Nieodgadniony odgadnięty! "Ręka na ścianie" Maureen Johnson

Nie wiem, jak to się dzieje, ale ostatnio piszę w poniedziałki. Regularność jest, a to chyba najważniejsze dla mnie. Powoli stabilizuje mi się sytuacja na studiach, sesję będę mieć w od 13 lipca, a jeszcze przed nią (i w trakcie) zapisałam się na dwa kursy - jeden to język angielski, drugi to kreatywne myślenie, więc się jaram. Lipiec zapowiada mi się bardzo intensywnie i jestem z tego bardzo zadowolona. O blogu nie zapomnę. Staram sobie rozplanować posty i pisać częściej. W następnym poście podsumuję książkowo pierwszą połowę tego roku. Do tej pory przeczytałam 45 książek, wiele z nich było genialnych, więc jeśli dalej będzie taka tendencja, to nie wiem jak wybiorę książki do wpisu z całego roku! Jeszcze nie wiem, co wybiorę. Na razie zapraszam na recenzję finału jednej z moich ulubionych trylogii! 
Hejo!
Premiera "Ręki na ścianie"  Maureen Johnson będzie 1 lipca. Za możliwość przedpremierowego przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Poradnia K.   

Tytuł: Ręka na ścianie
Autorka: Maureen Johnson
Seria: Truly Devious
Wydawnictwo: Poradnia K
Data wydania: 1 lipca 2020
Liczba stron: 392
Moja ocena: 10/10

Stevie udało się rozwiązać zagadkę z przeszłości. Wie, kim jest tajemniczy Nieodgadniony. Nie rozwiązuje to wszystkiego, są jeszcze zagadki z teraźniejszości, a one są dużo bardziej mroczne niż ta dawna tajemnica… Śmierci w krótkim odstępie czasu, do tego kolejny wypadek w szkole powoduję, że Akademia Ellinghama ma zostać zamknięta. Czy Stevie się podda będą tak blisko rozwiązania tej zagadki?


Znalazłam kolejną trylogię, której budowa jest idealna. Wszystkie wątki się mieszczą, zostały zakończone, rozwinięte, miały swoje „pięć minut”. Do tego jeszcze masa emocji, zmuszanie do myślenia, fajni bohaterowie i humor, czyli książka idealna! Żadnych wad nie znalazłam. 

Ta część odbiega klimatem od poprzednich z tej serii. Tamte były tajemnicze, ciekawe i przede wszystkim zaskakujące, W tej części dalej czuć tajemniczość, ale bardziej mroczną i niebezpieczną. Myślę, że to naprawdę mogliby czuć uczniowie szkoły w takiej sytuacji. Nie wpływa to na czytanie książki, bo czyta się ją naprawdę lekko i przyjemnie. W moim przypadku godzina i mijało około stu stron książki.
W ciągu pierwszych stu stron zostają przypomniane najważniejsze informacje z poprzednich części, więc nie musicie się przejmować, że czegoś zapomnieliście i się nie odnajdziecie, jeśli nie odświeżaliście sobie poprzednich części.
Tak samo jak wcześniej – dwie linie czasowe. Skusiłabym się nawet o stwierdzenie, że są trzy linie czasowe. Dwie w przeszłości, jedna w teraźniejszości.
W teraźniejszości Stevie odnalazła Nieodgadnionego i zastanawia się, czy wyjawić prawdę dyrekcji szkoły. Powstrzymują niebezpieczeństwa, które dzieją się w jej czasach. Bardzo dobrze można odczuć ten klimat – niebezpieczeństwo i tajemniczość. Mnie ciężko było odgadnąć, kto się za tym krył, więc byłam bardzo zaskoczona. Stevie bardzo dokładnie analizowała swoje poszlaki, co jest bardzo dużym plusem.
W przeszłości poznajemy lepiej Nieodgadnionego oraz dwójkę przyjaciół Ellinghama. Myślę, że napisanie czegoś więcej będzie spoilerem, bo już pierwsze strony zmieniają wydźwięk poprzednich tomów, a także obraz rodziny Ellinghama.
Z początku zdarzenia z teraźniejszości i przeszłości nie mają ze sobą nic wspólnego, jedynie miejsce, w którym rozgrywają. Miesza to w głowie, daje dużo do myślenia, a ja lubię książki, które rozruszają mój mózg. Fabułą bardzo intryguje, ciekawi, a w połączeniu z lekkim i przyjemnym stylem pisania nie można się oderwać. Przeczytałam tę książkę w kilka godzin. Nie poszłam spać dopóki nie skończyłam. 



Z bohaterami jest mi się ciężko rozstać. Bardzo ich polubiłam, mimo że momentami są dziwni. Każdy z nich jest charakterystyczny, ma zalety i wady. Większość z nich jest bardzo sympatyczna, ale to jest bardzo subiektywna ocena. Myślę, że wielu z nich może być irytujących. 

Bystrość Stevie ciągle zadziwia. Jest zapał i dociekliwość jest godna podziwu. Do tego dochodzi niesamowita zdolność do łączenia faktów, jak inaczej określić bohaterkę, która tak dokładnie sprawdza i rozwiązuję zagadki, których nikomu nie udało się zgadnąć przez 80 lat? Inaczej się nie da! Bardzo podoba mi się to, że Stevie zaczęła walczyć ze swoimi problemami - stanami lękowymi. Ze względu na swój stan psychiczny jest bardzo wycofana, ale im dalej tym więcej bohaterów się pojawia.

I znowu napiszę, że David jest dziwny. Ma nietuzinkowe pomysły, jest bardzo specyficzny. Głównie zależy mu na uniemożliwieniu dojścia do władzy swojemu ojca. Przez większość książki mnie irytował, głównie mącił w głowie Stevie, utrudniał jej śledztwo i prawie wpakował ją w kłopoty.

Nate jest równie wyobcowany jak Stevie, ale bardzo ją wspiera. Lubię tego chłopaka. Janelle nie pojawia się tak często, dopiero więcej jest jej jakoś od połowy. 


Ciężko jest mi oddać wszystkie uczucia, jakie mi towarzyszyły podczas czytania tej książki, aby nie spoilerować poprzednich części. Jestem skłonna określić te trzy tomy jako jedność. Tak jak w przypadku "Trylogii czasu" czy "Ksiąg Snów" Kerstin Gier. Każda z tych trylogii jest jedną, spójną historią. Całość polecam Wam z czystym sercem, szczególnie młodzieży. Zostawiam tutaj linki w tytułach do recenzji poprzednich części: 

"Nieodgadniony"

"Znikający stopień" 

Too Much Information TAG po 6 latach!



Hejo! 
Zastanawiam się o czym tutaj pisać, bo chcę pisać Zaczynam trzeci wpis, ale wiem jedno. Nic o studiach (poza tym akapitem) tutaj nie napiszę, mimo że początkowo takie plany były. Dużo wpisów ostatnio odwlekam w czasie. Do pewnych rzeczy potrzebuję odpowiedniego czasu, inne pomysły muszą we mnie dojrzeć, do innych dorobić jakieś ogarnięte zdjęcia. Ach! Zdjęcia! Jak mi się nie chce ich obrabiać! A serio, byłam ostatnio w Kazimierzu, trochę zdjęć porobiłam. Wyszły lepiej lub gorzej, nawet dobrze nie wiem, bo jeszcze są w aparacie. Zbiorczy post o rzeczach z mojego ulubionego sklepu? Poczekaj! Przecież jeszcze idzie sukienka!

Oczywiście, chcę, żeby było jak najmniej marudzenia. Szukam pomysłu, szukam i w końcu... Znajduję "Book TMI TAG". Pomysł fajnie, robiłam kiedyś o mnie ten tag i też fajnie wyszło. Potem sprawdzałam, kiedy to było. 21 października 2014. Sześć lat! A pozmieniało się wiele, więc robię od nowa! W tym roku sporo osób tutaj przybyło, więc czemu nie? Możecie mnie poznać lepiej. 


1. Co masz na sobie?
Jogegery khaki, szarą koszulkę i skarpetki z Wiedźlamem. 
I mogę napisać, że w tamtym momencie nigdy nie pomyślałabym, że założę takie spodnie i długie skarpetki. 

2. Czy kiedykolwiek byłaś zakochana?
Zdarzyło się. :D 

3. Czy kiedykolwiek miałaś 'straszne zerwanie'?
Zerwania same w sobie straszne nie były. Gorsze były momenty przed nimi lub po nich. 


4. Ile masz wzrostu?
171! Przez 6 lat urosłam aż 2 centymetry.


5.Ile ważysz?
58 kilogramów, czyli mniej więcej tyle samo, ile ważyłam mając 14 lat. Od końca podstawówki moja waga nie zmienia się więcej niż 2 kilogramy w obie strony. Nie liczę okresu po wycięciu migdałów, gdy spadła mi do 53 kg (przed pójściem do szpitala ważyłam 56 kg, nie było tak drastycznie).

6. Jakieś tatuaże?
Nie mam, ale bardzo mi się podobają! Chociaż nie wiem, czy sama będę mieć na sobie. 





7. Jakiś piercing?
Po jednej dziurce w obu uszach i nie mam ochoty na żadne zmiany. U innych bardzo mi się podoba, szczególnie przekucia warg.

8. One true parring (para TV), którą lubisz?
Chyba nie ma takiej, nie oglądam telewizji. 

9. Ulubiony program (serial)?
"Niania", "Dom z papieru" i "13 posterunek", czyli jedyne seriale, które w całości obejrzałam. 

10. Ulubione zespoły?
KSU, Dżem, Lady Pank, T.LOVE, Perfect, Iron Maiden, Acid Drinkers, Hunter, IRA, Metallica.
To chyba tak zostawiam. Dodam jeszcze:  happysad, Bracia... I już przychodzą mi do głowy sami wykonawcy, a nie zespoły. 

11. Coś czego Ci brakuje?
Otwartego basenu w mojej okolicy oraz chęci do nauki, i lepszej organizacji czasu.

12. Ulubiona piosenka?
Jednej się nie da. Ostatnio znowu odkrywam uroki piosenek Mery Spolsky. 

13. Ile masz lat?
20. Ojejku! Ale to dziwnie wygląda.

14. Znak zodiaku?
Bliźnięta.

15. Czego szukasz u partnera?
Najprościej napisać, że nie szukam, bo znalazłam i mam to, czego potrzebuję. 

16. Ulubiony cytat?
"Kocham" takie pytania. Nie mam pojęcia. Mam ogromny sentyment do cytatów z "Trzy metry nad niebem". Mam też dwa motywacyjne cytaty, które lubię. Pierwszy o tym, że to nie problem jest problem, tylko podejście do problemu. Drugie, że łatwiej coś utrzymać cały czas w ruchu niż od nowa ruszyć. Wiecie, mniej energii to wymaga. 

17. Ulubiony aktor?
A pozwolę sobie docenić - Cezarego Pazurę, Johny'ego Deepa i Bogusława Lindę. Za to, że patrzysz na nich normalnie i widzisz ich samych. Patrzysz na nich w jakimś filmie i widzisz - Czarka Cezarego, Nikosia Dyzmę, Nowego, Grindewalda, Jacka Sparrowa, Fransa Maurera czy Tomka. Wiecie, co mam na myśli?

18. Ulubiony kolor?
Niebieski, czarny, szary, biały i fioletowy. Nic się nie zmieniło. 

19. Głośna muzyka czy cicha?
Starość! Głośna muzyka mnie drażni i głośna muzyka jest fajna, tylko na koncertach.



20. Gdzie idziesz, gdy jesteś smutna?
Do mojego pokoju. Nic się nie zmieniło. 

21. Jak długo zajmuje Ci prysznic?
Około 15 minut z myciem włosów, bez jakoś połowę mniej czasu. 

22. Jak długo zajmuje Ci przygotowanie się rano?
Siedzę cały czas w domu... Zanim zwlokę się z łóżka, to mija jakaś godzina. Zanim zjem śniadanie pół. I tak wyliczając, to gdzieś tak dwie, może trzy godziny. 
Spoko, gdy gdzieś jadę ogarniam się w maksymalnie 30 minut. 

23. Biłaś się kiedyś z kimś?
Tak. 

24: TURN ON. Co Cię kręci, co Ci się podoba u chłopców?
Poczucie humoru, zaradność i ambicja. Zewnętrznie mam słabość do ciemnych włosów.

25. TURN OFF . Co Ci się nie podoba u chłopców?
Arogancja, przeświadczenie o swojej lepszości nad innymi, przedmiotowe traktowanie dziewczyn. 

26. Powód dla którego dołączyłaś do Blogspot?
Z ciekawości.

27. Czego się boisz?
Os i innych niezidentyfikowanych owadów latających. 

28. Kiedy ostatnio płakałaś?
Nie wiem.

29. Kiedy ostatnio powiedziałaś że kogoś kochasz?
Wczoraj.

30. Co oznacza Twój Blog username?
Kasiulek - zdrobnienie od mojego imienia.
Śmiesznie, dalej tak samo. 

31. Ostatnia przeczytana książka?
"Ten obcy" Ireny Jurgielewiczowej.


32. Książka, którą aktualnie czytasz?
"Harry Potter i Czara Ognia" J.K. Rowling

33. Co ostatnio oglądałaś (serial, TV)?
Nie pamiętam, nie zwracam uwagi na telewizor. Chyba leciał "Malanowski i Partnerzy".


34. Ostatnia osoba, z którą rozmawiałaś?
Mama. 

35. Relacja między tobą a osobą, której ostatnio wysłałaś sms?
Pisałam do mojego chłopaka, więc związek. 

36. Ulubiona potrawa?
Nie mam, ale w sobotę zjadłam fajną kolację - tortilla z jajecznicą, pomidorem i kiełbasą. Super jest!

37. Miejsce, które chcesz odwiedzić?
Lista takich miejsc mi się baaardzo wydłużyłam.  Tylko z Polski to - Poznań, Zamość, Janowiec, Szklarska Poręba, Bieszczady (znowu), Trójmiasto...  

38 Ostatnie miejsce, w którym byłeś?
Z poza mojej okolicy, to Kazimierz Dolny. A tak z bliższych miejsc poza moim domem, to nad Wisłą.



39. Czy ktoś Ci się teraz podoba?
Owszem, można się domyśleć z pytania z 35.

40. Ostatni raz kiedy pocałowałaś kogoś?
W tym tygodniu. 

41. Ostatnio kiedy ktoś Cię obraził?
Nie mam pojęcia. 

42. Ulubiony smak słodki?
Słony karmel... Jest słodki, prawda?

43. Na jakich instrumentach grasz?
Tylko na nerwach. 

44. Ulubiona część biżuterii?
Chockery. :D Od czterech lat jeden na ręce noszę. Kolczyki rzadko, bransoletek wcale. 

45 . Ostatni uprawiany sport?
Skakanie na skakance.  

46. Jaka piosenkę ostatnio śpiewałaś?
Podśpiewuję sobie piosenki Mery Spolsky - "Mazowiecka kiecka" i "Sorry from the mountain".

47. Ulubiony tekst na podryw?
Na kubeczki po jogurtach! 
Podchodzicie do ofiary. Ekhem... Wybranka bądź wybranki i pytacie się, czy zbiera kubeczki po jogurtach. Jak odpowiada "Nie", mówicie "Ja też nie! To przeznaczenie!". I wszyscy są Wasi. 

48. Czy kiedykolwiek użyłaś tego tekstu?
Tak. Nie na poważnie, ale używałam. 

49. Z kim ostatnio przebywałaś w wolnym czasie?
Z chłopakiem wczoraj, a dziś z rodziną. 

50. Kto powinien odpowiedzieć na te pytania?
Kto tylko chce. 


To już koniec. Trochę się pozmieniało, trochę nie. Zostawiam też link do tamtej wersji, żebyście sami mogli ocenić. TMI 2014 

Co u Was się zmieniło przez te 6 lat? :D

Mroczna bajka o księciu na białym koniu. Podoba mi się! - "Too late" Colleen Hoover

Hejo!

Jest mnie tutaj mniej niż bym chciała, ale mam ostatnio dość intensywny czas. W weekend działo się więcej niż się spodziewałam, myślałam, że będę mieć więcej czasu. Przynajmniej udało mi się przeczytać trzy książki w ubiegłym tygodniu, z czego jedna była nowością, która zawróciła mi w głowie. Tak właściwie, to jedyna nowość, którą do tej pory przeczytałam. Powoli wpada mi do głowy pomysł na nowy nagłówek i mam nadzieję, że zrealizuję go w tym tygodniu. Mam też kilka nowych pomysłów na posty i trochę zdjęć do ogarnięcia, ale ostatnio nie po drodze mi z masową obróbką,

Myślę, że mogę nazwać się fanką twórczości Colleen Hoover. Rzadko kiedy jej książki mnie zawodzą. Do tej pory zdarzyło się to tylko raz, a tak to jej powieści wpadają całkowicie w mój gust i pozostają w moim sercu. Sporo recenzji poświęciłam jej książką, więc przychodzi czas na kolejną.

Dziś opowiem Wam o „Too late”.


Tytuł: Too late

Autorka: Coleen Hoover

Wydawnictwo: Otwarte

Liczba stron: 402

Data wydania: 17 lipca 2019

Moja ocena: 8,5/10



Sloan jest dziewczyną Asy, uniwersyteckiego dilera narkotyków. Ich związek jest dla niej toksyczny, w głębi duszy dziewczyna go nienawidzi, ale jednocześnie też kocha, szczególnie, że jego obecność, a raczej jego pieniądze bardzo pomagają jej rodzinie. Dlatego wie, że nie może go zostawić, nieważne jak bardzo by chciała. 

W ich domu jest wieczna impreza, ludzie wchodzą i wychodzą, jedni zostają dłużej, inni znikają i więcej nikt ich nie widzi. W pewnym momencie pojawia się Carter. Początkowo nie wiedzą, że Carter jest wspólnikiem Asy, więc zaczynają niewinny flirt. Jednak nikt inny nie może mieć dziewczyny Asy…


Zacznijmy od tego, że tę książką autorka pisała dla relaksu. Miała artblocka przy innej powieści – pisała to. Później publikowała na stronie, a później na prośbę fanów opublikowała to w formie książki. Skupmy się na tym, że to po prostu książka pisania dla własnej przyjemności. Na początku miałam w głowie, dlaczego autorkę zrelaksuje coś takiego. Czytam dłużej i dochodzę do wniosku, że to mroczna wersja księżniczki w tarapatach i księcia na białym koniu, który (książę, nie koń) ratuje ją z opresji. Mnie się to podoba, chociaż im dłużej piszę tę recenzję, to dochodzę to wniosku, że to dość zwykła książka, ALE wzbudziła we mnie wiele emocji, bardzo przeżywałam to, co się działo, więc stąd tak wysoka ocena. Było 9/10, ale myślę, że 8,5/10 lepiej pasuje. Podkreślam na początku, to książka dla dorosłych.


Podziwiam autorkę za to, że tak lekko pisała o tak toksycznym związku, tak dobrze wykreowała Asę oraz opisywała te sytuację. Czytanie tego zajęło mi kilka godzin. Mniej więcej 400 stron w 5 czy 6 godzin. Pochłaniałam tę książkę, nie chciałam kończyć. Czytam i nagle jest 100 stron dalej. Wiecie, jak to jest? To właśnie tak mam z tą książką. Pochłonęłam, nie chciałam odejść i jeszcze mnie trzymała przez cały wczorajszy wieczór.


Nie oczekiwałabym od tej książki jakiegoś odzwierciedlenia rzeczywistości – autorka pisała dla siebie, więc czytajmy to dla przyjemności. Po prostu puściła wodze fantazji i wyszło jej to naprawdę dobrze. Jest wiele momentów, które po prostu bulwersują, czasem obrzydzają, ale to tak ma być. Te sceny po prostu są nienormalne i tak ma być, ale bardzo dobrze napisane i pasujące do tej historii. Im dalej tym historia robi się trudniejsza – relacje się komplikują, Asa robi się coraz gorszy, mniej przewidywalny.

Powieść ma nietypową budowę: treść – koniec I – epilog – prolog – epilog po epilogu – faktyczny koniec. Do pierwsze końca jest naprawdę genialnie, nie mam żadnych zastrzeżeń. Jednak epilogi są przesadzone, bardziej nierzeczywiste. Nie do końca mi się podobały, chociaż umiem zrozumieć, dlaczego autorka nie chciała kończyć. Po prostu to przedłużanie było przekombinowane, ale w dalszym ciągu ciekawe. Prolog jest cudowny, bardzo mi się spodobał i cieszę się, że jest w tak dziwnym miejscu.


Nic mnie tak nie zachwyciło w tej książce tak bardzo, jak bohaterowie. Moje sympatie w tej książce to jedna rzecz, a docenianie kreacji i zachwyt na tym to druga.


Kreacja Asy niesamowicie mi się podoba. Jest dilerem narkotyków, a do tego jest chory psychicznie. W rozdziałach jego z punktu widzenia dowiadujemy się, jak duży wpływ na jego osobowość mają nauki jego ojca i jak bardzo go to zniszczyło. Facet jest maniakiem, a to, jak potrafił naginać rzeczywistość do swojego spostrzegania świata, po prostu podziwiam.


Sloan jest przykładem, że nawet silna, niezależna można zostać uzależniona przez mężczyznę. Widzimy bitwy jej myśli, poznajemy, że jednocześnie kocha go i nienawidzi. Widać jej nadzieję i siłę, bo uważa, że ten związek jest jej potrzebny, aby pomóc jej rodzinie. Jednak to jest większy problem, nie tak prosty, co bardzo dobrze widać. Polubiłam ją.


Carter to po prostu ten książę na białym koniu. Polubiłam go, chociaż wydaje mi się najsłabiej wykreowany z tej trójki. Wiecie, często Ci wybrankowie głównych bohaterek, są za idealni, nie mają wad. Tutaj jest podobnie. Ciężko mi o nim coś więcej napisać, bo jest po prostu spoko, ale ginie w tłumie wszystkich innych bohaterów z różnych książek. Ogólnie poznajemy jego dwie osobowości, które się ze sobą mieszają. Po prostu nie potrafi oddzielić pewnych rzeczy od siebie, co niesie ze sobą różne konsekwencje.


Jest dużo scen seksu, ale są one przepełnione agresją, lękiem, brakiem szacunku do drugiej osoby. Krótko mówiąc jest więcej gwałtu i molestowania. Głównie to są te sceny, który mnie bulwersowały i obrzydzały. Co prawda pasuje to do książki, ale pamiętajmy, że jest o toksycznej relacji.

Dziwnie mi określając tę książkę jako coś, co raczej powinno się czytać dla relaksu ze względu na tematykę, jaką ona porusza. Ogólnie jestem fanką historii o toksycznych związkach, szczególnie gdy są to te pierwsze miłości, bo one rzadko kiedy są idealne i w stu procentach słodkie. Tutaj mamy poruszanie trudnych tematów, ale też motyw księcia na białym koniu, przez co dużo lżej się czyta i można traktować to jako odskocznię od innych książek. Ze względu na to, ile emocji wzbudzają wydarzenia w tej książce, jak dobrze wykreowani zostali główni bohaterowi, mogę ją polecić, ALE pamiętając, że to książka o toksycznej relacji i różnych nielegalnych rzeczach. Mi zapewniła emocje i rozrywkę, nie irytowała niczym. Poza przedłużającymi się epilogami, odrobinę przekombinowanymi, nie ma słabych stron, więc warto jej dać szansę.


6 zmian w moim życiu podczas kwarantanny



Hej!
Na Instastory zamieściłam ankietę z pytanie, czy napisanie o tym, co zmieniła kwarantanna w moim życiu będzie fajnym postem. 100% odpowiedzi na tak! 
Na początku myśląc o kwarantannie twierdziłam, że nic się nie zmieniło.  To nieprawda. 3 miesiące w domu, nauka zdalna, stres całą sytuacją. Był to czas odkrywania nowych możliwości, czas na budowanie lepszych nawyków. Jednym życie spowolniło, innym przyspieszyło. U mnie były lepsze dni i gorsze. Nie lubię poczucia ograniczenia, ale rozumiem, dlaczego było tak a nie inaczej. Ze względu na to, że jestem ambiwertykiem - raz potrzebuję być sama, raz z ludźmi. To kolejny powód, dla którego nastrój mi się zmieniał, miałam jakieś huśtawki i tym podobne rzeczy. 
Zaczęłam wprowadzać rzeczy, o których myślałam od pewnego czasu lub nagle stwierdziłam, że warto to zrobić, bo mam teraz dużo czasu. 


1. Mniej znaczy więcej 


Minimalizm głównie kosmetyczny. Nie, nie ograniczyłam liczby kosmetyków. I tak miałam ich niewiele. Chociaż w kosmetyczce z tymi kolorowymi (no dobra, ze szminkami) pojawiły się małe zmiany, ale to głównie wyrzucenie zużytych kosmetyków i zastąpienie tego nowymi opakowaniami lub oddanie czegoś siostrze. 
Po prostu chodzi mi o ilość nakładanych rzeczy na skórę i włosy. Używam mniejszej ilości szamponu do mycia włosów, nakładam mniejszą ilość kremu, mniej balsamu do ciała, bo się nie smuży i łatwiej się wchłania. Mniej maski do włosów, szczególnie tej bez spłukiwania. 

Równie dobrze mogę to odnieść nie tylko do ilości produktu, ale też do jego składu. Wreszcie zaczęłam się edukować w kwestii składów kosmetyków. Jak na razie to dopiero początki. Idzie mi to powoli, szczególnie że na razie skupiam się na produktach do włosów. O co chodzi tutaj z tym "mniej znaczy więcej"? Krótsza lista składników kosmetyków, często wiąże się z lepszym składem, bo zawiera to, co jest potrzebne w danym kosmetyku - bez ulepszaczy i tak dalej, bardziej naturalne rzeczy.


2. Naturalne działa lepiej 


Nawiązując do poprzedniego punktu, do mojej kosmetyczki dołączyło więcej kosmetyków z naturalnym, a przede wszystkim z lepszym składem. O ile już wcześniej dbałam, żeby mieć maski do włosów i żele do twarzy jak najbardziej naturalne. Od czasu do czasu zdarzy mi się tylko nałożyć maskę na twarz z gorszym składem, bo chcę zużyć to, co mam, lub po prostu czegoś nie doczytam.
W tym czasie doszłam do wniosku, że warto by było zainwestować w inne kosmetyki z jeszcze lepszym składam. Miałam używałam przez kilka miesięcy wegańskiego żelu pod prysznic, ale miałam SLS, używałam też jakiegoś naturalnego balsamu, ale miał phenoxyethanol. W końcu mówię sobie "Kaśka, masz chorobę skóry. Niegroźna to niegroźna, ale estetyczna też nie jest, a skoro tak małym wysiłkiem możesz to zmniejszyć, to czemu nie?". Po prostu mam rogowacenie okołomieszkowe, czyli takie suche krostki wokół mieszków włosowych. Zwykle nie zwracałam na to uwagi. Nie przeszkadza mi to w codziennym życiu, nie jest to też moim kompleksem i nie mam problemu z odsłanianiem ramion. To tak słowem wstępu. Ogólnie mogę to minimalizować, ale pełne pozbycie tego jest ciężkie. Zmniejszanie tego nie jest dla mnie kłopotliwe - ograniczenie mocnego alkoholu, unikanie chipsów* i teraz dochodzi odpowiednia pielęgnacja, czyli jakieś 5 minut dziennie. 

*Ha, ha, ha... - wszystkie syfy na mojej twarzy zaczęły się radośnie śmiać.

W tym punkcie chcę po prostu napisać, że zauważyłam, że dla mnie lepiej działają kosmetyki z bardziej naturalnym składem.  Wiele z tych popularnych produktów zawiera składniki, które robią tylko ładną otoczkę i nic poza tym. Po użyciu peelingu domowej roboty (cukier, miód, oliwa z oliwek i odrobina śmietany), a później delikatnego żelu pod prysznic i naturalnego balsamu do ciała, po raz pierwszy miałam tak miękką skórę. Drobne krostki były, bo były, ale nie powstały od nowa, a skóra jak u bobasa.

3. Włosy


Moje włosy lubią się falować, to nie żadna nowość i zaskoczenie. Dla mnie. Zmiany w ich pielęgnacji wtaczałam stopniowo. Zaczęło się od czarnego mydła zamiast szamponu - rypacz, ale z jaką ilością składników aktywnych! Szczególnie zmiany zaczęły się w tamtym roku, gdy (prawie) na zawsze pożegnałam się ze szczotką do włosów, bo kręcone/falowane włosy tego nie lubię. Gdzieś po drodze wyczytałam, że takie włosy nie lubią sylikonów, lubią być wyciskane w koszulkę, jest coś takiego jak plopping, ale dopiero od kilku tygodni zaczęłam dbać o ponowne wydobycie skrętu. 
Wszedł regularny plopping, mycie włosów metodą OMO - odżywka, mycie, odżywka. Od jakiegoś tygodnia czy dwóch zainteresowałam się równowagą PEH

Widzę, że moje włosy lepiej się kręcą, zaczęły nieco szybciej rosnąć. Więcej jest ich objętościowo - zaczyna mi rosnąć więcej baby hairów, ale też te włosy, co mam są mocniejsze.

4. Rośliny 


Ręki do roślin nie miałam nigdy. Regularne podlewanie nie mieściło się w moim świecie, dlatego w pewnym momencie zrezygnowałam z nich. Roślinę, którą miałam od dziecka wyniosłam do łazienki, a potem nie mam pojęcia co się z nią stało. 
W końcu rok temu wzięłam jednego zamiokulkasa, bo mamie nie mieścił się w doniczkę i powoli się rozrasta. Tym bardziej, że do to dość wytrzymała roślina, więc nawet nie przeszkadzało mu to, że czasem nie był podlewany i dwa tygodnie. Żyje, wytrzymał i teraz jest podlewany co drugi dzień, więc dla mnie jest to sukces.


5. Picie ziółek 


Do mojej codzienności weszło codzienne picie ziółek. Prawie, odkąd robię sobie przerwę po pokrzywie i spróbowałam skrzypu, to nie za bardzo mi ten smak przypadł do gust i jakoś wypadło to z mojej codzienności. W ostatnich dniach jakoś częściej pojawiała się melisa niż to. Staram się do tego wrócić.  I na razie drugi dzień z rzędu piję. 
Po piciu pokrzywy największe różnice w stanie moich włosów. Zobaczymy, jak będzie to wyglądać po skrzypie. :D Melisa za to niesamowicie mnie relaksuje i uspokaja. Poradziła sobie z moim zdenerwowaniem na kolokwium z fizyki. 

Posmakowałam też w tamtym miesiącu yerba mate. Chcę kupić sobie zestaw do tego, bo spodobał mi się efekt po tym. Taki przyjemne. Ciekawie, jakby na mnie codzienne picie wpłynęło. Do tego poczytałam, że to ma bardzo wiele innych zalet. 

6. Tryb manualny w aparacie


Zapomniałam o tym! I dopisuję to na chwilę przed publikacją. Pisałam już, że próbuję ogarnąć tryb manualny. Raz wychodzi lepiej, a raz gorzej. Czasem wracam do trybu półautomatycznego, bo inaczej nie umiem ustawić. Bywa różnie, ale się uczę. Chociaż ostatnio nie robię aż tylu zdjęć, ile bym mogła lub bym chciała. Powinnam zacząć brać aparat, jak gdzieś wychodzę, bo w ciągu ostatnich dni byłam w tak ładnych miejscach, że żałuję, że nie mogłam tego uwiecznić. Przynajmniej będę mieć motywację, żeby tam wrócić. :D

Ulubieńcy Miesiąca: Kwiecień & maj 2020

Hejo!
Zaczynamy czerwiec, więc czas na podsumowanie kwietnia i maja. Nad kwietniem mogę się rozwodzić, że było fajnie, dużo czytałam, dużo pisałam i miałam więcej chęci, bo tak było. Kwiecień był dużo lepszym miesiącem dla mnie i dla mojej głowy, i dla wszystko co robię. Z kolei maj mnie spowolnił. Był jak taka ściana na drodze. Po prostu idziesz sobie żwawo przez życie, a tu maj 2020. Były pojedyncze dobre rzeczy i dobre momenty, ale cały nastrój tego miesiąca był słaby. Samodyscyplina mi po prostu opadła i nie chciała się podnosić. Chcę się już ogarnąć. 
Zaplanowałam sobie cele na maj, których nie udało mi się w pełni zrealizować. Najlepiej szło picie pokrzywy (i melisy), a w tym miesiącu robię zmianę i piję skrzyp (i czystek, ale to co innego. A melisę i tak piję nieregularnie). Książek przeczytałam 7, a planowałam 8. Nieduża różnica. Z nauką było całkiem nieźle. Niestety nie uczyłam się wszystkich z taką samą regularnością, ale dobrze mi szła nauka analitów - kilka razy w tygodniu, matematyka - 2 czy 3 razy w tygodniu. Angielski - dwa razy w tygodniu, ale tylko na zajęcia. Fizyka - raz w tygodniu, czyli za mało. Oprócz tego uczyłam się stawiać realne plany na dzień - chyba mi się udało. 


1.  Muzyka


Muzycznie był to okres "hot16challange2", jeśli ma dość tego tematu, to macie szczęście. U mnie tego nie znajdzie. Mi do gustu przypadły trzy czy cztery. 
Na nowo się zakochałam w piosence Demi Lovato "Sorry not sorry". Ta piosenka dawała mi takiego kopa w tym miesiącu i przy okazji pozwoliła mi powrócić wspomnieniami do fajnego czasu. Jak mi brakuje płyty Demi "Tell me you love me" w samochodzie!






2. Książki 


W kwietniu przeczytałam 9 książek, co jest wynikiem bardzo ładnym. W maju przeczytałam 7 książek, a planowałam 8. Zawiedziona nie jestem, jakby co.  Tym bardziej, że do wyzwania przeczytam tyle, ile mam wzrostu doszło mi 29,2 cm z kwietnia oraz 16,2 cm z maja. Bardzo jestem zadowolona z tego, że w kwietniu czytałam codziennie i trwało do połowy maja. Dzięki temu w kwietniu przeczytałam rekordową liczbę 4662 stron. W maju było dużo mniej, bo nie czytałam codziennie i książki były cieńsze, ale i tak dało to 2359 stron. 
  1. Osaczona Pola Roxa - recenzja 8/10
  2. 19 razy Katherine John  Green - Green po tylu latach dalej nie zawodzi! Dodatkowo lepiej zrozumiałam powieść, bo moja wiedza matematyczna jest większa i te małe dodatki mnie po prostu bawiły. 9/10
  3. Współlokatorzy Beth O'Leary - Cudne. Lekka, zabawna i pouczająca. Podoba mi się to, że porusza tak ważny temat, a tego się nie spodziewałam. 9/10
  4. Harry Potter i Więzień Azkabanu J.K. Rowling - mam słabość do Harry'ego Pottera i dla mnie po prostu zawsze jest 10/10.
  5. Władca Cieni Cassandra Clare - bardzo dobra książka, dużo się dzieje, intryguje i po prostu poszerza świat Nocnych Łowców. 8/10
  6. Królowa Mroku i Powietrza Cassandra Clare - Clare to po prostu mistrzyni finałów! Zmiotła mnie z nóg, ale miałam wrażenie, że było dużo fantastyki w fantastyce. 9/10
  7. Czerwone Zwoje Magii Cassandra Clare, Wesley Chu - recenzja 8/10
  8. Te wiedźmy nie płoną Isabel Starling recenzja 6,5/10
  9. Siostrzeniec Czarodzieja C.S. Lewis - ta "Opowieści z Narnii" część jest bardzo ciekawa, ale nie jest moją ulubioną. Bardzo doceniam historię powstania tej krainy. 9/10
  10. Niewiarygodne Sara Sheperd - bardzo fajna część, szczególnie, że dowiedzieliśmy się, kim jest A. 8/10
  11. Zabójcze Sara Sheperd - Hannah mnie tak strasznie irytowało, robiła tak głupie rzeczy, że ciężko było mi ją znieść i zrozumieć. Ogólnie trochę nudnawo tu było, ale wiem, że wszystko mu się tu rozkręcić. Nowe A. jest ciekawe i chyba groźniejsze niż poprzednie. 7/10
  12. Chcę być kimś cz. 3 Michał Zawadka - ta część książek pana Zawadki trafiła do mnie najbardziej. W poprzednich sporo już wcześniej wiedziałam, a tutaj trafiło idealnie w moje życie i potrzeby. Każdy powinien to przeczytać. 9/10 
  13. Tusz Alice Broadway - recenzja 9/10
  14. Bez winy Mia Sheridan - recenzja  8/10
  15. Wyrwa Wojciech Chmielarz - recenzja 7/10
  16. Mimo moich win Tarryn Fisher - kocham tę historię całym sercem, za jej nie perfekcyjność oraz toksyczność relacji bohaterów, za tę pierwszą miłość, która jest totalnie do dupy, bo bohaterka nie potrafi się zachować w związku, nie wie jak się zachować. Zresztą bohater też nie jest idealny. 9/10


3. Filmy 


Zbłąkał mi się tutaj jeden film z marca, zapomniałam go wpisać do arkusza. W kwietniu obejrzałam 5 filmów, bo przesadziłam.  Dwa filmy z rzędu, z czego drugi to była "Drużyna Pierścienia"... 4,5 godziny siedzenia i oglądania to za dużo dla mnie! W maju za to postawiłam na lekkie filmy, głównie te, które już widziałam, znam i lubię. Dominował tutaj DreamWorks.

  1. Pasażerowie - zbłąkany film z marca, zwykle nie oglądam czegoś, co dzieje się w kosmosie (i zaczynam czuć, że coś tracę).  Świetny po prostu. 
  2. Alita: Battle Angel - ten film mnie naprawdę zachwycił! Fabuła, postaci i świat. Coś cudownego.
  3. Drużyna Pierścienia - zachwycający film, świetna ekranizacja. I cóż... Nawet lepszy od ekranizacji Harry'ego Pottera. 
  4. Znak Diabła - po prostu nie, ani straszne, ani fabularnie ciekawe. Po prostu nie. 
  5. Planeta Singli - lekka komedia, zabawna i urocza. Bardzo lubię. 
  6. Wiek Adeline - film, który chciałam obejrzeć od gimnazjum. Wyobrażałam go sobie inaczej, ale przerósł moje oczekiwania. Cudowny jest, piękny i oryginalny po prostu. 
  7. W lesie dziś nie zaśnie nikt - film, który wzbudza kontrowersje, ale mi się podobał. Nie mam w nim nic nadzwyczajnie złego, jest zrobiony bardzo bezpiecznie i zachowawczo. Momentami doprowadzał mnie do śmiechu. Co prawda, nie zakwalifikowałabym go jako "ambitnego" filmu, ale jeśli chcecie obejrzeć po ciężkim dniu coś lekkiego, co może Was odmóżdżyć to będzie dobre. 
  8. Shrek 1,2 - kultowe dalej, kocham całym serduszkiem! 
  9. Madagaskar 1,2,3 - muszę Wam powiedzieć, że nie doceniałam tego, gdy byłam młodsza. Pierwsza część niesie fajne mądrości. "Madagaskar" z części na część jest dla mnie co raz lepszy!
  10. High School Musical 1, 2, 3 - powrót do filmów z dzieciństwa. Bardzo podoba mi się przesłanie pierwszej części, że każdy może być kim chce i łatki szkolne go nie ograniczają. Później zrobiło się trochę "Zac Efron Show". Ogólnie Troy mnie strasznie irytował. 
  11. Ostatnia klątwa (2011) - świetny film! Podoba mi się historia. Zamieniłabym tylko aktorów i jako głównego bohatera dałabym Thomasa Briodie-Sangstera.
  12. Harry Potter i Kamień Filozoficzny - kocham całym serduszkiem po prostu. 


4. Zdjęcia


Pisałam już, że zaczęłam oswajać się z trybem manualnym. Oprócz tego zaczęłam obrabiać zdjęcia w innym sposób niż zwykle, nie tylko zwiększając kontrast, ale też gdy jest taka potrzeba zmniejszając go, dzięki czemu będę mogła ogarnąć prawie trzyletnie zdjęcia. Z kwietnia nie mam zbyt wielu zdjęć, dużo więcej mam z maja.  





5. Coś nowego


Zaczęłam używać aplikacji "Forest" i całkiem się u mnie sprawdza. Najgorzej jest mi zacząć, ale gdy włączę ten czas, to jakoś mi to leci. Oczywiście, jeśli o tym nie zapomnę. Ogólnie jestem z osób, które motywują takie rzeczy np. więcej kwadracików zamalowanych niż nie zamalowanych czy te wirtualne drzewka. 


6. Jestem dumna z...


Z przeżycia. 
A tak serio, to z tego, że przez ponad 1,5 miesiąca czytałam codziennie. Pierwszy raz w życiu mi się to udało. Było bardzo fajne. 
Jestem dumna ze zdawania wejściówek na laboratoria z podstaw chemii analitycznej. Ze zdania kolokwium w tego samego przedmiotu! Z tego, że ogarniam matematykę. 

Kurde, nie jest tak źle jak myślałam. Z rzeczy, które się dla mnie liczą jest dobrze po prostu. 

"Wyrwa" Wojciech Chmielarz


Hejo!
Dziś przychodzą z recenzją najnowszej książki Wojciecha Chmielarza, czyli "Wyrwy". To nie moje pierwsze spotkanie z tym autorem. We wrześniu czytałam i recenzowałam "Ranę" - zapraszam do recenzji *klik*. Jest to thriller psychologiczny, czyli gatunek po który sięgam baaardzo rzadko, jeśli nie wcale. Nie będę tej książki oceniać w ramach gatunku, tylko po prostu jako książkę, powieść. Nie mam porównania z innymi książkami z tego gatunku, nie wiem jak wypada na ich tle, ale od czegoś trzeba zacząć. Ogólnie thrillery to gatunek, które cechy najbardziej mi się rozmywają - znam książki z tego gatunku, ale nie umiem wskazać konkretnych cech tego. Wiem o co chodzi, no ale nie do końca. Po prostu przejdę już dalej, a Wy czytajcie, aby dowiedzieć się co o tej książce.

Tytuł: Wyrwa
Autor: Wojciech Chmielarz
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 383
Data wydania: 6 maja 2020
Moja ocena: 7/10


Maciej nagle dowiaduje się o nagłej śmierci jego żony, Janiny. Takie zdarzenie zawsze rujnuje życie. Musi powiedzieć swoim córeczkom, że straciły matkę, jednocześnie chce być dla nich silny, ale jak, kiedy ta śmierć pokazuje, że jego żona miała przed nim sekrety. Fakt, że wypadek był pod Mrągowem, gdy jego żona powiedziała mu, że będzie w Krakowie, to tylko wierzchołek góry lodowej. Oprócz tego tajemniczy mężczyzna pojawia się na jej pogrzebie. Maciej w końcu jedzie na Mazury, aby poznać prawdę, jednak ona jest dużo bardziej zawikłana i tajemnicza.

Książkę mogę ocenić jako bardzo dobrą. W skrócie ciekawa fabuła, bardzo dobrze wykreowani bohaterowie, szczególnie główny bohater i zakończenie należy do dość mocnych. Brzmi idealnie, no nie? Więc czemu tylko "7/10"?

Także zaczynami główną część!

Fabuła jest niezwykle ciekawa i po prostu godna podziwu. Lubię motyw  dochodzenia do tajemnicy czyjejś śmierci. Tutaj realizacja tego pomysłu jest po prostu niesamowita. Od początku chciałam wiedzieć, dlaczego tak się stało, co się wydarzyło, co ukrywała Janina. To jak przeplatają się te wątki, jak wychodzi jedno, potem drugie i myślę, że wiele rzeczy jest niespodziewanych. Czego można się domyśleć, to się domyślałam, ale już później było z tym ciężej. Szczególnie końcówka była zaskakująca, a ostatni rozdział już w ogóle mnie nieco zmiótł i przez pół godziny miałam miałam w głowie "Wow!". Dla mnie sama końcówka nie zmieniła wydźwięku samej fabuły, ale wydaje mi się, że bardzo dobrze podsumowuje całą książkę i można wysunąć z niej dobre wnioski. 
Przez pół książki czuć taką rezygnację, pustkę. To uczucia głównego bohatera, które są bardzo dobrze odzwierciedlone. Gonitwy myśli popychają go prób rozwiązania tej zagadki. Akcja przez to wszystko nie toczy się nie wiadomo jak szybko, jest powolna, trochę ospała. Tak jakby "toczy się, bo musi". To samo jest z życiem głównego bohatera - toczy się, bo musi. Bliżej końca, chyba ostatnie 150 stron akcja nabiera tempa. Zmienia się też klimat, czuć więcej gniewu, determinacji. Po prostu zmiana zachodzi również w Macieju, gdy poznaje coraz więcej faktów z życia swojej żony, o których nie miał pojęcia.
Wydaje mi się, że to powieść z tych, gdzie od akcji trzymającej w napięciu ważniejsze są uczucia bohatera. Na tym to się skupia, Maciej chce się dowiedzieć prawdy, jednocześnie dużo myśli o swoim małżeństwie, w którym coś się wypaliło. Możemy poznać jego uczucia względem żony, jak było na początku i jak było później, po tych dwunastu latach. 

Pomimo ciężkiego tematu książkę czyta się bardzo dobrze. Co prawda nie czytałam jej jakoś szybko, bo ostatnio miałam mniejszą ochotę na czytanie, miałam też dwa dni w ogóle bez książki i jakoś tak wyszło. Skończyłam ją wczoraj, niemalże od razu usiadłam do pisania. Jest dużo opisów i przemyśleń, mniej dialogów, ale to również nie jest przeszkodą. Opisy nie są uciążliwe, często zawarte są w nich historie lubi gonitwy myśli bohatera oraz jego wspomnienia. 

Jednak brakuje mi większej ilości wspomnień Macieja dotyczących Janiny. Było ich trochę, ale to było dla mnie za mało. Nie mogłam sobie w pełni stworzyć obrazu Janiny jako żony. Być może to było celowe, aby pokazać, że mąż jej nie znał. Nie mam pojęcia. Po prostu wolałabym więcej wspomnień o niej, bo z początku miałam wrażenie, że mogła być toksyczna dla męża. Szkoda także, że nie pociągnięto wątku w jaki sposób Konrad ją skrzywdził (nie wydaje mi się, żeby to był spoiler). Na początku było coś o tym wspomniane i nic więcej, bo nikt inni nic nie wiedział. Jednak nadrabia to opis Janiny jako Niny. Niby to ta sama osoba, ale zupełnie różne charaktery, marzenia, podejście do życia. 

Śmierć Janiny bardzo komplikuje relację pomiędzy Maciejem a dziećmi, pomiędzy Maciejem a teściami. Chyba mogę stwierdzić, że lubię takie zabiegi. Zawsze to jakieś urozmaicenie wśród książek, gdzie relacje z rodziną są dobre. 
Jest w tej książce zawartych kilka drobnych stereotypów, które oddają mentalność bohaterów. Myślę, że to pasuje do tej książki, chociaż mnie lekko zakłuwało w sercu, gdy to czytałam. 

Książka na pewno będzie mieć swoich fanów. Dla mnie to nie do końca to, co lubię, ale polubiłam ją. Może nie zachwyciła mnie tak, jak "Rana", ale różnica wynika z tego, że wolę, gdy w książce jest większe napięcie. Tutaj ze zrozumiałych powodów fabuła biegła wolniej i miała inny klimat.


 Akredytacja 02/05/2020

W obiektywie #11

Cześć!
Dzisiaj luźniej. Będzie kilka, kilkanaście zdjęć. W większości nieobrabianych. Od początku tego miesiąca zaczęłam się uczy używać trybu manualnego w aparacie. Zarówno w zdjęciach domowych, jak i tych plenerowych. Spontanicznie uznałam, że warto zrobić kolejny krok w fotografii.  
Dziwnie mi używać tego słowa odnośnie zdjęć, które ja sama robię. Mam wrażenie, że nie pasuje to do mnie. Trochę ostatnio pisałam o tym na Instagramie przy okazji #instawtorku. 
Mam ochotę się powtórzyć. Lubię robić zdjęcia, ale nie lubię nazywać się fotografką, bo jest masa osób, które albo robią to profesjonalnie, albo ich zdjęcia to czysta sztuka. Podczas gdy moje zdjęcia to prostu zdjęcia. Czasem zdjęcia ładnych rzeczy, czasem zdjęcia ładnie obrobione, czasem zdjęcia po prostu ładne same w sobie, że nie mam ochoty ich obrabiać (z takich zdjęć składa się ten wpis). 
Po raz trzeci "W obiektywie" jest przeglądem zdjęć, które ostatnio zrobiłam. Tym razem zero obróbki, zero podkręcania kontrastu, poprawiania kolorów. Nie ma nic takiego, bo podobają mi się te zdjęcia takie, jakie są. Może najdzie mnie ochota przed wrzuceniem ich na Instagrama, jeśli będę chciała obrabiać zdjęcia, żeby po prostu porobić coś takiego. Zwykłe zdjęcia, robione na trybie manualny, w stanie surowym, aby mogła je za jakiś czas porównać, gdy uda mi się bardziej to wszystko opanować. 



Dwa pierwsze zdjęcie to po prostu deszcz, bo po prostu "tak ładnie wyglądają te krople na szybie!"  i "ale pięknie słońce zachodzi!" 
Niżej zdjęcia z Królewskich Źródeł. Rezerwatu w Puszczy Kozienickiej. Zdjęcia naprawdę nie oddają tego, jakiego to miejsce jest piękne! (Bo jeszcze nie do końca ogarnęłam manuala.) I dlatego też, że są czyste, bez niczego jak wspomniałam. Wiem, że mogłabym je podkręcić, ale to nie dzień na to.
 Być może, wpadną znowu za jakiś czas, ale podrasowane. Zobaczę. Chcę po prostu zobaczyć progres na takich, jakie stworzyłam. 









Czy świat może być idealny? "Tusz" Alice Broadway



Hejo!
Dziś recenzja książki, którą nie wiem, kiedy bym przeczytała, gdyby nie uprzejmość wydawnictwa weneedya.pl. Bardzo dziękuję za tę książkę! Była na mojej liście do przeczytania chyba odkąd tylko została wydana, ale jakoś nie zdarzyło się, żebym wcześniej ją kupiła. Na szczęście to czekanie się opłaciło i zakochałam się w tym świecie. To będzie jedna z bardziej wyjątkowych książek. 
Ostatnio trochę się nie wyrabiam z czasem. Przynajmniej tutaj na blogu. Liczyłam na to, że dodam ten wpis wczoraj, ale moje życie miało inne plany. 

Tytuł: Tusz
Autor: Alice Broadway 
Seria: Księgi Skór (tom 1)
Liczba stron: 378
Data wydania: 03.10.2018
Moja ocena: 9/10


Leora Flint żyje w mieście idealnym. Jest Naznaczona, to znaczy ma tatuaże, które pokazują kim jest, co przeszła i jakim jest człowiekiem. Potrafi odczytywać znaczenie tatuaży innych ludzi, więc nie martwi się tym, co ukrywa druga osoba. Bo nic nie można w tym mieście ukryć. Istnieją też miasta Nieznaczonych, potępionych, którzy odrzucili błogosławieństwo i możliwość zostania zapamiętanym. Są źli, zakłamani i zazdrośni. Ale czy na aby na pewno? Gdy umiera jej ojciec, który był dobrym człowiekiem, świat staje na głowie. Okazuje się, że rodzina ukrywała przed nią wiele rzeczy, a ten świat nie jest tak przejrzysty jak się wydaje,


W książce zakochałam się od pierwszych stron. Czytanie jej to była czysta przyjemność, którą chciałam zachować na jak najdłużej. Po prostu to książka, którą się delektowałam, a nie pochłaniałam (jak zwykle). Dużo tęż o niej myślałam, kiedy jej nie czytałam lub odkładałam w trakcie czytania, aby się zastanowić i pomyśleć. 

Fabuła jest dość spokojna. W tej części nie ma rozlewu krwi ani dużego buntu. Tutaj jest dużo historii, opisu świata oraz życia głównej bohaterki. Głównym wątkiem jest odkrywanie tajemnic, jakie skrył przed Leorą ojciec oraz jej walka, aby nie został skazany na zapomnienie po śmierci. 
Chyba nie znam innej książki, w której świat byłby tak dobrze wykreowany. Czytałam to i miałam w głowie "Wow! Wygląda idealnie!", a zaraz po tym myśl "Ale czy naprawdę może być idealny?". Mamy tutaj typowe dla dystopii państwo-miasto, a za jego granicami są groźnie ludzie. Jednak nie jest to kolejna taka-sama-młodzieżówka. Ma kilka charakterystycznych cech dla tego typu książek, ale się wyróżnia. Standardowy podział na lepszych i gorszych, tutaj to Naznaczeni i Nieznaczeni. Wyróżnia w tym tą książkę, że tutaj chodzi o tatuaże, które są traktowane jako błogosławieństwo, ale też oznaka szczerości i uczciwości. Czysta skóra budzi w ludziach przerażenie, zupełnie inaczej niż w świecie, w który znamy (ale to się już zmienia, na całe szczęście). 
Oprócz tego są baśnie, które są podstawą wiary Naznaczonych. Bardzo lubię takie zabiegi, pozwalają bardziej wczuć się w świat i sprawiają, że jest jeszcze bardziej wyjątkowy. Tutaj mamy nową wersję baśni, którą wszyscy dobrze znamy "Śpiąca królewna", chociaż nie jest ona najważniejsza i pojawia się na końcu, bo ważniejsze jest to co się działo z matką królewny i kim ona była, to naprawdę czuć inspirację. Także mamy inną wersję i inne spojrzenie na historię Pandory, co także bardzo mi się podoba. Te baśnie skłaniały mnie myślenia, szczególnie historia o Pandorze (nie było imienia dziewczyny) oraz historia "Siostry", czyli matki wyżej wspomnianej królewny oraz jej siostry.
Myślę, że zakończenie jest dość zaskakujące, ale są też różne wskazówki. Bardzo mi się to podoba. Szczególnie, że bardzo mnie to zaciekawiło i chcę zobaczyć, jak to się potoczy dalej. 

Leora jest oryginalną bohaterką. Nie należy do tych super bohaterek, odważnych, walczących z systemem. Została wychowana tak, że ufa, że to Nieznaczeni są źli, że tatuaże są błogosławieństwem i pozwalają być zapamiętanym Wszystko, czego się dowiaduje, mąci jej w głowie, stresuje ją, skłania do różnych, niezbyt przemyślanych zachowań, ale też nie robi nic aż tak irytującego. Generalnie, Leora to szara myszka, ale nie jest nijaka. Ma ambicje, ma świadomość, kim jest, kim chce być i można wiele od niej powiedzieć.

Bardzo podoba mi się jej relacja z matką, bo jest trudna. Nie mówią sobie o wszystkim, mają wiele sekretów przed sobą i po prostu nie mają wspólnego języka. Szczególnie, że Leora nie należy do buntowniczek, więc także nie jest to na zasadzie "Moja matka nie ma racji, nienawidzę jej". Po prostu ciężej jest im się dogadać, a sekrety tego nie ułatwiają.
Jej matka, Sophie, mam wrażenie, że była ciągle nieobecna. Albo umysłem, albo w całości jej nie było. Trochę irytowało mnie to, że gdy Leora bezpośrednio pytała się coś, czego się dowiedziała, to była zbywana. Jednocześnie bardzo podsycało to moją ciekawość, więc rozumiem ten zabieg i dodało też wyjątkowości tej książce. 

Chciałabym poznać bliżej Verity, przyjaciółkę głównej bohaterki, bo wydaje się być w porządku. Obie zaczęły pracę, więc rzadziej się spotykały, ale mimo to Verity jej pomagała. Widać zażyłość pomiędzy nimi, co bardzo mi się podoba. 

Wątku miłosnego w tej książce prawie nie ma. Leora poznaje Oscara, który po pewnym czasie zaczyna  w niej budzić fascynację. Jest to bardzo nienachalne, nie ma tutaj wielkiej miłości po kilku dniach, co dla wielu osób będzie dużą zaletą. Nie uważam też tej informacji za spoiler, bo to niewiele wnosi do fabuły. Nic tylko czekać aż się ich historia rozwinie, ale mam nadzieję, że nie zdominuje to całej fabuły w kolejnych częściach.

Powieść zdecydowanie godna polecenia! Nie spodziewałam się, że ta książka przypadnie mi aż tak do gustu, tym bardziej, że po przeczytaniu kilku książek o dystopiach już mnie ten temat tak nie kręcił. Ta książka trochę mi się kojarzyła z "Delirium", ale jest inna, nawet moim zdaniem ciekawsza. 



 Akredytacja 02/05/2020

Faza akceptacji




Hejo!
Zaczynając pisać ten post żałowałam, że nie zaczęłam go w niedzielę, bo miałam bardzo dobry humor. A tak to był poniedziałkowy poranek i poniedziałkowe marudzenie, że poniedziałki to moje dni. Im dłużej ten dzień trwał tym gorzej, ale koniec końców wyszło spoko i humor miałam dobry, naprawdę. Liczyłam na to, że zbiorę moje myśli do kupy i napiszę post o tym, co u mnie. Raz na dwa miesiące tak jest. A z tego postu wyszły jakiejś poważniejsze przemyślenia i post zjawia się we wtorek. Dawno nie pisałam nic tak długo, nad niczym aż tak nie myślałam. I nawet ten wpis jest dla mnie dużo bardziej odkrywczy niż się spodziewałam. Mam nadzieję, że pozwoli mi to ruszyć dalej.

Dwa miesiące temu pisałam o uldze po sesji. Teraz jeszcze nie umiem określić dobrze o czym piszę, ale pewnie trochę będzie o tej fazie akceptacji, którą ostatnio miałam. Tamten tydzień, a raczej cały pierwszy tydzień miesiąca był dla mnie ciężki. Miałam spadek chęci, spadek motywacji, do tego jakieś takie ogólne zmęczenie mnie dopadało, mimo że nie robiłam nic takiego. No bywa po prostu. Starałam się co robić, ale minimalnie, bo dłużej było mi ciężko. Zawsze najgorzej było zacząć, więc czasem się przymuszałam, ale wiem, że to nie był ten stan, kiedy lekko się przymuszę i wszystko pójdzie z górki. 
Moje lenistwo i brak chęci można podzielić na dwa stan. Stan lekki "nie chce mi się dupy ruszyć" i stan ciężki "męczy mnie życie".
I to pierwsze to jest serio lekkie. Bo wiem, że jak się tylko ruszę to będę coś robić. Bylebym tylko nie zaczęła robić miliona rzeczy na raz, bo się mogę trochę w tym pogubić i kończyć to dłużej niż powinnam. Jeśli tylko się skupię na jednej rzeczy, a potem kolejna i tak będę robić, to wszytko będzie spoko. Moje chwilowe "nie chce mi się" szybko się usuwa i działam prawie półautomatycznie. Zaczynam mieć więcej energii i jest mi lepiej. Często wchodzi mi spontaniczność.

Za ten stan ciężki brak chęci jest bardziej złożony. Najprościej jest mi go określić jako "męczy mnie życie", bo chyba to wszechogarniające zmęczenie jest w tym dominujące. Zdaje mi się, że każdy tak ma. I w sumie tak chcę dojść do tego, czym on był spowodowany, to mam kilka podejrzeń, ale żadnej pewności. Był skutkiem ubocznym, a jednocześnie konsekwencją pewnych działań (a może ich braku). Mogłam mieć wpływ, żeby było lepiej i nie było aż tak, a jednocześnie nie mogłam. Czyli po prostu kumulacja czynników, na które miałam wpływ i tych na które nie miałam  (aż tyle) wpływu. W dużym skrócie zespół napięcia przedmiesiączkowego i stres. W tym pierwszym przypadku to, niestety, z hormonami nie zawsze wygram. Raz lepiej ten czas znoszę, raz gorzej. Raz jest bardziej nerwowa, raz zmęczona. Różnie. Ciężko mi to przewidzieć i ma na to wpływ dużo czynników. 
Oprócz tego stres, bo moja uczelnia zaczęła sobie przypominać, że fajnie przywrócić jak najwięcej zajęć, zacząć robić kolokwia i tak dalej. A moja regularność w nauce była w tym czasie bardzo różna. Uczyłam się głównie matematyki, trochę mnie chemii analitycznej, a fizyka? Fizyka nie jest czymś, co sprawia mi przyjemność i mnie interesuje. Zresztą, ten przedmiot jest tak uroczy, że materiał z wykładu i materiał na ćwiczenia, i zadania z kolokwiów nie mają ze sobą wiele wspólnego. Więc bardzo często odkładałam ją na później. Przecież nie ma obowiązku odsyłania, no nie? Aż w końcu ogłoszone kolokwium i ogarnij to w tydzień, Kiedy się uczyłam? Oczywiście, że tego samego dnia, co kolokwium. Przecież nie miałam czasu. Oczywiście byłam zła na siebie, ale co z tego jak już po fakcie? Kolokwium wywołało we mnie atak histeryczne śmiechu. Materiał, który ogarnęłam nie miał zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Jak zawsze. Przy pierwszym zadaniu poprosiłam mamę o melisę. A potem już chill out i śmiech. Paranoja. Nie tylko treść zadań, ale też przebieg tego. 
Pewnie też jakieś inny rzeczy na to wpłynęły, ale nie przykułam do tego takiej uwagi. Myślę, że te dwa to były główne powody mojego samopoczucia. Do tego jeszcze poczucie niewypełnionych obowiązków i proszę bardzo! Tydzień z życia wyjęty.

Jak dla mnie to taki moment, kiedy już nic nie działa. Więc zostaje mi pogodzić się z tym. Nie mam na wszystko wpływu. Brzydko mówiąc, zj*bałam sprawę. I pozostaje mi tylko to zaakceptować. Nie chcę sobie tego wyrzucać w nieskończoność, bo to tylko pogarsza mój nastrój. Więc po co? Zresztą nic się nie skończyło, wszystko działa dalej, więc ja też mogę działać tak, jak wcześniej albo i lepiej. Po prostu, gdy zaczynam akceptować to, że tak mam, nie mogę wiecznie działać na pełnych obrotach, pozwalam sobie powiedzieć "A pi*przyć to", robi mi się lepiej.
Cieszę się, że powróciłam do książek Michała Zawadki. "Chcę być kimś cz.3" pomaga mi wziąć się w garść. Z żadnej z tych książek nie wyciągnęłam tyle co z tej.  Z czego jestem bardzo zadowolona, bo zamiast siedzieć i marudzić, zmieniam choć trochę swoje podejście. Jak na razie wyciągnęłam dwie szczególne rady i staram się do nich stosować. Liczę od pięciu i wstecz i siadam, że coś zacząć. Druga to pytanie "Co zamierzam z tym zrobić". Niby nic, ale pomocne.

Powracam do celów. Całości nie opublikuję, ale na razie powiem, że jednym z nich jest stawianie sobie realnych celów do wykonania. Chodzi o te plany na dzień. Bardzo często wpisuję sobie więcej niż w rzeczywistości jestem w stanie ogarnąć. I podejrzewam, że to jedna z przyczyn, że coś mi nie wychodzi i mi się nie odechciewa. Patrzysz na listę, zrobiłaś już tyle, a tu jeszcze tyle przed Tobą. Do tego już prawie 15! Tak dla przykładu, żebyście zrozumieli o co mi chodzi. 
Próbowałam też z książkowymi TBR-ami, ale to nie dla mnie. Jak w maju zaszalałam z tym, co bym chciała przeczytać, to trochę mi się czytać odechciało. No serio...  Jak wpisałam, to wyszło mi z 11 książek. Na szczęście się nie poddaję, czytam normalnie i w nosie mam TBR. Od początku kwietnia nie było dnia, żebym nie czytała i staram się utrzymać. Choćbym czytała i dwie strony w ciągu dnia, to staram się coś czytać. Chociaż tyle, że sprawdziłam, że taki listy nie są dla mnie.


I zaprszam Was na rozdanie na moim Instagramie. Wszystkie informacje w opisie zdjęcia. KLIKNIJ TUTAJ

PS. To nie tak, że boję się przekleństw. Tylko po prostu AdSense może się czepiać. 

Czy mogę to polecić? "Te wiedźmy nie płoną" Isabel Sterling



Hej!
Ten post miał się pojawić w niedzielę, ale moje rozważania o lekturach wygrały. A dziś wchodzę tutaj i przeżywam szok! Zmiana wyglądu! Trochę dziwnie, ale też jest bardzo przejrzyście. Podoba mi się. Będę musiała sama odkryć kilka nowych funkcji, ale już widzę, że nie będzie musiała pisać w Wordzie, bo widzę tutaj podobne narzędzia. Bardzo fajnie, że one doszły! Będę musiała się przyzwyczaić do nowych przycisków, ale to nie jest dużą wadą. 
Dzisiaj o książce, o której niedawno było głośno i pewnie gdybym nie portal czytampierwszy.pl, to bym jej nie przeczytała. "Te wiedźmy nie płoną" Isabel Sterling to książka, która wzbudzała mieszane uczucia - albo ktoś się zachwycał, albo wynudzał. Zwykle gdy czytam o magii to jest magia w innym świecie, wykreowanym przez autora, często ze szkołą magii. Wiecie o co chodzi. Nie wiem czemu tak, bo lubię też ten klimat bardziej stereotypowych wiedźm, tych które  żyją w świecie, który znamy. Szczególnie w filmach i serialach. Jak byłam młodsza uwielbiałam "Sabrinę", która leciała na Polsacie, "Czarodziejów z Waverly Place" czy nawet podciągnę "Miasteczko Halloween". Okej, w większości z nich też są Szkoły Magii w innym wymiarze, ale jednocześnie bohaterowie żyją w naszym świecie, chodzą do normalnej szkoły, zawierają przyjaźnie i wiodą życie zwykłego śmiertelnika. Do tej pory czytałam tylko jedną serię w takim w stylu, czyli "Krąg" i "Ogień" Matta Standberga i Sary Elfgren, które nie zachwyciły mi tak jak chciałam. Myślałam, że to będzie coś, co pokocham, a tu lipa. Kolejne dobre książki, ale nie tak dobre, aby miały szczególne miejsce w moim sercu. Zupełnie nie to, czego się spodziewałam. Z tego powodu do "Te wiedźmy nie płoną" podchodziłam ostrożniej ze świadomość, że to nie jest coś, co pokocham, ale wypadła równie dobrze jak tamte. Eh... Nawet nie wiecie, jak bym chciała znaleźć książkę, którą pokocham w takiej tematyce.


Tytuł: Te wiedźmy nie płoną
Autorka: Isabel Sterling
Wydawnictwo: We need YA
Liczba stron: 352
Data wydania: 11 marca 2020
Moja ocena: 6,5/10


Hannah przeżywa ciężkie rozstanie ze swoją byłą dziewczyną Veronicą. Nie ma, niestety, żadnego sposobu, aby się od niej uwolnić i zapomnieć, bo obie dziewczyny są w jednym sabacie. Jako Wiedźmy Żywiołów łączy je tajemnica swojej mocy, o której Regowie nie mogą się dowiedzieć, a także to, co się wydarzyło się w Nowym Jorku. Nie pomyślałyby, że tamten weekend zakończy ich związek i narazi na niebezpieczeństwo cały ich sabat, gdy Krwawa Wiedźma odnajdzie je w Salem i będzie chciała się zemścić.


Z czytaniem tej książki trafiłam w bardzo dobry moment, kiedy chciałam poczytać coś lekkiego i niewymagającego ode mnie większego zaangażowania. Jak dla mnie to jedna z takich historii - niezobowiązująca, dla wieczornego relaksu z czymś, co nieco odbiega od większości rzeczy. Nieco - to kluczowe słowo. Na pewno tę książkę wyróżnia pomysł - takie wiedźmy to coś, co rzadko spotykam. Miłość dwóch dziewczyn - tak samo, nie często wybieram takie książki. Wydaje mi się, że schemat fabuły też nieco odbiega od normy, chociaż ktoś bardziej wnikliwy może to przewidzieć. 

Fabuła opiera się na dwóch głównych wątkach. Pierwszy to niebezpieczeństwo dla Salem,  a drugi to życie miłosne Hannah. Dla mnie te wątki się zgrabnie przeplatają. Nie odczuwam, żeby było za dużo rozpaczy po rozstaniu, ale są osoby, które to drażni. Akcja jest równomiernie rozłożona na tych ponad trzystu stronach, co jest dużym plusem. Od początku książka jest ciekawa, ale rozkręca się i wszystko przybiera tempa gdzieś od połowy. Jednak nie było momentu, aby książka mnie nie nudziła ani ciągnęła się w nieskończoność. Są pewne momenty, kiedy można zaskoczyć, szczególnie nie spodziewałam się zakończenia, ale bohaterki również nie były w stanie na to wpaść. Zabrakło mi w tej książce opisów lekcji "magii", obrony przed Krwawymi Wiedźmami i tak dalej. Tak samo niewiele było o historii Salem i czarownic je zamieszkujących.  Za mało też było opisów samego miasta, które mogłyby dodać historii naprawdę fajnego klimatu.

Narracja jest z punktu widzenia  Hannah, więc często mamy nawiązania do jej związku z Veronicą oraz bólu po rozstaniu. Nie jest to dla wielu atrakcyjną cechą, ale dla mnie to wyróżniło tę bohaterką i nadało jej autentyczności. Pewnie wiele osób będzie się mogło utożsamić z takimi przeżyciami i byłymi, którzy powracają w najmniej odpowiednich momentach. Możemy też dostrzec, że czuje się nie zrozumiana przez dorosłych i lekceważona, szczególnie gdy dostaje kary za cudze przewinienia. Często jest też lekkomyślna, czym w pewnym momencie mnie zirytowała. Kto przy zdrowych zmysłach idzie na randkę do lasu z nowo poznaną osobą, kiedy grozi mu niebezpieczeństwo? Do tego na koniec załącza jej się typowe w młodzieżówkach bycie "Zosią Samosią", która sama idzie stawić czoła niebezpieczeństwu.
O reszcie bohaterów już ciężej mi napisać aż tyle. Nie wydaje mi się, żeby grali aż tak ważną rolę. Jasne. Veronica jest istotną postacią. Jednak sposób jej ukazania budzi we mnie mieszane uczucia. Widzimy ją przez pryzmat rozpaczy jej byłej dziewczyny i czas, w którym Hannah widzi, że ten związek nie był dobry. Irytowało mnie to, że ciągle się pojawiała i prosiła o kolejną szansę. Widać przy tym było, że zależy jej tylko na sobie. Można też się przekonać, że jest manipulantką. Ani jej nie polubiłam, ani jej nie znielubiłam, ale zabrakło mi czegoś w jej kreacji. Nie umiem znaleźć w niej jakiejś pozytywnej cechy i ma w sobie pewną schematyczność, mimo że można ją opisać do dość dokładnie.
Tył okładki sugeruje, że jest czwórka głównych bohaterów, ale dopiero na sam koniec odkrywamy o kogo chodzi tak właściwie chodzi, ponieważ Ci bohaterowie nie są typową paczką znajomych. Miałam kilka swoich typów, o kogo może chodzić, ale naprawdę reszta bohaterów była na dalszym planie i ciężko było poznać, kto może być ważny dla fabuły. Do tego uderzyła mnie ich "typowość". Jak na razie Gemmę, Morgan i Bena oceniam jako zwykłych bohaterów, bardzo stereotypowych, bo niewiele o nich wiadomo. Chociaż na koniec postać Bena zyskała w moich oczach. Być może w kolejnych częściach będzie można ich lepiej poznać i więcej o nich powiedzieć. 

W tej książce jest też taka mętność. Nawet w opisie bohaterów, skoro nie umiem zbyt wiele powiedzieć o przyjaciółce, ba... Poza Benem i Morgan nie mam zbyt wielkiego wyobrażenia innych bohaterów. Czytając tę książkę miałam tak, że domyślałam się o co chodzi, ale nigdy nie byłam nie byłam pewna i musiałam czekać aż się wyjaśni to, co mnie interesuje. Nie wiem, czy to ja nie umiałam kojarzyć w tamtym momencie, czy może faktycznie ta narracja była taka niejasna przez co dopiero po osiemdziesięciu stronach upewniłam się, kim jest Reg i gdzieś daleko, że Lady Ariana to babka Hannah.

Hmm... Ciekawe.  Im dłużej pisałam o tej książce, tym więcej niedopracowanych rzeczy zauważyłam, dlatego uznałam, że dobrym wyjściem jest obniżenie oceny z 7 na 6,5. Niewielka różnica, ale nie umiem pozostawić tej książki razem z innymi, które oceniłam na bardzo dobre. Jednocześnie umiem jej zrównać z tymi dobrymi. Ten tom to naprawdę dobry wstęp do jakiejś większej historii, która mam nadzieję, że rozwinie się w kolejnych tomach. Nie skreślam tego. Czy polecam? Nie mam pojęcia. Nie miałam oczekiwań do książki, więc się nie zawiodłam. Jeśli szukacie czegoś na wieczór, do wyluzowania się i odpoczynku po bardziej ambitnych historiach - bierzcie się za to śmiało! Jednak jeśli szukacie historii o wiedźmach, której świat Was zachwyci, która będzie przesycona tą magią, to chyba nie jest to. A jeśli znacie coś w takim klimacie bądź klimacie "Kręgu", o którym wspominałam to koniecznie mi polećcie! :D