Kwartalnik V - mam tę moc!

 


Cześć!

Jakoś nie mogłam się zebrać to napisania tego wpisu. Chciałam go wstawić tydzień wcześniej, ale przez cały weekend nie miałam prądu i jedynie udało mi się zacząć pisać o części książkowej tego wpisu. Potem w tygodniu uczelnia, przez co skupiłam się na ogarnianiu bieżących rzeczy, a wieczorami byłam zbyt zmęczona, żeby myśleć o blogu. Jeszcze z „miłych” rzeczy — zalałam laptopa kawą. Na szczęście działa, ale część klawisz ciężko chodzi, więc pisanie jest utrudnione, a dla mnie to podstawowa funkcja. Niestety, czeka go czyszczenie, tylko nie wiem, kiedy.


Co u mnie?

Trzy miesiące zleciały mi bardzo szybko. Styczeń i pół lutego to był istny zapierdol. W okresie przed sesją miałam bardzo dużo zaliczeń. Później nieco odpoczęłam, a później wszedł mi stres. Osobiście też było całkiem nieźle. Zima nie sprzyja mi nigdy w życiu towarzyskim, preferuje wtedy zakopać się pod kołdrą w pokoju z książką albo filmem i nie wychodzić aż się zrobi ciepło. Ładna zima  mnie ominęła, więc nawet nie miałam okazji pospacerować, gdy śnieg sypał.

Marzec był dla mnie lżejszy. Wbicie się w rytm na uczelni nie było dla mnie ciężkie. Po uczelni miałam sporo czasu. Jestem zadowolona z tego miesiąca, po prostu.


Książki

Przez pierwsze trzy miesiące tego roku przeczytałam 23 książki, co przy styczniowej ilości zaliczeń było dużym osiągnięciem. Potem było coraz mniej. Co więcej, w styczniu przeczytałam 12 książek, w lutym 9, a w marcu 2. Właściwie nie odczuwam tego, że czytałam jakoś mniej w marcu, bo działo się bardzo dużo. W sumie to czuję, że więcej pisałam o książkach, niż ich czytałam, a chyba to też wyczyn.

Książki, które czytałam to głównie książki na bardzo dobrym poziomie, które mnie wciągały. Każda z nich się czymś wyróżniała, przez co nie było mi łatwo wybrać tych trzech, które najbardziej mi się podobały. Wybór padł na książkę, którą najwyżej oceniłam, trylogię, która mnie najbardziej zaskoczyła, i debiut, który przewyższył moje oczekiwania. Co ciekawe, poza komiksem „W.I.T.C.H. Księdze 3”, nie było żadnej książki, której dałam 9/10.


Co mi się podobało?


1. Łańcuch ze złota Cassandra Clare – czyli wybór oczywisty. To najlepsza książka przeczytana w ostatnim czasie, niemal idealna, bo drobne zastrzeżenia mam, a przede wszystkim wiem, że kolejna część będzie lepsza. Pełna emocji, akcji ciekawszej niż opis na okładce wskazuje, skłania do myślenia i zachwyca sama sobą. Bohaterowie zachwycają, będąc sobą. Świat Nocnych Łowców po raz kolejny się rozszerza.

2. Trylogia Delirium Lauren Oliver – do skończenia tej serii zbierałam się ponad 4 lata, w międzyczasie nakład tych książek się skończył, a mi udało się ją oderwać z drugiej ręki. Myślę, że to było największe zaskoczenie tego kwartału. Każda część była inna niż jej poprzednika. Różnią się stylem pisania i klimatem. Pierwsza składnia do myślenia, zaciekawia światem. Druga rzuca w wir walki i rzeczywistości o wiele innej niż w pierwszym tomie. Trzeci z kolei łączy te dwie rzeczywistości. Trzeci tom najbardziej mi się podobał – świetnie łączy przeszłość i teraźniejszość, szkoda, że nie ma więcej o tym, co potem. O zmianach, jakie mogły zajść. Tu aż się prosiło o jakiś prolog.

3. Za kurtyną: Apogeum Laura Savayes – aż sama jestem zaskoczona, że ta książka się tutaj znajduje. Wyróżniło ją to, że przewyższyła mojego oczekiwania. Apogeum bez wątpienia jest bardzo dobrą książką, do której zaczęłam czuć miłość w trakcie czytania. Trójkąt miłosny sprawia, że jest kilka zabawnych scen. Naprawdę, z udziałem całej trójki niektóre sceny są komediowe, ale nie żenujące. Stosunek romansu do akcji jest poprawny, a co więcej jedno bardzo fajnie napędza drugie. Mam trochę zastrzeżeń do bohaterów, a szczególnie główniej bohaterki, ale czuję w niej potencjał.


Nie ma książek, których nie polecam ani mi się w pełni nie podobały. Najsłabiej wypadła Krew i popiół Jennifer L. Armentrout, które wzbudziło we mnie mieszane uczucia. Odmóżdżacz w świecie fantasty, który wciąga i pozwalała się zrelaksować, ale ma słabe elementy (język), słabe przedstawienie świata – więcej się domyślałam na temat tego, czym są dane rasy, niż wiedziałam. Niestety, ma też elementy, które nigdy nie powinny się znaleźć przedstawione w taki sposób.


Filmy 

Filmów nie było dużo, a tych, których nie widziałam wcześniej, było jeszcze mniej. Znowu więcej było seriali, co mnie zaskakuje, bo nieświadomie się na nie przerzuciłam. Ostatnio nie umiem szukać i wybierać sobie filmów.

Co polecam?



1. Kot w butach reż. Chris Miller— świetna animacja! Zabawna, fajna fabuła. Myślę, że dość uniwersalne. Może się spodobać zarówno młodszym, jak i starszym.

2. Projekt Adam reż. Shawn Levy — to również film dedykowany młodszym. Lekko się zawiodłam, bo oczekiwałam głębszego rozwinięcia jednego z wątków. I innego zakończenia, bo byłby to po prostu dobry happy end, na jaki bohaterowie zasługują. Ogólnie polecam, bo przyjemnie się oglądało.


Czego nie?



1. Jak pokochałam gangstera? reż. Maciej Kawulski — film zapamiętałam jako nudny, a im więcej czasu od niego mija, to uważam, że to, coś, co w ogóle nie powinno powstać. Po pierwsze — długi. To są 3 godziny istnej męczarni, podczas której ciężko się połapać w fabule. Dziwne przeskoki między scenami, nagłe zmiany wątków. Straszny bałagan. Bardzo źle się oglądało. Kolejnym problemem jest to, że w filmie są postaci, które rzeczywiście istniały, a znaczna część historii jest zmyślona. I po co? Nie można było stworzyć nowych bohaterów, skoro z prawdziwej historii wykorzystano tylko elementy?

2. Ślubne wojny reż. Gary Winick — film na początku podobał mi się, ale im dalej, tym gorzej. Przede wszystkim — toksyczna przyjaźń. Jedna drugiej robi na przekór, bo? Bo w sumie co? Mają mieć ślub jednego dnia, w jednym miejscu, mimo że miał być odstęp dwóch tygodni. I dalsza część wypowiedzi to spoilery. Jedna wymusza oświadczyny. Narzeczonemu drugiej, gdy ta zaczyna się mścić na przyjaciółce, przeszkadza jej zachowanie, to słyszy, że nie akceptuje tego, że się zmieniła i jest zakochany w tym, jaka była dawniej. WTF? Oczywiście nie dochodzi do ślubu tej drugiej i jest wielkie pojednanie przyjaciółek.


Seriale 

Seriali oglądałam sporo, bo skończyłam oglądać „Friends” i zaczęłam oglądać od nowa. Dla niewtajemniczonych: obejrzałam kiedy pół pierwszego sezonu, przeczytałam historie bohaterów, doszłam do wniosku, że nie podoba mi się wątek Rachel i Rossa i przestałam oglądać. Potem w maju zobaczyłam historię Monici i Chandlera, i zaczęłam oglądać od trzeciego sezonu. Skończyłam na 9, gdy wszedł wątek, który bardzo mi się nie podobał i był bez sensu. I teraz dokończyłam. To po prostu dobry serial, gdy nie ma się co oglądać albo żeby coś leciało w tle.
Ponownie zaczęłam oglądać „Daybreak”, który jest dla mnie ulubionych serialem — o nastolatkach, świat po apokalipsie i edukacyjne wstawki. Polecam!

Co polecam?



1. Ktoś z nas kłamie reż. John Scott, Benjamin Semanoff, Sophia Takka, Jennifer Morrison— to właściwie jedyny serial, którego wcześniej nie widziałam, obejrzałam w całości i mnie zachwycił. Daje vibe „Pretty Little Liars” i „Plotkary” jednocześnie. Akcja dzieje się w szkole średniej, są tajemnice, zagadka i intryga. Podejrzanych zmieniałam kilka razy, a ostateczny i tak byłam zaskoczona.

2. Cień i kość Lee Toland Krieger, Mairzee Almas, Dan Liu, Jeremy Webb  — w maju utknęłam w połowie tego serialu. Dokończony. Spodobał mi się na tyle, że zakupiłam całą trylogię. Finałowy odcinek naprawdę mnie zaskoczył. Ogólnie, podoba mi się świat Griszów, jego historia i te podziały. Wątek Wron był w to bardzo ciekawie wkomponowany w całość. Najbardziej polubiłam wątek Niny i Matthiasa. Charakter dziewczyny bardzo mi przypadł do gustu, rozbawiała mnie i ciekawie kontrastował z chłopakiem.


Kim jest Anna? reż. David Frankel, Tom Verica, Nzingha Stewart — serial, do którego mam mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo ciekawa historia, przed serialem nie słyszałam o Annie Delvey. Sam fakt stworzenia tego serialu jest dla mnie moralnie wątpliwy. Anna za ekranizację swojej historia dostała zapłatę, co jest logiczne. Tylko to mnie właśnie gryzie, czy ta historia powinna powstać teraz. Czy kara, którą Anna odbyła, faktycznie dała jej do myślenia? Czy się zmieniła? Sama Anna była dla mnie przerażająca, przez to jak manipulowała ludźmi. Do tego stopnia kłamała, że aż sama w to wierzyła. Przerażające.


Kosmetyki 

Wprowadzenie tej sekcji jest dla mnie małym wyzwanie. Używam sporo rzeczy, lubię testować nowe rzeczy i przywiązuję się do naprawdę wyjątkowych perełek. Ciężko mi też wybrać, bo stosuję rzeczy z różnych kategorii i w jednej mam hity, a w innej wcale. Jeszcze trudniej, bo z kupiłam sobie 3 produkty z jednej firmy i każdy jest rewelacyjny, używam do wszystkiego. Dosłownie. Te trzy rzeczy, które tutaj podam, to nie był łatwy wybór.

1. Kuracja laminująca Seal the deal Hairy Tale Cosmetics — wyjątkowość tego produktu i fakt, że jest on limitowany, zadecydowały o tym, że pokażę Wam to teraz. Używałam do laminacji włosów, do stylizacji, do reanimacji skrętu, jako serum pod krem do twarzy i na skórę głowy. Szczególnie uwielbiam wykorzystywać go do stylizacji. Nakładam na odżywkę bez spłukiwania, a później na to pianka i żel do stylizacji. Podbija skręt włosów, lepiej się on utrzymuje, a włosy są zachwycające — miękkie i pełne blasku. Niestety, to produkt limitowany i wyprzedał się w ciągu tygodnia od premiery. Planuję przygotować szerszą recenzję kosmetyków z Hairy Tale Cosmetics.

2. Wcierka Anyż i Lukrecja Sattva — jest to jedna z trzech wcierek, których używałam w ciągu ostatnich miesięcy. Połączenie wcierek, których używałam, było przemyślane — nawilżająca, regulująca i pobudzająca wzrost włosa. Myślę, że to wcierka z Sattvy najbardziej przyczyniła się do mojego wysypu nowych włosów i tego, że moja grzywka rośnie szalona (reszta włosów też, ale to mniej widać). Nie była za mocna, nie obciążała włosów, gdy stosowałam na sucho.

3. Krem Nawilżona skóra Tołpa — krem kupiony z polecenia AniaMaluje i był ogromnym zaskoczeniem. Przede wszystkim skład — bardzo prosty, 12 składników. Działanie — niesamowite. Moja skóra na początku mocno piła ten krem. Teraz już jest trochę spokojniej, ale widzę, że jest nawilżona, elastyczna. Kosmos po prostu. Dalej mnie szokuje, że tak prosty skład daje tak rewelacyjne efekty.


Jestem dumna z...

Standardowo zacznę od studiów. Jestem dumna z zaliczenia wszystkiego w pierwszym terminie, co więcej pierwszy raz mam tak wysoką średnią od gimnazjum.
Ogarniania rzeczy - koło naukowe jest już całkiem na naszych ramionach. Jako zarząd działamy zespołowo, a rzeczy, którymi się zajmowałyśmy, wymagały od nas zorganizowania się. Brałyśmy udział w Drzwiach Otwartych UMCS, co było dla nas okazją do wyciągnięcia kilku lekcji na przyszłość, jak organizować takie rzeczy.


Mam nadzieję, że w najbliższym miesiącu (z moim ogarnięciem się to do końca maja) napiszę wpis w stylu, co u mnie. Jakiś taki luźniejszy, po prostu dla mnie. Zaczęła mi się rysować koncepcja na bloga i mam kreatywny czas, więc chcę to maksymalnie wykorzystać.



Rewelacyjny debiut! - "Za kurtyną: Apogeum" Laura Savaes




Cześć! 
Dziś przychodzę z recenzją premierową debiutu Laury Savaes "Za kurtyną: Apogeum".  Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem You&YA.
Powoli wracam do częstszego pisania recenzji i chciałabym też zacząć więcej pisać nie tylko o książkach. Mam nadzieję, że pojawi się tutaj więcej różnorodności.

Tytuł: Za kurtyną: Apogeum 
Autorka: Laura Savayes
Liczba stron: 413
Wydawnictwo: You&YA
Data wydania: 23 marca 2022 r.


Na wycieczce z bratem i jego przyjaciółmi Lena musi przejść przez jaskinię. Wybiera inną odnogę niż reszta, czołga się w niej i po wyjściu z jaskini dociera do niej, że coś jest nie tak. Jej znajomych nigdzie ma. Zniknęło również drugie wejście do jaskini. Ranną Lenę odnajduje Eavan i pomaga jej odnaleźć się w wymiarze, do którego trafiła. Dziewczyna zaczyna czuć do niego coś więcej, jednak polityczne potyczki w przeszkadzają i Lena wybiera ucieczkę z domu Eavana w towarzystwie Cedrika — jego wroga w prywatnym życiu, jak i na politycznej scenie. 



„Za kurtyną” to nie była miłość od pierwszych stron. Co więcej, pierwszy rozdział spowodował, że znielubiłam główną bohaterkę z miejsca i miałam wątpliwości, czy na pewno zgłoszenie się na recenzenta to był dobry pomysł. No ale! To tylko pierwszy rozdział, a bohaterka wciąż była w naszym ludzkim świecie, a przecież miała znaleźć się w innym wymiarze, no nie?


Średniowieczny klimat 

Świat wykreowany przez bohaterkę jest niesamowicie klimatyczny. Trochę klimat kojarzy mi się z Wiedźminem, głównie przez opisy miejscowości. Trochę z filmem „Liceum Avalon”. Klimat nieco średniowieczny, chociaż ciężko określić, w jakich czasach znalazła się Lena (czemu ani razu nie zapytała się, który mamy rok?!). Monarchia, rządzący regionami valowie i poddani. Kobiety nie mogą nosić spodni i raczej mało się udzielają, rozumiecie, z jakim światem mamy do czynienia.
Z pewnością ten niesamowity klimat zapewnia dokładne przedstawienie świata. Opisy są bardzo szczegółowe. Mamy okazje poznać zwyczaje panujące w tym świecie, odrobinę religię (wielobóstwo), a przede wszystkim poglądy polityczne bohaterów. Styl wypowiedzi bohaterów zmienia się w zależności od ich pochodzenia. Pojawia się gwara wiejska u postaci ze wsi, a bardziej wysublimowane słownictwo i dokładna wymowa u postaci z wyższych sfer.
Z biegiem akcji klimat się zmienia. Najpierw jest statecznie, gdyż Lena nie zna jeszcze świat oraz towarzyszy jej spokojny Eavan, ona również spędza czas głównie w jego willi. Natomiast, gdy pojawia się Cedrik, akcja nabiera tempa — główna bohaterka może poznać świat. Oboje również tworzą intrygujący duet.
Narracja w tej książce jest trzecioosobowa, co dla mnie jest ogromną zaletą. Opisy są obrazujące – z łatwością mogłam sobie wyobrazić miejsca, które się pojawiały, stroje, w jakich bohaterowie chodzili, i zwyczaje. Autorka pięknie oddaje uczucia bohaterów. Są to tak dobre opisy, że chętnie bym przeczytała jakiś romans, niekoniecznie już fantastyczny, jeśli by napisała. Myślę, że bardzo łatwo wczuć sytuację bohaterów (poza znalezieniem się w innym wymiarze).

Polityczne zawirowania napędzające romans

Książka jest powieścią z połączenia gatunków romans-fantastyka. Na pierwszym planie jest właśnie wątek miłosny, ale ściśle przeplata i łączy się z politycznymi potyczkami. Jest to zrobione bardzo umiejętnie, dzięki czemu jeden wątek napędza drugi. Nie tłumią się wzajemnie, a miłosne perypetie nie są nudne ani przytłaczające.
Mamy do czynienia z trójkątem miłosnym pomiędzy dziewczyną z innego świata, lojalistą i figurystą – Leną, Eavanem i Cedrikiem. Byłam sceptycznie nastawiona, kiedy zorientowałam się, do czego to zmierza. Szczególnie że mam zastrzeżenia do relacji między Leną i Eavanem. Jej początek jest dla mnie niezrozumiały i trochę bez sensu. W połączeniu z tym, że dziewczyna od początku mówi, że nie miała chłopaka i żaden w jej świecie nie był w stanie wzbudzić w niej zainteresowania, i ogólnie ma wymagania z kosmosu, jej pojawiające się znikąd uczucie do Eavana jest nielogiczne. Relacja Leny i Cedrika jest zbudowana inaczej, moim zdaniem ma więcej sensu i większe podstawy do tego, aby istnieć. Trochę jest enemies to lovers. Ponadto fajnie się obserwuje relacje, gdzie bohaterowie nie wiedzą wiele o swojej przeszłości. Poza początkiem wątku z lojalistą cała reszta wątku miłosnego jest super. W szczególności godne pochwały są opisy uczuć bohaterów – są racjonalne, ale jednocześnie pełne emocji. Bohaterowie myślą o tym, co sami czują, ale też rozmawiają o tym ze sobą, a kiedy potrzeba powtarzają rozmowę.
Im bliżej końca, tym częściej mówiłam do siebie pod nosem „jakie to jest zajebiste”. Naprawdę, ta książka jest po prostu zajebista. Ciekawie poprowadzony trójkąt miłosny sprawił, że w kilku momentach śmiałam się na głos. To również zasługa postaci Cedrika, którego teksty potrafiły mnie rozbawić swoją bezpośredniością i dwuznacznością, a czasem były po prostu zaskakujące. Humor, którym operowała autorka, do mnie trafił.


Bohaterowie 

Pierwszy rozdział naprawdę nie był dla mnie zachęcający, głównie przez to, że postaci były przedstawione sztampowo – Ewka jako pusta Instagramerka, Tomek typowy „nice guy” – miły dla bohaterki, aby z nią być i niepotrafiący przyjąć do siebie odmowy, a Dominik – idealny starszy brat. O reszcie towarzystwa już zapomniałam, ale to nie były istotne postaci. Zresztą Ewka i Tomek też nie, tylko opis wywołał we mnie negatywne uczucia.
I Lena.
Lena, która wydawała się oceniać innych z góry, była zdystansowana i nie mieszała się z towarzystwem swojego brata. Do tego nie była nigdy w związku, a żaden chłopak nie był dla mnie wystarczająco dobry. Nie lubię takich bohaterek, już miała u mnie minus od samego początku. Później, gdy trafiła za Kurtynę, nie było lepiej. Złamała wszystkie Złote Zasady Strażników! Wiem, to nie ta książka, nie to uniwersum, ale to skojarzenie jest tak mocne, że musiałam je tutaj wstawić. Po prostu Lena wykazywała się brakiem zrozumienia i nie próbowała się wtopić w otoczenie. Tak mniej więcej było do jakiejś 180 strony, a później zaczęła rozumieć sytuację, domyśliła się, że łatwo nie wróci, więc zaczęła szanować kulturę, w której się znalazła, i zaczęła działać. To także naprawdę rozsądna postać – potrafi zauważyć swoje nierozsądne zachowanie! Myślę, że z czasem może zasłużyć na miano silnej postaci kobiecej, ale dopiero w kolejnych częściach okaże się, jaka jest naprawdę jej siła.

Do Eavana mam mieszane uczucia. Wyobrażałam go sobie jako wikinga, tylko ładniej ubranego. Rozsądny, spokojny, lojalista. Wydaje się naprawdę w porządku, ale właśnie fakt, że należy do lojalistów, powoduje, że traci w moich oczach i trudno mu zaufać.
Cedrik z kolei jest jego zupełnym przeciwieństwem. Ma w sobie więcej szaleństwa, momentami aż za dużo. Jego poczucie humoru jest w moim typie, więc głównie dzięki niemu się śmiałam.

Mam małe zastrzeżenie, jeśli chodzi o budowę postaci. Głównie uwaga została przyłożona do bohaterów w teraźniejszości, są momenty, gdzie opowiadają o tym, co się działo w ich życiu przed akcją książki, ale ciężko mi na podstawie tych szczątkowych informacji zbudować pełen obraz tych postaci. Nie traktuję tego jednoznacznie jako wady, bo dodało tajemniczej aury do klimatu. Naprawdę dobrze w komponowało się to w relację Leny i Cedrika, gdzie oboje nie mówili o swojej przeszłości. Być może był to celowy zabieg, zobaczymy w przyszłej części.


„Za kurtyną: Apogeum” to książka dla osób, które lubią fantastykę, której główną rolę gra wątek miłosny. W trakcie czytania miałam skojarzenia do „Krwi i popiołu”, ale nie na zasadzie podobieństwa. Obie książki są z gatunku romans-fantastyka, wyraźne podziały społeczne i bardziej „średniowieczny klimat”, jednak w moim odczuciu „Apogeum” wypada dużo lepiej, bo ma to, czego zabrakło mi w tamtej książce, dlatego myślę, że jest to książka, która się spodoba zarówno fanom, jak i antyfanom „Krwi i popiołu”. To też być też dobry wybór dla osób, które nie czytają książek polskich autorów, bo nie lubią, gdy pojawiają się polskie nazwy i imiona – tutaj jest różnorodność. Zdecydowanie odradzam to osobom, które nie lubią romansów oraz trójkątów miłosnych.

Wracamy do dawnego Londynu! - "Łańcuch ze złota" Cassandra Clare

 


Cassandra Clare od lat jest jedną z moich ulubionych autorek, żadna z jej książek mnie nie zawiodła — najczęściej mnie zachwycają. Wiadomo, że przy tak rozległych seriach można znaleźć lepsze i gorsze tomy, ale nawet te gorsze obiektywnie są dobre, tylko nie dorównują reszcie.

„Łańcuch ze złota” to początek nowej trylogii „Ostatnie godziny”, w której głównymi bohaterami są dzieci bohaterów „Diabelskich maszyn”. Już po trzech rozdziałach czułam, że to ma szanse być moja drugą ulubioną serią z uniwersum Nocnych Łowców.

Tytuł: Łańcuch ze złota
Autorka: Cassandra Clare
Seria: Ostatnie godziny
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczka: Małgorzata Strzelec 
Data wydania: 15.09.2021 

W Londynie pojawiają się dwie nowe rodziny. Łączy je to, że obie mają problemy, które chcą rozwiązać, a także… Rodzina Herondale’ów. Jedni się z nimi przyjaźnią, a drudzy, cóż… nienawidzą ze szczerego serca. Ich przyjazdem wzrasta demoniczna aktywność, a demony atakują także nawet w ciągu dzień i zachowują się w nietypowy dla siebie sposób. Za to ich jad okazuje się śmiertelnie niebezpieczny dla Nocnych Łowców i w Cichym Mieście nie ma dla chorych lekarstwa.


Od początku książki miałam wiele pytań i świadomość, że na część nie uzyskam odpowiedzi, bo jest to trylogia. Na najbardziej nurtujące mnie pytanie pewnie wyjaśni się na sam koniec. Jest trochę spoilerowa kwestia, więc na wszelki wypadek w tej recenzji również stworzyłam sekcję spoilerową — oznaczona dużym separatorem. Dam też znać w tekście, gdzie ona się zaczyna.


Fabuła tej książki po opisie może nie brzmieć jakoś zaskakująco i wciągająco. Młodzi bohaterowie angażują się w rozwiązanie sprawy za plecami dorosłych, których po prostu ograniczają zasady Clave. Tutaj właśnie te zasady grają istotną rolę i lepiej możemy dostrzec ich negatywne aspekty. Prawo Nocnych Łowców jest bardzo surowe, a czasem po prostu złe. Każdy, kto czytał już książki Clare, wie o tym, ale w „Łańcuchu ze złota” widać to jeszcze lepiej – Enklawa jest zajęta dyskutowaniem ze sobą, bardziej formalnymi działaniami, aby wszystko było „według protokołu”, a w tym czasie młodzi uruchamiają sieć kontaktów i działają. Kontaktują się z wieloma osobami (w tym momencie nie wiem, jak im się to udało to zrobić, aby nic nie zdradzić) a dorośli tkwią w Instytucie, chodzą na patrole i w sumie nie posuwają się w śledztwie dalej. Oprócz tego jeden z młodych bohaterów pomaga Henry’emu w tworzeniu antidotum na tę tajemniczą chorobę i jak możecie się domyśleć, tutaj też są komplikacje.

Akcja ma miejsce na początku XX w., uwielbiam klimat dawniejszych lat w książkach Clare, wiec jest to dla mnie atut. Do tego, podobnie jak w „Diabelskich maszynach”, na początku każdego rozdziału jest cytat, a tytuł do niego nawiązuje. Ponadto w większości rozdziałów jest podrozdział „Minione dni”, gdzie przedstawiane są wydarzenia ze wcześniejszych lat, co urozmaica tę powieść. 


Bohaterów jest wielu, ciężko określić, kto tutaj jest na pierwszym planie, a kto nie, bo wielu z nich ma znaczenie dla fabuły. Serio, chciałam napisać, że chyba najczęściej pojawia się 5 postaci, ale potem przypomniało mi się o jeszcze jednym, i jeszcze jednym…
Ilość bohaterów jest po prostu ogromna. W „Diabelskich maszynach” było ich dużo, 4 ważne pary, z których każda para ma dwoje dzieci minimum, a do tego dochodzą nowe postaci! Mamy więc kilkunastu nowych bohaterów, część z nich jest ze sobą spokrewniona, a kilku nosi to samo nazwisko. Żałuję, że nie sprawdziłam drzew genealogicznych albo po prostu informacji postaciach, które już poznałam, żeby oszczędzić sobie początkowego zagubienia. 



Jestem pod wrażeniem, że przy tak ogromnej liczbie bohaterów, nowe postaci wciąż są charakterystyczne. Wydaje mi się, że ich osobowości zostały maksymalnie rozwinięte wśród takiej konkurencji, szczególności. Nie miałam problemów z przypasowaniem imion do charakterów, postaci rzadziej występujące nie zlewały się w jedno. Większy problem miałam z dopasowaniem dziecka do rodziny — tutaj mam na myśli młodych Lightwoodów, nie mogłam zapamiętać, kto jest czyim synem i bratem.
Postaci znane z „Diabelskich maszyn” również się pojawiają, mimo że nie aż tak często. Uwielbiam fragmenty z Willem i Tessą, w każdym z nich widać miłość, ale też spokój.
Koniecznie muszę napisać o Cordelii. Jej postać ma bardzo duży potencjał i czuję, że to będzie postać, która najbardziej się rozwinie. Po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że jest postacią dość płytką – przyjeżdża, mając swój cel, ale sposób jego realizacji jest po prostu płytki. Dobrze wykreowana, ale jej motywy są płytkie, mimo że stara się być odważna i waleczna. Same jej motywacje są w równym stopniu altruistyczne, co niezbyt głębokie. Nie nazwę ich „nieczystymi” czy „fałszywymi” samymi w sobie, bo Cordelia troszczy się o bliskich. Jej tok myślenia nie jest czymś, do czego jestem przyzwyczajona. Mimo tego polubiłam ją, bo zarysowała mi się jako postać, która jest w stanie dla bliskich wiele zrobić i jest sympatyczna. Jestem ciekawa, jak bardzo się rozwinie.
Jamesa Herondale mnie zaskoczył, ale nie jestem w stanie wiele o nim pisać. Jest inny niż Will, ale bardzo do niego podobny. Wydaje mi się, że brakuje mu tej pewności, którą ma Will. To ciekawa postać, szczególnie że został wplątany w trójkąt miłosny, który jest nietypowy (o tym w części spoilerowej). Mam wrażenie, że to tłumi jego postać. Jakby uczucia nie pozwalały mu się rozwinąć i to jest takie ciekawe!

Myślę, że Cordelia i 

Wątek Lucy Herondale jest jednym z najciekawszy i najbardziej zaskakujących. Zaczyna się, gdy dziewczynka w dzieciństwie poznaje chłopca, którego spotyka dopiero 6 lat później. Relacja z tym chłopcem ma dla niej ogromne znaczenie, pomaga jej odkryć dar, który odziedziczyła po demonicznym dziadku, a nie miała o nim pojęcia. Serio! To jeden z lepszych wątków w tej książce, głównie przez to, kim jest ten chłopiec. Jego rozwinięcie zapowiada się mocno i na pewno napędzi akcję. Nie mogę się doczekać!


„Łańcuch ze złota” po prostu pokochałam i polecam wszystkim fanom Clare. Wciągnęła mnie, nie mogłam się od niej oderwać i nie mogłam przestać o niej myśleć, a teraz, mając kolejny tom, nie byłam w stanie zacząć go czytać, bo wciąż nie wyszłam myślami z pierwszej części. Mam nadzieję, że ta recenzja pozwoli mi się w pełni rozliczyć i cieszyć się kontynuacją. Nie mogę się doczekać powrotu do Londynu Nocnych Łowców, kocham ten klimat i to połączenie.

Teraz część spoilerowa i pytanie, które najbardziej mnie nurtowało przez całą książkę.






Głównym pytaniem było „Kim naprawdę jest Grace Blackthorn”. To dla mnie na tyle intrygująca postać, że zasługuje na oddzielny akapit, jeśli chodzi o recenzję. Grace nie jest bohaterką, którą umiem określić cenzuralnymi słowami. Jednocześnie jest napisana bardzo dobrze, spójnie i intrygująco. Nie wydaje mi się, że ma czyste intencje, ale też ma momenty, w których nie wydaje się tak zła. Czytając czuć, że roztacza swój urok wśród ludzi, potrafi ich w moment zauroczyć swoją osobą, aby móc zrobić coś, czego nie chcą. Widać, że uczucia, którymi darzą ją inni, nie są prawdziwe.

Szczególnie ciekawa jest jej relacja z Jamesem Herondale, którego najpierw przyciąga, a potem odrzuca. Jego zainteresowanie nią nie jest naturalne, bo kiedy długo nie ma z nią kontaktu, zbliża się do Cordelii. Nie jest w pełni świadomy swoich uczuć do panny Carstairs, ale czytelnik z łatwością może je zauważyć. Jest jednocześnie bardzo honorowy i źle się czuje, z tym że nie dotrzymuje słowa danego Grace. Relacje pomiędzy tą trójką zapowiadają się bardzo ciekawie i nie mogę się doczekać, jaki jest za tym rzeczywisty motyw!




Studia Semestr #3 - połowa już za mną


 


Hejo! 

Tydzień temu napisałam ostatnie zaliczenie w sesji, dziś oficjalnie rozpoczyna mi się przerwa śródsemestralna, więc to dobry dzień, aby w pełni pożegnać ten semestr. Wszystko zdane, oceny na poziomie wyższym niż zadowalający. Chcę się po prostu pogłaskać po głowie, powiedzieć, że osiągnęłam to i zrobiłam tyle, ile dałam radę.  Wciąż chciałabym pogodzić pisanie na bloga ze studiami, ale jeszcze nie jestem w stanie. 


Ogólne odczucia 

Studiuję chemię, specjalność chemia środków bioaktywnych i kosmetyków, a także robię specjalizację nauczycielską. Zajęcia miałam prowadzone w trybie hybrydowym — wykłady i język angielski zdalnie, a laboratoria i konwersatoria (czyli ćwiczenia) stacjonarnie. W praktyce miałam poniedziałki i piątki w domu, na zdalnych zajęciach. Szczęśliwie się trafiło, że żadnych chemicznych laboratoriów nie miałam zdalne. Jeśli przechodziło się na zdalne to tylko 2 dni przed świętami i jeden dzień przed sesją. 
Sam plan był średni i poplątany, mogło być lepiej, ale w ostateczności i tak nie było tragicznie. Część zajęć dochodziła w trakcie semestru, część odchodziła, inne były co 2 tygodnie, więc takie bardziej intensywnie może były 3 tygodnie (w ciągu 1,5 miesiąca), gdy miałam jedne laboratoria do wieczora. Organizacyjnie było nieco chaotycznie, ale nie było najgorzej. Najbardziej irytująca była zmiana godzin zajęć przez jedną prowadzącą, gdy nam to nie bardzo pasowało. 
Semestr oceniam po prostu dobrze. Były okresy bardziej męczące, gdy było więcej zaliczeń, głównie grudzień i styczeń, ale i tak wszystko było jakoś lżejsze, nawet pomimo cotygodniowych wejściówek z chemii organicznej.  Nauczyłam się w tym semestrze robienia notatek wcześniej niż w tym samym tygodniu co kolokwium, tak żeby na dwa dni przed kolokwium były gotowe. Wydaje mi się, że było mi lżej, bo były dwa długie weekend i przerwa świąteczna, która trwała 3 tygodnie. Za to w trakcie semestru letniego są 3 krótkie przerwy.


Przedmioty 

W tym semestrze doszła mi chemia organiczna i chemia fizyczna, a także kontynuowałam chemię analityczną. Do tego miałam toksykologię i zastosowanie informatyki w chemii. Z modułu nauczycielskiego doszły mi podstawy dydaktyki i podstawy dydaktyki chemii. 


Jak oceniam przedmioty? 

Chemii analitycznej nie mam już dalej w planie studiów. Z czego się cieszę. O ile w tamtym semestrze te zajęcia były dla mnie przyjemne, tak w tym jakoś mniej. To miareczkowanie zaczęło mnie po prostu nużyć. Na szczęście przestałam się stresować, a co jeśli nie wyjdzie — robię jeszcze jedną próbkę i tyle. Mój rekord to 6 próbek w jednej analizie, ale to były zajęcia, gdzie z góry miałyśmy powiedziane, że 5 to minimum. Kolokwia były wymagające, chociaż dopiero po ostatnim zrozumiałam, jak pisać odpowiedzi, żeby napisać je, jak najlepiej i wykorzystałam to na egzaminie.
Wykład były bardzo ciekawe, ze względu na charyzmatyczną prowadzącą, która swoim opowiadaniem potrafiła zainteresować. Najgorzej wypadły konwersatoria, które po prostu były nudne i można było lepiej zorganizować pracę na nich, czyli po prostu podawać zadania, które będą robione w trakcie zajęć. 


Chemia fizyczna podobała mi się najbardziej. Jest taka logiczna, całkiem łatwo wchodzi mi do głowy. Na laboratoriach ćwiczenia robiłyśmy w parach, czasem były trudniejsze, ale wiele z nich dość prostych. W większości robiło się przyjemnie, na całe szczęście sprzęt nam działał za każdym razem. Następnie robiło się sprawozdanie, bardzo często były proste napisania, jakaś tabelka, wykres i wnioski. Większość z nich można było zrobić w godzinę. Chyba najbardziej lubiłam w tych zajęciach to, że mogło nie być idealnie wykonane, ale zawsze wychodziło to, co powinno. 
Wykłady były zrozumiałe, dobrze się słuchało. Mój największy grzech to nierobienie notatek na nich. Konwersatoria też lubiłam, głównie to były zadania obliczeniowe, czyli coś co lubię. 



Do chemii organicznej mam ambiwalentny stosunek. Same zajęcia nie były porywające, laboratoria będę mieć w letnim semestrze. Materiału było bardzo dużo, na szczęście łączył się ze sobą i jakoś mi wchodził. Zwykle nie miałam problemu ze zrozumieniem mechanizmów reakcji, w niektórych tematach musiałam poświęcić więcej czasu. Na konwersatoriach zagadnienia były dobrze wyjaśnianie, za to z wykładów nie jestem zadowolona, trudno mi było z nich cokolwiek wyciągnąć. Do tego zaliczenie było koszmarne — zdałam, ale jakim kosztem! Wolałabym, żeby wykład był po prostu na zaliczenie, bez oceny, a ocena  z przedmiotu z tego semestru to ta z kolokwiów na konwersatoriach. W przyszłym semestrze będzie typowy egzamin, mam nadzieję, że stacjonarny i z pytaniami podobnymi do kolokwium.

Na toksykologii się trochę zawiodłam. Laboratoria, a dokładniej substancje, na których pracowaliśmy odbiegły od moich wyobrażeń. Same zajęcia były fajne. Często efekty analiz były po prostu ładne. Czasami coś nie wychodziło, ale raczej nie było źle. Wykład był po prostu ciekawy, było dużo interesujących informacji i trochę, które mogą się przydać w praktyce. 
Zastosowanie informatyki w chemii na początku wydawało mi się ciekawe, ale potem odkryłam, że to nie jest bajka dla mnie. Polegało głównie na programowaniu w Pascalu. 

Specjalizacja nauczycielska 

Z tych przedmiotów wyciągam wiele dla siebie, głównie pomagają mi samej się uczyć i opracowywać efektywne techniki nauki (nie pytajcie, sama na razie nie umiem ich nazwać). W tym semestrze było więcej o uczeniu innych, co przydaje mi się, kiedy pomagam komuś z chemii. 


Koło naukowe

Kilka razy wspominałam, że działam w kole naukowym i jestem w jego zarządzie. Ruszyliśmy z przytupem, spotkania dla nowych członków i potem gdzieś to utknęło. Semestr się rozkręcił, inne rzeczy również, potem sesja i nie zrealizowałyśmy wszystkiego, co zaplanowałyśmy. W kwestiach organizacyjnych też nie było dane nam zdobyć więcej doświadczeń. 
We wrześniu zrobiłyśmy pokazy na Lubelskim Festiwalu Nauki, gdzie pokazywałyśmy, jak robić mydełka, kremy do rąk oraz balsamy do ust. 
Na ten semestr w kole jest już więcej planów i więcej okazji do działania. Na początku znowu czekają nas sprawy organizacyjne, aż mnie ciarki przechodzą na samą myśl o nich.

Książka jak narkotyk - "Krew i popiół" Jennifer L. Armentrout





„Krew i popiół” zdominowała w ostatnich dwóch miesiącach Internet. Na miesiąc przed premierę dużo o niej mówiono. W styczniu, czyli w miesiącu premiery, została wybrana przez moich obserwatorów jako najgłośniejsza książka tego miesiąca, a w lutym wciąż się o niej mówi. Odkupiłam ją spontanicznie od jednej dziewczyny, którą obserwuję, bo gdy patrzyłam, jak ona to przeżywa, to zachciałam ją przeczytać, szczególnie że często mam inny gust niż ona. I co otrzymałam? Masochistyczną przyjemność z czytania tej książki i mieszane uczucia, co do niej. Taka dziwna książka w moich oczach, dlatego będzie nieco inna forma recenzji. Może przy niej zostanę lub będę wykorzystywać jej elementy.


Przed Wami najdłuższa recenzja, jaką znajdziecie na tym blogu.   




Tytuł: Krew i popiół
Autorka: Jennifer L. Armentrout
Wydawnictwo: You&YA
Data wydania: 12 stycznia 2022
Liczba stron: 510




Panna, wybrana przez bogów musi wieść życia z dala od innych, wiedzie życie w zamknięciu, pełne wielu ograniczeń. Nikt nie może zobaczyć jej twarzy, nie może się z nikim zaprzyjaźnić i musi być pod stałą ochroną. Musi być godna. Po prostu. Poppy łamie te zasady w ramach buntu, ale też chęci zaznania życia przed swoją Ascendencja. Jednak na zamku zaczyna być niebezpiecznie, ktoś próbuje ją porwać, dwóch jej strażników zginęło w dość krótkim czasie, a także wzrasta aktywność przeciwników króla i królowej. Nowym strażnikiem zostaje Hawke, którego już raz spotkała w trakcie swoich eskapad poza zamek.



W żadnej książce nie miałam aż tak rozdzielonej obiektywnej opinii od subiektywnej. Zwykle to się łączy lub po prostu nie czuję, że sama obiektywna opinia była mi potrzebna. To dla mnie takie „The Kissing Booth” wśród książek, a ten film to moje totalne guilty pleasure – wiem, że jest słaby, bohaterowie zachowują się głupio, wszystko można jakoś łatwo załatwić, ale i tak oglądam z zapartym tchem, wracam, co jakiś czas i przeżywam, że to jest takie głupie, wkurzające, infantylne i w tym wszystkim zajebiste! Tutaj może nie powiem „TAK! OMG TO JEST ZAJEBISTE”, ale jednak ma w sobie coś takiego, że mnie ta historia przyciągnęła do siebie i chcę wiedzieć, co będzie dalej. Jednocześnie widzę wady i kilka rzeczy wolałabym, żeby wyglądały inaczej.
Dlatego recenzja w trzech częściach – obiektywnej, subiektywnej i spoilerowej, aby móc się w pełni odnieść do książki.


Jest potencjał, ale są też wady

Pomysł na fabułę jest ciekawy – wybrana przez bogów, która się buntuje, intryga polityczna i przedarcie się buntowników do zamku. Świat też zapowiadał się interesująca – jakieś rasy, stworzenia i inne śmiertelnie niebezpieczne rzeczy, a do tego główna bohaterka z jakimś darem!
W ciągu pierwszych 100-150 stron autorka podrzuca nam kilka wątków, które splatają się ze sobą na sam koniec. Nie jest to moja ulubiona forma prowadzenia fabuły w książce, wolę gdy jest jakiś przewodni wątek, a poboczne się tak przeplatają, że gdzieś jeden się kończy, potem drugi zaczyna i kończy się w innym tomie. Wiecie, o co chodzi. Tutaj właśnie istnieje ten punkt, w którym wszystko się łączy i trochę zaczynają od tego wychodzić nowe wątki. Nie jest źle, dzięki temu końcówka wciąga, intryguje i mnie zachęciła do dalszego czytania.

Akcja nie rozwija się szybko. Coś się dzieje na początku, ale to bardziej pojedyncze zdarzenia, które przeplatają się z życiem Poppy. Są one ciekawe, ale mogą nużyć. Akcja rozkręca się gdzieś w połowie książki, a to co się wydarzyło na ostatnich 150-ciu stronach było niesamowite. Zmieniło wydźwięk wielu rzeczy, nie w każdym przypadku był on pozytywny, ale rozjaśniło sposób prowadzenia fabuły, wprowadziło dużo nowych informacji o świecie.  Połączyło kilka wcześniejszych wydarzeń w jedną całość, a przede wszystkim rzeczywiście mnie wciągnęło. 

Największą wadą jest dla mnie narracja. Narratorką jest główna bohaterka, ale o niebo lepiej sprawdziłaby się tutaj narracja trzecioosobowa. Przede wszystkim, początkowe opisy Poppy nic nie wnoszą. Część jest istotna dla fabuły, ale nie zwiększają świadomości na temat świata przedstawionego. Wszystko to dlatego, że Poppy sama niewiele wie. Trzymana pod kluczem, uczona, ale bardzo selektywnie. Narrator wszechwiedzący mógłby dużo naprawić, podając potrzebne informacje. Dopiero na końcu jest wyjaśnione, kim są Ascendenci, a to słowo przewija się przez cały czas, podobnie jak słowo sysuni. Około 350 strony jest pierwszy, dokładniejszy opis, akurat stworzenia, które było przerośniętym szczurem (XD bawi mnie to, że to serio był pierwszy naprawdę obrazowy opis i dużo wyjaśniający). Wcześniej są podawane informacje na temat Ascendentów, ale nie tłumaczą one dokładnie, kim jest ta rasa. O Atlantach czy Descendetach dowiadujemy się jeszcze mniej, właściwie tylko tyle, że to wrogowie i są niebezpieczni.

Podział świata bohaterów odnosi się nie tylko do ras, ale też łączy się ze statusem społecznym. W związku, z czym Ascendenci to rodzaj arystokracji. Oprócz nich są strażnicy, którzy są zwykłymi ludźmi i im służą, kapłani i po prostu ludzie, którzy są biedni. To bardzo patriarchalne społeczeństwo w dodatku w połączeniu z sadystycznym władcą. Warto mieć to na uwadze, kiedy będzie się wybierało tę książkę.


Bohaterowie i relacje

Pisanie o bohaterach nigdy nie jest moją ulubioną częścią recenzji, zwykle jest dla mnie najtrudniejsza, a tutaj jakoś szczególnie. Przede wszystkim najważniejsi bohaterowie to Hawke oraz Poppy.
Co robi Poppy i kim ona jest, to już wiemy. Jako narratorka jest kiepska, bo sama niewiele wie o świecie. Momentami zachowuje się głupiutko i nie dostrzega oczywistych rzeczy, ale w końcu na to wpada. Nie umiem jej określić jako silnej kobiecej postaci. W moim odczuciu nie jest taka przez większość książki. Faktycznie bierze udział w walkach i chce pomagać, ale jednocześnie jest w swojej roli jako wybrana przez bogów, co ją ogranicza. Później zaczyna uświadamiać sobie swoją przemianę, to skąd brały się jej reakcje, ale także swoje słabości. Dopiero wtedy, ze wzrostem tej świadomości, zaczyna mieć predyspozycje do silnej postaci kobiecej.

Hawke z kolei na początku wydawał mi się bohaterem, który znalazł się w złej książce. Poważnie, skojarzył mi się z popularnym sportowcem z high school, który ma świadomość, że wszystkie dziewczyny na niego lecą i to wykorzystuje. W środku zaczęłam zmieniać o nim zdanie, bo był zabawny, ale tak naprawdę doceniłam jego kreację na sam koniec. Powód wyjaśnię w ostatniej, spoilerowej części recenzji.
Z pozostałych bohaterów doceniam jedynie Viktera, głównie ze względu na jego relację z Poppy. Vikter jest strażnikiem, ale jednocześnie traktuje ją jak swoją córkę. Bardzo dobrze wygląda to na tle całej książki, ten bohater jest potrzebnym głosem rozsądku w tej książce.


Relacji pomiędzy Poppy a Hawkem nie jestem w stanie nazwać relacją miłosną. Podobnie ciężko mi to wsadzić w ramy typowego love – hate. Głównie przez zakończenie, które zupełnie zmieniło wydźwięk całości. Generalnie nie rozumiem romantyzowania jej, o czym szerzej napiszę później, ale reakcja Poppy i uczucia są dobrze napisane. Bohaterka ma po raz pierwszy do czynienia z mężczyzną, nie wie, jak wyglądają zdrowy związek, dlatego też podoba jej się to, w jaki sposób Hawke okazuje jej zainteresowanie. Szczególnie że wśród mężczyzn, z którymi miała do czynienia, wypada dość… Hm… Po prostu nie wykazuje sadystycznych skłonności wobec niej i nie czerpie widocznej satysfakcji ze znęcania się nad nią, ale okazuje swoje zainteresowanie, przekraczając jej granice, szczególnie na końcu. Nie jest to relacja, którą warto romantyzować i tego też nie rozumiem w odbiorze jej przez inne sposoby. Jednocześnie doceniam ją jako zabieg dla całej fabuły.






Książka jak narkotyk – zła i uzależnia. Tutaj oczywiście piszę żartobliwie, bo książka ma początek, który nie jest dobry, i koniec, który nie jest zły, jeśli chodzi o fabułę i budowę świata. I to tyle z bycia obiektywną.
Książka ma naprawdę niesamowity klimat. Pomimo tylu wad, jakoś mnie do siebie przekonała. Wiem już, że wrócę do niej za jakiś czas i przeczytam kolejne części, bo ta końcówka mnie dosłownie wciągnęła. Sama dobrze tego nie rozumiem.
Styl pisania mi się nie podobał – był dziwny. Sposób napisania opisów i dialogów nie współgrał ze sobą. Jednocześnie nie męczyło mnie, czytało się bardzo szybko (nawet 80 stron w pół godziny). Były sceny, które musiałam przeczytać ponownie, bo nie całkiem zrozumiałam, do czego doszło, jak do tego doszło i jakim cudem bohaterowie znaleźli się akurat tutaj. Mimo to i tak nie było to męczące dla mnie.
Nawet odczuwałam masochistyczną przyjemność z czytania tej książki. Inaczej tego nie nazwę, świadoma wad i różnych głupotek, polubiłam tę historię. Uważam, że można było ją lepiej napisać, zarówno pod względem technicznym, jak i pominąć pewne sceny i zachowania bohaterów. Mimo to ta książka mnie do siebie przekonałą, mimo schematów i mimo wad. Bohaterowie mają w sobie coś unikalnego, nawet jeśli ich nie polubiłam, a to wszystko, co mi mózg podsuwa, co może być dalej, zachęca mnie do czekania na kolejne część.
Niektóre dialogi były dla mnie naprawdę zabawne. Poczucie humoru akurat było bardzo proste, a to coś, co stoi na podium zaraz po absurdalnym poczuciu humoru i sarkastycznym. Tych kilka dialogów skojarzyło mi się z filmem „Zapomniana melodia” *klik* i (chyba) pierwszą sceną.
Oprócz tego było kilka naprawdę fajnych cytatów. Bohaterowie potrafili powiedzieć rzeczy, które naprawdę były sensowne. Ostatnio rzadko kiedy pojedyncze cytaty wzbudzają moje zainteresowanie, a w tej książce znalazłam dwie wypowiedzi, które naprawdę mi się podobają. 


Strach i odwaga często są jednym i tym samym. Robią z ciebie albo wojownika, albo tchórza. Jedyną różnicę stanowi osoba, która jest w środku. ~ Jennifer L. Armentrout "Krew i Popiół"


Śmierć jest jak stary przyjaciel, który przychodzi z wizytą, czasami wtedy, kiedy najmniej się jej spodziewasz, a czasami wtedy, kiedy na nią czekasz.Jennifer L. Armentrout "Krew i popiół"


W książce zabrakło mi mapy. Byłaby ona spoilerem, gdyby była pełna, ale można byłoby ją uciąć w odpowiednim miejscu i odpowiednio podpisać. Rozjaśniłoby to, chociaż geografię świata. Podobnie fajnie by było, gdyby znalazł się tutaj słowniczek, gdzie pokrótce wyjaśnione zostały nazwy własne, rytuały czy zwierzęta.
Ciężko mi tę książkę przyporządkować do określonego gatunku. Ma w sobie elementy fantastyki, romansu i erotyku, ale dla mnie za mało spełnia cech, aby było którymkolwiek z nich. Chyba najbliżej temu będzie do New Adult w świecie fantastycznym, ale też nie całkiem. Na pewno nie jest to książka młodzieżowa.

Nie jestem w stanie polecić tej książki każdemu. W sumie w ogóle ciężko w moim przypadku mówić o polecaniu tej książki. Radzę uważnie czytać recenzje, abyście dobrze wyłapali motywy, które tutaj się pojawiają, i czy one mogą Wam się spodobać. No i, nie polecam tego jednak poniżej 16-18 lat. Ciężko mi ustalić konkretną granicę, po prostu ta książka może zaszkodzić, gdy w kimś jeszcze nie rozwinęła się pewna dojrzałość, mam tutaj na myśli aspekt związkowy, aby wiedzieć, które z zachowań bohaterów są nieodpowiednie i nie należy ich romantyzować. Jednocześnie, nie wykluczam, że osobom dojrzałym może się po prostu nie spodobać przez te techniczne aspekty.


Sama planuję czytać kolejne części i kiedyś pewnie powrócę do tej książki, wzbogacona o to wszystko, co tutaj napisałam. Dalsza część zawiera spoilery – oznaczone kursywą. Spokojnie możesz opuścić następną część wpisy, jeśli nie chcesz ich poznać.






Nie umiem napisać o tej książce bez spoilerów. Głównie dlatego, że najważniejsze informacje są na końcu książki i wiążą się z relacją bohaterów i pewnym, problematycznym wydarzeniem na samym końcu książki.


Ugryzienie przez Atlanta/wypicie jego krwi, które powoduje natychmiastowe pożądanie – błagam… To zagranie godne parodii (gdzie wypadłoby nieźle) albo jakiegoś dziwnego filmu dla dorosłych. Tutaj wypada to tandetnie. Musiałam się zastanowić nad tą kwestią, bo najpierw uważałam, że to ryzykowny krok, ale jednak dochodzę do wniosku, że jest to po prostu tandetne.

Scena na śniegu
Nie mam pojęcia, jakie procesy myślowe zaszły w głowie autorki, aby tak poprowadzić fabułę, ale to naprawdę zły pomysł.
Problem w tej scenie jest taki, że Atlant wykorzystał swoje zdolności, aby wykorzystać Poppy.  Musiałam przeczytać tę scenę dwa razy, bo w pierwszej chwili myślałam, że on po prostu chce się posilić jej krwią, a to jednak nie o to chodziło.
Ogólnie to, jak została napisana ta scena i co do niej doprowadziło, jest pojebane. Po prostu. Nie będę bawić się w ładne słówka. 


Relację Hawke’a i Poppy doceniam jako intrygę. Hawke nie jest zwykłym strażnikiem, jego celem było omamienie Panny i porwanie jej, co wyszło zajebiście. Fabularnie jest to naprawdę świetny zabieg, jednak nie sprzyja romantyzowaniu tej relacji. Nie ma w niej wielu romantycznych rzecz – ona dla niego była celem, ale coś wyszło spod kontroli i można się domyśleć, że coś poczuł, ale wciąż ma swój cel. Ona z kolei pierwszy raz doznała jakiegoś zainteresowania ze strony mężczyzny, do tego świadomość, że to zakazane i chęć buntu – naprawdę, to nic romantycznego. Lubię dobrze napisane, toksyczne relacje w związkach, ale przez narrację pierwszoosobową jakoś zabrakło tutaj podkreślenia, że to złe. Poppy trochę czuje, że to złe, ale to nie jest tak zdefiniowane, jak być powinno. Ogromnym plusem jest to, że na końcu dostrzega, co się dzieje, nie podoba jej się to.
Z kolei Hawke. Napisałam, ze jego postać również doceniłam, a to dlatego, że przez większość książki przyjmował rolę strażnika, a w rzeczywistości był kimś innym. Dokładniej największym wrogiem w tej książce, czyli Księciem Casteelem. Genialny pomysł sam w sobie, bardzo mi się spodobał, a jednocześnie sprawił, że przestałam odbierać głównego bohatera jako aroganckiego kolesia z liceum. Stał się w moich oczach przebiegły i inteligentny, ale nie do szpiku kości zły. Widzę w nim, że ma jakieś jasne strony.


Przemyślenia recenzyjne - "Pani Siedmiu Bram" Maria Zdybska



 Hejo!

Dziś przychodzę z ostatnią książką, którą zamówiłam na czytampierwszy.pl. Obecnie portal jest zawieszony na czas nieokreślony, a książkę zamówiłam chyba w grudniu za punkty. Za recenzje tej książki nie dostanę punktów. :)
Sam styczeń miałam dość intensywny i trochę zaczynałam pisać, ale nie byłam w stanie tego kończyć, bo jednak dobra ma tylko 24 godziny i to trochę za mało. Za to dużo czytałam i słuchałam audiobooków, wróciła mi ochota na pisanie recenzji, więc zapraszam! Myślę, że w lutym wrzucę trochę więcej wpisów lub napiszę coś na zapas.

Tytuł: Pani Siedmiu Bram
Autorka: Maria Zdybska 
Wydawnictwo: Inanna
Data wydania: 12.11.2021 r.
Liczba stron: 299
Moja ocena: 8/10


Dziwna śmierć przyciąga uwagę Dantego — jednego z bogów, którzy żyją wśród ludzi. Niezwłocznie kontaktuje się z Inanną, boginią, której z pewnością ta sprawa będzie dotyczyć. Ktoś pragnie otworzyć Siedem Bram Irkalli, wzywając tym samym Inannę  do ich obrony, bo przecież ona jest jej panią.


„Pani Siedmiu Bram” to nie typ fantastyki, po który nie sięgam najczęściej. Króluje u mnie fantastyka młodzieżowa, ogólnie jakieś mocniej wykreowane światy, które znacznie bardziej odbiegają od znanego nam świata. Tutaj mamy dawnych bogów, którzy nie zniknęli i żyją wśród ludzi, mimo że ich kult dawno osłabł, łączą w sobie wiele kultur, a sama historia jest pełna symboli.

Czytając ją, przeszłam przez 3 fazy – fascynacja, a następnie chwilowe zwątpienie i zagubienie, a koniec ogromny zachwyt i zaskoczenie. To taki uproszczony podział, jak odebrałam fabułę i zdecydowanie nie powinniście się nim sugerować. Dlaczego? Jak napisałam, to książka pełna symboli, a oprócz tego niedopowiedzeń. W związku z czym każdy będzie odbierał ją zupełnie inaczej, ale również nie każdemu przypadnie do gustu. Można spokojnie czytać tę książkę, bez wgłębiania się w warstwę symboliczną, samą historię wtedy się zrozumie, ale tutaj własne rozmyślania czynią tę książkę wyjątkową.


Ale co z samą fabułą i akcją?

Fabuła jest ciekawa – dawna bogini, która nieco za bardzo wsiąkła w ludzki świat, musi ochronić swoje bramy przed zniszczeniem i wypuszczeniem Szeolitów oraz bardziej krwiożerczych stworzeń, które w chwilę zniszczą cały świat, a wszystko zaczyna się od dziwnych morderstw. Dobrze i spójnie poprowadzona, ale żadne zwroty akcji mnie nie uderzyły.

Dla mnie główną wadą jest tempo akcji. Przez to, że bohaterowie sami dobrze nie wiedzą, co się dzieje, kto za tym stoi, a do tego nie mają jak przewidzieć, gdzie będzie następny atak, akcja wydaje się biec dość wolno. Na szczęście nieco przyspieszają ją często zmiany lokalizacji bohaterów.


Bogowie w ludzkim świecie


Bohaterowie to większości bogowie, demony i inne pradawne istoty. Ludzie to bardziej postaci epizodyczne. Przez całą fabułę częściej przeplata się jeden człowiek, który pozornie nic do niej nie wnosi, ale gdy się głębiej zastanowiłam, to jednak ma to znaczenie i jest dość typowy motyw podczas omawiania mitologii – ludzie to tylko zabawki w rękach bogów.
Sam sposób ukazania bogów bardzo mi się spodobał. Są to istoty o podwójnej, często sprzecznej ze sobą naturze. Stąd też ich zachowania i reakcje nie zawsze są spójne ze sobą, potrafią zmienić nastrój w kilka chwil. W postaciach ludzkich odbierałabym to jako niespójność i irytowałoby mnie to, ale jako sposób ukazania bogów bardzo mi się podoba.
Bogowie, których poznajemy, tworzą ciekawy duet. Inanna, a jednocześnie Ereszkiegel, bogini miłości i wojny, tytułowa Pani Siedmiu Bram, która ma zadanie ochronić swoje bramy przed zniszczeniem i wypuszczeniem Szeolitów, którzy zniszczyliby ziemię. Dante, czyli dobrze znany z mitologii greckiej Hermes, bóg kłamców i złodziei (no i boski posłaniec, ale te dwie pierwsze postaci są jednak ważniejsze). Zdecydowanie ich natura sprzyja niedopowiedzeniom, które każdy może interpretować na własny sposób.


„Pani siedmiu bram” to książka, której odbiór jest bardzo osobisty. Ciężko mi przekazać jakieś obiektywne informacje, bo to książka, której odbiór jest bardziej subiektywny niż innych. Dla mnie była świetna, mogłam przy niej odkryć nowy sposób patrzenia na książki, skłoniła mnie do przemyśleń, które właściwie nic nie zmieniły w moim życiu. :D Po prostu lubię rozmyślać i lubię rzeczy, które skłaniają mnie do ciekawych przemyśleń. Jednocześnie nie umiem jej polecić ze słowami "Czytajcie wszyscy, bo jest genialna!". 
Raczej zastanówcie się, czy lubicie książki pełne symboli, niedosłowne, gdzie czy to celowe niedopowiedzenie, czy może jakaś niekonsekwencja w prowadzeniu fabuły. Chyba tylko jestem w stanie bez mrugnięcia okiem polecić ją maturzystom, bo porusza temat mitologii i motyw ukazywania bogów w literaturze, a także miejsca, gdzie trafiają ludzie po śmierci.

Nowy początek i podsumowanie 2021




W listopadzie miałam blokadę twórczą, chęć porzucenia Instagrama i niechęć do pisania o książkach. Tak wyszło, tak było i tyle. Dużo myślałam o tym, co robie w Internecie, ile robię w Internecie i gdzie są moje granice. Z tego powodu chciałam dać wpis przed świętami, ale nie mogłam go napisać, bo po prostu nie wiedziałam, na ile mogę (a raczej chcę) sobie pozwolić. Trochę rzeczy zawarłam w poprzednim wpisie, więcej będzie tutaj. 

Dlatego ten wpis jest w pewien sposób symboliczny. Niby podsumowanie roku, ale też zapowiedź pewnych zmian. Jeszcze sama dobrze nie wiem jakich, może być tak, że postawię na spontan, ale może być tak, że będzie więcej przemyślanych wpis. Mam kilka zaczętych, które bardzo chciałabym dokończyć. 
Fajny byłby powrót do recenzowania książek, ale chyba do tego będę musiała przeczytać kilka moich recenzji i ocenić, jak chcę je pisać. Nie jestem fanką silenia się na obiektywność, pisząc recenzje. Wolę opisać faktycznie moje emocje, które mi towarzyszyły podczas czytania, i po prostu czerpać przyjemność z czytania.

I chyba mogę już przejść do podsumowania. 


Jaki był dla mnie ten rok?


Ciężki i owocny, raczej nie nazwę go przełomowym. Dużo pracy włożyłam i dużo osiągnęłam, ale nie udało mi się popracować we wszystkich aspektach, w których bym chciała i w których planowałam. Z wielu rzeczy musiałam rezygnować, bo nie miałam czasu, inne były poza moim zasięgiem. Do wszystkiego przyczyniły się zawirowania w życiu prywatnym.
Nie wydaje mi się, że spróbowałam wielu nowych rzeczy. Jak na razie tylko jedna, może dwie z tych nowości ze mną zostały i chyba to były też jedyne nowości, jakie były.



1. Film


W tym roku jakoś nie oglądałam dużo filmów, a nowe dla mnie filmy to w ogóle niewielki procent. Więcej oglądałam seriali lub rzeczy, które znam i lubię. Mało filmów zapadło mi w pamięć.
"Jak zostać gwiazdą" obejrzałam w Sylwestra. Jestem w stanie nazwać to najlepszym filmem tego roku. Ciekawy pomysł na fabułę, ładne kadry i fajne piosenki. Więcej nie potrzebuję. Trochę odbudował moją wiarę w polskie filmy, bo zaczęłam czuć, że nie jest odbiorcą, do którego większość polskich filmów jest skierowana, szczególnie komedie. Wciąż wolę te starsze filmy. Mniejsza. Po prostu jest to fajny film, nawet nie przeszkadzał mi schemat i zbyt cukierkowe zakończenie.
"Palm Springs" to film, na który poszłam do kina w ciemno — znałam tylko tytuł i gatunek. I było super! Fajne żarty, trochę nawiązania do nauki. Coś fajnego! Bardzo przyjemnie się to oglądało. 
Odkryciem dla mnie były filmy Tima Burtona. Oba bardzo mi się podobały, w szczególnie te efekty specjalne! Widać, że to film dość stare, ale efekty specjalne są wciąż fajne! Nie czuć tam tandety.


2. Książki 


Miała trzy cele książkowe. 
1. Przeczytać 75 książek (a może 100) - nie udało się. Przeczytałam 66 książek, z czego 50 książek czytałam po raz pierwszy. 
2. Mieć 15 nieprzeczytanych książek na półce — nie udało się, ale nie pamiętałam o tym! Tamten rok zaczynałam z 37 nieprzeczytanymi książkami, ten z 25 nieprzeczytanymi książki. Na koniec tamtego roku dokupiłam sobie jeszcze 3 książki, z czego jedną z nich już przeczytałam. 
3. Zebrać całą serię o Harrym Potterze — udało się! Nawet mam je w tych pierwszych wydaniach. Uwielbiam je ze względu na słownik i obrazki nad rozdziałami. 

Ogólnie jestem zadowolona. Wiem, że ciężko będzie mi wybrać 10 najlepszych książek, ale na to przyjdzie oddzielny post. 
Tutaj chcę wyróżnić książkę Hani Sywuli "W głowie się poprzewracało". Zwykle ciężko mi się czyta książki, które są poradnikami lub psychologiczne, a tutaj masę wiedzy wchłonęłam w dwa dni! Naprawdę! To książka pełna wiedzy, którą czyta się lekko, wystarczająco rozwija tematy, aby dowiedzieć się podstaw i zainteresować się wybranymi kwestiami. Ogromnym plusem jest obszerna bibliografia, dzięki czemu można na własną rękę zgłębić najciekawsze zagadnienia. 

Były też dwie książki, które oceniłam jako najgorsze. W przypadku jednej konsekwentnie trzymam się tego, że nie będę jej dawać przestrzeni na moim blogu, bo uważam, że jest szkodliwa. Pełna bezpodstawnej, bezsensownej przemocy, do tego brak spójności w fabule, nierozwinięty świat. No, kiepsko. 
O drugiej pisałam w poprzednim wpisie. "Miłość po sąsiedzku" Belle Aurory to również bardzo słaba książka.  Niespójna, bohaterowie bez polotu, a fabuła bez sensu, skakanie po randomowych scenach.


3. Seriale


Obejrzałam kilka sezonów różnych seriali. Nie było sezonów, które jednoznacznie określiłabym jako złe, ale miałam po prostu mieszane uczucia. Było okej, ale nie do końca w moim guście i wolałabym, żeby nieco więcej się działo (lub w przypadku pierwszej części sezonu piątek "Domu z papieru" nieco mniej się działo").
"Daybreak" jest absolutnie hitem tego roku. Świat bez dorosłych, po apokalipsie, z wątkiem edukacyjnym. Świetnie mi się oglądało to, jak Josh szukał swojej dziewczyny i jednocześnie chciał przetrwać. Jak dla mnie ten serial to cudo! Szkoda, że nie ma kolejnego sezonu, bo chciałabym zobaczyć co dalej.
Na wyróżnienie zasługuje też "Sexify" - polska produkcja Netflixa. Coś, co jest skierowane do mojej grupy wiekowej. Ciekawy pomysł na fabułę, fajna gra aktorska, Cezary Pazura wciąż w dobrej formie (dobra, mało go była, ale jedna scena z jego udziałem mnie zachwyciła) i w sumie... Zobaczcie sami! 


4. Muzyka 


Myślałam, że nic tutaj nie dam. Jednak jest jedna genialna piosenka, która stała się moją miłością. 



5. Kosmetyki 


O tym planuję zrobić osobny wpis, bo w końcu znalazłam kosmetyki, które faktycznie mi pasują i kupuję ich nowe opakowania. 

OnlyBio odżywka proteinowa — ciężko mi oceniać sam produkt, ze względu na to, że moja pielęgnacja jest dość złożona, ogarnęłam moją równowagę PEH, dlatego wiem, kiedy tę odżywkę stosować, gdy chcę mieć dobre efekty. U mnie głównie skręt podbija, a włosy się po niej ładnie błyszczą. Nie zdarzyło mi się, żebym je przeproteinowała.
Tołpa super Seeds, kremowy żel do mycia twarzy, enzymatyczna odnowa —  kremowa konsystencja, nie wylewa się go za dużo, fajnie oczyszcza. Pierwszy żel z tołpy, z którego jest naprawdę zadowolona. Dwa wcześniejsze miały zbyt lejącą konsystencję i ciężko było wylać dobrą ilość, jeden z nich słabo oczyszczał, a drugi też jakoś tak nie przypadł mi do gustu.


Jakieś cele? 


Cele są. Trochę ambitniejsze niż w tamtym roku, a raczej jest ich po prostu więcej, bo myślę, że na tego potrzebuję. Nie będę wypisywać wszystkich. 

1. Wrócić do robienia zdjęć — to nie priorytet, ale brakuje mi tego i chciałabym się trochę rozwinąć.
2. Przeczytać 75 książek. 
3. Mieć na koniec roku mniej niż 15 nieprzeczytanych książek na półkach.
4. Kupić nie więcej niż 20 książek — ot, takie wyzwanie, aby mniej kupować. Ciekawi mnie, czy podołam czy nie. Wliczam też w to książki ze współprac. 
5. Odwiedzić dwa miasta, w których nie byłam — mam na myśli dwa konkretne, ale nie będę ich tutaj pisać.


Kwartalnik IV - niecierpliwie czekam na Nowy Rok



Let's go!

Ten wpis miał mieć początkowo inną formę, miał być luźniejszy, ale coś nie wyszło. W końcu siadam i piszę kwartalnik, bo i tak na początku zawrę co u mnie. Za kilka dni wrzucę jakiś ogólny przegląd roku, tam też zawrę to, co chciałabym zawrzeć w tym wpisie — jeszcze myślę nad formą, ale wpadł mi do głowy dobry pomysł. 


Co u mnie?

Studia, moi drodzy, studia! To moje główne zajęcie, znowu się w nie wciągnęłam, ale nie było tak, że nie miałam całkiem czasu dla siebie. Ten czas po prostu w dużej mierze poświęcałam bliskim, a nie Internetowi. Poza tym miałam chwilową niechęć do Instagrama, o robieniu zdjęć nie będę wspominać (to serio nie jest mój priorytet). Będę to zmieniać, ale więcej o tym przeczytacie w kolejnych postach. 
Bardziej osobiście... Hm... Nie działo się za wiele rzeczy, które mogłabym opowiedzieć bez przekraczania granic mojej prywatności. Poważnie, głównie spotkania przy jedzeniu, studia, oglądanie filmów, kilka spotkań koła. 
W tym momencie dodam, że jestem nieco niecierpliwa i bardzo się cieszę, że ten rok się skończył. Zaczynam się ekscytować tym, że za niedługo będę pisać ogólne podsumowanie. 


Książki 

Pewnie jeszcze nie skończyłam czytać wszystkiego, ale kolejna książka, którą zaczęłam to reread, więc nie będę go ponownie polecać. 
Październik był dobry pod względem czytania,  listopad nieco gorszy, ale jakoś tego nie odczułam, a w grudniu szaleję i nadrabiam! Jak na razie skończyłam 8 książek, planuję skończyć jeszcze jedną i może jakiś audiobook. Jakoś audiobooki wchodzą mi lepiej zimą. Co prawda, teraz słucham jakichś audiobooków, którym Wam nie polecę, bo śmieję się z nich na samą myśl.


Co polecam? 

1. Siedmiu mężów Evelyn Hugo Taylor Jenkins Red — jedna z lepszych książek tego roku! Szczególnie podoba mi się kreacja bohaterów, bo jest niejednoznaczna. Ich moralność jest inna niż moja, a to jest niesamowicie ciekawe. 10/10

2. Raz wiedźmie śmierć Adam Faber — na stałe wkradła się do moich ulubionych książek. Jest wiele wątków, dlatego akcja rozwija się dość wolno, ale cała fabuła jest niesamowita! Fajna, klimatyczna i magiczne książka — więcej nie potrzebuję. I ma słownik!  9/10

3. komiksy Czarodziejki W.I.T.C.H.wielu autorów — sentymentalna podróż do dzieciństwa. No dobra, jaram się tymi komiksami, jak nie wiem co! Bardzo się cieszę, że mogę poznać oryginał jednej z moich ulubionych kreskówek. 10/10


Czego nie polecam?

1. Słodka pokusa Cora Reilly - to akurat jest dość głupiutkie, ale przyjemnie mi się słuchało. Ogólnie nic odkrywczego, brakowało mi spójności, gdy infantylna, trzymana pod kloszem nastolatka wykazywała się mądrością życiową godną dorosłej kobiety. 4/10

2. Miłość po sąsiedzku Belle Aurora - co za chłam. Tak złej książki nie czytałam od prawie roku. Brak spójności, brak historii bohaterów, brak ciągu przyczynowo-skutkowego, brak akcji i ogólnie wrażenie, jakby to był zlepek randomowych scen, przerywanych scenami seksu, których styl napisania woła o pomstę do nieba. Chyba jedynym plusem tej książki było pojawienie się słowa "preejakulat". Do tego autorka wrzuciła na koniec tak szkodliwe, że gdybym nie słuchała audiobooka, to pewnie książka by przeleciała przez pokój. 1/10


Filmy 

Hmm... Z filmów pamiętam tylko "Na fali" i "Tupot małych stup". Miałam chwilową fazę na bajki o pingwinach. Chyba więcej oglądałam seriali, a filmy wybierałam dość lekkie i nie umiem wiele o nich powiedzieć. 
Jednym z ciekawszych był "Zabójczy rejs". Był dość zabawny i zaskakujący. Miał ciekawą fabułę — niedoszły detektyw i jego żona trafiają na rejs, na którym ma nastąpić odczytanie testamentu pewnego milionera. Milioner ginie, syn milionera ginie i trzeba znaleźć zabójcę. 
Spodobały mi się również "Oszustki" - to również lekka komedia, tym razem o kobietach, które wyłudzają pieniądze od mężczyzn. Dobrze się bawiłam, oglądając to. Szczególnie że grają super aktorzy!


Seriale

Znowu było więcej seriali niż filmów. Zaczęłam oglądać kreskówki, jakoś są dla mnie ciekawsze niż większość dostępnych seriali. 
Seriale, które obejrzałam, wzbudziły we mnie mieszane uczucia.

1. Dom z papieru 5: cz. 2 - tutaj podobało mi się, ale... odczuwam pewne rozgoryczenie. Sam sezon jest spokojniejszy niż poprzedni i skłonił mnie do myślenia. Po co to wszystko? Przecież to iluzja. Dlaczego doprowadzono do tego, że iluzja rządzi ludzkim życiem?

2. Wiedźmin 2 - trudno mi coś o tym serialu powiedzieć. W momencie pisania jestem po obejrzeniu 6 odcinków, ale nie mam chęci, aby to oglądać. Różnice między książką a serialem nie przeszkadzają mi, ale nie umiem wciągnąć się w fabułę. Wiele wątków zostało otwartych i jakoś nie wiem, do czego to dąży, a przez to nie mam ochoty oglądać tego sezonu. Jak już oglądam, to dobrze mi się ogląda, odcinki same w sobie są ciekawe. 


Jestem dumna z...

Najważniejsza część tego wpisu! 
Dostałam stypendium rektora! Trochę ta kwestia mnie stresowała, ale w końcu jest spokój i pewność, że je dostałam. Trochę długo trzeba było czekać na rozstrzygnięcie, a jak ono przyszło, to przyszła ulga i radość. To dla mnie taki namacalny dowód, że jednak moje starania coś dają. 
Oprócz tego poprowadziłam warsztaty z robienia mydełek dla dzieci z mojej miejscowości. To było bardzo fajne doświadczenie.



Szczęśliwego Nowego Roku <3

Krótko o: książkach, które ostatnio przeczytałam!






Hejo!

Ostatnio nie miałam jakoś ochoty pisać o książkach. W końcu coś się zmieniło i CHCĘ to robić. Podkreślam, że chcę Wam napisać o kilku książkach, które ostatnio przeczytałam. Nie będą to pełnowymiarowe recenzje, o tym jakoś nie jestem w stanie myśleć. Bardziej chcę krótko przedstawić, co przeczytałam i krótko napisać, dlaczego polecam. Fajnie jest pisać o dobrych książkach!



1. Cud, miód, malina Aneta Jadowska

Książka, na którą czekałam latami. Dosłownie! Wreszcie znalazłam książkę o wiedźmach, która w pełni mnie usatysfakcjonowała. 


Co tutaj otrzymujemy? 
Niebanalne przygody rodziny składającej się z samych kobiet. Wszystko otoczone magią i poczucia humoru. Magia jest objaśniona, widać skąd się bierze i jest różnorodna. Każdy bohater ma swój indywidualny styl czarowania i "specjalizację" magiczną. 
Bohaterki są genialne! Zabawne, silne i pomysłowe. Wchodzą w rodzinne kłótnie, niesnaski i inne rzeczy, które powodują zabawne problemy, a wiecie jak jest, kiedy rozwiązuje się problemy magią. 
Ciężko jest mi pisać o fabule tej książki, bo jest to zbiór opowiadań. Nie widzę sensu w streszczaniu każdego opowiadania ani ocenianiu osobno. Wszystkie opowiadania mi się podobały, razem tworzą coś niesamowitego i zachwycającego. Sama forma opowiadań bardzo się spodobała i pasowała tutaj, ale chętnie przeczytałabym jakąś powieść z ich udziałem.



2. Raz wiedźmie śmierć Adam Faber

Napisałam dość długą recenzję tej książki na lubimyczytać, ale nie mogę o niej tutaj napisać. I mam problem, bo zupełnie nie wiem, które aspekty poruszyć.
Przede wszystkim to książka, idealna na jesień. Czuć w niej magię. Dużo magii, śmierć i niepokorna babcia — czyli to, co Kasiulek lubi najbardziej.
Fabuła jest obfita, ale ciekawa. Na początku otrzymujemy kilka wątków — śmierć Magusa, zmartwychwstanie ciotki Ariany oraz łowców czarownic. Dużo jak na 350 stron, ale wszystko ładnie się przenika. Każdy z tych wątków ma swój początek, czas, aby się rozwinąć. O ich zakończeniu nie mówię, bo książka będzie mieć jeszcze kontynuacje. Od początku jesteśmy rzuceni w wir akcji, mimo że przez mnogość wątków, wydaje się, że akcje rozkręca się powoli.

Bardzo Wam ją polecam, bo to po prostu książka na bardzo dobrym poziomie, łączy wiele popularnych wątków, które pojawiają się w takiej tematyce, ale jakoś wydaje się dość oryginalna. Po prostu fajnie się to łączy i ciekawi mnie, co będzie dalej.




3. Siedmiu mężów Evelyn Hugo Taylor Jenkins Reid

Ciężko mi było zebrać myśli po przeczytaniu tej książki. Bezpośrednio po byłam rozdarta, a ocena całości przyszła mi trudno. Oczywiście, że dałam książce 10/10, bo dała mi wiele emocji i mnie wciągnęła.
Lubię bohaterów, którzy mają zupełnie inną moralność niż ja i ogólnie przyjęta moralność. To po prostu ciekawe, emocjonujące i intrygujące. Taka właśnie jest Evelyn. Ma zupełnie inną moralność niż ja, zupełnie inne priorytety, ale potrafi się poświęcić. Na swój dziwny sposób, ale się poświęca. Doceniam jej kreację.
O bohaterach mogłabym wiele powiedzieć, ale nie umiem. Zżyłam się z nimi, uwielbiam Harry'ego. Jest postać, której nie mogłam znieść (szósty mąż). Była postać, do której mam mieszane uczucie. Miała dobre sceny, w których ją lubiłam, ale były takie, w których nie mogłam jej znieść, bo była toksyczna — tutaj mam na myśli największą miłość Evelyn Hugo.

4. It ends with us Colleen Hoover

Książka, do której powróciłam po trzech latach. Pierwotna recenzja była nieco inna, odrobinę niżej oceniłam tę historię. Zmiana wynika z tego, że po latach łatwiej mi było dostrzec wiele rzeczy. Sama też zrozumiałam, na czym mi zależy w książkach i zdecydowanie nie uważam, że każda książka musi obowiązkowo być nieprzewidywalna.
I właśnie to docenia w "It ends with us", że w niej nie należy oczekiwać wbijających zwrotów akcji. A jednak wbija w fotel. Boleśnie wbija w fotel. Są momenty, w których czuć ból głównej bohaterki, mętlik w głowie i pewną dozę wkurwienia na to, co się dzieje, a jednocześnie bezsilność. Z wiekiem, gdy jestem bardziej świadoma pewnych mechanizmów, przeważa u mnie poczucie bólu niż wkurwienia.
Za pierwszym razem też była wkurzona na siebie, bo przecież Ryle jest taki szczery, taki kochany, a teraz? A teraz od początku autorka daje nam znać, że coś jest nie tak.


Wybrałam tutaj cztery książki, o których miałam najwięcej do powiedzenia. Najbardziej utknęły mi w pamięci i nie miałam, żeby o nich napisać.

Kwartalnik III - SAME DOBRE RZECZY



 Hejo!

Trochę zmieniam nazwę, bo "Kwartalnik" brzmi nieco lepiej niż "Podsumowanie kwartału". Zmienię też w poprzednich postach, bo przecież nikt mi nie zabroni. Poza tym jestem spóźniona dobre trzy tygodnie, bo studia. Innych wpisów też nie było, bo studia, praktyki i przeczytacie dalej, co jeszcze wymyśliłam.


Co u mnie?

Okej, ostatnie 3 miesiące składały się z sesji, dwóch miesięcy najdziwniejszych wakacji i praktyk w szkole. Zdecydowanie to był dla mnie intensywny czas. Lipcowi wolę się nie przyglądać, to zdecydowanie nie był mój ulubiony miesiąc. 
Później był sierpień, który spędziłam w rozjazdach. Znajomi, Kraków i Zator. Sporo jeżdżenia, było fajnie. Wspominam z uśmiechem. 
I przyszedł wrzesień. Widmo studiów, widmo praktyk, a ja co? A ja w pierwsze dwa tygodnie wymyśliłam sobie malowanie! Najpierw malowanie mebli, potem malowanie pokoju. I tak mi się zeszło z tym dobrze dwa tygodnie, bo meble dwie warstwy, a farba się skończyła. Tu na sobotę trzeba czekać, żeby jednego dnia to załatwić. I potem tydzień sprzątania po malowaniu... A ten nałożył się z praktykami! Uwierzcie, w tym roku sprzątanie to moja największa zmora i jest poza moją listów priorytetów. Cóż... Blog wypada jakoś na końcu tej listy, tylko brak porządku wokół i ogólnie widmo obowiązków jakoś sprawia, że w mojej głowie jest ciągły bałagan i wciąż brakuje mi czasu. Dobrze, że  spać mogę.
Praktyki przeżyłam, dokumentację ogarnęłam i pozostało mi odrobaczyć! O profilaktycznym odrobaczeniu przypominam, szczególnie osobom, które mają wychodzące zwierzęta (albo koty, które z okna są w stanie ptaka złapać).


Książki

Czytelniczo wypadło znacznie lepiej niż wcześniejsze trzy miesiące! Poza wrześniem. Wrzesień wypadł śmiesznie. Trochę czytałam, dwie książki nawet zaczęłam! A nie, jedną miałam dokończyć, drugą zaczęłam i... Jedną przeczytałam, a drugą przesłuchałam. Więc w październik wchodzę z dwoma książkami do dokończenia.
Lipcu przeczytałam pięć książek, w sierpniu dziewięć i we wrześniu dwie. Czyli łączny wynik 16. Najważniejsze, że na żadnej książce się nie zawiodłam, a nawet dałam kilka dziesiątek! 


Co polecam?

1. W głowie się poprzewracało Hania Es — książka, którą polecam każdemu. Pigułka wiedzy psychologicznej. Wiedza przekazana w bardzo przystępny sposób, maksimum treści, która jest merytoryczna i łatwo ją zrozumieć. Wszystko poparte badaniami, dzięki czemu książka ma bardzo obszerną bibliografię i można bardziej zgłębić tematy, które nas zainteresują. 10/10

2.  Niewidzialne życie Addie LaRue V.E. Schwab — cudowna książka, bardzo spokojna. To nie książka, której akcja brnie nie wiadomo jak szybko, nie ma szokujących zwrotów akcji, ale jest piękna. Po prostu świetnie się czyta, piękne opisy i bardzo ciekawy opis życia dziewczyny, której nikt nie pamięta. Coś piękne, niesamowicie impresywne. 10/10 

3. Cud, miód, malina Aneta Jadowska — książka, której recenzji nie udało mi się napisać. Cóż... Książka cudowna. Wreszcie! Zbiór opowiadań o polskiej rodzinie czarownic. Świetnie działająca magia, zabawne sytuacje, ciekawe bohaterki. Cud, miód i orzeszki! Czy jakoś tak! 10/10


Filmy

Mało filmów utknęło mi w pamięci. Dużo było takich, które oglądałam już kilka razy i lubię do nich wracać. Były takie, które zaczynałam i nie kończyłam — podejrzewam, ze to właśnie one przeważają. Nie miałam aż takiej ochoty na oglądanie filmów, a przynajmniej mało sama z siebie odpaliłam. To też się pewnie łączy z tym, że oglądałam dużo seriali. U mnie się to przeplata.  Raz więcej filmów, raz więcej seriali. 

Co polecam?

1. Sok z żuka — wzięłam się wreszcie za twórczość Tima Burtona. Coś niesamowitego. To jeden z tych filmów, które się dobrze zestarzały. Przyjemny klimat, nietypowa aranżacja i ciekawa fabuła — małżeństwo duchów stara się wypłoszyć osoby, które zamieszkały w ich domu. 

2. Ulica strachu — Mam na myśli wszystkie trzy części. "Przyjemny horror", bardzo w moim guście, Są czarownice, jest fabuła, jest historia, która sięga wiele lat wstecz i jest przemyślana. Kwestia tego, jak był krwawy — dla mnie w granicach tolerancji.  Nie był to film, od którego dużo oczekiwałam, ale wciągnął mnie i dobrze mi się go oglądało. 

3. Mroczne cienie — Tim Burton again! Ciekawa historia, bardzo fajny pomysł na historię o wampirze, któremu po latach udało się uwolnić z grobu. Wraca do swoich potomków i poznaje życie we współczesnych czasach. Świetnie się bawiłam podczas oglądania.  Znowu super efekty specjalne.


Seriale


Jak wspomniałam, seriali było sporo. Po prostu wychodziły premiery kolejnych sezonów seriali, które lubię i tak wyszło. Znaczy się, te nowe sezony trzech seriali to dla mnie  sporo. Co więcej, mam powiedzieć? 

Co polecam?

1. Dom z papieru 5: cz. 1 - jest z osób, które lubią absurd. Po trzecim i czwartym sezonie spodziewałam się, że będzie mocno. Nie wiedziałam, co wymyślą. I wiecie co? Podobało mi się. Było dużo emocji, zżyłam się z bohaterami, więc przeżywałam to bardzo mocno. Co prawda, było absurdalnie, ale akurat mi to nie przeszkadza. 

2. Sex education 3 - świetny sezon! Wydaje mi się najlepszy ze wszystkich, wzbudził we mnie dużo emocji. Szczególnie lubię wątek mamy Otisa (poza jego zakończeniem). Podoba mi się to, co się dzieje w życiu Meave. Zawiodłam się na postaci Erica — chociaż wątek jego życia miłosnego był prowadzony sztampowo, to jednak spodobał mi się. Tutaj zaszła spora zmiana, która nie pasowała mi do tej postaci i mnie zirytowała. Całość oceniam bardzo dobrze, super się bawiłam. Jeśli jeszcze nie oglądaliście tego serialu, to ostrzegam — drugi sezon był okej, ale nie zapadł mi szczególnie w pamięć.

3. Jeszcze nigdy 2 - serial z bohaterką, która większość osób strasznie irytuje. Ja go jakoś polubiłam, przyjemnie mi się go ogląda. Największą jego zaletą są aktorzy, którzy często nie wpisują  się w kanon piękna i przez nich przyjemnie mi się to oglądało. Nie mam jakoś ulubionych wątków, to taki luźny serial


Jestem dumna z...

Myślę i myślę, i myślę... Z jednej strony nie przychodzą mi do głowy żadne bardziej wybitne osiągnięcia, a z drugiej uświadamiam sobie, że przecież było tego sporo. Zdana sesja letnia! Zaliczone praktyki! Dobrze poprowadzona godzina wychowawcza!
A jednak chyba najbardziej mnie cieszy przeprowadzenia pokazów na Lubelskim Festiwalu Nauki. Był to mój pierwszy udział w czymś takim i po prostu się tym jaram! Przygotowałyśmy pokaz z preparatyki kosmetyków. Były to proste przepisy, które spokojnie można zrobić samemu w domu - balsam do ust, krem do rąk i mydełko. Niestety, nie mam zdjęć, ale wiem, że to nie ostatnie takie pokazy.



Kilka ujęć z Krakowa

Hejo! 
Myślę, że to wpis, który po prostu chcę, żeby tutaj został. Po prostu. Dla tych kilku zdjęć i kilku chwil. 
Zrzuciłam zdjęcia na komputer, popatrzyłam na nie i... pomyślałam, że są zajebiste! Jestem tym typem, który docenia zdjęcia, gdy zrzuci je na komputer, bo na wyświetlaczu aparatu zawsze wyglądają jakoś gorzej. Tu prześwietlone, tu za ciemne, tam coś nie tak z kolorami. 
Koniec marudzenia! Po prostu zostawiam Wam z tymi kilkoma zdjęciami. :D