniu, czasem 4, a wybawieniem było 1... Jak widać. Było ciężko, Sesja jeszcze mi się nie skończyła, w tym tygodniu zostały mi dwie rzeczy i święty spokój. Już przez to wszystko ulewa mi się. 
Trzy miesiące po prostu upłynęły pod znakiem ciągłego zmęczenia, kombinowania i irytacji. Mało czytania, mało odpoczynku. Krótka przerwa na urodziny, potem dwa spokoju w długi weekend w czerwcu. I co? Same shit again. Czy narzekam? Trochę. Jedynie co mnie pociesza, że w tym całym zapierdolu udało mi się ogarniać, mieć naprawdę dobre oceny. Przez cały semestr poprawiać musiałam tylko jedno kolokwium i to na sam koniec. Pisząc to, nie chcę gloryfikować kultury zapierdolu, ale już wolę mieć przy tym dobre wyniki niż dodatkowo się wkurzać, że mi nie idzie. Chociaż część tych rzeczy była zbędna, ale omówienie tego zostawię na inny moment. 

Książki 

Przeczytałam 12 książki. W kwiecień wkroczyłam z przytupem i przeczytałam 8 książek, a w maju i czerwcu po 2. Po prostu nie miałam siły na czytanie. 

Co polecam?

Większość książek była dobra albo bardzo dobra. Miałam też kilka rereadów, ale nie biorę ich pod uwagę (jak zawsze). Mimo to wybór jest ciężki... O trylogii "Okrutny Książę" pisałam poprzednio, w kwietniu doczytałam ostatnią część i mocno polecam, utrzymała poziom.
1. Oczy uroczne Marta Kisiel - CO ZA KLIMAT! Czysta magia, odrobina niepokoju. Autorka pięknie bawi się słowami, tworzy niesamowite historie. Przepadłam po prostu. 
2. Płacz Marta Kisiel - tutaj powrót do znanych bohaterów, którzy są cudowni. "Nomen omen" to wciąż mój faworyt, ale "Płacz" również jest genialny. Poznajemy bohaterów z innej strony, ponownie inny klimat, jeszcze bardziej przejmujący klimat. Niesamowite jest, co ta autorka potrafi i jak buduje klimat.
3. Zaginiona Księga Bieli Cassandra Clare, Wesley Chu - bardzo podoba mi się ta historia, lekkość napisania, ciekawy pomysł i Magnus oraz Alec, których poznajemy od innej strony. Przyznam się, że ta dwójka w centrum uwagi bardzo przypadłą mi do gustu. Do tego przeżyłam bardzo miłe zaskoczenie, bo autorka wciąż potrafi zaskoczyć i stworzyć oryginalnych bohaterów w tym uniwersum!

Czego nie polecam? 
Prosty wybór. 

1. Igrzyska Śmierci: W pierścieniu ognia Suzanne Collins - nie lubię tej serii i teraz mówię to z pełnym przekonaniem. Katniss mnie irytuje, drażni mnie to, że druga część to odgrzewany kotlet i powtórka z pierwszej części. Wątek 13 Dystryktu pojawił się, zaciekawił mnie, ale został olany przez autorkę. Do końca nie doczytam. 
2. Złączeni obowiązkiem Cora Reilly - zachwalałam całą serię, a tu klops... Najsłabszy punkt tej części, irytująca bohaterka, nie wiem do tej pory, o co jej chodzi. Wolę Arię i jej siostrę.
3. Konkurenci się pani pozbyli Jacek Galiński - co za koszmar... Nie wiem, jakim cudem udało mi się to wytrzymać. Nie bawiło mnie, męczyło, obrzydzało. Po prostu nie.  Do widzenia. 

Filmy 

Coś oglądałam, ale nie było tego dużo i nie było nic ciekawego. Patrzę na tytuły i widzę, że to były głównie dziwne rzeczy. Naprawdę dziwne rzeczy - kosmici, potwory i tak dalej. Nie mam nic do polecania ani nic, żeby odradzić. 


Seriale

Tego trochę było... Obejrzałam od 3 do 8 sezonu "Friends" i tyle. Znudziło mi się, wątek otwierający dziewiąty sezon mnie drażni. Nie lubię Rossa i Rachel. Uwielbiam Monikę i Chandlera, poczucie humoru Phoebe jest cudne. Zastanawiam się, czy nie przeskoczyć od razu do ostatniego sezonu, czy sobie po prostu nie zrobić przerwy. 
Oprócz tego polecam "Sexify" - fajny serial! Wreszcie poczułam, że powstało coś, co było skierowane do mnie, do mojej grupy wiekowej. Krok w dobrą stronę w polskich serialach. Wypełnia pewną lukę, która jest, bo naprawdę nie czuję, żebym filmy i seriale tworzone w Polsce były skierowane do mnie. 


Jestem dumna z... 

Po prostu z tego, że wytrzymałam. Ostatkiem sił, ale wytrzymałam. Zdanie semestru to już tylko formalność i tyle. Chyba to jest głównym osiągnięciem tego czasu.


Co dalej?

Blogowo? Powrót do recenzji. Pierwsza chyba w tym tygodniu! Mam nadzieję, że napiszę ich trochę więcej. Jak nie tutaj, to na Instagramie. 
Trochę pobawię się na TikTok, trochę więcej poczytam. I w sumie nie wiem. Nie mam pojęcia, co na dłuższą metę z tego wyjdzie i co ze sobą zrobię. Najpierw chcę odpocząć, to jest priorytetem, ale co więcej? Nie wiem. Chciałabym coś, ale nie wiem co i nie wiem jak. I w sumie tyle! Do napisania! 

CZY JA MAM ZASTÓJ CZYTELNICZY? Czytelniczo-życiowy update.

 Hejka!

Właśnie po wygenerowaniu kilku pomysłów na bloga w najgorszy możliwy sposób, czyli zapisałam nowe wersje robocze z tytułami, a także olaniu fizyki, oczekiwaniu na obiad i odwlekaniu drukowania w nieskończoność piszę na bloga. 

Nie sądziłam, że ta wiosna przynosi tyle zmian we mnie. Jak na razie jestem w najbardziej wymagającym okresie mojego życia, gdzie moje wcześniej priorytety nie do końca się pokrywały, więc nieco zmieniłam. Z jednej siostry jestem zmęczona, trudno mi odpocząć w weekend, ciężko mi się skupić na czytaniu, na laptopa patrzeć nie mogę, ale muszę. Jednocześnie odprężam się, korzystając z Instagrama i dowiadując się, co dzieje się na świecie. Moje oczy umierają, do tego alergia, bo wszystko pyli. Nie czytam, bo to wydaje mi się zbyt dużym wysiłkiem dla mojego mózgu, mimo że mam na to ochotę. A do tego wszystkiego przeplata się gdzieś wkurwienie na ludzi i brak sił na ludzi. 


Przestałam zapisywać przeczytane strony, bo to nie ma znaczenia w tym momencie. Wcześniej to było fajne, pokazywało mi, że potrafię czytać codziennie przez dłuższy czas, ale teraz tego nie potrzebuję, bo wiem, że umiem. Nie ma w tym nic złego. W tym tygodniu chyba skończyłam audiobook o Zośce Wilkońskiej (czwarta część - nie polecam. Słaba zagadka, a do tego nawiązanie do polskiej sceny politycznej, co bardziej wkurza niż bawi, gdy człowiek się orientuje) i nic innego nie ruszyłam, mimo że cholernie mnie ciekawi, co dalej z "Zapomnianą Zaginioną Księgą Bieli". Nie chcę też zaczynać innych książek, bo się zawiążę. 


Przełączyłam bookstagram z konta twórcy na konto osobiste, bo nie jest mi to do niczego potrzebne w tym momencie. Chociaż irytuje mnie brak pewnym funkcji, ale jakiś czas przeżyję bez tego. I tak ich ostatnio nie sprawdzałam. Moja działalność tam też się ograniczyła, bo nie robię zdjęć. Z robienia zdjęć najłatwiej mi zrezygnować, bo najmniej związana z tym jestem i nie zawsze mój aparat potrafi uchwycić to, co widzą moje oczy. 


Ach... Wspomniałam w tytule o zastoju czytelniczym... No właśnie. Nie wiem, czy go mam, czy może nie. Zwykle to u mnie wyglądało inaczej, bo po prostu nie czytałam, nie myślałam, o czytaniu i nie miałam chęci na to. Chęci mam, wracam myślami do książki, którą czytam, ale nie umiem się w sobie zebrać. Chyba usiądę i poczytam. Życzcie mi powodzenia! I mam nadzieję, że do zobaczenia za tydzień!