FACEBOOK
X-TWITTER
INSTAGRAM
Dzisiaj przychodzę ze wpisem, który czekał na publikację od stycznia albo lutego... Są tutaj książki, które przeczytałam od sierpnia ubiegłego roku (Clare) do stycznia (Diabolika). Pierwsze za co się biorę, jeśli chodzi o pisanie tutaj to po prostu porządki. Sprawdzam stare wpisy, co jest wartego w nich, jeśli chodzi o publikację i podrasowuję. Jednocześnie staram się też szykować świeże wpisy, aby po prostu przygotować się, jeśli będę miała mniej czasu.
Zmieniłam również wygląd bloga - jeszcze będę go dopieszczać przez najbliższe dni, ale wydaje mi się, że jest znacznie przyjemniejszy dla oczu.
Napisałam dziś ostatnio egzamin i się zastanawiam, co ja chcę tutaj napisać. W weekend dotarło do mnie, że mam kryzys, jeśli chodzi o bloga. Tylko teraz, gdy siedzę w końcu i piszę, to nie wiem, co ja mam napisać.
Dopadło mnie zwątpienie, jeśli chodzi o samo prowadzenie bloga. Czy to ma w ogóle sens w mojej sytuacji? Czy ktoś to jeszcze czyta? Nie wiem, czy w tym roku odwiedziłam czyjkolwiek blog, naprawdę. W tym semestrze studia doprowadzały mnie na skraj wytrzymania. Przed świętami doszłam do momentu, że miałam tak dość nauki, że po prostu nie chciało mi się uczyć i robiłam absolutne minimum, aby przetrwać. W styczniu było odrobinę lepiej, przynajmniej na początku, ale 3 ostatnie tygodnie to była po prostu jazda bez trzymanki. W dwa tygodnie miałam łącznie 8 zaliczeń + dzisiaj ten jeden egzamin. Strasznie źle zorganizowany semestr mieliśmy. Gdyby inaczej zajęcia rozłożono, to by było nam lżej przed sesją. Szkoda po prostu.
Przez to właśnie nie miałam czas na nic. Audiobooki do nauki, weekendowe poranki z książki i tyle, a nawet i to nie zawsze.
Czuję, że po prostu mam kryzys. Przez brak czasu czuję, że nie ma sensu tego robić. Regularności nie ma, aktywności z mojej strony na innych blogach nie ma. Z SEO wypadłam, nie mam ochoty się bawić w optymalizację, aby się wyżej w Google wyświetlać (chociaż może pomyślę?). Z Instagramem udaje mi się działać, bo wrzuciłam po prostu na luz — nie pozuję, robię zdjęcia telefonem, robię zwykłe selfie, nie robię kompozycji albo po prostu robię prostą grafikę w Canvie, aby wyszło szybciej.
Z blogiem jest ciężej. Nie chcę się cofać, nie chcę się uwsteczniać, ale nie daję rady działać w ten sposób, w jaki działałam. Nie chcę przestawać pisać. Może to tylko przyzwyczajenie.
Tak się zastanawiam, czy ten kryzys nie wynika też tego, że czuję, że nie mam, o czym pisać? W tym sensie, że nie czuję, abym mogła ostatnio napisać coś ciekawego. Nie wiem. Może przejdę do krótszych form, ale bardziej konkretnych. Postaram się pisać tak, jak czuję. Jeśli wyjdzie mi długo, to będzie długo.
Wiem tyle, że teraz mam już wolne i wolną głowę. Chciałabym dokończyć to, co zaczęłam. Dać w końcu ten wpis o ograniczaniu kupowania książek. Zrealizować nowe pomysły, które wpadły mi do głowy w natłoku tego wszystkiego. Może uda się to zrobić przed rozpoczęciem nowego semestru i coś uda mi się ogarnąć na zaś. Oby, chciałabym się tego nauczyć. Stworzyłam nawet zeszyt na pomysły!
Cześć wszystkim!
Ostatnie podsumowanie, które planowo miało się pojawić jakieś 2 tygodnie temu. Oczywiście, że życie mnie zaskoczyło i nie udało mi się z tym wyrobić. Najważniejsze, że mój entuzjazm nie osłabł i dalej się nim jaram, bo nie do końca wiem, co z niego wyjdzie i co ja planowałam w tamtym roku. Po prostu lubię robić te roczne podsumowania, zawsze spojrzenie na cały rok wstecz jest takie inne. Łatwiej mi w ten sposób docenić, co zrobiłam. Ewentualnie tak jak w tym roku, zostawić wiele za sobą.
Cóż, zdecydowanie jest to rok, który pozostanie w mojej pamięci. Przede wszystkim jest najbardziej stresujący rok mojego życia. Organizacja naszej pierwszej konferencji, obrona, a później jeszcze więcej stresu z powodu dwóch wydarzeń, w które nie zakończy się tak źle, jak mogłyby się zakończyć. Co nie zmienia faktu, że zmieniły moje myślenie i były naprawdę stresujące.
To jest takie pierwsze skojarzenie, o którym myślę. Pomimo wszystko w tym całym stresie były też różne sukcesy. Przede wszystkim te na studiach. Wychodziłam ze strefy komfortu, brałam udział w konferencjach i nawet wygrałam konkurs na najlepszy poster. Ukończyłam studia z oceną bardzo dobrą, poszłam na magisterkę i te ostatnie 3 miesiące, odkąd wróciłam na studia, czas mi ciągle ucieka. Studia pochłaniają naprawdę dużo mojego czasu i aż mi szkoda momentami. Na początku grudnia już byłam tak przemęczona, że płakałam zmęczenia. Przed samymi świętami już miałam już taki wstręt do nauki, że robiłam minimum.
1. Przeczytać 100 książek — prawie udało mi się to zrealizować. Przeczytałam 99 książek. W ostatni dzień roku miałam jeszcze 2 książki zaczęte, ale nie udało mi się ich dokończyć. Pewnie gdybym się pod koniec tak nie rozbiła i znalazła czas, aby skończyć chociaż jedną z nich, to by się udało.
2. Zejść poniżej 10 nieprzeczytanych książek na półce — nie udało się. Nowy Rok zaczęłam z 14 nieprzeczytanymi książkami na półce, a 2023 zaczęłam, mając 18 nieprzeczytanych książek na półce. Mam 8 książek, które mam od kilku lat i jeszcze nie przeczytałam, a do tego 6 książek, które kupiłam w 2023 i nie przeczytałam. Nie jest źle, ale naprawdę myślałam, że uda mi się to osiągnąć.
3. Kupić mniej niż 20 książek — kupiłam 6 nowych książek oraz 12 książek z drugiej ręki, czyli razem 18. Udało mi się to osiągnąć dzięki Legimi i poniekąd współpracom. Nie wliczam do tego książek współprac, których było 14.
4. Przeczytać książkę po angielsku — haha... Nawet nie zaczęłam.
5. Zrobić zdjęcia każdej pory roku — prawie wyszło. Mam wiosnę, mam jesień, ma zimę, ale letniego6. Wziąć czynny udział w konferencjach — brałam udział, ale wzięłam udział tylko w dwóch, a nie czterech. Nie byłam w stanie przygotować posteru na konferencję, którą same organizowałyśmy. Czwartą znalazłam, ale znów nie byłam w stanie się do niej przygotować
7. Pisać 3 razy w miesiącu na bloga — sami widzicie. Nie udało mi się tego zrealizować. Niestety, nie miałam tyle czasu ani przestrzeni w głowie, aby tutaj pisać.
Poza tym miałam cel podróżnicy, czyli zobaczyć Poznań i Zamość. W Poznaniu byłam, ale w tym drugim mieście, niestety nie. Z miejsc, w których wcześniej nie byłam, to byłam w Ostródzie. Samej Ostródy nie widziałam, bo byłam tylko w hotelu, ale po co tam byłam! Byłam jako trenerka biznesowa, czyli coś, czego nigdy nie robiłam, ale było dość ciekawym doświadczeniem.
Możecie mieć mnie już dosyć, ale naprawdę dla mnie tamten rok było pod znakiem serii Lockwood i spółka. Jest to świetna młodzieżowa seria, która urzekła mnie przede wszystkim światem i bohaterami. Zagadki też są niczego sobie, bo przecież trzeba poznać ducha, aby dowiedzieć się, jak go odesłać. Bohaterowie to nastolatkowie, którzy muszą chronić świat, bo tylko oni są zdolni to robić. Agencja Lockwooda nie jest jedyną agencją, ale jest wyjątkowa — prowadzi ją nastolatek i są w niej tylko 3 osoby. Kocham ten mroczny Londyn, w którym nie możesz wyjść po zmroku, bo coś się dopadnie.
Najlepszy ze wszystkich filmów, które widziałam w tamtym roku, to był Avatar: Istota wody. Szkoda, że nie byłam w kinie, ale z drugiej strony, to trwa 3 godziny i nie wiem, czy bym tyle czasu wysiedziała... W domu to jakoś łatwiej było wytrzymać. Wciągnęłam się, byłam zachwycona obrazami i też fabuła mi się podobała. Po nie całym pół roku wciąż uważam, ze to genialny film.
Z nowych seriali, które oglądałam (i żeby się nie powtarzać z Lockwoodem i spółką), to najsilniej w tym momencie wspominam Dobre miejsce. Poczucie humoru i ciekawa wizja życia po śmierci po prostu mnie wciągnęły. Genialny, nietuzinkowy serial!
Drugim serialem, który mnie równie mocno zachwycił, było Co robimy w ukryciu? Jest to dziwne, pełne czarnego humoru i będące na granicy przyzwoitości, a niekiedy nawet dobrego smaku, ale bardzo mi się podoba. Nieco słabiej w moich oczach wypadł czwarty sezon.
Tu się nie będę rozpisywać, bo moje ulubione zdjęcia po prostu się przeplatają przez ten cały wpis.
Z kosmetyków do włosów najbardziej zachwycił mnie scrub myjący do skóry głowy Wasabi z Hairy Tale Cosmetics. Efekt pewnie częściowo, dlatego że nie spodziewałam się tak dobrego efektu. Odeszłam od peelingów mechanicznych do skóry głowy jakieś 3 lata temu, bo było to dość upierdliwe do stosowania, ale ten kupiłam z ciekawości (a raczej kupiłam w jakimś fajnym zestawie). Świetnie złuszczał, nie podrażniał. Złoto! W moim przypadku super się sprawdzał też do twarzy.
Z produktów do twarzy najlepsza okazała się nawilżająca maseczka prebiotyczna z Bielendy. Złoto po prostu. Ładnie nawilża i można ją nałożyć na noc na twarz i zmyć rano! Więcej nie potrzebuję, naprawdę.
Bardzo trudno było mi wybrać te książki, które zasługują na bycie tutaj. Niby w tym roku dałam tylko kilka 10, ale zdecydowałam się na nieco inne kryterium — poczucie, że wniosły coś więcej do mojego życia. Jedne poruszyły mnie do głębi, o innych nigdy nie zapomnę, a jeszcze jedne otworzyły mnie na gatunek, którego unikałam.

El Roi uważam za wyjątkowe w tym roku, bo pokazało mi, że literatura piękna też jest dla mnie. Unikałam tego gatunku, ale opis książki i sam fakt, że śledzę Beatę w mediach i chciałam zobaczyć, co ona stworzyła, sprawił, że zgłosiłam się do naboru recenzenckiego u niej na Twitterze. To była świetna decyzja!
El Roi to niesamowita książka i dziwna w tym pozytywnym znaczeniu. Łączy w sobie wiele tematów, wątków, motywów... Kultura żydowska, trudne życie kobiet w różnych czasach, ale też zbrodnia. Nawiązanie do zbrodni sprawia, że czułam się, jakby czytała książkę z gatunku true crime. Przez całą książkę pojawia się nawiązanie do portretu Clary Garcia de Zuniga. Dodaje ono tej historii uroku. Dopóki nie sprawdziłam tego obrazu, to nie wierzyłam. Jak pół twarzy może być smutne, a pół złe? A jednak może. Później znacznie mocniej odczuwałam opisy tych kobiet. Józefa, Adela i Estera to trzy kobiety, z których każda niesie ze sobą złość i smutek, i każda ma własną tajemnicę.
Mam nadzieję, że jeszcze o mnie pamiętacie. Aktualnie siedzę nieco zestresowana tym, ile mam jeszcze do zrobienia i jakie ja mam zaległości z jednego przedmiotu (spojrzałam na wczorajszą listę rzeczy do zrobienia i okazuje się, że wszystko zrobiłam). Oczywiście, że uznawałam, że jest to najlepszy czas, aby w końcu napisać tę recenzję. Najbliższy tydzień zapowiada się lżej, więc to nie jest aż taka strata, że przez weekend porobię coś innego. Ogólnie ten weekend jest dla mnie nieco spokojniejszy — bez żadnych korepetycji, trochę nauki, trochę porządków i jakoś spłynęło.
[Materiał reklamowy — współpraca z wydawnictwem You&YA]
Przez prohibicję rodzina Revelle nie może zarabiać — robią niesamowite pokazy, które przyciągają tłumy, a ludzie oddają im swoje klejnoty. Klejnoty dla Revelle to zapłata za magię. Ich zdolność pozwala manipulować emocjami, a to pozwala na manipulowanie człowiekiem. Co ma do tego alkohol? Pijany klient to hojny klient. Luxe Revelle ma pomysł, jak temu zapobiec — uwiedzie Deweya Chronosa, członka rodu władającego wyspą, który zaczął się parać przemytem alkoholu. Jednak w wyniku pomyłki spotyka Jamisona Porta.
"Revelle" to książka z ogromnym potencjałem, który został tak zmarnowany, że to aż boli. Niestety, widzę w tej historii więcej minusów niż plusów, a i jej zalety opierają się głównie o potencjał lub sam pomysł na wątki, których rozwinięcie koniec końców nie trafiło do mnie. Mam poczucie, że ta książka jest albo niedopracowana, albo nieprzemyślana. Ewentualnie, jakaś dziwna mieszanina obu tych rzeczy. Widzę w niej ogromny potencjał, tylko trzeba było jej dać więcej uwagi — gdzieniegdzie coś zmienić, aby nabrało to więcej sensu, a inne rzeczy po prostu rozwinąć.
Zarówno świat, jak i pomysł na jego funkcjonowanie jest niezwykle ciekawy. Rodziny, które mają zdolności magicznie, mieszkają na wyspie, z daleka od stałego lądu. Mają własne zasady, własną walutę, ale mimo to prawo zwykłych ludzi jednak na nich wpływa — czego przykładem jest prohibicja. Podobnie ciekawy jest podział wyspy na dwie dzielnice — Nocną i Dzienną.
Na tej wyspie mieszkają zwykli ludzie oraz pięć magicznych rodzin. Rodzina Revelle manipuluje emocjami i potrafi wywoływać wizje. Rodzina Chronosów ma zdolność podróży w czasie, a jednocześnie władają całą wyspą. Pozostałe trzy rodziny mają mniejsze znaczenie dla fabuły, ale ich zdolność są pokazane. Edwardianie czytają w myślach. Strattori mają zdolność uzdrawiania (a bardziej przenoszenia obrażeń na kogoś innego), a Effigenowie potrafią zwielokrotniać jakąś cechę.
Nie jest wyjaśnione, skąd się wzięła magia w tym świecie. Wiadomo tylko, jak te rody znalazły się na wyspie. Dalej to powoduje kolejne pytania, czy każdy Revelle jest ze sobą spokrewniony? Czy magia jest tak jakby genem dominującym? Podobnie nie ma dobrego wyjaśnienia, skąd się wzięła magia krwi. Wiadomo tylko, jak ta magia działa, ale to też nie do końca. Możemy to zwalać na to, że nikt w nią nie wierzy, Tylko... Tylko zawsze w książce powinien być ktoś, kto ma większą wiedzę od nich innych (ale nie jest poważany) albo inna osoba, która przypadkiem znajduje jakieś stare pisma, które to tłumaczą. Jest jeszcze opcja powolnego odkrywania swoich mocy i sprawdzania granic, ale też tego tutaj nie było. Brak dokładnego wyjaśnienia sprawił, że czułam, że nie jest to dopracowany pomysł. Ogólnie w moich całe występowanie magii wymaga dopracowania, bo ja lubię wiedzieć, DLACZEGO postaci władają magią, a nie tylko JAK władają.
Nie tylko kwestie magii w świecie nie są rozwinięte, ale po prostu jego kreacja jest słaba. Akcja dzieje się w trakcie prohibicji w USA, czyli mniej więcej w latach 20 XX. Zupełnie nie czuć, że są inne czasy. Autorka praktycznie nie skupiła się na opisie ówczesnej poza magicznej codzienności. Nie było opisanych strojów bohaterów ani wyglądu ulic, które przypominałyby czytelnikowi, że akcja jest osadzona sto lat temu.
Wątek Luxe i Deweya polubiłam, bo ja po prostu lubię udawane związki i ogólnie wątek pozorowanego małżeństwa. Szczególnie kiedy obie strony nie są w pełni uczciwe i szczere wobec siebie, a każdej z nich zależy na osiągnięciu swoich korzyści.
Sama historia Jamisona i to, jak on odkrywa swoją przeszłość, jest bardzo ciekawe! Jeszcze bardziej kiedy okazuje się, jak wszystko jest ze sobą powiązanie. Cudowne! Początkowo nie czułam, aby wątek Jamisona pasował do tej historii, bo myślałam, że ograniczy się tylko do relacji z Luxe (o tym, jak irytująca jest to relacja, to za chwilę). Teraz myślę, że jest to najciekawszy i jednocześnie najważniejszy wątek tej historii.
Ogromnym minusem tej historii jest relacja Luxe i Jamisona. Przede wszystkim jest to typowe instant love. Okej, ona rzuca na niego swój urok. Wszystko by było spoko, gdyby mu przeszło, ale nie... On nie wiadomo czemu leci na laskę, która nie jest dla niego miła. Ba, ona zaczyna interesować się typem, który ją wyraźnie irytuje. Ogólnie rozwój relacji nie ma sensu. Szczególnie nie rozumiem, dlaczego doszło do tak idiotycznej pomyłki — jakim cudem Luxe nie wiedziała, jak wygląda syn burmistrza (czyli Dewey), od którego zamierzała załatwić alkohol?
Minęło już trochę czasu od przeczytania tej książki i muszę to otwarcie napisać. Bohaterowie są naprawdę nijacy i bezbarwni. Początkowo wyróżniał się Dewey, który był postacią bardzo charyzmatyczną i umiejętnie wykorzystał to w relacjach z innymi bohaterami. Z czasem zrobił się po prostu irytujący. Luxe z kolei należy do typu bohaterek, jakich nie lubię — niezbyt sympatyczna, unikająca wszystkich i odstraszająca ludzi od siebie. O Jamisonie nie mam za wiele do powiedzenia — jest najnudniejsza postać w tej książce. Jest naprawdę bezbarwny, mimo że jego wątek okazał się dla mnie najciekawszy.
Jak to w takich książkach bywa — ktoś musi być tym złym. Ja w trakcie czytania coś podejrzewałam, ale nie do końca. Później gdy przeczytałam, którąś recenzję, to wydawało się faktycznie oczywiste. Patrząc na budowę książki i podwójną narrację, faktycznie można wywnioskować, kto jest czarnym charakterem.
Po przeczytaniu tej książki byłam naprawdę nieusatysfakcjonowana tym, co przeczytałam. Taki pomysł, a tak skopany. Tym bardziej że autorka sama potknęła się o swój pomysł, czyniąc tę książkę bezsensowną, o czym napiszę niżej, bo będzie to OGROMNY spoiler, ale jednocześnie jest to tak głupio zrobione, że:
1) czuję frustrację, gdy sobie przypomnę o tym.
2) chcę, żebyście zrozumieli (jeśli nie przeszkadza Wam spoiler), jak bardzo to jest głupie i nieprzemyślane potknięcie.
Przez całą książkę nie wiedziałam, jak ocenię tę historię. Z jednej strony była ciekawa, ale taka niedopracowana... Dopiero 30 stron przed końcem wiedziałam, że ta ocena będzie niska. Nie polecam tej książki. Pomimo ciekawego pomysłu, to nie uważam, że warto poświęcać czas na jej przeczytanie. Jest wiele lepszych książek, które są po prostu dopracowane i mają równie ciekawą fabułę.
Czarnym charakterem jest Dewey Chronos, który podobnie jak Luxe włada magią krwi. Połączenie tego z jego zdolnością do podróżowania w czasie sprawia, że jest wszechmogący, bo dzięki dodatkowej zdolności nie starzeje się za skorzystanie z mocy, tylko zapłatę przekłada na inną osobę. Z czego korzysta, bo okazuje się, że wszystko, co się przytrafiło Luxe i Jamisonowi było zaplanowane przez niego. Sprawdzał różne wersje wydarzeń i wpływał na przyszłość tak, aby wszystko potoczyło się zgodnie z jego planem. No dobra, dlaczego to powoduje, że książka jest bez sensu?
Wróćmy zatem do początku — Luxe planowała zaprowadzić Deweya po pokazie do domu uciech. Wiedziała tylko, jak będzie ubrany. Jednak Dewey przed spektaklem oddał swoją marynarkę Jamisonowi, przez co Luxe ich pomyliła. Rozumiecie? Koleś, który cofał się w czasie, aby kontrolować WSZYSTKO, nie cofnął się, aby nie dawać swojemu konkurentowi swojej marynarki, co doprowadziło do szybszego zapoznania tej dwójki.