Problemy książkowego świata #2 - konsumpcjonizm


Szkic tego wpisu był w moim zeszycie od roku, ale jak to ze mną jest — nie było dobrej okazji, aby zacząć pisać. Myślę, że dobrze, że wyszło, że siadam do pisania teraz. Jestem bogatsza o nową wiedzę i obserwacje, przez co mogę trafniej ująć problem. Pamiętajcie jednak, że piszę z perspektywy osoby, która obraca się w książkowym społeczeństwie, ale nie ma specjalistycznej wiedzy z dziedziny socjologii i psychologii. Ujmuję ten problem tak, jak sama go widzę i opieram na moich własnych obserwacjach. Nie są to żadne ścisłe dane, a bardziej dowody anegdotyczne. Nie oznacza to, że problem nie istnieje. Żyjemy w świecie, gdzie nadmierna konsumpcja jest powszechna, a kupowanie jest pokazywane jako styl życia. Otacza nas ciągły nadmiar rzeczy, a jednocześnie ciągle usiłuje nam się sprzedać coraz to nowsze sprzęty, kosmetyki, których nie zawsze potrzebujemy.

Ten wpis trochę wynika z tego, że w pewnym momencie życia zainteresowałam się minimalizmem. Rozumiem ideę i założenia, ale w praktyce to wygląda różnie. Z pewnością co mogę napisać, że staram się bardziej świadomie kupować i jak mogę, to wolę wybierać rzeczy z drugiej ręki, to również tyczy się książek. Rzeczywistość w tym przypadku wygląda różnie, ale to przybliżę innym razem.

Na wstępie zaznaczę, jeśli planujesz napisać:
Nie zaglądaj ludziom do portfela! Niech każdy wydaje swoje pieniądze, jak chce i jak mu się podoba, a tobie nic do tego!
albo
Zazdrościsz, że kogoś stać?!
to najlepiej nie odzywaj się wcale, bo nie mamy, o czym dyskutować. W tym wpisie nie chodzi o to, żeby zabronić ludziom wydawania pieniędzy. Chodzi mi o budowanie ŚWIADOMOŚCI, bo posiadanie nadmiernej ilości rzeczy przeważnie jest przytłaczające. Tak samo, jak brak kontroli nad tym, co się kupuje — znam to z doświadczenia, bo sama mam tendencję do impulsywnych i nieprzemyślanych zakupów. Na całe szczęście, w moim przypadku nie jest to zachowanie kompulsywne.

Czy jest konsumpcjonizm?

Konsumpcjonizm według definicji Słownika Języka Polskiego PWN to:
nadmierne przywiązanie wagi do zdobywania dóbr materialnych.
W praktyce oznacza to, że kupujemy więcej, niż potrzebujemy. Nie chodzi tutaj o to, aby ograniczyć się wyłącznie do zaspokajania podstawowych potrzeb. Nie jesteśmy zwierzętami, aby tak funkcjonować. Po prostu trzeba wiedzieć, ile realnie człowiek jest w stanie zrobić lub wykorzystać, a później na podstawie tego planować swoje zakupy. To jedno z dwóch słów kluczy „planować” i „przemyśleć”, ale nie spinać się, jeśli czasem coś wyjdzie spontanicznie.

Rynek wydawniczy i stan czytelnictwa w Polsce a konsumpcjonizm 

W przypadku książek jesteśmy bombardowani nowościami przez cały czas. Nie da się przeczytać wszystkiego, co wychodzi, chociażby nie wiem, jak się człowiek postarał. W ciągu miesiąca mamy kilkadziesiąt premier. Nie żartuję. W ostatnich miesiącach bookstagramerzy bacznie monitorują rynek wydawniczy i dzielą się premierami. Tutaj przykład wpisu Wybrednej Marudy, w którym jest 9 kafelków z wrześniowymi nowościami. Na każdym kafelku jest po 6 książek, z wyjątkiem ostatniego, gdzie jest ich 5. To sprawia, że we wrześniu jest ponad 50 premier, a i tak Marta nie napisała o wszystkich. 

Ilość premier w miesiącu jest oporowa. Nikt nie jest w stanie przeczytać tylu książek w miesiąc. Ba, większość osób nie przeczyta takiej ilości w ciągu roku. Zobaczcie na raport o stanie czytelnictwa w 2022 r., który przeprowadzony przez Bibliotekę Narodową - dostępny na stronie Biblioteki Narodowej. Przebadano 1996 osób powyżej 15 roku życia, z których 34% ankietowanych przeczytało co najmniej jedną książkę, a więcej 7% przeczytało 7 lub więcej książek. Co więcej, warto sprawdzić wyznanie czytelnicze na LubimyCzytać - 7833 założyło, że przeczyta 52 książki w ciągu roku, a 6235 chce przeczytać 24 książki (stan na 26.09.2023 r.). 

Teraz przechodzę do sedna. Co miesiąc wychodzi kilkadziesiąt premier, którymi jesteśmy mniej lub bardziej bombardowani. To jest przytłaczające, może prowadzić do FOMO (Fear Of Missing Out), czyli lęk przed tym, że coś nas omija. Ten termin przede wszystkim odnosi się do bycia online, ale w luźnych rozmowach z innymi recenzentami też się to pojawiło - jako strach przez tym, że nie będzie się na bieżąco z nowościami. Nic dziwnego przy takiej ilości książek, że ktoś się czuje pewną formę lęku, że coś go ominie. Ten lęk prowadzi do presji podążania z nowościami, a tutaj dostrzegam dwie konsekwencje. Pierwszy z nich to po prostu zastój czytelniczy, czyli ktoś przestaje czytać i nie może do tego wrócić. Zaczyna książki, ale nie jest w stanie czytać. 

Druga konsekwencja to hurtowe kupowanie książek. Nie chodzi mi o sytuacje, w których ktoś 2 czy 3 razy w roku robi duże zamówienia książek. Mam na myśli sytuacje, w których dzieje się to niemalże co miesiąc, a książek miesięcznie przybywa więcej, niż jest się w stanie przeczytać. Jednoznacznie trudno określić jakieś konkretne granice — dla każdego te granice są indywidualne. Jeden będzie kupował, co miesiąc 2-3 i nie zawsze uda się to przeczytać, to jest normalne. Kupowanie po kilkanaście książek miesięcznie już może być problematyczne i świadczyć o konsumpcjonizmie. Rosnąca liczba nieprzeczytanych pozycji na półkach również najprędzej skończy się jakimś zastojem czytelniczym. 

Przedstawiona ścieżka to jeden z wielu powodów, dla których ludzie mogą kupować nadmiernie. Powiązane jest z tym poczucie, że trzeba kupić książkę, jak najszybciej, bo może się nakład wyczerpać. Oprócz tego są też promocje, które również skłaniają do impulsywnych zakupów — mogę zaoszczędzić, prawda? Nie. Po prostu wydasz, ale trochę mniej. Dochodzą tutaj też kwestia kondycji psychicznej — w moim przypadku im więcej czasu w życiu, tym łatwiej ulegam kupowaniu różnych rzeczy. Przykładowo w maju i w czerwcu, czyli okresie, w którym organizowaliśmy konferencję i pisałam licencjat, kupiłam łącznie 8 książek. 

Kupowanie kilku wydań książki 

Ten akapit był dla mnie trudny do napisania. Przede wszystkim jest to dla mnie obca kwestia, której nie poznałam na własnej skórze, bo po prostu nie kupuję kilku wydań książek. Jeśli tak się zdarzy, że przez współpracę jakaś pozycja mi się zdubluje, to albo ją sprzedaję, albo robię rozdanie na Instagramie. Jednak nie będę ukrywać, że jest to zjawisko dla mnie bardzo ciekawe, a przede wszystkim - niezrozumiałe. Oczywiście, że mam na ten temat zdanie. 

Niektórzy zbierają każde wydanie jakiejś książki czy przywożą sobie ksiażkę z każdego kraju, jaki odwiedzili. Do pewno stopnia umiem zrozumieć zakup książki jako pamiątki z danego kraju, ale za chwilę pojawia się w mojej głowie pytanie - po co? Po co kupować książkę, której nie da rady przeczytać, bo się nie zna danego języka? Naprawdę nie widzę racjonalnego powodu - zajmuje dość sporo miejsca, nie może spełnić swojej podstawowej funkcji. W moich oczach inne rodzaje pamiątek mają jakąś funkcję - magnes można wykorzystać do przyczepienia czegoś na lodówce, pocztówka po prostu zajmuje mało miejsca i nie przeszkadza. Jakieś figurki czy pluszaki - mają po prostu ładnie wyglądać i nie mają innej funkcji. Książka po prostu służy do czytania, daje rozrywkę, a bez znajomości języka po prostu nie spełni swojej funkcji. 

Dużo bardziej nie rozumiem osób, które kupują tę samą książkę w kilku egzemplarzach. Naprawdę widziałam w Internecie osoby, które tak robią. To jest dla mnie absolutnie niezrozumiałe i nawet nie widzę, co by to mogło usprawiedliwić. Warto się zastanowić, dlaczego chce się kupić tę samą książkę w kilku egzemplarzach, kiedy ten pierwszy nie uległ zniszczeniu. Po prostu przed wrzuceniem ponownie tej samej książki do koszyka zadaj sobie pytanie, skąd wzięła się ta chęć posiadania? Jeśli chcesz wesprzeć autora finansowo, to po prostu napisz opinię o książce i być może ktoś sięgnie po nią z Twojego polecenia.

Warto też wspomnieć, że dodatkową presję na kupowanie, w dublowanie książek na półkach, wywierają wydania limitowane. W tym miesiące pojawiło się już kilka zapowiedzi, które czytelnicy przyjęli bardzo ciepło. Kwestia wizualna to jeden aspekt - te wydania są naprawdę piękne, mają barwione brzegi i po prostu przykuwają wzrok. Przyznam się, że nawet mnie te książki kuszą. Chociaż u mnie aspekt wizualny jest na drugim miejscu. Co ważniejsze i najbardziej zachęcające do zakupów - ograniczona ilość egzemplarzy. Dzięki temu tworzy iluzja ekskluzywności, bo przecież nie każdy będzie miał to wydanie. Jednak najważniejsze - z czasem te wydania staną się pożądane i ludzie będą chcieli za nie więcej zapłacić. Tak, to naprawdę jest powód, dla którego ja rozważam zakup limitowanego wydania, bo będę mogła sprzedać książkę za większą sumę, niż kupiłam. Celowo też nie użyłam słów "zyskiwać na wartości", bo obiektywnie to będzie wciąż tyle samo warte. Może nawet mniej, bo ktoś przeczyta, lekko zniszczy, ale i tak ludzie oszaleją, bo będę chcieli należeć do tej nielicznej grupy posiadaczy.

Gloryfikowanie książek

W takich dyskusjach poza niezaglądania do portfela pojawia się drugi argument w duchu:

Lepiej, że to książki, a nie jakieś inne głupoty.

Wiadomo, że nie od dziś książki uważane są za rozrywkę dla elity, dla osób mądrych, inteligentnych i wykształconych. Mamy zakorzenione w sobie takie przekonanie, taki przekaz do nas docierał od zawsze (na szczęście, wiele osób podważa takie przekonanie). Czujemy się lepiej, bo czytamy. Czujemy się lepiej, bo mamy pokaźną biblioteczkę, a nie szafę, z której wysypują się rzeczy lub półkę, która ugina się od nieotworzonych kosmetyków. Co z tego, że połowa z tych książek stoi nieprzeczytana. 

Książki to tylko rzecz. To taka sama rzecz jak kosmetyki czy ubrania. Nic tu się nie zmienia, jeśli kupujesz nadmiernie i później tego nie używasz. Nie stanie się niczym wyjątkowym, dopóki jej nie przeczytasz. Chociaż to samo w sobie nie wystarczy, bo musi cię zachwycić, musi być taka, abyś mógł_a ją pokochać. Stojąc na półce przez kilka lat, tego nie zrobi. Tutaj znowu chcę przytoczyć kolejny argument, jaki widzę w Internecie:

Książki się nie starzeją, mogę ją przecież przeczytać za kilka lat.

Książki się nie starzeją, ale ty tak. Jest bardzo mało prawdopodobne, że książka, która zachwyci 15-letnią osobę, nie spodoba jej się, gdy będzie miała 20 lat. Dorastamy, nabywamy doświadczenia, a to ma wpływ na to, jak odbieramy cudzą twórczość. Sama wiem po sobie, że wiele książek oceniam w kategoriach "fajna młodzieżówka, ALE spodobałaby mi się bardziej x lat temu" bądź "jest spoko, ale zachwyciłoby mnie to w liceum". 

W dobitniejszych słowach poruszała to ostatnio Laura z profilu @ksiazkizadarmo, dlatego pozostawiam Wam również jej wpis. 

Kompulsywne kupowanie, czyli z czym warto się samemu zapoznać

Zdecydowanie najtrudniejszy fragment tekstu, ale nie wyobrażam sobie, aby się tutaj nie znalazł. Z racji, że jest w Internecie, zrobię to, co każdy użytkownik - czyli nie wiem, ale się wypowiem. Kończąc żarty i wprowadzając powagę, naprawdę chciałabym podkreślić, że nie mam wiedzy z zakresu psychologii. Nie czuję się kompetentna, aby pisać na ten temat, ale uważam, że jest to pojęcie, z którym warto się zapoznać, bo może być przyczyną, kupowania nadmiernej ilości rzeczy. Mowa tutaj o:

  • kompulsywnym kupowaniu.

Dużo bardziej znana jest nazwa "zakupoholizm", która jednak nie jest terminem naukowym. Z tego co wyczytałam obecnie kompulsywne kupowanie nie traktowane jako osobna jednostka chorobowa, ale należy do grupy uzależnień behawioralnych. Nie jestem pewna, jak to wygląda w najnowszym ICD, nie znalazłam danych ten temat. 

Od siebie, całkiem luźno, mogę zostawić tylko jedną radę. Kiedy czujecie presję kupowania, ciśnienie na to, aby kupić coś już teraz, zadajcie sobie kilka pytań:

  • czy chcę to przeczytać czy tylko posiadać?
  • czy faktycznie chodzi mi posiadanie TEJ RZECZY, czy może o radość z kupowania? 
  • dlaczego chcę kupić tę książkę?
Nie jest to idealne, bo jeśli u kogoś to jest problem natury psychicznej, to najprawdopodobniej niewiele to da, bo będą potrzebne inne działania i opieka specjalisty. Liczę jednak, że będą osoby, które po tych słowach zastanowią się, czy ich nawyki zakupowe faktycznie są dla nich korzystne. 

Ten wpis w pierwszym planie miał wyglądać zupełnie inaczej. Miałam tutaj zawrzeć sposoby, które pomogą ograniczyć kupowanie książek, ale wpis naprawdę obszerny. Najpierw go napisałam, a później, kiedy chciałam go sprawdzić i poprawić, to przypomniało mi się, że nie poruszyłam jednego tematu. Z jednego tematu zrobiły się trzy i w ten sposób zdecydowałam się, aby go podzielić. W moim odczuciu byłby zbyt długi, co pewnie część osób zniechęciłoby do czytania już w połowie. Na szczęście, podział, który wprowadziłam jest logiczny, a także pozwala mi na lepsze rozwinięcie tematu. Jeszcze dokładnie nie wiem, kiedy pojawi się kolejna część tego wpisu. Dwie rzeczy wiem na pewno — kolejny wpis to Kwartalnik, a Jak ograniczyć kupowanie książek pojawi się przed połową października. Tyle jestem w stanie obiecać w tym momencie. Waham się po prostu, co wstawić po Kwartalniku — czy to, czy recenzję książki.

Brawurowa, wciągająca, ale... - recenzja "Wyjęci spod prawa Scarlett i Browne" Jonathan Stroud


Cześć!

Planowałam tę recenzję wstawić kilka dni wcześniej, ale miałam ciekawy tydzień. Zostałam całkiem sama w domu z psem, a niestety okazuje się, że potrzebowałam w tygodniu opieki. Jestem pierdołą i codziennie coś odwaliłam. Zaczęło się od zostawienia torby w pociągu (odzyskana), wyrwania gniazdka i skończy się na utopieniu telefonu w toalecie. Planowałam w tym roku zmienić sobie telefon, ale dopiero za 2 miesiące. Teraz zrobię to szybciej, bo po prostu ma wodę pod przednim aparatem i trochę wariuje. Sobota jak na razie jest spokojna, ale jeszcze nie zaczęłam czytać książek w ramach maratonu, który trwa przez ten weekend. Możecie dołączyć do niego w dowolnym momencie tego weekendu — dajcie znać na Instagramie i Was dodam.

[Współpraca z Wydawnictwem Poradnia K]

Tytuł: Wyjęci spod prawa Scarlett i Browne
Seria: Scarlett i Browne
Autor: Jonathan Stroud
Tłumacz: Wojciech Szypuła
Wydawnictwo: Poradnia K
Liczba stron: 396
Data wydania: 27 września 2023 

Scarlett McCain samotnie wędruje po niebezpiecznym świecie i sama jest niebezpieczna. W zniszczonym autobusie pełnym trupów spotyka chłopaka — Alberta Browne'a, który jest cóż... Jest uroczą pierdołą, która sama zginęłaby w tym okrutnym świecie.  Jego celem jest dotarcie do Wolnych Wysp, dlatego zawiera umowę ze Scarlett. Razem muszą uciec od swoich problemów i konsekwencji swoich dokonań. Książka pełna nielegalnych działań, ale również świetnego poczucia humoru. 

"Wyjęci spod prawa Scarlett i Browne" to naprawdę fajna książka młodzieżowa. Nie jest to książka idealna, którą pokochałam całym sercem, ale z pewnością warto zwrócić na nią uwagę.  Określiłabym ją jako +14, ponieważ występują w niej sceny przemocy, ale nie są jakoś szczegółowo i mocno opisane. Cóż, właściwie życia Scarlett opiera się na brawurze, łamaniu prawa i czasem zabijaniu. W przypadku Alberta jest inaczej. Bohater sprawia wrażenie, jakby sam nie przeżył w tym świecie kilku minut, ale skrywa tajemnicę. 

Fabuła pełna brawury

Fabuła jest po prostu super! Lubię książki, w których bohaterowie podróżują, a jednocześnie muszą się nawzajem poznać. Zawsze jest to ciekawe. Bohaterowie spotykają się przypadkiem — ona wyciąga go z wraku autobusu, w którym jest jedynym żywym człowiekiem. On z kolei jest wystraszony, nie wie, co się dzieje. Tutaj zaczyna się przygoda, która polega na wspólnej ucieczce. Pomyłki Alberta są zabawne, chociaż zbliżają bohaterów do niebezpieczeństwa. Przygody bohaterów są naprawdę brawurowe, a pewność siebie Scarlett po prostu dominuje i nadaje tempa wszystkiemu. Akcja biegnie szybko, a także ma zaskakujące zwroty akcji. No dobra, na pewno jeden zwrot akcji mnie zaskoczył, co i tak uważam za sukces w książkach. Nie zmienia to faktu, że jest kilka momentów, które zmuszają bohaterów do zmiany swoich planów.

W tej historii pojawia się motyw found family używam angielskiego zwrotu, bo wydaje mi się, że więcej osób nim się posługuje i polskiego odpowiednika nikt nie zna. Nie tylko Scarlett i Browne z czasem stają się dla siebie rodziną, ale na ich drodze pojawia się też Stary Joe i jego wnuczka Ettie. Niby ich planem jest dotarcie do Londyńskiej Laguny, gdzie każdy pójdzie w swoją stronę, ale w trakcie tej podróży zaczynają się ze sobą zżywać.

Klimat — inny niż się spodziewałam

Opis książki dał mi wrażenie, że klimat tej książki będzie mroczniejszy. Może to kwestia doboru słów, może to, że wciąż mam w głowie Lockwood i sp., a może to kwestia moich skojarzeń z książkami postapokaliptycznymi. Tutaj jest po prostu niebezpiecznie i brawurowo, a bohaterowie ciągle przed czymś uciekają. Dużo strzelanin, mało potworów. Są ruiny, są bezpieczne miasta, czyli bardzo dobrze znany motyw, w którym poza miastem czeka cię śmierć. 
Na ten klimat wpływają też relacje bohaterów — sprawiają, że książka jest przyjemniejsza i cieplejsza. Bohaterowie są niemalże skrajnie różni, ale ich relacje nie są one wymuszone. Są ciekawą mieszaniną wzajemnej troski, próby zrozumienia, tajemnic i humoru. Humor tutaj miesza się z ironią, a czasem jest nawet czarny, co bardzo lubię. Narracja jest trzecioosobowa, ale możemy wniknąć w głąb umysłu postaci i poznać ich najskrytsze myśli. Ich myśli są nietuzinkowe — zawsze wynikają i pasują do obecnej sytuacji bohaterów, ale bywają nie na miejscu. W moich oczach to sprawia, że bohaterowie są naturalni i żywi. 

Świat Scarlett i Browne'a — ciekawy, ale nierozbudowany

Wielka Brytania w tej historii jest podzielona na siedem osobnych królestw. Taki podział powstał po serii kataklizmów, o których czytelnik się nie dowiaduje szczegółowo. Wiadomo natomiast, jak ludzie funkcjonują — żyją w miastach, które są jednym bezpiecznym miejscem. Poza nimi grasują Skażeni, czyli kanibale, a także zmutowane zwierzęta. Władze nad wszystkim pełną Domy Wiary, które prócz tego dbają o czystość genetyczną — każdy, kto chociaż trochę odbiega od przyjętej normy, zostaje wygnany poza miasto, gdzie czeka go śmierć. Tyle właściwie wiem, bo nie zostało to tak dokładnie opisane. W notatkach mam zapisane jakieś "Wielkie Umieranie" i "Wojny Graniczne", ale po przeczytaniu już o nich nie pamiętałam. Prawdopodobnie pojawiła się o nich tylko jedna, może dwie wzmianki o nich, które nie były rozbudowane, dlatego uleciało mi to z pamięci. 

Potencjał tego świata nie został w pełni wykorzystany, przez co czuję ogromny niedosyt. Głównie to wpływa na niższą ocenę. Przede wszystkim po przeczytaniu książki dalej nie wiem, jakie kataklizmy spotkały to państwo i dlaczego zdecydowano się na podział na siedem królestw. Podobnie ze Skażonymi — mniej więcej wiem, czym są, ale czy to byli kiedyś ludzie? Jeśli tak, to dlaczego tak wyglądają i dlaczego nie zachowują się na ludzie? O Domach Wiary zyskałam mgliste pojęcie na sam koniec, ale nie zaspokoiło to mojej ciekawości. Chciałabym dokładniej poznać ich funkcję w społeczeństwie i sposób, w jaki sprawują władzę. Brak przybliżenia tej funkcji sprawia, że antagoniście są niewyraźni. Są źli, bo są źli i są elementem Domu Wiary, ale poza tym nie ma tutaj opowiedzianej ich historii. 

Oprócz tego świat nie ogranicza się do dystopii (myślę, że ta postapokaliptyczna wizja już się pod to łapie), ale też część bohaterów wykazuje zdolności psioniczne. Jest rozwinięte tylko w kontekście jednej postaci, ale nie ma wyjaśnionej ich genezy. Sposób budowy świata jest właśnie dystopijny, ale nie mam pewności, czy jest to na pewno dystopia — bunt przeciwko władzy w tej serii pojawia się jako jednostkowy. Być może w kolejnych częściach się to zmieni, ale zobaczymy.

Kim są Scarlett i Browne?

Bardzo spodobała mi się kreacja bohaterów. Scarlett i Albert świetnie się dopełniają, to jeden z tych duetów, o których nie umiem pisać inaczej niż razem. Ona pomaga mu zyskać pewność siebie i uwierzyć w swoje możliwości. Albert z kolei sprawia, że Scarlett się wycisza nie tylko w trakcie medytacji, ale po prostu jest bardziej ostrożna. Jej brawura jest mniejsza. 

Postać Alberta była dla mnie lekkim zaskoczeniem. Po opisie, tytule i okładce spodziewałam się, że Browne również będzie odważny i taki "hej do przodu". Jest dużo inaczej. W pierwszej chwili człowiek ma wrażenie, że jest to taka ciapa, miękka klucha, która nie powinna się znaleźć w tak niebezpiecznym i okrutnym świecie. Na całe szczęścia Albert ma swoją tajemnicę, która przede wszystkim czyni go wyjątkowym, ale też sprawia, że nie jest tak bezbronną istotą. Dość szybko wychodzi to na jaw i urozmaica historię, ale nie będę o tym się rozpisywać, żeby nie spoilerować. Samo poprowadzenie tego wątku uważam za satysfakcjonujące — wystarczająco rozwinięte, aby czytelnik nie czuł, że czegoś brakuje, a jednocześnie zadawałam sobie pytanie "dlaczego?".

Scarlett mówi, że nie opowie o swojej przeszłości, a jednocześnie widać, jak ogromny ślad na niej odcisnęła. Coś niesamowitego! Bardzo mnie to przyciągało do czytania, zostało w pamięci i przede wszystkim zachęca do czytania dalej. Lubię taką aurę tajemniczości. Chcę podkreślić i docenić, że to zostało po prostu dobrze zrobione. Nie ma poczucie, ze Scarlett istnieje tu i teraz, nie ma własnej historii. Jest taki zdrowy niedosyt — chcesz wiedzieć więcej, bo widzisz, jak to oddziałuje na bohatera po takim czasie. Ogromny plus!

Tej historii naprawdę dużo dały postaci drugoplanowe — Stary Joe oraz jego wnuczka Ettie. Całą czwórkę połączyła niesamowita relacja, niemalże rodzinne. Różnice między bohaterami są ogromne — mają zupełnie inne podejście do życia. Dwójka głównych bohaterów jest żądna przygód, a Stary Joe pragnie spokoju. Albertowi łatwiej jest się zbliżyć do niego, gorzej ze Scarlett. Ettie jest dla niego oczkiem w głowie. Z czasem każdy z bohaterów otacza ją opieką i tworzą po prostu rodzinę. 


Wyjęci spod prawa Scarlett i Browne to naprawdę fajna młodzieżówka. Dobrze się ją czytało, wciągała i zaciekawiła swoim światem na tyle, abym chciała poznać dalsze przygody bohaterów. Świat w tej historii nie został tak rozbudowany, jak bym oczekiwała po książce w klimatach postapo. Nie wpłynęło to na odbiór tej części, tylko zostawiło mnie z niedosytem. Wiem jednak, że jeśli nie poznam odpowiedzi na te pytania w drugim tomie albo przynajmniej częściowo nie zostanie to przybliżone, to będę niezadowolona. Kończę tę recenzję kilka dni po przeczytaniu i myślę, że to powinno wybrzmieć — w tym momencie czuję dużo więcej pozytywnych emocji po przeczytaniu i najsilniejsze są te pozytywne wrażenia, więc naprawdę jest dobrze. Jest we mnie dużo ciekawości, jak to dalej się potoczy i czego nowego się dowiem.

Brak oczekiwań i czekanie - co u mnie?





Cześć!
Miałam wyjątkowo paskudny miesiąc — co mogło pójść nie tak, to poszło. Nic, co zaplanowałam, nie wyszło, a inne plany się przesunęły, a niespodzianki od życia nie były wesołe. Czas dziwny i stresujący. Myślałam, że po obronie już będzie z górki, już będzie lekko, miło i przyjemnie. Oczywiście, że było jeszcze gorzej! Pod koniec sierpnia już się spytałam, czy mogę ten rok spisać na straty i nic więcej nie oczekiwać. 

Co u mnie?


O najbardziej stresującej sytuacji pisać nie będę, na szczęście to był tylko jeden dzień. Najbardziej spędzało mi sen z powiek szukanie mieszkania. To było koszmarne. Naprawdę, myślałam, że nie bezie tak źle, że coś znajdzie dość szybko, ale niestety nie... Chyba najgorsze w tym było balansowanie pomiędzy "co jeśli przegapiłam i nic już nie znajdę" a "co jeśli wynajmę, a znajdę coś lepszego?", a od czasu do czasu "spokojnie, masz jeszcze czas". KOSZMAR. Naprawdę... W trakcie tego miałam też różne przeboje, o których chciałabym napisać wpis, bo myślę, że takim doświadczeniem warto się podzielić. W końcu znalazłam coś, co w sumie mi podpasowało, ale i tak musiałam obniżyć wymagania — głównie przez ten stres, że będę mieszkać w jakichś beznadziejnych warunkach albo dojeżdżać przez całe miasto na uczelnię. 

Niby piszę, że nie mam oczekiwać co do dalszej części roku, ale, szczerze mówiąc, cały czas czekam. Przede wszystkim czekam na powrót na studia. Brakuje mi takiej mojej rutyny, jaką miałam wypracowaną. Do tego zawsze jest mi łatwiej, jeśli mam jakieś stały, narzucony plan dnia i to wszystko samo mi się układa. Lubię mieć napięty grafik, a taki pewnie będzie w tym roku. Zapowiada się naprawdę intensywnie — sporo zajęć na studiach, planuję brać udział w konferencjach i pewnie jakieś wydarzenia, w których będę brać udział jako członek koła.  

Oprócz tego muszę się pochwalić, że skończyłam ostatnie zlecenie jako copywriter i nie mam zamiaru tego kontynuować. To po prostu nie jest dla mnie. Lubię pisać i dlatego piszę bloga, ale jakoś nie umiem być sama sobie szefem. Regularność i sumienność to nie jest moja mocna strona. Do tego dochodzi skłonność do prokrastynacji, która nie dość, że sprawia, że odwlekam rzeczy, to jeszcze nie umiem ocenić, ile realnie zrobię w ciągu dnia. Dość stresujące, a stres sprawia, że nie jestem twórcza. Ogólnie też kontakt z klientem mnie przeraża — niby rozumiem zlecenie, niby wszystko jasne, a później jednak w połowie zlecenia jest wątpliwość, czy ja to w ogóle dobrze interpretuję. Miałam też pecha, jeśli chodzi klienta. Tutaj odezwał się mój brak doświadczenia, bo nie ogarnęłam, że stawka jest poniżej rynkowej. Mogłam się w sumie zorientować po tym, jak była oferta napisana — stawka za wszystkie teksty, wymóg liczenia znaków bez spacji i później, jak to przeliczyłam na znaki, to jednak nie wypadało to tak korzystnie. Jednocześnie wymagania do jakości tekstów też były duże, więc naprawdę to się nie opłacało. Cóż... Na przyszłość będę mądrzejsza. Pod warunkiem że mnie dopadnie jakieś zaćmienie umysłu i zdecyduję się powrócić do tego. To naprawdę, nie jest moja bajka. 

Chciałabym po prostu powrócić do mojej rutyny, ale też znaleźć czas, aby pisać na bloga. Idealnie by było, jakbym teraz trochę napisała na zapas, dokończyła rozpoczęte od roku wpisy i była przygotowana na ten rollercoaster, który mnie czeka od października.

Ogłoszenia parafialne


Korzystając z tego, że to taki luźniejszy wpis, to podrzucę kilka ogłoszeń. 

1. Chciałabym Was prosić o pytania do Q&A. W tamtym roku obiecywałam, mam zapisanych jakieś 5 pytań, ale chciałabym dobić do 10. Śmiało pytajcie, można użyć opcji komentowania anonimowego.

2. Jakiś czas założyłam fanpage bloga na Facebooku, więc zachęcam do polubienia. Może jakoś ogarnę aktywność tam. Jeśli klikniecie w poniższe zdjęcie, to Was przeniesie do strony.


3. Tak samo zapraszam na Twittera, gdzie jestem częściej, aby dodać jakieś randomowe rzeczy. 
User: @mysliwylatujace


4.  Przypominam też o moim Instagramie. Tam jestem najbardziej aktywna, daję aktualizacji tego, co czytam i krótkie opinie o książkach. Jestem też otwarta na dyskusje o książkach, więc nie ma co się bać i można śmiało komentować. Tutaj akurat najnowszy wpis.


5. Skoro mowa o Instagramie — w przyszły weekend organizuję maraton czytelniczy, jak za dawnych czasów. Serdecznie zapraszam do udziału. Nie chodzi tutaj o ilość, ale po prostu o wspólne czytanie i szukanie czasu, aby poczytać. Do tego zawsze można podyskutować o książkach. 




(Nie)typowa bohaterka? - recenzje "Nevermore. Cienie" Kelly Creagh


 

Hej!

Dzisiaj przychodzę z recenzję drugiej części Nevermore od Kelly Creagh. Jeśli pamiętacie moją recenzję pierwszej części, to wiecie, że ta seria jest dla mnie miłym zaskoczeniem. Jest to ten klimat, który kojarzy mi się w ten dobry sposób z tym, co czytałam w gimnazjum. Gdybym wtedy to przeczytała, to by były moje ulubione książki i pewnie wracałabym do nich do tej pory. Teraz dobrze mi się to czyta, wciąga mnie i się po prostu dobrze bawię podczas czytania, mimo że widzę pewne rzeczy, na które są nieodpowiednie i problematyczne. Na szczęście nie jest ich aż tak dużo. 

Jeśli nie czytaliście Kruka, to najpierw zapraszam do przeczytania tamtej recenzji - kliknij tutaj i przeczytaj. W teksćie pojawi się na pewno jeden spoiler do pierwszego tomu.

Recenzja we współpracy z wydawnictwem Jaguar. Bardzo dziękuję za możliwość współpracy!

Tytuł: Nevermore. Cienie
Oryginalny tytuł: Nevermore. Enshadowed
Autorka: Kelly Creagh
Tłumaczka: Aleksandra Krakowska 
Wydawnictwo: Jaguar
Data premiery: 4 lipca 2023 

Pomijam opis książki, aby uniknąć niepotrzebnych spoilerów dla osób, które nie czytały.

Dużo mniej

Cienie mają nieco inny klimat niż Kruk. Nie miałam żadnego problemu ze zmianą klimatu - dalej czytało mi się to dobrze i byłam zaciekawiona. Zdecydowanie jest tutaj mniej amerykańskiego high school. Niewiele akcji dzieje się w szkole, ale ogólnie tę część określiłabym jako MNIEJ. Mniej wszystkiego dosłownie, lecz nie uważam, aby to było ze szkodą dla książki. 
Również w tej książce jest też mniej akcji. Spodziewałam się, że ta część będzie przeładowana akcją, a Isobel będzie dążyła do postawionego przez siebie celu, niezależnie od wszystkiego. Jednak tak się nie dzieje. Fabuła nie brnie wybitnie szybko do przodu ani nie ma wielu szalonych zwrotów akcji, które pozostają czytelnika w szoku. Ta część historii opiera się na tym, że Isobel dąży do tego, aby wyjazd do Baltimore doszedł do skutku. Przekonuje rodziców, opracuje plan z Gwen. Jednocześnie dalej dzieją się wokół niej dziwne rzeczy, które jeszcze mniej rozumie niż wcześniej. Nie ma przy niej nikogo, kto mógłby jej wyjaśnić, co się dzieje. Musi sama to odkrywać i zrozumieć, co się dzieje. I przede wszystkim uratować Varena.
To wszystkie składa się na różnice w klimacie. Nie jest ani lżejszy, ani cięższy, mimo że są w nim różnice. Z pewnością jest większa aura tajemniczości i poczucia, że musisz się dowiedzieć, dlaczego ten świat tak funkcjonuje. Skąd się wzięła kraina snów? Dlaczego Isobel jest aż tak istotna? Ta książka pozostawiła we mnie kilka pytań, na które chciałabym poznać odpowiedź i będę zawiedziona, jeśli nie znajdę jej w  finale tej książki.

(Nie)rozbudowany świat?

Nie będzie to zbyt zaskakujące, ale nie czuję, aby świat został jakoś bardziej rozbudowany w stosunku do poprzedniej części. Niby powinnam potraktować to jako wadę, ale nie przeszkadzało mi to. Ba, nawet to pasuje do tej historii, ale to w pełni będzie zrozumiałe, jak co myślę o Isobel. Generalnie — nie ma co się dziwić, skoro narracja stawia na punkt widzenia tej bohaterki, mimo że jest trzecioosobowa. 
Pojawiły się pewne nowe informacje, ale nie czuję się, aby przyczyniły się do rozbudowania tego świata. Nawet pisząc tę recenzję i chcąc podać przykład, to jest mi ciężko coś powiedzieć. Odpowiedź na to, co jest filarem tego świata częściowo, została podana w Kruku. Niewiele jednak więcej się stąd dowiedziałam. Jedynym nowym elementem, który powiedział coś więcej, była księga demonów, którą przyniosła Gwen, ale i tak było niewiele. 
Ogólnie zabrakło tutaj rzeczy, które by pomogły bohaterce poznać ten jej świat. Jest tutaj potencjał i można by było go bardziej rozwinąć, ale jednocześnie czuję, że droga, którą poszła autorka, też ma sens. 

Normalna nastolatka 

Isobel jako bohaterka książkowa jest wyjątkowa, bo absolutnie nie jest wyjątkowa. Nie jest żadną superbohaterką, nie ma żadnych nadnaturalnych mocy ani nie jest nadzwyczajnie odważna. Dziewczyna jest po prostu zwykłą nastolatkę, która nie ma prawo jazdy i w wielu kwestiach jest zależna od rodziców. Dziewczyna przede wszystkim głowi się, jak przekonać rodziców do wyjazdu. Jak dla mnie jest to super rozwiązanie! Przyzwyczaiłam się do bohaterek, które są silne i niezależne już w wieku nastoletnim, a tutaj zupełne przeciwieństwo. 
Jednak doceniam to, że Isobel, pomimo tylu przeciwności i trudności, działa i jest w tym działaniu wytrwała. Ma momenty załamania, gdzie traci wiarę i wątpi w to wszystko, ale mimo to dalej się podnosi i walczy, bo jej na tym zależy. 

Najdziwniejsza postać 

Gwen to nowa przyjaciółka głównej bohaterki. Kiedy wszyscy się od niej odwrócili, Gwen zaczęła się z nią przyjaźnić. Jest to bardzo osobliwa postać, która często zachowuje się niezrozumiale (chociaż to chyba typowe dla bohaterów tej serii). Ma jakąś wiedzę na temat krainy snów, ale jej wiedza i tak niewiele wnosi. Bardziej dotyczy mitów lub zabobonów. Dalej nie umiem jej określić i rozgryźć, więc jestem ciekawa, jaka będzie w kolejnej części. 

Poniższy akapit zawiera spoiler do pierwszej części, dlatego możecie pominąć. 

Co z Varenem?

Bardzo mi się podoba, że Varen w tej części przez większość czasu jest nieobecny. Nie wiadomo, co się z nim dzieje. Czasem się pojawia, ale to niczego nie wyjaśnia, a nawet powoduje więcej pytań. Właściwie niewiele nowego dowiadujemy się o tym bohaterze w tej części. Jest mglista wiedza o tym, gdzie on jest, ale właściwie to nie wiemy nic nowego i przypatrujemy się, jak bohaterka stara się go uratować. 
Chciałam napisać, że jest to raczej niespotykane w książkach, aby jednego z głównych bohaterów nie było przez większość książki, ale przypomniało mi się, że taki zabieg był też w Księżycu w nowiu i którejś części Szeptem. Tutaj ten zabieg bardziej mi się spodobał - bohaterka, mimo że jej było ciężko, to jednak starała się, aby odzyskać swojego ukochanego.

Podsumowanie

Nevermore. Cienie to nie jest książka, o której jestem w stanie jakoś dużo napisać. Przede wszystkim jest to efektem ograniczonej akcji w tej książce, co mi akurat nie przeszkadzało. Ta część wydaje mi się być łącznikiem między finałem, który coś tam wnosi do historii, ale trudno powiedzieć co. Mimo to uważam, że jest na podobnym poziomie do pierwszej części, mimo że jest zupełnie inna. Skupia się na Isobel, która się stara, chociaż obiektywnie niewiele może sama zrobić, co było dla mnie ciekawe. Największym plusem tej historii, tym co ją wyróżnia, jest Isobel, będąca zwykłą nastolatką, która boi się tego, co przytrafiło się jej w życiu. Ogólnie - polecam tę serię, ale pamiętajcie, że jest to idealny przedstawiciel książek dla młodzieży sprzed 10 lat. 



Krótko o książkach #4

Z ogromnym zadowoleniem przychodzę z tym postem, bo po prostu przez te trzy miesiące nazbierało mi się kilka książek, o których mogę cokolwiek napisać. W dodatku będzie bardzo różnorodnie! Były gnioty, były świetne książki i były przeciętniaki z głupimi błędami. Znowu nie wyszło aż tak krótko, jakie było moje pierwotne założenie tej serii, ale w takiej formie znacznie lepiej się czuję. 

Zapraszam do czytania! Nie będę już przedłużać. 

Olejcie Netflixa! — Enola Holmes Nancy Springer 

Przed obroną, aby się zrelaksować i nie myśleć, o tym co mnie czeka, zaczęłam czytać serię o Enoli Holmes. Miałam na tę serię na oku od dłuższego czasu, obejrzałam już filmy z serii na Netflixie i myślałam, że mniej więcej wiem, czego się spodziewać. Jak ja się zaskoczyłam!
Seria o Enoli Holes to bardzo przyjemna seria książek. Przede wszystkim podoba mi się to, że autorka starała jak najbardziej wiernie oddać realia tamtych czasów. Oczywiście, że można dyskutować nad realnością tego, jak Enola ukrywa się przed braćmi i co w tym czasie, ale ma to znacznie więcej sensu niż w filmie. Przede wszystkim korzysta ze makijażu, przebiera się i robie charakteryzację, aby nie być Enolą Holmes. Świetnie się to czyta, szczególnie że cały czas Enola musi ukrywać się przed braćmi. Czasem na siebie wpadają, czasem oni się nie orientują, a czasem tak i jest super! Więzi między rodzeństwem pojawiają się gdzieś bliżej końca serii. 
Każdy tom przedstawia rozwiązanie innej sprawy. Te sprawy nie są aż tak spektakularne jak w filmie. Wydają się dużo bardziej realne. Również jest to bardziej możliwe do rozwiązania przez czternastolatkę. Enola nie ma wiecznie genialnych pomysłów, czasem popełnia błędy, a czasem nie zauważy czegoś, co rzuca się na pierwszy rzut oka. Jednak wciąż ma niezwykle błyskotliwy umysł, jest aż nazbyt inteligenta i samodzielna jak swój wiek. W dodatku nie podąża ślepo za ówczesną modą, a nawet zdaje sobie sprawę z problemów, jakie to może ze sobą nieść. 
Z czym mam największy problem w produkcji Netflixa, to wątek matki głównej bohaterki. Został on ta zniszczony, że tego nie da rady uratować. Nie zepnie się to tak ładnie i nie zrobie to aż takiego wrażenia na czytelniku jak w książce. Druga kwestia to dodanie bezsensownego wątku romanycznego w filmie, gdzie w książkach Enola nawet nie myśli o takich rzeczy.  
Cała seria składa się obecnie z siedmiu książek, na jesieni powinna wyjść w Polsce kolejna. Wiadomo, jak to jest, jedna część jest lepsza, inna nieco gorsza. Dla mnie całokształt jest bardzo dobry i polecam ją nie tyle, co Wam, ale bardziej dzieciakom w podstawówce, które chcą zacząć coś czytać. 


Po prostu dobra młodzieżówka — Dunbridge Academy. Tam gdzie ty Sarah Sprinz

Zdecydowanie to jest książka, o której mam najmniej do powiedzenia, ale jest jedną z lepszych młodzieżówek, jakie ostatnio czytałam. Oceniam ją jako bardzo dobrą, a od kilku (okej, od dwóch lat) zwykłym młodzieżówkom ciężko jest mnie nie znudzić i zachwycić. Co prawda, nie nazwałabym tej książki jakąś mianem odkrywczej i łamiącej schematy, ale nie jest to żaden odgrzewany kotlet.
 Nie byłabym sobą, gdybym moje wyobrażenie o tej książce, a rzeczywistość była zupełnie inna. Przede wszystkim spodziewałam się, że cała trylogia będzie mieć tych samych głównych bohaterów, a głównym wątkiem będą poszukiwania ojca przez Emmę oraz jej zmagania w nowej szkole. Do tego jeszcze doszłyby jakieś inne wątki, może lekki wątek kryminalny, jakieś tajemnice do rozwiązania. Przecież szkoła w szkockim zamku aż się prosi o tajemnice! 
Jednak Dunbridge Academy to jedna z tych serii, w którym każdy tom przedstawia historię miłosną innych bohaterów. Zwykle nie przepadam za czymś taki, bo postaci drugoplanowe nie są aż tak dobrze zarysowane, aby była zaciekawiona relacją. Tutaj jest inaczej. Zarówno romans główni bohaterowie, jak i drugoplanowi są wyraźni, ciekawi i sympatyczni. Z łatwością (niemalże) wszystkich polubiłam na tyle, aby chcieć przeczytać kolejne części, a zwłaszcza drugi tom! Będzie o takich fajnych postaciach i takiej relacji, że będę zachwycona. 
Tam gdzie ty przedstawia historię Emmy i Henry'ego. Jest dość prosty romans między nastolatkami, którzy powoli zaczynają wchodzić w dorosłość. Bardzo mi się podoba, że dla obydwojga bohaterów nie jest to pierwszy związek. Mają już jakieś doświadczenia w relacjach damsko-męskich. Początkowo Henry ma dziewczynę, z którą jest do kilku lat. Jednak to uczucie zaczęło się wypalać, już nie jest tak, jak dawniej. Nie jest to aż tak rozwinięte i chciałabym, aby było nieco więcej przemyśleń. Relacja bohaterów rozwija się spokojnie, chociaż czuć między nimi chemię oraz poczucie, że to nie powinno tak wyglądać, bo przecież jedno z nich jest zajęte.
Kolejną zaletą jest to, że wątek romantyczny nie zasłania pozostałych. W tej książce ukazane są problemy rodzinne bohaterów. Emma pragnie odnaleźć ojca, którego nie widziała od lat. Henry z kolei zmaga się z tęsknotą za rodziną i innymi problemami. Po prostu w tej książce jest czas i miejsce na wszystko.  

Gorsza wersja Zmierzchu — Crave Tracy Wolff

Bardzo mocno czuć inspirację "Zmierzchem", co nie wyszło dobrze. Nie, żeby "Zmierzch" był jakimś wybitnym dziełem literatury (chociaż mam do niego ogromny sentyment), to chociaż się kupy trzyma.
Główna bohaterka trafia do nowej szkoły na Alasce i od samego początku wzbudza zainteresowanie dwóch największych przystojniaków w szkole Nie wiadomo dlaczego, przecież ledwo ktokolwiek ją poznał. I właściwie żaden z nich jej dobrze nie pozna, bo cała akcja książki to ledwo 2 tygodnie. Co już wystarcza, aby zdążyła się zakochać w jednym z tych przystojniaków, oczywiście tym bardziej niebezpiecznym, przed którym każdy ją ostrzega. Początki relacji bohaterów są bez sensu. Ich rozmowy są o niczym, nie wiadomo, o co w nich chodzi i jakim cudem bohaterka znajduje coś, aby się zauroczyć w bohaterze. Później też nie jest lepiej, bo bohaterowie po kilku dniach epatują wielką miłością do siebie, co po prostu wzbudza tylko politowanie.
Fabuła? Przez pierwszą połowę nikt nie mówi nic bohaterce, tylko są jakieś mętne ostrzeżenia, że jest tutaj dla niebezpiecznie. A, no i ktoś chciał ją zabić na dzień dobry, ale to nie jest powód, aby powiedzieć o świecie, którego jest część. W końcu się dowiaduje. I co? Jak każda bohaterka serii dla nastolatków o wampirach — nie boi się, bo i czego ma się bać? Druga połowa książki się rozkręca, ale w moim odczuciu jest chaotycznie napisana. Główny antagonista miał swój przebiegły plan, ale dlaczego akurat ten plan wyglądał tak, a nie inaczej, to się nie dowiedziałam i dalej tego nie rozumiem.

Część dialogów była jak wyjęta ze "Zmierzchu", co wypadało tandetnie. W innych miejscach były jakieś suchary, które po przetłumaczeniu na polski wypadały jeszcze słabiej. W pewnej scenie znalazł się tak głupi błąd, jak użycie słowa "siostrzenica", gdzie bohaterka była bratanicą... Nie wiem, czemu nikt tego nie zauważył.

Na koniec zostawiam dwie książki, w których opiniach zawarłam spoilery.  Chyba zawarłam, bo nie do końca nie jestem pewna, ale oznaczę. Szczególnie nie jestem pewna, czy to, co napisałam w Muchomorach w cukrze, jest spoilerem, bo jak dla mnie bez kontekstu to nic nie mówi i nie ma wielkiego znaczenia.

Dziwnie — Muchomory w cukrze Marta Bujan

Bardzo dziwna książka, po przeczytaniu nie do końca wiedziałam, co o niej myśleć, czy moje wrażenia są bardziej pozytywne czy negatywne. Realnie niewiele rzeczy mi się podobało, a rzeczy, które w pierwszej chwili uznałam za plusy, po prostu mi nie przeszkadzały.
Zaczynając od plusów — po raz pierwszy, czytając thriller, poczułam się tak, jak oczekiwałam. Był dreszczyk emocji, taki niepokój, jakiego wcześniej nie udało mi się doświadczyć. W trakcie zakończenia dzieje się najwięcej i gdzieś do połowy punktu kulminacyjnego byłam naprawdę zadowolona z przebiegu rzeczy. Tylko autorka przekombinowała. To nawet nie jest za mocne, ale po prostu motyw jest dziwny, nielogiczny, mam ochotę napisać "odklejony". Nie wiem, jak ładniej to określić. Tutaj naprawdę nieco prostszy, bardziej przyziemny motyw lepiej by się sprawdził. 

Brak akcji przez większość książki nie przeszkadzał mi. Nie nudziło mnie to. Nawet fajnie pasowało do klimatu — najdłuższe wakacje życia, dom w górach na odludziu i upał. To trochę jak czekanie na burze. Jest świadomość, że zaraz zacznie grzmieć, tylko nie wiesz kiedy i w końcu przychodzi bardzo późno. Są jakieś drobne znaki, że coś jest nie tak i to jest takie irytujące, bo nikt nie zwraca na to uwagi. Każdy jest "ahoj, przygodo!". Czy jest to jakaś wybitna przygoda? W moich oczach nie. Właściwie bohaterowie spędzają czas w domku i piją dużo alkoholu (takie ukazanie spędzania czasu jest minusem i jest szkodliwe). Nie chodzą na wycieczki, z czego mogliby skorzystać. Szkoda, naprawdę. 

Bohaterowie... Cóż nie polubiłam się z nimi. Poza Fio, Kostkiem i Adamem reszta miała jakieś cechy osobowości, ale nie byli jakoś wyraźni. Zupełnie obojętni dla mnie. Adam wzbudzał niepokój. Kostek irytował, bo był po prostu snobem i za wszelką cenę pokazywał, jaki to on nie jest elokwentny.
O Fio ciężko mi się sensownie wypowiedzieć. Z jednej strony chcę ją zrozumieć jako osobę z zaburzeniami psychicznymi, ale z drugiej jest to tak dziwnie zbudowane, że w trakcie czytania marszczyłam tylko brwi z konsternacją. Jej myślenie jest dla mnie tak odległe. Momentami nawet bym określiła mianem bezmyślnego, nielogicznego zupełnie bez sensu. 

W książce są też drobne absurdy i głupotki, które również wzbudziły moją konsternację. Nie podoba mi się sposób przedstawienia żałoby, ale może to przez to, że ja inaczej to przechodziłam. Tutaj wnioskuję z narracji — ojciec pozwala zdecydować 13-latce, czy chce iść na terapię. I kurcze, to dla mnie dość abstrakcyjne, że właściwie dziecku daje wybór w tak delikatnej kwestii i w tak trudnym momencie.
Inna rzecz, na którą zwrócił uwagę w ten negatywny sposób, to rozmowa o wypadku sprzed 30 lat, który został spowodowany, bo kierująca korzystała z telefonu komórkowego. Jest to taka mała głupotka, bo mniej-więcej byłyby lata 90 lub ich końcówka, czyli czasy, w których telefony komórkowe, nie były aż tak powszechne, a tym bardziej mało prawdopodobne, aby były przyczyną wypadku samochodowego. Znowu więcej prostoty i byłoby okej.

Nic specjalnego — Love on the brain Ali Hazelwood

Nawet nie jestem zawiedziona, tylko no… najzwyklej w świecie ta książka do mnie nie trafiła. Spodziewałam się czegoś więcej, niż dostałam, mimo że to, co czytałam, nie jest najgorsze. Ot, taka przeciętna książka. Spędziłam przy niej miło czas, myślałam, że pomoże mi wyjść z minizastoju czytelniczego, ale kurde nie trafiła do mnie. Parę razy się zaśmiałam, ale też nie wzbudziła we mnie jakichś innych emocji. Ani wkurzenia, ani jakiego namiętnego przeżywania tego, co czytam. Bohaterowie są mi zupełnie obojętni. Ani ich nie polubiłam, ani ich nie znienawidziłam. Są, bo są, mimo że mam do nich pewne zastrzeżenia.
Najbardziej zawiodło mnie w tej książce zakończenie. Pasuje jak wół do karety. Jest bez sensu w odniesieniu do całej książki. Autorka próbowała wzbudzić więcej emocji w czytelniku, spuścić bombę, ale mnie to zupełnie nie przekonało. Gdyby zostawić ogólny zamysł i odpuścić tak mocną eskalację wyszłoby lepiej, naturalnej. Do tego w punkcie kulminacyjnym dialogi były sztuczne. Trochę jakby Chat GTP miał napisać scenę, w której główny bohater spotyka swojego wroga.
Ogólnie nie spodobał mi się sposób przedstawienia i prowadzenia relacji między bohaterami. Irytujące było to, że Bee do połowy książki tkwiła i nawet sama się nakręcała w przekonaniu, że Levi jej nienawidzi.

[spoiler]

Jednak to, co mnie w ich relacji razi to Levi. Nie jako sama postać, ale to jak są przestawione uczucia z jego strony. Jak dla mnie jest to 🚩. To niepokojące, że koleś, który ma ok. 30 lat, przez 5 lat nie wiąże się z nikim i z nikim się nie spotyka, bo jest „zakochany” w osobie, z którą nie ma i w sumie praktycznie nigdy nie miał kontaktu. Nieco creepy. Do tego w takich sytuacjach najczęściej dochodzi do idealizowania i tworzenia fałszywego obrazu tej drugiej osoby w swojej głowie, więc tym bardziej mnie to nie przekonuje.



Dawno czegoś takiego nie czytałam - recenzja "Złodziej" Megan Whalen Turner

Cześć!

Chyba ponownie przeceniłam swoje możliwości, ile jestem w stanie pisać na bloga. Dopadło mnie przeziębienie, oczekiwanie na wyniki rekrutacji na studia i jakoś nie miałam wystarczająco czystej głowy, aby pisać. Chyba też sama się przytłoczyłam poruszeniem poważnego problemu w książkach i przez to jeszcze ciężej było mi zebrać się do pisania i czytania, i ogólnego funkcjonowania. Dziś przychodzę z recenzją książki z pogranicza fantastyki i książek przygodowych. Coś, czego naprawdę dawno nie czytałam. 

[Materiał reklamowy — współraca z wydawnictwem Poradnia K]

Tytuł: Złodziej 
Oryginalny tytuł: The Thief
Seria: Złodziej Królowej
Autorka: Megan Whalen Turner
Tłumacz: Dominika Rycerz-Jakubiec
Wydawnictwo: Poradnia K
Data wydania: 28 czerwca 2023 r.

Złodziej  nie jest nową książką, co chyba mnie najbardziej w tej książce zaskoczyło. Jest to książka z 1994 roku, a po raz pierwszy wydana w Polsce w 2012 roku i wtedy nie doczekano się w Polsce wydania wszystkich części. Szczerze mówiąc, nie kojarzę, aby wcześniej o niej słyszała. Co prawda w roku wydania jeszcze nie wgłębiłam się w książkową społeczność, ale jakby wzbudziła większe zainteresowanie w tamtym okresie, to w ciągu kolejnych dwóch czy trzech lat mogłabym ją znaleźć na blogach. 

I kurczę! Ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego tego większego zainteresowania nie wzbudziła. Jest naprawdę bardzo dobry reprezentant fantastyki. Widziałam gdzieś stwierdzenie, że jest bardziej książka przygodowa niż fantastyka, ale nie jestem w stanie się z tym pełni zgodzić, chociaż rozumiem ten punkt widzenia. To nie jest fantastyka, w której czymś codziennym są magiczne i mityczne stworzenia, w której świat jest przesycony magią. Elementy fantastyczne w budowie tego świata są znacznie bardziej subtelne i mniej wpływają na codzienne życie bohaterów. Powiedziałabym nawet, że są nieco zapomniane i przez to nie tak powszechne. Elementy przygodowe znacznie bardziej wysnuwają się na pierwszy plan, szczególnie w drugiej połowie historii. Nadały tempa historii oraz wzbudziły we mnie wiele emocji. Czytając tę historię, byłam naprawdę podekscytowana tymi wydarzeniami.

Najbardziej podoba mi się w tej książce, że nie czuję żadnego niedosytu, jeśli chodzi o kreację świata. Naprawdę, trzeba mieć talent, aby stworzyć dopracowany świat i zawrzeć go w 300 stronach. Na końcu książki możemy znaleźć informację, że autorka inspirowała się wierzeniami starożytnych Greków, ale nie jest to znana nam mitologia grecka. Główne elementy fantastyczne w tej historii to zagadkowe, prorocze sny, inny system wierzeń i bogowie oraz przedmioty zesłane przez bogów. Brzmi dość delikatnie jak na fantastykę, jednak rezultat w połączeniu z fabułą robi wrażenie. Sam świat określiłabym mianem spójnego — nie czuć, że coś zgrzyta, nie czuć, że czegoś brakuje i czytelnik ma poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu. 

W tym świecie istnieją Attolii, Sounis i Eddis. Attoli i Sounis od lat są w stanie wojny, a Eddis byłoby cennym sojusznikiem. Państw w tym świecie jest ich więcej, ale tylko te trzy są istotne dla fabuły. Aby zyskać przewagę nad tym drugim państwem, niezbędne jest odszukanie legendarnego artefaktu, który umożliwi bycie prawowitym władcą tronu. W tym celu wybranego najbardziej uzdolnionego złodzieja ze wszystkich, jacy są w królestwie. Gen, czyli tytułowy złodziej, wyrusza w drogę z magiem, dwoma uczniami i żołnierzem. 
Ta w skrócie można przedstawić fabułę tej książki. Początkowo czytałam ją bez większych emocji, ale czytało się bardzo przyjemnie. Kiedy zaczęły się te prawdziwe poszukiwania, wciągnęłam się i nie mogłam oderwać od czytania. Później czytało się tylko lepiej i było więcej akcji. Po części przewidziałam główny zwrot akcji. Był w pewnym stopniu oczywisty, ale na szczęście nie w całości. Udało mi się odrobinę zaskoczyć intrygą, która została ujawniona na samym końcu. 

Jednym z wyjątkowych elementów tej książki są przytoczone opowieści i legendy. Najbardziej mi się podoba to, że możemy je poznać z dwóch perspektyw. Pierwszą jest perspektywa Maga, który jako uczony zna najbliższe prawdy wersje tych przekazów. Drugą wersją są przekazy ustne, które opowiadała Genowi jego mama. Bardzo mi się podoba takie podejście do tematu i ukazanie tego, jak opowiadania mogą się różnić, mimo że są o tej samej historii. 


Bohaterowie są dobrze zarysowani, mimo że nie wszyscy rysują się tak mocno. Na pierwszym planie zdecydowanie jest Mag oraz Gen, a ich towarzysze stoją w ich cieniu. Mimo to pozostała trójka i tak zachowuje swoją odrębność i nie stanowi tła dla tej dwójki. 

Eugenides to nie jest postać, którą polubiłam od razu. Przez pierwsze strony mój stosunek do niego trudno było nazwać sympatią. Jest to wybitnie arogancki i aż nazbyt pewny siebie bohater. Ma się wrażenie, jak gdyby sam dla siebie był bogiem. W podróży, kiedy wciąż jest więźniem, dalej zachowuje się równie arogancko. Nie było to tak irytujące, aby odkładać książkę. Powodowało to bardziej myśli "Człowieku, jesteś w beznadziejnej sytuacji. Weź się zamknij i tego nie pogarszaj...". Polubiłam tego bohatera, gdy zaczął te prawdziwe poszukiwania. Z jednej strony widać w nim profesjonalność — wiedział, co ma robić, jak ma robić i miał swój plan działania. Z drugiej strony było to dla niego czymś nowym i czymś innym niż to, czym zwykł się zajmować. Również zdaje się to być bardziej niebezpieczne dla jego życia. W tym wszystkim ukazała się jego ludzka strona. Ukazał się lęk i strach o własne życie, ale również wątpliwości czy on w ogóle podobała temu zadaniu. Im bliżej końca, tym bohater wzbudzał coraz większą sympatię. 

Mag, co może zaskakiwać, nie wykazał się żadnymi magicznymi mocami. W tym świecie jest to po prostu uczony, który może być również doradcą króla. Specjalizuje się w analizowaniu starych wierzeń i tyle, czego się dowiedziałam. Jego specjalizacja nie jest aż tak przybliżona. Z początku jako postać wydaje się oschły, nieprzystępny i skupiony tylko na wykonaniu zadania. Nieistotne, jaki byłby tego koszt. Z czasem mamy możliwość poznać go lepiej i widać, że jest to postać zafascynowana nauką, ma swoją misję w życie i mimo wszystko troszczy się o swoich towarzyszy. Może nie wydaje się najbardziej sympatyczną postacią, ale polubiłam tego bohatera. Z czasem bardziej się otwiera i da się go lubić. 

Pozostała trójka bohaterów to Pol, Ambiades oraz Sofos. Początkowo sam tytułowy bohater nie rozróżnia dwóch ostatnich, ale z czasem coraz lepiej ich poznaje. Pol jest żołnierzem, Ambiades jest uczniem maga, a Sofos jak się okazuje następcą tronu. Dobór towarzyszy jest nietuzinkowy, jednak wyszedł naprawdę sensownie. Ich wzajemne relacje i fakt, że Gen jest dla nich obcym człowiekiem, są przyczyną kilku zabawnych scen. Eugenides początkowo robi im wszystkim na przekór, jest najbardziej irytującym towarzyszem podróży, jakiego można sobie wyobrazić. Jednych udaje mu się łatwiej wyprowadzić z równowagi (Ambiadesa), innych trudniej (Pol, mag). Z czasem ich relacje ulegają poprawie, zaczynają się lubić i wzajemnie szanować. 

Do tej książki mam dwa drobne zastrzeżenia, które nie dotyczą jej treści, a tego co w niej zabrakło. Przede wszystkim zabrakło mi mapy. Ta książka aż się o nią prosi! Dzięki mapie podróże bohaterów nie byłyby takie "suche" i nabrałyby pewnego rodzaju rzeczywistości. Tak bohaterowie jadą i jadą, ale w sumie ani końca nie widać, a samą trasę ciężko sobie wyobrazić. Drugą rzeczą, chociaż nie aż tak niezbędną, jest słownik. To by było bardziej w formie urozmaicenia i ciekawostki. Zebranie w jednym miejscu imion wszystkich bogów i ich artefaktów byłoby po prostu fajne. 

Przy tej historii spędziłam naprawdę dobrze czas i z pewnością przeczytam kolejne tomy. Może świat nie jest przesycony magią, ale Eugenides jest genialnym złodziejem, którego poczynania można śledzić z radością. Jestem ciekawa, jakie jeszcze wyzwania przed nim stoją, ale również jak potoczą się dalsze losy jego państwa. Świat, który do tej pory poznałam, to pewnie tylko jego fragment, ale już po tym fragmencie mogę powiedzieć, że jest on dopracowany i przemyślany. Chcę zobaczyć jego rozwój. Podsumowując, Złodziej w moich oczach jest bardzo dobrym pierwszym tomem i wstępem do dłuższej i większej historii. Dałby sobie radę jako jednotomówka, ale świadomość, że czekają jeszcze inne części, sprawia, że mam dość duże oczekiwania co do tej serii i że dalej będzie tylko lepiej.

Podsumowanie semestru VI - koniec licencjatu!

 Cześć!

To już ostatni wpis z podsumowaniem semestrów na studiach. Na drugim stopniu będę kontynuować naukę na tym samym kierunku, ale zdecydowałam się zrezygnować z tych wpisów. W rzeczywistości pisanie o moich studiach nie sprawiało mi takiej przyjemności, mimo że je naprawdę lubię. Mając przerwę międzysemestralną czy wakacje wolałabym już o nich nie myśleć i zająć się czymś innym. Patrząc też na plany zajęć na magisterkę, to również nie widzę w tym sensu, bo drugi rok opiera się głównie na pracowni i seminarium magisterskim, a to jest bardzo indywidualne.  Byłoby tylko podsumowanie dwóch semestrów, może trzech, ale trzeci semestr składa się w większości z wykładów, które kończą się w połowie semestru i nie ma do nich żadnych ćwiczeń ani laboratoriów, a pisanie o samych wykładach mało można powiedzieć. Zobaczycie zaraz sami. 

Ogólne odczucia 

Ostatni semestr był jeszcze gorzej zorganizowany niż poprzedni, co bolało znacznie bardziej, bo miałam do pisania pracę dyplomową. Tym razem nie jest to kwestia pojedynczych przedmiotów, a odgórnych zarządzeń. Generalnie ktoś czegoś nie przemyślał i utrudnił życie studentom. Obrony były w terminie sesji letniej, więc fajnie by było, aby zaliczyć wszystko przed sesją. Jednak było to utrudnione, bo niektóre zajęcia były do końca semestru. W momencie, w którym powinnam szlifować moją pracę licencjacką, musiałam jeszcze się uczyć na wejściówki i robić sprawozdania, a to naprawdę zajmuje kilka ładnych godzin. Wolałabym inną organizację semestru — aby zajęcia dydaktycznie skończyły się w maju, czerwiec był przeznaczony na zaliczenia przedmiotów i potem obrona. Na mojej specjalności nie było dużo zajęć, głównie były to samodzielne wykłady, które kończyły się w połowie semestru. Laboratoria były z trzech przedmiotów, z czego  jedne skończyły się początkiem kwietnia, a drugie tydzień po Wielkanocy. Później był miesiąc przerwy w naszych laboratoriach i kolejne rozpoczęły się w połowie maja, były co dwa tygodnie i trwały praktycznie do końca semestru. To naprawdę było ciężkie i irytujące. 

Przedmioty

  • Podstawy farmakognozji 
  • Podstawy farmakologii 
  • Podstawy preparatyki kosmetyków
  • Podstawy zarządzania i marketingu 
  • Chemia materiałów 
  • Chemia stosowana i zarządzanie chemikaliami 
  • Inżynieria chemiczna
  • Ochrona własności intelektualnej i przemysłowej 

Specjalizacja nauczycielska 

  • Emisja głosu 
  • Przygotowanie pedagogiczne do pracy w szkole podstawowej 
  • Psychologiczne podstawy w szkole podstawowej 

Jak oceniam przedmioty?

Utwierdziłam się w przekonaniu, że samodzielne wykłady to nie jest forma, którą lubię. Jest dużo treści, której nie uczę się regularnie i powtarzam nic po wykładach, przez co nauka do zaliczenia była znacznie cięższa. Po ich zakończeniu nawarstwiło się zaliczeń i nie wiadomo było, jak to wszystko ustawić, aby nie było to uciążliwe. 

Podstawy farmakognozji były interesujące, ale prowadzone dość monotonnie. Druga połowa tego wykładu tematycznie mniej mi się podobała, ale prowadząca bardziej aktywizowała grupę i łatwiej było się zaangażować. Podstawy farmakologii natomiast były ciekawiej prowadzone. Wykładowca opowiadał, a nie czytał ze slajdów i była możliwość dyskusji. Na każdych zajęciach aktywizował grupę lub opowiadał jakieś ciekawostki, przez co łatwiej było zapamiętać informacje. Również nie było problemy z robieniem notatek. 

Wykład z chemii materiałów był podzielony między dwie osoby prowadzące. Nie będę owijać w bawełnę — pierwsza część wykładów nudna, nieinteresująca i ciężko cokolwiek z niego wynieść. Nauka do niego była koszmarem, bo z moich notatek nic nie wynikało.  Na drugiej było już lepiej. Łatwiej się notowało i były poruszane nieco ciekawsze zagadnienia. Ogólnie określiłabym ten przedmiot mało praktycznym.

Największe zaskoczenie tego semestru to wykład z ochrony własności intelektualnej i przemysłowej. Spodziewałam się jakiegoś nudnego przekazywania informacji z ustawy, a prowadzący podszedł do tematu zupełnie inaczej. Były cytaty z dokumentów prawnych, ale jednak dominował praktyczny aspekt ich przedstawienia. Naprawdę wspominam ten wykład dobrze.

Najciekawszym wykładem była chemia stosowana i zarządzanie chemikaliami. Prowadzący z pasją, widać, że sam z siebie interesuje się tymi tematami. To jedne z tych zajęć, na których jest się z przyjemnością i nie nużą. Jednocześnie są tym rodzajem zajęć, gdzie ciężko jest robić notatki. Na szczęście prowadzący wysyłał wykłady, więc nie było tak źle. Poznane zagadnienia bez problemu można było odnieść do otaczającej nas rzeczywistości i praktyki. Laboratoria do tego przedmiotu również były interesujące i przebiegały w bardzo sympatycznej atmosferze. Ćwiczenia nie były żmudne, niektóre wymagały więcej zaangażowania. Serio, wspominam je bardzo dobrze i nie widzę żadnego powodu do narzekania.

Na przedmiot inżynieria chemiczna składały się konwersatoria i laboratoria. Pod kątem organizacji to była porażka. Trafiliśmy na prowadzących, którzy mieli dużo innych zobowiązań, przez co na konwersatoria często musieliśmy się umawiać w innych terminach, niż wynikałoby to z planu. Organizacja laboratoriów to był cyrk. To jedna z rzeczy, które wkurzały mnie najbardziej. Zwykle wyglądało to tak, że mieliśmy zajęcia na zmianę z drugą grupą (czyli w jednym tygodniu moja grupa, a w następnym druga). Tutaj wyszło tak, że najpierw te zajęcia druga grupa, my kończyliśmy inne laboratoria i potem oni mieli laboratoria z inżynierii chemicznej, a my miesiąc przerwy. W połowie maja dopiero się zaczęły i były co dwa tygodnie aż do końca semestru. Było naprawdę frustrujące, bo pod koniec studiów wolałabym się skupić na szlifowaniu pracy dyplomowej, a nie na uczeniu się do laboratoriów i robieniu sprawozdań, do których instrukcje były niejasno opisane w skrypcie. Laboratoria sam w sobie nie były takie złe, ale te raporty z ćwiczeń, to był koszmar. 
Konwersatoria były ciekawie prowadzone. Jednym z elementów zaliczenia  było wykonanie i przedstawienie prezentacji na forum. Bardzo mi się podobało podejście prowadzącego do tego — podał wymagania, co trzeba mówić. Ocena prezentacji byłą na podstawie wrażeń grupy. Dostaliśmy kartki, na których zaznaczaliśmy punkty za zrozumienie tematu, zaangażowanie, przygotowanie, jasność przekazu oraz kreatywność. Ogólnie wymagało to od nas po prostu umiejętności prezentowania — nieczytanie z prezentacji, gestykulacja i ogólnie odpowiednia mowa ciała. To było naprawdę fajne, ale szkoda, że dopiero na samym końcu studiów mieliśmy kogoś, kto wymagał od nas czegoś więcej, a nie odklepania prezentacji.

Zajęcia z preparatyki kosmetyków był dość ciekawe, ale niestety nie były dla mnie niczym odkrywczym. Mieliśmy czterech prowadzących z różnych, przez co poziom zajęć był nierówny. W jednej katedrze mieliśmy możliwość korzystania z homogenizatora do stworzenia emulsji, a w innej robiliśmy to samo za pomocą bagietki. Powtarzalność przepisów na poszczególnych zajęciach był nieco nużąca, ale większość przepisów była ciekawa. Dla mnie może 2-3 przepisy były czymś nowym, ciekawym, ponieważ działając w kole naukowym, robimy podobne preparaty i na podobnym poziomie zaawansowania. 

Podstawy zarządzania i marketingu to był taki zapychacz. Wydaje mi się, że sylabus zawierał przestarzałą wiedzę, nieadekwatną do obecnych czasów, co mnie nieco odrzuciło od tej dziedziny. Miałam przez to poczucie, że jest nieżyciowa i przekazywane informacje są zupełnie odklejone od rzeczywistości. 

Specjalizacja nauczycielka

Zajęcia z psychologii oraz pedagogiki były konwersatoriami do wykładów prowadzonych w poprzednich semestrze. Tak jak myślałam, te zajęcia bardzo mi się podobały. Przygotowanie pedagogiczne opierało się głównie na dyskusji, ale również na sobie testowaliśmy różne metody rozwijania kreatywności czy pracy grupowej. Bardzo kreatywne i wzbogacające zajęcia! Na podstawach psychologicznych wypełnialiśmy jakieś psychotesty oraz dyskutowaliśmy o różnych problemach dotyczących uczniów w szkole. Było świetnie. 
Emisja głosu to zajęcia, które moim zdaniem powinny być obowiązkowe na każdych studiach. Uczą tego, jak mówić i jak korzystać z głosu, aby się nie zajechać, nie zniszczyć krtani. Składały się z części teoretycznej, ćwiczeń oddechowych oraz artykulacyjnych. Bardzo przydatne i szkoda, że już się skończyły. 

Koło naukowe 

Myślę, co ja tu mogę napisać... W poprzednim semestrze pisałam, że strasznie dużo papierów trzeba było ogarniać. To przez ten semestr było jeszcze więcej podań i w związku z nimi jeszcze więcej problemów. Naprawdę, działy się tak dziwne, tak stresujące rzeczy, że za pierwszym razem człowiek jest spanikowany. Za drugim jest mniej spanikowany, ale już wie, co robić i idzie to załatwić. Za trzecim razem to po prostu siedzisz i się śmiejesz, bo przecież to już było załatwione i czemu ktoś się czepia... Część problemów była z naszej winy, część nie. Zarządzanie kryzysowe było niezbędne. 
Pisałam już mnie więcej o Konferencji Kosmetycznej Sun Beauty w Kwartalniku, ale myślę, że dobrze jest więcej o tym napisać. Przede wszystkim pracowałyśmy nad tym przez ponad pół roku, więc słabo to streścić tylko w dwóch zdaniach. Było ciężko — dużo papierów, dużo maili i trochę błędów. Najgorsze było pozyskiwanie  sponsorów. Najpierw nikt nie chciał, a później decydowali się w ostatniej chwili. Samą konferencję przebiegałam, ogarniając rzeczy, które trzeba było ogarnąć na cito. 
 

Stacjonarna konferencja

 Nie wiem, jakim cudem zapomniałam o tym w Kwartalniku, ale mam z czego być dumna! Wystąpiłam po raz pierwszy na żywo na konferencji z posterem pt. "Pozyskiwanie biokomponentów zaawansowanych takich jak kwas lewulinowy z biomasy roślinne". Badania przedstawione na posterze stanowiły część mojego licencjatu. Przeżyłam. Nie było to najbardziej komfortowe doświadczenie w moim życiu, ale również nie było najgorsze. Taka forma wystąpienia zdecydowanie nie jest moją ulubioną, ale będę musiała się z nią oswoić. Najważniejsze! Mój poster zajął drugie miejsce w konkursie, z czego jestem naprawdę dumna.