Ulubieńcy Miesiąca: Kwiecień & maj 2020

Hejo!
Zaczynamy czerwiec, więc czas na podsumowanie kwietnia i maja. Nad kwietniem mogę się rozwodzić, że było fajnie, dużo czytałam, dużo pisałam i miałam więcej chęci, bo tak było. Kwiecień był dużo lepszym miesiącem dla mnie i dla mojej głowy, i dla wszystko co robię. Z kolei maj mnie spowolnił. Był jak taka ściana na drodze. Po prostu idziesz sobie żwawo przez życie, a tu maj 2020. Były pojedyncze dobre rzeczy i dobre momenty, ale cały nastrój tego miesiąca był słaby. Samodyscyplina mi po prostu opadła i nie chciała się podnosić. Chcę się już ogarnąć. 
Zaplanowałam sobie cele na maj, których nie udało mi się w pełni zrealizować. Najlepiej szło picie pokrzywy (i melisy), a w tym miesiącu robię zmianę i piję skrzyp (i czystek, ale to co innego. A melisę i tak piję nieregularnie). Książek przeczytałam 7, a planowałam 8. Nieduża różnica. Z nauką było całkiem nieźle. Niestety nie uczyłam się wszystkich z taką samą regularnością, ale dobrze mi szła nauka analitów - kilka razy w tygodniu, matematyka - 2 czy 3 razy w tygodniu. Angielski - dwa razy w tygodniu, ale tylko na zajęcia. Fizyka - raz w tygodniu, czyli za mało. Oprócz tego uczyłam się stawiać realne plany na dzień - chyba mi się udało. 


1.  Muzyka


Muzycznie był to okres "hot16challange2", jeśli ma dość tego tematu, to macie szczęście. U mnie tego nie znajdzie. Mi do gustu przypadły trzy czy cztery. 
Na nowo się zakochałam w piosence Demi Lovato "Sorry not sorry". Ta piosenka dawała mi takiego kopa w tym miesiącu i przy okazji pozwoliła mi powrócić wspomnieniami do fajnego czasu. Jak mi brakuje płyty Demi "Tell me you love me" w samochodzie!






2. Książki 


W kwietniu przeczytałam 9 książek, co jest wynikiem bardzo ładnym. W maju przeczytałam 7 książek, a planowałam 8. Zawiedziona nie jestem, jakby co.  Tym bardziej, że do wyzwania przeczytam tyle, ile mam wzrostu doszło mi 29,2 cm z kwietnia oraz 16,2 cm z maja. Bardzo jestem zadowolona z tego, że w kwietniu czytałam codziennie i trwało do połowy maja. Dzięki temu w kwietniu przeczytałam rekordową liczbę 4662 stron. W maju było dużo mniej, bo nie czytałam codziennie i książki były cieńsze, ale i tak dało to 2359 stron. 
  1. Osaczona Pola Roxa - recenzja 8/10
  2. 19 razy Katherine John  Green - Green po tylu latach dalej nie zawodzi! Dodatkowo lepiej zrozumiałam powieść, bo moja wiedza matematyczna jest większa i te małe dodatki mnie po prostu bawiły. 9/10
  3. Współlokatorzy Beth O'Leary - Cudne. Lekka, zabawna i pouczająca. Podoba mi się to, że porusza tak ważny temat, a tego się nie spodziewałam. 9/10
  4. Harry Potter i Więzień Azkabanu J.K. Rowling - mam słabość do Harry'ego Pottera i dla mnie po prostu zawsze jest 10/10.
  5. Władca Cieni Cassandra Clare - bardzo dobra książka, dużo się dzieje, intryguje i po prostu poszerza świat Nocnych Łowców. 8/10
  6. Królowa Mroku i Powietrza Cassandra Clare - Clare to po prostu mistrzyni finałów! Zmiotła mnie z nóg, ale miałam wrażenie, że było dużo fantastyki w fantastyce. 9/10
  7. Czerwone Zwoje Magii Cassandra Clare, Wesley Chu - recenzja 8/10
  8. Te wiedźmy nie płoną Isabel Starling recenzja 6,5/10
  9. Siostrzeniec Czarodzieja C.S. Lewis - ta "Opowieści z Narnii" część jest bardzo ciekawa, ale nie jest moją ulubioną. Bardzo doceniam historię powstania tej krainy. 9/10
  10. Niewiarygodne Sara Sheperd - bardzo fajna część, szczególnie, że dowiedzieliśmy się, kim jest A. 8/10
  11. Zabójcze Sara Sheperd - Hannah mnie tak strasznie irytowało, robiła tak głupie rzeczy, że ciężko było mi ją znieść i zrozumieć. Ogólnie trochę nudnawo tu było, ale wiem, że wszystko mu się tu rozkręcić. Nowe A. jest ciekawe i chyba groźniejsze niż poprzednie. 7/10
  12. Chcę być kimś cz. 3 Michał Zawadka - ta część książek pana Zawadki trafiła do mnie najbardziej. W poprzednich sporo już wcześniej wiedziałam, a tutaj trafiło idealnie w moje życie i potrzeby. Każdy powinien to przeczytać. 9/10 
  13. Tusz Alice Broadway - recenzja 9/10
  14. Bez winy Mia Sheridan - recenzja  8/10
  15. Wyrwa Wojciech Chmielarz - recenzja 7/10
  16. Mimo moich win Tarryn Fisher - kocham tę historię całym sercem, za jej nie perfekcyjność oraz toksyczność relacji bohaterów, za tę pierwszą miłość, która jest totalnie do dupy, bo bohaterka nie potrafi się zachować w związku, nie wie jak się zachować. Zresztą bohater też nie jest idealny. 9/10


3. Filmy 


Zbłąkał mi się tutaj jeden film z marca, zapomniałam go wpisać do arkusza. W kwietniu obejrzałam 5 filmów, bo przesadziłam.  Dwa filmy z rzędu, z czego drugi to była "Drużyna Pierścienia"... 4,5 godziny siedzenia i oglądania to za dużo dla mnie! W maju za to postawiłam na lekkie filmy, głównie te, które już widziałam, znam i lubię. Dominował tutaj DreamWorks.

  1. Pasażerowie - zbłąkany film z marca, zwykle nie oglądam czegoś, co dzieje się w kosmosie (i zaczynam czuć, że coś tracę).  Świetny po prostu. 
  2. Alita: Battle Angel - ten film mnie naprawdę zachwycił! Fabuła, postaci i świat. Coś cudownego.
  3. Drużyna Pierścienia - zachwycający film, świetna ekranizacja. I cóż... Nawet lepszy od ekranizacji Harry'ego Pottera. 
  4. Znak Diabła - po prostu nie, ani straszne, ani fabularnie ciekawe. Po prostu nie. 
  5. Planeta Singli - lekka komedia, zabawna i urocza. Bardzo lubię. 
  6. Wiek Adeline - film, który chciałam obejrzeć od gimnazjum. Wyobrażałam go sobie inaczej, ale przerósł moje oczekiwania. Cudowny jest, piękny i oryginalny po prostu. 
  7. W lesie dziś nie zaśnie nikt - film, który wzbudza kontrowersje, ale mi się podobał. Nie mam w nim nic nadzwyczajnie złego, jest zrobiony bardzo bezpiecznie i zachowawczo. Momentami doprowadzał mnie do śmiechu. Co prawda, nie zakwalifikowałabym go jako "ambitnego" filmu, ale jeśli chcecie obejrzeć po ciężkim dniu coś lekkiego, co może Was odmóżdżyć to będzie dobre. 
  8. Shrek 1,2 - kultowe dalej, kocham całym serduszkiem! 
  9. Madagaskar 1,2,3 - muszę Wam powiedzieć, że nie doceniałam tego, gdy byłam młodsza. Pierwsza część niesie fajne mądrości. "Madagaskar" z części na część jest dla mnie co raz lepszy!
  10. High School Musical 1, 2, 3 - powrót do filmów z dzieciństwa. Bardzo podoba mi się przesłanie pierwszej części, że każdy może być kim chce i łatki szkolne go nie ograniczają. Później zrobiło się trochę "Zac Efron Show". Ogólnie Troy mnie strasznie irytował. 
  11. Ostatnia klątwa (2011) - świetny film! Podoba mi się historia. Zamieniłabym tylko aktorów i jako głównego bohatera dałabym Thomasa Briodie-Sangstera.
  12. Harry Potter i Kamień Filozoficzny - kocham całym serduszkiem po prostu. 


4. Zdjęcia


Pisałam już, że zaczęłam oswajać się z trybem manualnym. Oprócz tego zaczęłam obrabiać zdjęcia w innym sposób niż zwykle, nie tylko zwiększając kontrast, ale też gdy jest taka potrzeba zmniejszając go, dzięki czemu będę mogła ogarnąć prawie trzyletnie zdjęcia. Z kwietnia nie mam zbyt wielu zdjęć, dużo więcej mam z maja.  





5. Coś nowego


Zaczęłam używać aplikacji "Forest" i całkiem się u mnie sprawdza. Najgorzej jest mi zacząć, ale gdy włączę ten czas, to jakoś mi to leci. Oczywiście, jeśli o tym nie zapomnę. Ogólnie jestem z osób, które motywują takie rzeczy np. więcej kwadracików zamalowanych niż nie zamalowanych czy te wirtualne drzewka. 


6. Jestem dumna z...


Z przeżycia. 
A tak serio, to z tego, że przez ponad 1,5 miesiąca czytałam codziennie. Pierwszy raz w życiu mi się to udało. Było bardzo fajne. 
Jestem dumna ze zdawania wejściówek na laboratoria z podstaw chemii analitycznej. Ze zdania kolokwium w tego samego przedmiotu! Z tego, że ogarniam matematykę. 

Kurde, nie jest tak źle jak myślałam. Z rzeczy, które się dla mnie liczą jest dobrze po prostu. 

"Wyrwa" Wojciech Chmielarz


Hejo!
Dziś przychodzą z recenzją najnowszej książki Wojciecha Chmielarza, czyli "Wyrwy". To nie moje pierwsze spotkanie z tym autorem. We wrześniu czytałam i recenzowałam "Ranę" - zapraszam do recenzji *klik*. Jest to thriller psychologiczny, czyli gatunek po który sięgam baaardzo rzadko, jeśli nie wcale. Nie będę tej książki oceniać w ramach gatunku, tylko po prostu jako książkę, powieść. Nie mam porównania z innymi książkami z tego gatunku, nie wiem jak wypada na ich tle, ale od czegoś trzeba zacząć. Ogólnie thrillery to gatunek, które cechy najbardziej mi się rozmywają - znam książki z tego gatunku, ale nie umiem wskazać konkretnych cech tego. Wiem o co chodzi, no ale nie do końca. Po prostu przejdę już dalej, a Wy czytajcie, aby dowiedzieć się co o tej książce.

Tytuł: Wyrwa
Autor: Wojciech Chmielarz
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 383
Data wydania: 6 maja 2020
Moja ocena: 7/10


Maciej nagle dowiaduje się o nagłej śmierci jego żony, Janiny. Takie zdarzenie zawsze rujnuje życie. Musi powiedzieć swoim córeczkom, że straciły matkę, jednocześnie chce być dla nich silny, ale jak, kiedy ta śmierć pokazuje, że jego żona miała przed nim sekrety. Fakt, że wypadek był pod Mrągowem, gdy jego żona powiedziała mu, że będzie w Krakowie, to tylko wierzchołek góry lodowej. Oprócz tego tajemniczy mężczyzna pojawia się na jej pogrzebie. Maciej w końcu jedzie na Mazury, aby poznać prawdę, jednak ona jest dużo bardziej zawikłana i tajemnicza.

Książkę mogę ocenić jako bardzo dobrą. W skrócie ciekawa fabuła, bardzo dobrze wykreowani bohaterowie, szczególnie główny bohater i zakończenie należy do dość mocnych. Brzmi idealnie, no nie? Więc czemu tylko "7/10"?

Także zaczynami główną część!

Fabuła jest niezwykle ciekawa i po prostu godna podziwu. Lubię motyw  dochodzenia do tajemnicy czyjejś śmierci. Tutaj realizacja tego pomysłu jest po prostu niesamowita. Od początku chciałam wiedzieć, dlaczego tak się stało, co się wydarzyło, co ukrywała Janina. To jak przeplatają się te wątki, jak wychodzi jedno, potem drugie i myślę, że wiele rzeczy jest niespodziewanych. Czego można się domyśleć, to się domyślałam, ale już później było z tym ciężej. Szczególnie końcówka była zaskakująca, a ostatni rozdział już w ogóle mnie nieco zmiótł i przez pół godziny miałam miałam w głowie "Wow!". Dla mnie sama końcówka nie zmieniła wydźwięku samej fabuły, ale wydaje mi się, że bardzo dobrze podsumowuje całą książkę i można wysunąć z niej dobre wnioski. 
Przez pół książki czuć taką rezygnację, pustkę. To uczucia głównego bohatera, które są bardzo dobrze odzwierciedlone. Gonitwy myśli popychają go prób rozwiązania tej zagadki. Akcja przez to wszystko nie toczy się nie wiadomo jak szybko, jest powolna, trochę ospała. Tak jakby "toczy się, bo musi". To samo jest z życiem głównego bohatera - toczy się, bo musi. Bliżej końca, chyba ostatnie 150 stron akcja nabiera tempa. Zmienia się też klimat, czuć więcej gniewu, determinacji. Po prostu zmiana zachodzi również w Macieju, gdy poznaje coraz więcej faktów z życia swojej żony, o których nie miał pojęcia.
Wydaje mi się, że to powieść z tych, gdzie od akcji trzymającej w napięciu ważniejsze są uczucia bohatera. Na tym to się skupia, Maciej chce się dowiedzieć prawdy, jednocześnie dużo myśli o swoim małżeństwie, w którym coś się wypaliło. Możemy poznać jego uczucia względem żony, jak było na początku i jak było później, po tych dwunastu latach. 

Pomimo ciężkiego tematu książkę czyta się bardzo dobrze. Co prawda nie czytałam jej jakoś szybko, bo ostatnio miałam mniejszą ochotę na czytanie, miałam też dwa dni w ogóle bez książki i jakoś tak wyszło. Skończyłam ją wczoraj, niemalże od razu usiadłam do pisania. Jest dużo opisów i przemyśleń, mniej dialogów, ale to również nie jest przeszkodą. Opisy nie są uciążliwe, często zawarte są w nich historie lubi gonitwy myśli bohatera oraz jego wspomnienia. 

Jednak brakuje mi większej ilości wspomnień Macieja dotyczących Janiny. Było ich trochę, ale to było dla mnie za mało. Nie mogłam sobie w pełni stworzyć obrazu Janiny jako żony. Być może to było celowe, aby pokazać, że mąż jej nie znał. Nie mam pojęcia. Po prostu wolałabym więcej wspomnień o niej, bo z początku miałam wrażenie, że mogła być toksyczna dla męża. Szkoda także, że nie pociągnięto wątku w jaki sposób Konrad ją skrzywdził (nie wydaje mi się, żeby to był spoiler). Na początku było coś o tym wspomniane i nic więcej, bo nikt inni nic nie wiedział. Jednak nadrabia to opis Janiny jako Niny. Niby to ta sama osoba, ale zupełnie różne charaktery, marzenia, podejście do życia. 

Śmierć Janiny bardzo komplikuje relację pomiędzy Maciejem a dziećmi, pomiędzy Maciejem a teściami. Chyba mogę stwierdzić, że lubię takie zabiegi. Zawsze to jakieś urozmaicenie wśród książek, gdzie relacje z rodziną są dobre. 
Jest w tej książce zawartych kilka drobnych stereotypów, które oddają mentalność bohaterów. Myślę, że to pasuje do tej książki, chociaż mnie lekko zakłuwało w sercu, gdy to czytałam. 

Książka na pewno będzie mieć swoich fanów. Dla mnie to nie do końca to, co lubię, ale polubiłam ją. Może nie zachwyciła mnie tak, jak "Rana", ale różnica wynika z tego, że wolę, gdy w książce jest większe napięcie. Tutaj ze zrozumiałych powodów fabuła biegła wolniej i miała inny klimat.


 Akredytacja 02/05/2020

W obiektywie #11

Cześć!
Dzisiaj luźniej. Będzie kilka, kilkanaście zdjęć. W większości nieobrabianych. Od początku tego miesiąca zaczęłam się uczy używać trybu manualnego w aparacie. Zarówno w zdjęciach domowych, jak i tych plenerowych. Spontanicznie uznałam, że warto zrobić kolejny krok w fotografii.  
Dziwnie mi używać tego słowa odnośnie zdjęć, które ja sama robię. Mam wrażenie, że nie pasuje to do mnie. Trochę ostatnio pisałam o tym na Instagramie przy okazji #instawtorku. 
Mam ochotę się powtórzyć. Lubię robić zdjęcia, ale nie lubię nazywać się fotografką, bo jest masa osób, które albo robią to profesjonalnie, albo ich zdjęcia to czysta sztuka. Podczas gdy moje zdjęcia to prostu zdjęcia. Czasem zdjęcia ładnych rzeczy, czasem zdjęcia ładnie obrobione, czasem zdjęcia po prostu ładne same w sobie, że nie mam ochoty ich obrabiać (z takich zdjęć składa się ten wpis). 
Po raz trzeci "W obiektywie" jest przeglądem zdjęć, które ostatnio zrobiłam. Tym razem zero obróbki, zero podkręcania kontrastu, poprawiania kolorów. Nie ma nic takiego, bo podobają mi się te zdjęcia takie, jakie są. Może najdzie mnie ochota przed wrzuceniem ich na Instagrama, jeśli będę chciała obrabiać zdjęcia, żeby po prostu porobić coś takiego. Zwykłe zdjęcia, robione na trybie manualny, w stanie surowym, aby mogła je za jakiś czas porównać, gdy uda mi się bardziej to wszystko opanować. 



Dwa pierwsze zdjęcie to po prostu deszcz, bo po prostu "tak ładnie wyglądają te krople na szybie!"  i "ale pięknie słońce zachodzi!" 
Niżej zdjęcia z Królewskich Źródeł. Rezerwatu w Puszczy Kozienickiej. Zdjęcia naprawdę nie oddają tego, jakiego to miejsce jest piękne! (Bo jeszcze nie do końca ogarnęłam manuala.) I dlatego też, że są czyste, bez niczego jak wspomniałam. Wiem, że mogłabym je podkręcić, ale to nie dzień na to.
 Być może, wpadną znowu za jakiś czas, ale podrasowane. Zobaczę. Chcę po prostu zobaczyć progres na takich, jakie stworzyłam. 









Czy świat może być idealny? "Tusz" Alice Broadway



Hejo!
Dziś recenzja książki, którą nie wiem, kiedy bym przeczytała, gdyby nie uprzejmość wydawnictwa weneedya.pl. Bardzo dziękuję za tę książkę! Była na mojej liście do przeczytania chyba odkąd tylko została wydana, ale jakoś nie zdarzyło się, żebym wcześniej ją kupiła. Na szczęście to czekanie się opłaciło i zakochałam się w tym świecie. To będzie jedna z bardziej wyjątkowych książek. 
Ostatnio trochę się nie wyrabiam z czasem. Przynajmniej tutaj na blogu. Liczyłam na to, że dodam ten wpis wczoraj, ale moje życie miało inne plany. 

Tytuł: Tusz
Autor: Alice Broadway 
Seria: Księgi Skór (tom 1)
Liczba stron: 378
Data wydania: 03.10.2018
Moja ocena: 9/10


Leora Flint żyje w mieście idealnym. Jest Naznaczona, to znaczy ma tatuaże, które pokazują kim jest, co przeszła i jakim jest człowiekiem. Potrafi odczytywać znaczenie tatuaży innych ludzi, więc nie martwi się tym, co ukrywa druga osoba. Bo nic nie można w tym mieście ukryć. Istnieją też miasta Nieznaczonych, potępionych, którzy odrzucili błogosławieństwo i możliwość zostania zapamiętanym. Są źli, zakłamani i zazdrośni. Ale czy na aby na pewno? Gdy umiera jej ojciec, który był dobrym człowiekiem, świat staje na głowie. Okazuje się, że rodzina ukrywała przed nią wiele rzeczy, a ten świat nie jest tak przejrzysty jak się wydaje,


W książce zakochałam się od pierwszych stron. Czytanie jej to była czysta przyjemność, którą chciałam zachować na jak najdłużej. Po prostu to książka, którą się delektowałam, a nie pochłaniałam (jak zwykle). Dużo tęż o niej myślałam, kiedy jej nie czytałam lub odkładałam w trakcie czytania, aby się zastanowić i pomyśleć. 

Fabuła jest dość spokojna. W tej części nie ma rozlewu krwi ani dużego buntu. Tutaj jest dużo historii, opisu świata oraz życia głównej bohaterki. Głównym wątkiem jest odkrywanie tajemnic, jakie skrył przed Leorą ojciec oraz jej walka, aby nie został skazany na zapomnienie po śmierci. 
Chyba nie znam innej książki, w której świat byłby tak dobrze wykreowany. Czytałam to i miałam w głowie "Wow! Wygląda idealnie!", a zaraz po tym myśl "Ale czy naprawdę może być idealny?". Mamy tutaj typowe dla dystopii państwo-miasto, a za jego granicami są groźnie ludzie. Jednak nie jest to kolejna taka-sama-młodzieżówka. Ma kilka charakterystycznych cech dla tego typu książek, ale się wyróżnia. Standardowy podział na lepszych i gorszych, tutaj to Naznaczeni i Nieznaczeni. Wyróżnia w tym tą książkę, że tutaj chodzi o tatuaże, które są traktowane jako błogosławieństwo, ale też oznaka szczerości i uczciwości. Czysta skóra budzi w ludziach przerażenie, zupełnie inaczej niż w świecie, w który znamy (ale to się już zmienia, na całe szczęście). 
Oprócz tego są baśnie, które są podstawą wiary Naznaczonych. Bardzo lubię takie zabiegi, pozwalają bardziej wczuć się w świat i sprawiają, że jest jeszcze bardziej wyjątkowy. Tutaj mamy nową wersję baśni, którą wszyscy dobrze znamy "Śpiąca królewna", chociaż nie jest ona najważniejsza i pojawia się na końcu, bo ważniejsze jest to co się działo z matką królewny i kim ona była, to naprawdę czuć inspirację. Także mamy inną wersję i inne spojrzenie na historię Pandory, co także bardzo mi się podoba. Te baśnie skłaniały mnie myślenia, szczególnie historia o Pandorze (nie było imienia dziewczyny) oraz historia "Siostry", czyli matki wyżej wspomnianej królewny oraz jej siostry.
Myślę, że zakończenie jest dość zaskakujące, ale są też różne wskazówki. Bardzo mi się to podoba. Szczególnie, że bardzo mnie to zaciekawiło i chcę zobaczyć, jak to się potoczy dalej. 

Leora jest oryginalną bohaterką. Nie należy do tych super bohaterek, odważnych, walczących z systemem. Została wychowana tak, że ufa, że to Nieznaczeni są źli, że tatuaże są błogosławieństwem i pozwalają być zapamiętanym Wszystko, czego się dowiaduje, mąci jej w głowie, stresuje ją, skłania do różnych, niezbyt przemyślanych zachowań, ale też nie robi nic aż tak irytującego. Generalnie, Leora to szara myszka, ale nie jest nijaka. Ma ambicje, ma świadomość, kim jest, kim chce być i można wiele od niej powiedzieć.

Bardzo podoba mi się jej relacja z matką, bo jest trudna. Nie mówią sobie o wszystkim, mają wiele sekretów przed sobą i po prostu nie mają wspólnego języka. Szczególnie, że Leora nie należy do buntowniczek, więc także nie jest to na zasadzie "Moja matka nie ma racji, nienawidzę jej". Po prostu ciężej jest im się dogadać, a sekrety tego nie ułatwiają.
Jej matka, Sophie, mam wrażenie, że była ciągle nieobecna. Albo umysłem, albo w całości jej nie było. Trochę irytowało mnie to, że gdy Leora bezpośrednio pytała się coś, czego się dowiedziała, to była zbywana. Jednocześnie bardzo podsycało to moją ciekawość, więc rozumiem ten zabieg i dodało też wyjątkowości tej książce. 

Chciałabym poznać bliżej Verity, przyjaciółkę głównej bohaterki, bo wydaje się być w porządku. Obie zaczęły pracę, więc rzadziej się spotykały, ale mimo to Verity jej pomagała. Widać zażyłość pomiędzy nimi, co bardzo mi się podoba. 

Wątku miłosnego w tej książce prawie nie ma. Leora poznaje Oscara, który po pewnym czasie zaczyna  w niej budzić fascynację. Jest to bardzo nienachalne, nie ma tutaj wielkiej miłości po kilku dniach, co dla wielu osób będzie dużą zaletą. Nie uważam też tej informacji za spoiler, bo to niewiele wnosi do fabuły. Nic tylko czekać aż się ich historia rozwinie, ale mam nadzieję, że nie zdominuje to całej fabuły w kolejnych częściach.

Powieść zdecydowanie godna polecenia! Nie spodziewałam się, że ta książka przypadnie mi aż tak do gustu, tym bardziej, że po przeczytaniu kilku książek o dystopiach już mnie ten temat tak nie kręcił. Ta książka trochę mi się kojarzyła z "Delirium", ale jest inna, nawet moim zdaniem ciekawsza. 



 Akredytacja 02/05/2020

Faza akceptacji




Hejo!
Zaczynając pisać ten post żałowałam, że nie zaczęłam go w niedzielę, bo miałam bardzo dobry humor. A tak to był poniedziałkowy poranek i poniedziałkowe marudzenie, że poniedziałki to moje dni. Im dłużej ten dzień trwał tym gorzej, ale koniec końców wyszło spoko i humor miałam dobry, naprawdę. Liczyłam na to, że zbiorę moje myśli do kupy i napiszę post o tym, co u mnie. Raz na dwa miesiące tak jest. A z tego postu wyszły jakiejś poważniejsze przemyślenia i post zjawia się we wtorek. Dawno nie pisałam nic tak długo, nad niczym aż tak nie myślałam. I nawet ten wpis jest dla mnie dużo bardziej odkrywczy niż się spodziewałam. Mam nadzieję, że pozwoli mi to ruszyć dalej.

Dwa miesiące temu pisałam o uldze po sesji. Teraz jeszcze nie umiem określić dobrze o czym piszę, ale pewnie trochę będzie o tej fazie akceptacji, którą ostatnio miałam. Tamten tydzień, a raczej cały pierwszy tydzień miesiąca był dla mnie ciężki. Miałam spadek chęci, spadek motywacji, do tego jakieś takie ogólne zmęczenie mnie dopadało, mimo że nie robiłam nic takiego. No bywa po prostu. Starałam się co robić, ale minimalnie, bo dłużej było mi ciężko. Zawsze najgorzej było zacząć, więc czasem się przymuszałam, ale wiem, że to nie był ten stan, kiedy lekko się przymuszę i wszystko pójdzie z górki. 
Moje lenistwo i brak chęci można podzielić na dwa stan. Stan lekki "nie chce mi się dupy ruszyć" i stan ciężki "męczy mnie życie".
I to pierwsze to jest serio lekkie. Bo wiem, że jak się tylko ruszę to będę coś robić. Bylebym tylko nie zaczęła robić miliona rzeczy na raz, bo się mogę trochę w tym pogubić i kończyć to dłużej niż powinnam. Jeśli tylko się skupię na jednej rzeczy, a potem kolejna i tak będę robić, to wszytko będzie spoko. Moje chwilowe "nie chce mi się" szybko się usuwa i działam prawie półautomatycznie. Zaczynam mieć więcej energii i jest mi lepiej. Często wchodzi mi spontaniczność.

Za ten stan ciężki brak chęci jest bardziej złożony. Najprościej jest mi go określić jako "męczy mnie życie", bo chyba to wszechogarniające zmęczenie jest w tym dominujące. Zdaje mi się, że każdy tak ma. I w sumie tak chcę dojść do tego, czym on był spowodowany, to mam kilka podejrzeń, ale żadnej pewności. Był skutkiem ubocznym, a jednocześnie konsekwencją pewnych działań (a może ich braku). Mogłam mieć wpływ, żeby było lepiej i nie było aż tak, a jednocześnie nie mogłam. Czyli po prostu kumulacja czynników, na które miałam wpływ i tych na które nie miałam  (aż tyle) wpływu. W dużym skrócie zespół napięcia przedmiesiączkowego i stres. W tym pierwszym przypadku to, niestety, z hormonami nie zawsze wygram. Raz lepiej ten czas znoszę, raz gorzej. Raz jest bardziej nerwowa, raz zmęczona. Różnie. Ciężko mi to przewidzieć i ma na to wpływ dużo czynników. 
Oprócz tego stres, bo moja uczelnia zaczęła sobie przypominać, że fajnie przywrócić jak najwięcej zajęć, zacząć robić kolokwia i tak dalej. A moja regularność w nauce była w tym czasie bardzo różna. Uczyłam się głównie matematyki, trochę mnie chemii analitycznej, a fizyka? Fizyka nie jest czymś, co sprawia mi przyjemność i mnie interesuje. Zresztą, ten przedmiot jest tak uroczy, że materiał z wykładu i materiał na ćwiczenia, i zadania z kolokwiów nie mają ze sobą wiele wspólnego. Więc bardzo często odkładałam ją na później. Przecież nie ma obowiązku odsyłania, no nie? Aż w końcu ogłoszone kolokwium i ogarnij to w tydzień, Kiedy się uczyłam? Oczywiście, że tego samego dnia, co kolokwium. Przecież nie miałam czasu. Oczywiście byłam zła na siebie, ale co z tego jak już po fakcie? Kolokwium wywołało we mnie atak histeryczne śmiechu. Materiał, który ogarnęłam nie miał zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Jak zawsze. Przy pierwszym zadaniu poprosiłam mamę o melisę. A potem już chill out i śmiech. Paranoja. Nie tylko treść zadań, ale też przebieg tego. 
Pewnie też jakieś inny rzeczy na to wpłynęły, ale nie przykułam do tego takiej uwagi. Myślę, że te dwa to były główne powody mojego samopoczucia. Do tego jeszcze poczucie niewypełnionych obowiązków i proszę bardzo! Tydzień z życia wyjęty.

Jak dla mnie to taki moment, kiedy już nic nie działa. Więc zostaje mi pogodzić się z tym. Nie mam na wszystko wpływu. Brzydko mówiąc, zj*bałam sprawę. I pozostaje mi tylko to zaakceptować. Nie chcę sobie tego wyrzucać w nieskończoność, bo to tylko pogarsza mój nastrój. Więc po co? Zresztą nic się nie skończyło, wszystko działa dalej, więc ja też mogę działać tak, jak wcześniej albo i lepiej. Po prostu, gdy zaczynam akceptować to, że tak mam, nie mogę wiecznie działać na pełnych obrotach, pozwalam sobie powiedzieć "A pi*przyć to", robi mi się lepiej.
Cieszę się, że powróciłam do książek Michała Zawadki. "Chcę być kimś cz.3" pomaga mi wziąć się w garść. Z żadnej z tych książek nie wyciągnęłam tyle co z tej.  Z czego jestem bardzo zadowolona, bo zamiast siedzieć i marudzić, zmieniam choć trochę swoje podejście. Jak na razie wyciągnęłam dwie szczególne rady i staram się do nich stosować. Liczę od pięciu i wstecz i siadam, że coś zacząć. Druga to pytanie "Co zamierzam z tym zrobić". Niby nic, ale pomocne.

Powracam do celów. Całości nie opublikuję, ale na razie powiem, że jednym z nich jest stawianie sobie realnych celów do wykonania. Chodzi o te plany na dzień. Bardzo często wpisuję sobie więcej niż w rzeczywistości jestem w stanie ogarnąć. I podejrzewam, że to jedna z przyczyn, że coś mi nie wychodzi i mi się nie odechciewa. Patrzysz na listę, zrobiłaś już tyle, a tu jeszcze tyle przed Tobą. Do tego już prawie 15! Tak dla przykładu, żebyście zrozumieli o co mi chodzi. 
Próbowałam też z książkowymi TBR-ami, ale to nie dla mnie. Jak w maju zaszalałam z tym, co bym chciała przeczytać, to trochę mi się czytać odechciało. No serio...  Jak wpisałam, to wyszło mi z 11 książek. Na szczęście się nie poddaję, czytam normalnie i w nosie mam TBR. Od początku kwietnia nie było dnia, żebym nie czytała i staram się utrzymać. Choćbym czytała i dwie strony w ciągu dnia, to staram się coś czytać. Chociaż tyle, że sprawdziłam, że taki listy nie są dla mnie.


I zaprszam Was na rozdanie na moim Instagramie. Wszystkie informacje w opisie zdjęcia. KLIKNIJ TUTAJ

PS. To nie tak, że boję się przekleństw. Tylko po prostu AdSense może się czepiać. 

Czy mogę to polecić? "Te wiedźmy nie płoną" Isabel Sterling



Hej!
Ten post miał się pojawić w niedzielę, ale moje rozważania o lekturach wygrały. A dziś wchodzę tutaj i przeżywam szok! Zmiana wyglądu! Trochę dziwnie, ale też jest bardzo przejrzyście. Podoba mi się. Będę musiała sama odkryć kilka nowych funkcji, ale już widzę, że nie będzie musiała pisać w Wordzie, bo widzę tutaj podobne narzędzia. Bardzo fajnie, że one doszły! Będę musiała się przyzwyczaić do nowych przycisków, ale to nie jest dużą wadą. 
Dzisiaj o książce, o której niedawno było głośno i pewnie gdybym nie portal czytampierwszy.pl, to bym jej nie przeczytała. "Te wiedźmy nie płoną" Isabel Sterling to książka, która wzbudzała mieszane uczucia - albo ktoś się zachwycał, albo wynudzał. Zwykle gdy czytam o magii to jest magia w innym świecie, wykreowanym przez autora, często ze szkołą magii. Wiecie o co chodzi. Nie wiem czemu tak, bo lubię też ten klimat bardziej stereotypowych wiedźm, tych które  żyją w świecie, który znamy. Szczególnie w filmach i serialach. Jak byłam młodsza uwielbiałam "Sabrinę", która leciała na Polsacie, "Czarodziejów z Waverly Place" czy nawet podciągnę "Miasteczko Halloween". Okej, w większości z nich też są Szkoły Magii w innym wymiarze, ale jednocześnie bohaterowie żyją w naszym świecie, chodzą do normalnej szkoły, zawierają przyjaźnie i wiodą życie zwykłego śmiertelnika. Do tej pory czytałam tylko jedną serię w takim w stylu, czyli "Krąg" i "Ogień" Matta Standberga i Sary Elfgren, które nie zachwyciły mi tak jak chciałam. Myślałam, że to będzie coś, co pokocham, a tu lipa. Kolejne dobre książki, ale nie tak dobre, aby miały szczególne miejsce w moim sercu. Zupełnie nie to, czego się spodziewałam. Z tego powodu do "Te wiedźmy nie płoną" podchodziłam ostrożniej ze świadomość, że to nie jest coś, co pokocham, ale wypadła równie dobrze jak tamte. Eh... Nawet nie wiecie, jak bym chciała znaleźć książkę, którą pokocham w takiej tematyce.


Tytuł: Te wiedźmy nie płoną
Autorka: Isabel Sterling
Wydawnictwo: We need YA
Liczba stron: 352
Data wydania: 11 marca 2020
Moja ocena: 6,5/10


Hannah przeżywa ciężkie rozstanie ze swoją byłą dziewczyną Veronicą. Nie ma, niestety, żadnego sposobu, aby się od niej uwolnić i zapomnieć, bo obie dziewczyny są w jednym sabacie. Jako Wiedźmy Żywiołów łączy je tajemnica swojej mocy, o której Regowie nie mogą się dowiedzieć, a także to, co się wydarzyło się w Nowym Jorku. Nie pomyślałyby, że tamten weekend zakończy ich związek i narazi na niebezpieczeństwo cały ich sabat, gdy Krwawa Wiedźma odnajdzie je w Salem i będzie chciała się zemścić.


Z czytaniem tej książki trafiłam w bardzo dobry moment, kiedy chciałam poczytać coś lekkiego i niewymagającego ode mnie większego zaangażowania. Jak dla mnie to jedna z takich historii - niezobowiązująca, dla wieczornego relaksu z czymś, co nieco odbiega od większości rzeczy. Nieco - to kluczowe słowo. Na pewno tę książkę wyróżnia pomysł - takie wiedźmy to coś, co rzadko spotykam. Miłość dwóch dziewczyn - tak samo, nie często wybieram takie książki. Wydaje mi się, że schemat fabuły też nieco odbiega od normy, chociaż ktoś bardziej wnikliwy może to przewidzieć. 

Fabuła opiera się na dwóch głównych wątkach. Pierwszy to niebezpieczeństwo dla Salem,  a drugi to życie miłosne Hannah. Dla mnie te wątki się zgrabnie przeplatają. Nie odczuwam, żeby było za dużo rozpaczy po rozstaniu, ale są osoby, które to drażni. Akcja jest równomiernie rozłożona na tych ponad trzystu stronach, co jest dużym plusem. Od początku książka jest ciekawa, ale rozkręca się i wszystko przybiera tempa gdzieś od połowy. Jednak nie było momentu, aby książka mnie nie nudziła ani ciągnęła się w nieskończoność. Są pewne momenty, kiedy można zaskoczyć, szczególnie nie spodziewałam się zakończenia, ale bohaterki również nie były w stanie na to wpaść. Zabrakło mi w tej książce opisów lekcji "magii", obrony przed Krwawymi Wiedźmami i tak dalej. Tak samo niewiele było o historii Salem i czarownic je zamieszkujących.  Za mało też było opisów samego miasta, które mogłyby dodać historii naprawdę fajnego klimatu.

Narracja jest z punktu widzenia  Hannah, więc często mamy nawiązania do jej związku z Veronicą oraz bólu po rozstaniu. Nie jest to dla wielu atrakcyjną cechą, ale dla mnie to wyróżniło tę bohaterką i nadało jej autentyczności. Pewnie wiele osób będzie się mogło utożsamić z takimi przeżyciami i byłymi, którzy powracają w najmniej odpowiednich momentach. Możemy też dostrzec, że czuje się nie zrozumiana przez dorosłych i lekceważona, szczególnie gdy dostaje kary za cudze przewinienia. Często jest też lekkomyślna, czym w pewnym momencie mnie zirytowała. Kto przy zdrowych zmysłach idzie na randkę do lasu z nowo poznaną osobą, kiedy grozi mu niebezpieczeństwo? Do tego na koniec załącza jej się typowe w młodzieżówkach bycie "Zosią Samosią", która sama idzie stawić czoła niebezpieczeństwu.
O reszcie bohaterów już ciężej mi napisać aż tyle. Nie wydaje mi się, żeby grali aż tak ważną rolę. Jasne. Veronica jest istotną postacią. Jednak sposób jej ukazania budzi we mnie mieszane uczucia. Widzimy ją przez pryzmat rozpaczy jej byłej dziewczyny i czas, w którym Hannah widzi, że ten związek nie był dobry. Irytowało mnie to, że ciągle się pojawiała i prosiła o kolejną szansę. Widać przy tym było, że zależy jej tylko na sobie. Można też się przekonać, że jest manipulantką. Ani jej nie polubiłam, ani jej nie znielubiłam, ale zabrakło mi czegoś w jej kreacji. Nie umiem znaleźć w niej jakiejś pozytywnej cechy i ma w sobie pewną schematyczność, mimo że można ją opisać do dość dokładnie.
Tył okładki sugeruje, że jest czwórka głównych bohaterów, ale dopiero na sam koniec odkrywamy o kogo chodzi tak właściwie chodzi, ponieważ Ci bohaterowie nie są typową paczką znajomych. Miałam kilka swoich typów, o kogo może chodzić, ale naprawdę reszta bohaterów była na dalszym planie i ciężko było poznać, kto może być ważny dla fabuły. Do tego uderzyła mnie ich "typowość". Jak na razie Gemmę, Morgan i Bena oceniam jako zwykłych bohaterów, bardzo stereotypowych, bo niewiele o nich wiadomo. Chociaż na koniec postać Bena zyskała w moich oczach. Być może w kolejnych częściach będzie można ich lepiej poznać i więcej o nich powiedzieć. 

W tej książce jest też taka mętność. Nawet w opisie bohaterów, skoro nie umiem zbyt wiele powiedzieć o przyjaciółce, ba... Poza Benem i Morgan nie mam zbyt wielkiego wyobrażenia innych bohaterów. Czytając tę książkę miałam tak, że domyślałam się o co chodzi, ale nigdy nie byłam nie byłam pewna i musiałam czekać aż się wyjaśni to, co mnie interesuje. Nie wiem, czy to ja nie umiałam kojarzyć w tamtym momencie, czy może faktycznie ta narracja była taka niejasna przez co dopiero po osiemdziesięciu stronach upewniłam się, kim jest Reg i gdzieś daleko, że Lady Ariana to babka Hannah.

Hmm... Ciekawe.  Im dłużej pisałam o tej książce, tym więcej niedopracowanych rzeczy zauważyłam, dlatego uznałam, że dobrym wyjściem jest obniżenie oceny z 7 na 6,5. Niewielka różnica, ale nie umiem pozostawić tej książki razem z innymi, które oceniłam na bardzo dobre. Jednocześnie umiem jej zrównać z tymi dobrymi. Ten tom to naprawdę dobry wstęp do jakiejś większej historii, która mam nadzieję, że rozwinie się w kolejnych tomach. Nie skreślam tego. Czy polecam? Nie mam pojęcia. Nie miałam oczekiwań do książki, więc się nie zawiodłam. Jeśli szukacie czegoś na wieczór, do wyluzowania się i odpoczynku po bardziej ambitnych historiach - bierzcie się za to śmiało! Jednak jeśli szukacie historii o wiedźmach, której świat Was zachwyci, która będzie przesycona tą magią, to chyba nie jest to. A jeśli znacie coś w takim klimacie bądź klimacie "Kręgu", o którym wspominałam to koniecznie mi polećcie! :D

Czy czytanie lektur ma sens?




Hejo!
Dzisiaj planowałam zupełnie inny post, recenzję "Te wiedźmy nie płoną", ale weszłam sobie rano na Twittera (przez kwarantannę zaczęłam znowu używać) i patrzę w powiadomienia. Ktoś dał serduszko mojemu tweetowi, gdzie piszę, co sądzę o lekturach. Nie mogłam się też powstrzymać i weszłam w pozostałe odpowiedzi, aby je zobaczyć. I przeraziłam się. Naprawdę się przeraziłam, bo to, ile osób uważa, że czytanie lektur jest bez sensu, jest dla mnie straszne. 


Napisałam to w dużym skrócie. Tutaj rozpiszę się bardziej, mimo, że ułożenie tego tekstu nie będzie proste. Mogę o nim napisać na różne sposoby, a najlepiej je jakoś połączyć, bo sama odpowiedź na argumenty, dlaczego to nie ma sensu to za mało, tak samo jak pisanie o tym, że to ma sens bez napisania stanowiska drugiej strony.

Zacznę od tego, jak wyglądało to u mnie przez tyle lat. W podstawówce przeczytałam wszystkie lektury, może paru nie doczytałam, bo się nie wyrobiłam albo coś tam. W gimnazjum nie przeczytałam tylko jednej. Były to "Syzyfowe prace", przez które nie mogłam przebrnąć i skończyłam na 70 stronie. Za to w liceum było już dużo gorzej. W pierwszej klasie przeczytałam dwie lektury, w drugiej zaczynałam czytać, ale często się poddawałam i z tamtego okresu nie mam przeczytanej żadnej. Później to już nawet nie zaczynałam. W całości przeczytałam dopiero "Zdążyć przed Panem Bogiem" i "Tango", ale to ostatnie przeczytałam sama z siebie, bo już nie zdążylibyśmy omówić. Żałuję. Naprawdę żałuję, że tak mało lektur czytałam, bo przecież "nie było czasu". A teraz co? Przy najbliższych zakupach książkowych kupię sobie "Lalkę" Prusa, chciałabym "Dżumę" przeczytać, której nie zdążyłam wtedy, "Wesele" Wyspiańskiego tak samo jest na mojej liście do przeczytania. A przecież na co dzień czytam zupełnie co innego - fantastykę, młodzieżówki, romanse. 

Co prawda uważam, że powinno być rozdzielenie na literaturę polską i język polski, bo tych rzeczy stricte językowych jest za mało, a nie wyobrażam sobie nie mieć pracy z lekturami, bo są one ważne. To jest coś, co doceniłam po jakimś czasie. Na szczęście nie bardzo długim. W moim przypadku często lektury zyskiwały w moich oczach po omówieniu. W liceum robiliśmy to bardzo dokładnie, często była to praca z tekstem, więc wiele ważnych fragmentów kojarzę, ale nie zawsze chciało mi się to opracowywać. 
I myślę, że mogę już przejść do odpowiedzi na pytanie z tytułu czy może bardziej - dlaczego uważam czytanie lektur za ważne. Szczególnie w liceum.



1. Pokazanie realiów danej epoce i różnic pomiędzy innymi
Argument, że wystarczy fragment w podręczniku do mnie nie trafia. 
Wyobrażacie sobie, jak grube byłyby wtedy podręczniki? Albo ile miałyby części?  
Przecież takie rozwiązanie nie ma sensu. W wielu przypadkach jedna lektura ukazuje kilka problemów/motywów. Nie da rady wybrać tylko kilku kluczowych scen i umieścić ich w podręczniku, bo będzie to przedrukowywanie połowy książki. Do tego i tak wiązałoby się to z czytaniem w domu, bo nie ma sensu tracić czasu na czytanie fragmentu na lekcji. 

Znajomość epok historycznych i literackich jest czymś ważnym. Nie trzeba wszystkich lubić i się w nie zagłębiać, ale znajomość pewnych tendencji w danych epokach, różnic między nimi jest ważna. Często wiąże się to ze znajomością wydarzeń historycznych, ukazuje pewnie błędy w postępowaniu ludzkim i ich konsekwencje, dzięki czemu można wyciągnąć odpowiednie wnioski. Nie ukrywajmy też, że praca z takim tekstem jest też dużo przyjemniejsza niż z podręcznikiem od historii i łatwiej jest wiele rzeczy zapamiętać. Jest to też znajomość dziedzictwa kulturowego, nie tylko w kwestiach literatury, ale też historii, których pewne podstawy trzeba mieć. 


2. Przekazanie pewnych wartości
Tutaj często pada argument, że można zamienić lekturę na książkę, która przekazuje podobne wartości. 
Ale nie można. Jakkolwiek nie lubię romantyzmu, to nie ukrywajmy, dla Polski był to ważny okres w literaturze i tego przekazu niczym nie można zastąpić. Naprawdę, literatura z tamtego okresu, szczególnie nurt wyzwoleńczo-narodowościowy, jest dla mnie ciężka, nie lubię jej czytać, ale to nie jest coś, co można zastąpić. Poza tym to nie jest literatura stworzona dla przyjemności, ale po to, by wspierać Polaków w tamtym okresie. 
Tak samo literatura obozowa czy z czasów wojny. To jest coś nie do zastąpienia, bo w nią prawdziwi ludzie często przekładali swoje wspomnienia, doświadczenia, które były bardzo traumatyczne. Żadna fikcja literacka tego nie zastąpi.

3. Praca z tekstem 
Jest to jedna z najważniejszych rzeczy, których uczymy się na języku polskim, a niestety mam wrażenie, że jest to bardzo zaniedbane. Przynajmniej odnoszę takie wrażenie, patrząc na to, jak wyglądają te zdolności w przypadku moich sióstr. Szczególnie czytanie ze zrozumieniem, które powinno być podstawową umiejętnością nie tylko w szkole, ale i w życiu. Współczesne teksty się do tego nadają, ale uważam, że jeśli ktoś nauczy się czytając książki, które były napisane trudniejszym językiem, będzie to z jeszcze większą korzyścią dla niego. Lepiej zwiększać sobie poziom trudności niż cały czas być na tym samym. Nie wszystko jest pisane językiem, którego używa się na co dzień (Ba, ten blog jest nawet pisany staranniej niż mój codzienny sposób wypowiadania się. Chociaż specyficzna budowa zdania jest w dalszym ciągu).

4. Poszerzenie horyzontów
Miałam bardzo duży problem, aby nazwać ten podpunkt. Zawiera dużo więcej niż te dwa słowa. 
W dobie fantastyki i lekkich młodzieżówek wątpię, czy sama z siebie zainteresowałabym się jakimś dramatem. Być może nie sięgnęłabym też nigdy po żadną powieść z okresu II Wojny Światowej.  
Takie klasyki są ważne, bo jak wyżej napisałam, tworzą kulturę. Można ich nie lubić, ale ich świadome unikanie to zwykła ignorancja. A czy z ignorancji może wyjść coś dobrego? Tak samo czy bez próby zapoznania się z danym tematem, z daną książką można mówić, że to bez sensu i jest nudne? 
Gdy wspominam lektury, to naprawdę nie ma wielu z nich, o których jestem w stanie powiedzieć, że są nudne i bez sensu. Poznałam tylko jedną taką - "Stary człowiek i morze". Przeczytałam w całości, bo było krótkie. Myślę, że to kluczowe, że przeczytałam i dopiero potem wydałam taką opinię.


Często pojawia się też argument, że lektury zniechęcają do czytania lub że ktoś nie lubi, jak się wybiera książki za niego. Zachęcanie do czytania jest ważne, ale dzieje się to głównie w podstawówce. Wtedy lektury są dużo lżejsze, więcej jest powieści przygodowych i tematów, które zainteresują dziecko. Myślę, że można dołożyć trochę więcej współczesnych książek, ale z pewnością nie należy wymieniać wszystkich. Powinien być nieco większy bilans między książkami współczesnymi, a starszymi, ale tych starszych nie należy usuwać z kanonu lektur, bo przygotowuje to do czytania lektur w kolejnych etapach edukacji. W pewnym wieku i tak zostałyby wprowadzone te starsze książki, gdzie większą rolę gra kontekst historyczny i wtedy dopiero byłaby trudność ze zrozumieniem tekstu.
Zdajmy sobie sprawę z tego, że lektury zostały wybrane tak, aby nas czegoś nauczyć, a nie po to, aby nas zadowolić. Ich czytanie może sprawiać przyjemność i to jest bardzo fajne, jeśli tak jest. A jeśli nie sprawia? Trudno, w tym przypadku trzeba zacisnąć zęby i chociaż spróbować poznać. Nie każdą lekturę się przeczyta, ale nie uciekajmy od pracy z nią. Czasem jest tak, że lektura zyskuje przy bliższym poznaniu. Miałam tak w gimnazjum, ale też w liceum. Często potrzebna jest pomoc przy zrozumieniu pewnych konwencji, bo jednak mijają te dziesiątki i setki lat, język się rozwija i zmienia się też społeczeństwo. Część problemów pozostaje, ale inne są przyczyny, a przede wszystkim inny jest sposób ich ukazania. Warto znać różne strony jednego problemu i różne rozwiązania, dzięki czemu my możemy wyciągnąć wnioski i podjąć własną decyzję. 


Czytają mnie tutaj osoby w różnym wieku, część się jeszcze uczy w szkole, część jest na studiach, część pracuje, ma rodziny. Rozstrzał jest duży, ale myślę, że w komentarzach też może się pojawić ciekawa dyskusja, różne poglądy i tak dalej. 


W obiektywie #10 - Książkowe zdjęcia!


Hej!
Dzisiaj raczej luźny post. Dawno nie robiłam postów z serii W obiektywie, gdzie pokazuję moje zdjęcia. Ostatnio było to w lutym, gdzie dodawałam zdjęcie z sesji z Gabi i moim chłopakiem. W skrócie - było to dawno. Tym razem wybrałam zdjęcia książkowe, które głównie robię na moje drugie konto na Instagramie (mówię drugie, a spędzam tam więcej czasu, okej...).
Ze zdjęciami w moim ulubionych polach mi nie wyszło, deszcz mnie wyprzedził. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu mi się uda. Może gdzieś złapię bez?
Powyższe zdjęcie i zdjęcie poniżej zostało obrobione przy użyciu presetu stworzonego przez Anitę @cooosurę.

















Gratka dla fanów Maleca, czyli "Czerwone Zwoje Magii" Cassandry Clare


Hejo! 
Dzisiaj kolejna recenzja książki autorki, która ma specjalne miejsce w moim sercu. Mowa o Cassandrze Clare i jej najnowszej serii. Uniwersum Nocnych Łowców rozrosło się o kolejną trylogię. I nie ostatnią, bo są jeszcze dwie planowane/zaczęte. Szczerze mówiąc, nie narzekam. Lubię ten świat i podoba mi się to, że z każdą częścią jest co raz bardziej dopracowany. Jak na razie pierwsza część serii „Najstarsze klątwy” to bardziej dla mnie bardziej dodatek do całego uniwersum niż osobna część jakiejś ważnej historii, ale bardzo fajnie dopełnia ten świat.


Tytuł: Czerwone Zwoje Magii
Autor: Cassandra Clare, Wesley Chu
Wydawnictwo: We Need YA
Liczba stron: 472
Data wydania: 15 kwietnia 2020
Moja ocena: 8/10

Historia pokazuje, co się działo na wakacjach Aleca i Magnusa w Europie. Ich spokój został przerwany przez pojawienie się Tessy, która poinformowała czarownika, że jest podejrzany o założenie Szkarłatnej Ręki, kultu czczącego jednego w Wielkich Demonów, Księcia Piekieł Asmodeusza. Okazuje się, że Magnus stracił wszystkiego wspomnienia związane z tym kultem i założył go dla żartu, ale to wymknęło się spod kontroli i znalazło nowego przywódcę…

Jak wyżej wspomniałam, ta część jest takim przyjemnym dodatkiem do całej serii, ale nie znaczy, że nie wnosi do niej wiele. Najważniejsze co ona wnosi to podejście Podziemnych do Nocnych Łowców. Do tej pory spotykaliśmy tylko Podziemnych, którzy byli blisko z nimi lub mieli chwilowe interesy, ale zawsze to był jeden Podziemny i kilku Łowców. Za to tutaj mamy sytuację odwrotną. Alec (i jeszcze dwoje Nefilim) trafia w świat Podziemnych. Najpierw na Nocny Targ, potem na imprezę z okazji ich tryumfu, który Podziemny traktują jak własny. Co godzi w dumę Aleca, ale to jest to co Łowcy sami robią. Świetnie przedstawia ich nieufność i bardzo dobrze to dopełnia obraz tego świata.

Powieść jest podzielona na trzy części oraz epilog. Każda z nich ma tytuł podobny do tytułów 
książek z serii Dary Anioła. Tutaj jest „Miasto miłości”, „Miasto masek” oraz „Miasto wojny”. Bardzo mi się podoba, że każda z tych części ma inny klimat. W pierwszej części wszystko się zaczyna, ale akcja idzie dość leniwie. Czuć miłość bohaterów, ale bardziej czuć nieudaną randkę. Oczywiście nie tak zwyczajnie nieudaną, bo pojawiają się tam przeszkody typowe dla Nocnego Łowcy. W „Mieście masek” akcja przyśpiesza, ale jest owiana dozą tajemniczości. Jeszcze nie wiadomo dobrze wszystkiego, ale coś się dzieje. Można wyczuć coraz większe niebezpieczeństwo. Oczywiście, w ostatniej części, czyli „Mieści wojny” jest najciekawiej i nie ma się ochoty zostawiać tej książki na później. Jest najlepszy fragment tej książki, na który warto czekać. Epilog w bardzo fajny i zabawny sposób podsumowuje tę powieść, ale wprowadza też pewien element zaskoczenia, który jest łącznikiem z "Miastem Popiołów".

Ogólnie styl pisania jest dobry, ale ja zawsze mam jakiś problem z czytaniem książek, które Clare napisała z kimś. Czyta je mi się dużo gorzej niż te tylko jej, mimo że za każdym razem fabuła mnie bardzo ciekawi i intryguje. Na szczęście cały czas jest to typowe dla Clare poczucie humoru. Tym bardziej, że Magnus jest jedną najzabawniejszych postaci w tym Uniwersum. Dodatkowo bawi mnie fakt, że cała fabuła zaczyna się od jednej nieudanej randki i cały czas czuć ten klimat. Nie piszę tego w pozytywnym znaczeniu. Dla mnie jest plusem i chciałabym zobaczyć ekranizację tego w stylu takich komedii romantycznych (chociaż ekranizacja „Miasta Kości” była dnem, a serial też mnie nie porwał, więc to ryzykowne stwierdzenie).

Niesamowicie się cieszę, że możemy poznać bliżej Aleca, ponieważ jest bardzo często tłumiony przez postać Jace’a. Tutaj widzimy jak balansuje pomiędzy pewnością siebie a niepewnością względem czarownika. To jest dość urocze, tym bardziej że okazuje mi wiele uczuć troszcząc się o niego u pomagając.
Z kolei w Magnusie widzimy coś więcej niż jego ironiczność i zamiłowanie do brokatu. Czarownik wydaje się być postacią, która lekko, niekiedy lekceważącą podchodzi do życia (nie tylko swojego), ale tutaj widzimy to jak się troszczy. Otacza troską inne osoby niż Magnusa i Clary. Dowiadujemy się więcej tego, co siedzie w nim. Poznajemy jego demony.
Oprócz tego pojawiają się tutaj postaci z „Mrocznych Intryg”, ale nie ma żadnych spoilerów do tej trylogii. Podoba mi się to, że poznajemy lepiej Aline Penhallow oraz Helen Blackthorn przed wprowadzaniem Zimnego Pokoju. Tutaj są początki ich znajomości, które są bardzo ciekawe. Helen wydaje się delikatna i krucha, a jednocześnie silna. Za to Aline ma bardzo mocny charakter i jest po prostu niezwykle zdecydowana.

Niby nie ocenia się książki po okładce, ale tutaj szata graficzna jest cudowna. Nie znam drugiej tak pięknie odbijającej światło okładki jak ta. Są tutaj też bardzo przyjemne czcionki na początku rozdziałów.

Bardzo polecam ją fanom tego świata, a szczególnie tym, którzy shipują Maleca. :D Jeśli zastanawiacie się, w którym momencie powinno się tę serię przeczytać, to uważam, że obowiązkowa jest znajomość trzech pierwszych tomów „Darów Anioła”, a reszta dowolnie. Nie ma spoilerów do „Diabelskich Maszyn” ani do „Mrocznych Intryg”, mimo że w przypadku tych drugich część bohaterów się pojawia i tutaj, ale w rzeczywistości w obu seriach tylko jedno zdarzenie jest wspólne i może zaskoczyć.


Książka odebrana za punkty na portalu https://czytampierwszy.pl/pl/

W poszukiwaniu idealnych kosmetyków #1



Hejo!
Dzisiaj przychodzę z zupełnie innych wpisem niż zwykle. Pierwszy raz robię taki wpis i starałam się, jak najlepiej do niego przygotować. Obecnie jestem na etapie szukania "moich" kosmetyków. Od jakichś dwóch, może trzech lat interesuję się naturalną pielęgnacją. Najpierw dotyczyła ona włosów, a później rozchodziła się coraz szerzej, że w tej dziedzinie. Na tyle, że do twarzy staram się wybierać kosmetyki z bardziej naturalnym składem (z pielęgnacji, nie maluję się na co dzień) i moje skóra już się do tego tak przyzwyczaiła, że przy używaniu kosmetyków z mniej naturalnym (lub mniej bezpiecznym składem) pojawiają mi się drobne wypryski.
Rozpoczęcie tej serii postów będzie miało ogromny plus - zacznę głębiej analizować składy kosmetyków, co na pewno mi nie zaszkodzi. Jak na razie bardziej się skupię na działaniu, ale do tego starałam się przeanalizować składy, jednak nie będę wyrażać na razie bardziej rozległych opinii, bo muszę się douczyć. Mimo to myślę, że ten wpis pomoże mi określi, co warto kupić ponownie. Swoją drogą, na początku przeraziłam się, gdy zobaczyłam w kilku składach NaOH i KOH, ale po głębszym sprawdzeniu i przeanalizowaniu badań wiem, że nie jest bezpieczny (Jak Was to ciekawi - czytałam m.in. TO *link*). Co prawda w produktach do mycia twarzy będę chciała z niego rezygnować, bo wiem, że są kosmetyki, które go nie zawierają. Głównie dla własnego komfortu psychicznego. :D




1. Garnier Hair Food Papaya
Seria tych masek to jest hit, pewnie wiele z Was ją zna. U mnie najlepiej się sprawdza Papaya, ale próbowałam też reszty i do tej powracam najczęściej. Używałam jej jako odżywki do spłukiwania, używałam spłukując po 10 minutach, a ostatnio używam jako pielęgnacji bez spłukiwania i radzi sobie równie świetnie. Nie obciąża moich włosów. Nakładam ją na całe włosy (pomijając skórę głowy). Używam po każdym myciu głowy (czyli różnie, aktualnie jest to co dwa, nawet trzy dni Używam jej do ploppingu i się sprawdza.
Po jej użyciu mam włosy miękkie, bardzo przyjemne w dotyku. Używam jej około roku. Jestem pewna, że przyczyniła się do tego, że moje włosy nie niszczą się aż tak, a nie oszczędzałam ich - były farbowane chyba trzy razy, do tego regularnie przez cztery miesiące chodziłam na basen.

Cena: ok. 25 zł
Pojemność: 390 ml



2. Bania Agafii/Babuszka Agafia Maska do włosów drożdżowa na wzrost

Ogólnie Bania Agafii to moja ulubiona firma kosmetyczna. Mają produkty w niskich cenach, naturalne składy, które zawierają dużo aktywnych składników i są wydajne. WAŻNE! Jeśli zależy Wam na naturalnych składach, patrzcie na to, gdzie produkt został wyprodukowany. Jak jest to Rosja, macie gwarancję, że weźmiecie produkt z oryginalną recepturą i dobrym składem.
Nakładam przez każdym myciem głowy, tylko na samą skórę głowy. Używam jej głównie, aby wspomogła wzrost moich włosów i wzmocniła cebulki.  Nie umiem określić jej indywidualnego działa, bo używam jej jednocześnie z wcierką Jantar. Oba te kosmetyki dały efekt po jakiś trzech tygodniach regularnego stosowania - mniej wypadają mi włosy, mam więcej babyhairów. Nie umiem określić, czy włosy rosną mi szybciej.
Zaczęłam już drugie opakowanie tego produktu. :D Ostatki z pierwszego nałożyłam na całe włosy i przy tym jednym użyciu już był widoczny efekt, włosy wydawały się mocniejsze. Możliwe, że maski do włosów z tej firmy wyprą pierwszą pozycję.
Mała uwaga! Na początku zapach może być nieprzyjemny, ale później albo wietrzeje, albo się przyzwyczajam.

Cena: ok. 10 zł
Pojemność: 300 ml





3. Bania Agafii Maska oczyszczająca niebieska glinka i maska daurska - tonizująca.
Jedna z moich ulubionych maseczek. Bardzo fajnie oczyszcza. Jest bardzo wydajna, nie potrzeba jej dużo, aby wystarczyła na całą twarz, bo jest dość gęsta. Jedyną jej wadą jest to, że lekko przesusza cerę, więc bezpośrednio po jej nałożeniu nakładam krem. Używam raz na tydzień/raz na dwa tygodnie.
Druga maska - tonizująca, to dla mnie nowość i miłość od pierwszego użycia. Świetnie nawilża i odżywia skórę. Byłam w szoku, że jedno zastosowanie może dać tak świetny efekt. Ma rzadszą konsystencję niż ta z niebieską glinką, ale nie spływa z twarzy.
Obie maski dobrze się zmywa i są się moim maseczkowym must havem.
Jak wyżej - skład naturalny. Co ważne i fajne - NIE zawiera phenoxytanolu, który jest jeszcze niedokładnie przebadany, ale może działać alergennie i nie jest zalecany dla osób z chorobami skóry. Jest to składnik, którego staram się unikać, a jest powszechny w wielu maseczkach.

Cena: ok. 8 zł
Pojemność: 100 ml



4. Farmona Wcierka Jantar
Bezalkoholowa wcierka do włosów, którą pewnie wiele osób kojarzy. Skład ma dobry, sporo aktywnych składników, ale jednocześnie nie przesusza skóry głowy. Stosuję codziennie. Wmasowując w skalp około sześciu kropli w skalp. Niestety, pękł mi korek od tej buteleczki. Nawet nie wiem jak...
Jest to moja druga styczność z tym produktem. Pierwsza była półtora roku temu. Zużyłam pół butelki oddałam siostrze, bo efekt mnie zadowolił. Teraz pewnie zużyję całość. Jak napisałam - w połączeniu z maską - działa super! :D

Cena: ok. 15 zł
Pojemność: 100 ml

5. Farmona Szampon Jantar
Mocny oczyszczający szampon, ale nie przesusza mi skóry. Nie spowodował też łupieżu. Ogólnie jestem zadowolona z jego działania, bo moje włosy dzięki niemu są w dobrym stanie, nic dziwnego się z nimi nie dzieje, a nawet nie przetłuszczają się tak szybko jak wcześniej, więc na plus.
Zawiera w składzie SLS i sylikony, z których chciałabym zrezygnować, aby nie zaburzały skrętu moich włosów.

Cena: ok. 10-15 zł
Pojemność: 330 ml



6. Bielenda Bluberry C-tox Krem pianka do twarzy
Wybór spontaniczny. Weszłam do Rossmana, zobaczyłam półkę z nowościami od Bielendy, przeczytałam "krem pianka" i "Muszę sprawdzić". Wzięłam łopatkę, nałożyłam odrobinę z testera i przepadłam. Konsystencja naprawdę super! Zapach cudowny. A działanie? Jest okej, jeśli ktoś nie ma bardzo wymagającej i suchej skóry twarzy. W moim przypadku dobrze utrzymuje nawilżenie. Przy nałożeniu ciut przy dużej ilości, pojawia się na twarzy niefajna, niebieskawa poświata. Jego zaletą jest to, że nadaje przyjemnego, naturalnego blasku twarzy. Nie jestem pewna, czy go ponownie kupię. Szukam dalej, a do niego będę wracać jako "krem awaryjny", gdy nic lepszego nie będę mogła kupić.
Wydaje mi się, że to fajna opcja, żeby wieczorem się zrelaksować z ładnymi zapachami. Wiecie, taka radość dla wielu zmysłów - ładny zapach, miła konsystencja i przyjemne działanie, nawet jeśli nie jest spektakularne.

Cena: ok. 20 zł
Pojemność: 40 g




7. Tołpa Green Oils żel micelarny do twarzy
Do tego produktu mam mieszane uczucia, bo skład ma dobry, może nie najlepszy, ale dobry. Produkt jest w pełni wegański, więc kolejny plus. Dobrze oczyszcza, nie zapycha, nie szczypie w oczy, czyli kolejne trzy plusy. Ale! Teraz trzeba przejść do minusów. Według zapewnień producenta powinien nawilżać, a tego nie robi. Na pewno nie poradzi sobie ze zmyciem mocniejszego makijażu - miał problemy ze myciem zastygającej pomadki z Golden Rose. Nie mam pojęcia, jak sobie radzi z tuszem do rzęs, podkładem i korektorem, bo tych kosmetyków nie używam. Za to daje sobie dobrze radę z rozświetlaczem na policzkach. W skrócie na codzienne potrzeby jest okej, ale nie do końca robi to, co jest napisane na opakowaniu. To i tak nie jest jego największą wadą. Ma strasznie rzadką konsystencję, przez co jest mniej wydajny i trudno wylać odpowiednią ilość, żeby starczyło na twarz lub nie było za dużo. Oprócz tego lubi się wylewać przy otwieraniu.
Czyli znowu kosmetyk, który ląduje na półkę "awaryjne", jak będę musiała kupię ponownie.

Cena: ok. 13 zł
Pojemność: 150 ml

Chętnie przyjmę rady, co poprawić, co jeszcze zawrzeć w tego typu postach. :D To na pewno nie będzie ostatni wpis z tej serii.