Materiał na pocieszną książkę - Recenzja "Mroczny Sobowtór" Jonathan Stroud

Cześć!

Dziś przychodzę z recenzją, na którą się bardzo cieszę, a jednocześnie boję się jej pisać. Dlaczego? Bo nie wiem, czy oddam wszystkie emocje, jakie mi towarzyszyły podczas czytania i to jak bardzo pokochałam ten świat. Książki z serii Lockwood & sp. to moja nowa obsesja. Obejrzałam serial i niemal od razu zakochałam się w tym pełnym duchów świecie. Od razu zaczęłam czytać na Legimi, pierwszy tom kupiłam z drugiej ręki, a drugiego nie mogłam znaleźć w ten sposób, wiec kupiłam nową. Fakt, że mogę recenzować trzeci tom we współpracy z wydawnictwem, bardzo mnie cieszy. 

Materiał reklamowy — współpraca z wydawnictwem Poradnia K

Jeśli nie czytaliście jeszcze pierwszego tomu z serii Lockwood and sp. zapraszam na mojego Instagrama. Poniżej zdjęcie, pod którym znajduje się recenzja. 

Tytuł: Mroczny sobowtór
Seria: Lockwood i sp.
Autor: Jonathan Stroud
Tłumaczka: Tina Oziewicz
Wydawnictwo: Poradnia K
Liczba stron: 374
Data wydania: 8 marca 2023 
Moja ocena: 10/10

W Chelsea pojawia się nagły i ogromny wysyp duchów. Skala tego problemu jest tak wielka, że zostają do tego zatrudnione wszystkie londyńskie agencje łowców duchów. Oprócz najmniej, Lockwooda i spółki. Ci mają ręce pełne pracy od zleceń, dzięki sławie, którą zdobyli. Jedno z nich jest szczególnie istotne, a zleceniodawczyni jest z nich tak zadowolona, że rekomenduje ich, by dołączyli do agencji, zwalczających wysyp. 

Ostatnio jest naprawdę mało książek, które aż tak by mnie zachwyciły. Większość książek, które poznaje, jest bardzo dobrych, ale zawsze czegoś mi brakuje. A to za mało emocji, a to chciałabym, aby jakiegoś wątku było więcej. A to nie do końca historia mi się, ale wszystko poza tym jest okej i styl bardzo dobry, i historia się trzyma kupy, mimo że nie poszła tak, jak bym chciała. Czasem oczekuję więcej, niż dostaję i też ocena jest niższa. 
I pojawiają się książki Jonathana Strouda. Pierwszy tom nie wzbudził we mnie aż tylu emocji, być może dlatego, że ta część była mi już znana z serialu. Drugi tom był rewelacyjny, dałam 10/10. A potem przeczytałam Mrocznego Sobowtóra, który jest jeszcze lepszy!

Idealna comfort book 

Lockwood&sp. to idealny przedstawiciel książek młodzieżowych. Wydaje mi się, że na spokojnie można ją czuć już od 10/11 roku życia. Najprościej jest mi napisać, że jest to książka skierowana do tej samej grupy odbiorców, co Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy. Nie ma tutaj krwawych scen, a opisy walk z duchami są bez drastycznych szczegółów. 
Jednocześnie jest to na tyle unikalna historia, że może się spodobać również dorosłym. Zresztą, sama wiem, że będę do niej wracać nie tylko myślami. Z podekscytowaniem wyczekuję do premiery kolejnych części. Historia trójosobowej agencji łowców duchów po prostu otula czytelnika. Jest jak taki ciepły, puchaty kocyk, spod którego nie chce się wyjść w zimowy dzień. Jednocześnie potrafi dostarczyć odrobinę dreszczyku, zaintrygować oraz wzruszyć. Dosłownie idealny materiał pocieszną książkę!

Świat — tak znajomy, ale tak bardzo różny

Świat, w którym żyją bohaterowie, nie różni się zbyt wiele od naszego. Jest Londyn, jest Tamiza i są duchy... Duchy i walka z nimi całkowicie mnie kupiła. Szczególnie że pojawienie się duchów było nagłe i ma swoją, nieodkrytą historię. 
Autor postanowił dodać w książce wydarzenie, nazwane Problemem, przez które w całej Anglii zaczęły pojawiać się duchy. Najbardziej czułe na nie są dzieci — wiele z nich obdarzonych jest Talentem, dzięki któremu może widzieć ich manifestacje i postaci, a niekiedy słyszeć co one mówią. Tylko jednej osobie do tej pory udało się komunikować z duchami. Z wiekiem ta zdolność zaczyna zanikać, a osoby dorosłe mogą wyczuwać tylko wpływ duchów, ale nie są w stanie z nimi walczyć. 
Książka jest przesycona słownictwem, które można określić specjalistycznym. Na całe szczęście każdy z tomów jest uzbrojony w słownik, dzięki każdy czytelnik może zostać ekspertem od duchów. Są tam wyjaśnione podstawowe pojęcia, które się pojawiają, talenty oraz typy duchów, jakie się pojawiają. Każda kolejna część dodaje coraz więcej szczegółów do obrazu świata i jego funkcjonowania. 

Nie ma syndromu drugiego tomu!

Jestem już przy trzeciej części z pięciu i najważniejsza rzecz — nie ma syndromu drugiego tomu. Co więcej, z każdym kolejnym tomem bawię coraz lepiej. To zasługa tego, że bohaterowie mierzą się z nowymi zagadkami. W Mrocznym Sobowtórze problem do rozwiązania podoba mi się najbardziej. 
Po części dlatego, że jest dla mnie całkowicie nowy. Są tutaj dwa problemy. Jeden to bardzo ciekawa historia, a drugi to coś wielkiego, czego Londyn jeszcze nie widział. Skala wysypu w Chelsea uderza, ale to nie jest w nim najgorsze. Po prostu nie wiadomo, o co chodzi. Jest najbardziej zawiłą i najmniej oczywista zagadka, z jaką mierzą się wszystkie londyńskie agencje łowców i duchów. W końcu zaangażowani zostają Lucy, Lockwood i George. George wpada na trop, na który nikt inny nie wpadł, co jest genialne. Jednocześnie bardzo dużo tłumaczy czytelnikowi, jak działają duchy i co je odstrasza. 

Rozwiązanie zagadki samo w sobie nie wbiło w fotel, ale było logiczne. Duch, który sprawiał problem, był jednym z ciekawszych. Pojawienie się go w książce było świetnym ruchem, w pewnym sensie nadało temu autentyczności. Najważniejsze jest to, że zakończenie powoduje wiele pytań — kto? Po co? Dlaczego? Co potem? 

A szczególnie to ostatnie — co potem? No właśnie. W serii pojawiają się pewne wątku od samego początku — tajemnice rodzinne Lockwooda, Stowarzyszenie Orfeusza. To pierwsze trochę się rozjaśniało w tej części, ale tylko po to, aby pojawiło się dużo więcej pytań. 
Wątek Stowarzyszenia Orfeusza jest niezwykle tajemniczy. Wiadomo niewiele, nikt nie chce nic mówić. Właściwie wspominane jest to mimochodem, ale wiadomo, że coś więcej znaczy. W tej części pojawiło się coraz więcej wskazówek, a bohaterowie zaczęli już je powoli łączyć. Mam nadzieję, że czwarta część przyniesie więcej informacji na ten temat, a ostatnio tom wyjaśni już wszystko.


Nowy pracownik — nowe trudności 

Innym wątkiem, który wprowadza powiew świeżości, jest wprowadzenie nowej postaci — Holly, która została asystentką w Lockwood&sp. Jest to postać, która z założenia ma irytować. A raczej irytuje nas, bo widzimy ją z perspektywy Lucy. 
Ten wątek bardzo mi się podoba, dodaje więcej emocji do książki. Lucy musi się zmierzyć z niechęcią do nowej współpracownicy, a jednocześnie musi z nią współpracować. Jest to dla niej bardzo trudne emocjonalnie — czuje, że przyjaciele się od niej oddalają, wolą towarzystwo kogoś nowego. Czuje się zamieniona, niepotrzebna. Autor naprawdę dobrze oddał uczucia dziewczyny i czytało się o tym bardzo dobrze. Nie miałam żadnych zgrzytów w tej perspektywie ani poczucia zażenowania. 

Z kolei Holly — tak, irytowała mnie, ale nie mogę tego zrzucić tylko perspektywę Lucy. Mnie po prostu irytują tak idealne postaci i ludzie, którzy starają się zachowywać nieskazitelnie. Nie da rady być zawsze nieskazitelnym. Chyba najbardziej w Holly drażni mnie to, że matkuje wszystkim. Nie traktuje ich jako współpracowników, ale jako podopiecznych. Być może w kolejnych tomach się to zmieni.

Odkryty rąbek tajemnic Lockwooda 

Anthony Lockwood to bohater tajemniczy i skryty, i z pewnością straumatyzowany. Zdecydowanie przyciąga! Widziałam porównania do Kaza Brekkera z Szóstki Wron i coś w tym jest, mimo że tego drugiego znam tylko z serialu. Warto zaznaczyć, że to nie jest tak mroczne i tak dosadnie opisane, jak to pewnie było w przypadku Szóstki Wron.
Tytułowy bohater jest nastoletnim chłopakiem, gdy poznajemy ma tylko 14 lat i jest najmłodszym szefem agencji  łowców duchów. W Mrocznym Sobowtórze ma 15 lat. Mimo swojej skrytości wzbudza sympatię. Troszczy się o swoich pracowników, stara się, jak najlepiej wykonywać swoją pracę i zdobyć, jak najwięcej klientów. Jego aspiracją jest dorównanie dwóch największym agencjom — Fittes i Rottwell.
Wydaje mi się, że to jeden z bohaterów, których ciężko jest nie lubić. Na szczęście ma wady. Przede wszystkim jest nastolatkiem o ogromnych ambicjach. Samo w sobie to nie wada, ale przez to czasem jest nadgorliwy, za bardzo się spieszy, aby wykonać zlecenie, przez co nie ma wszystkich informacji od George'a  i to powoduje niebezpieczeństwo. 

Wyjątkowa wśród wyjątkowych 

Lucy Carlyle to narratorka i (do tej pory) nowy nabytek agencji Lockwood&sp. Dziewczyna jest bardzo utalentowaną łowczynią duchów. W drugim tomie odkrywa, że jej Talent jest o wiele większy, niż sama myślała. W Mrocznym sobowtórze możemy obserwować, jak Lucy stara się poznać swoje możliwości i dowiedzieć, jak wiele potrafi i na co może sobie pozwolić. Dodatkowo wszystko utrudniają jej emocje, które przeżywa właściwie sama. Nie dość, że czuje się opuszczona przez przyjaciół, to ma poczucie, że nawet gdyby wszystko było między nimi po staremu, to i tak mogliby jej nie zrozumieć. Wśród żywych nie ma osoby, która potrafiłaby zrozumieć zdolności Lucy ani tym bardziej pomogła jej przejść przez to wszystko. 
Jako narratorka postać Lucy sprawdza się rewelacyjnie. Ma wnikliwe obserwacje, wiernie opisuje otaczającą ją rzeczywistość oraz ma ciekawe przemyślenia. Dygresje są wtrącanie umiejętnie, podobnie jak opisy przeżyć i uczuć bohaterki. Zawsze wszystko do siebie pasuje i tworzy spójną całość. 

Zakopany w archiwach

Ostatni z członków Lockwood&spółka to George. Do jego postaci musiałam się najdłużej przekonywać. Na początku nie przypadł mi do gustu, nie do końca rozumiałam jego zachowanie. George to bardzo specyficzna postać. Wejdzie do archiwów i znika. Nie ma go godzinami, często spóźnia się na misje, bo znalazł coś takie istotnego, że nie mógł tego zostawić. Po prostu ma swój świat i swoje kredki.
Poza tym jest to typ, który woli archiwalne książki niż ludzi, a szczególnie nie znosi Quilla Kippsa, ale o nim za chwilę. Dlaczego potrzebowałam więcej czasu, aby się przekonać do George'a? Jest to bohater bardzo sarkastyczny, a niekiedy po prostu wredny. Nie podobało mi się, jak na początku podchodził do Lucy. Był wobec niej bardzo zdystansowany, niekiedy zachowywał się tak, jakby była niepożądanym gościem. Jednak z w toku trylogii ich relacje ulegały poprawie, Do George'a przekonało mnie jego poczucie humoru — ostre, sarkastyczne, ale jak bawi! 

Nie tylko Lockwood i spółka!

Nie mogę nie wspomnieć o bohaterach drugoplanowych, którzy również są ciekawi. A raczej najciekawsze relacje, które łączą bohaterów z nimi.
Quill Kipps to wróg naszej małej agencji. Jak to się zaczęło? W sumie nie wiadomo, ale widać, że chłopaki go nie lubią i chcą pokazać, że ich agencja jest lepsza. I vice versa. Prowadzi to do wielu zabawnych scen, ale z czasem bardzo fajnie jest obserwować, jak dynamika ich relacji się zmienia. Wszyscy dojrzewają i zaczynają się traktować nieco lepiej.
Flo Bones to chyba najbardziej specyficzna postać w tej książce. Bije na głowę nawet klientów Lockwooda, a ci bywają naprawdę nietuzinkowi. Jest to postać bardzo wyobcowana, unika ludzi, ale darzy nie do końca zrozumiałą sympatią Lockwooda. Użyłam takiego określenia, bo jej stosunek do innych osób to mniej lub bardziej jawna niechęć. Najważniejsze w jej postaci jest, co sobą reprezentuje. Nie zajmuje się walką z duchami, a zbieraniem źródeł i ich dalszym handlem. Jest to zupełnie inne podejście niż reprezentowane przez agencje łowców duchów. 

Zupełnie nie spodziewałam się, że recenzja wyjdzie tak długa. Książkę skończyłam ponad tydzień temu. Pierwsze emocje na pewno już opadły, ale bardzo dobre wrażenie dalej zostało. Myślę, że to też dużo mówi o tej książce, że mimo kilku dni od skończenia oraz zaczęcia już innej książki, dalej jestem zachwycona i jestem w stanie wiele o niej napisać. Starałam się pisać, jak najwięcej o tym tomie, ale skoro jest to trzecia część, nie mogłam nie nawiązać do poprzednich. Szczególnie w opisie bohaterów.
Seria Lockwood i sp. to seria książek, którą mam ochotę wcisnąć do czytania każdemu. Chciałabym, aby był z niej klasyk na miarę Percy'ego Jacksona czy Harry'ego Pottera. Książka, którą jeśli się pozna, to będzie się do niej wracało, a bohaterowie na stałe zamieszkają w sercu. Ogromnie Wam ją polecam, niezależnie od tego, czy macie lat 13, 18, 30 czy 50.  
Książka jest również dostępna na Legimi, dlatego jeśli macie abonament, koniecznie dodajcie ją na półkę. 

Jak nie urok to sraczka

 Naprawdę nie sądziłam, że na stwierdzenie "2022 rok to wrzód na dupie" ten rok rak szybko powie "Potrzymaj mi piwo", a mamy marzec... Mamy 20 marca, a ja już wyczekuję końca tego miesiąca, bo zgodnie z prawem Murphy'ego — co może pójść nie tak, to pójdzie. I poszło nie tak. 
Trochę przemyśleń, trochę co u mnie. To wszystko przeplecione zdjęciami z tego roku, z tych lepszych momentów. 

Nie sądziłam, że aż tyle rzeczy mogło pójść nie tak. Zacznijmy od głównego powodu, przez który nie pisałam — miałam w laptopie klawiaturę do wymiany. Po blisko 10 latach pisania bloga, jedyne co z niego mam, to klawiatura do wymiany. Naprawdę, powinnam zacząć współpracować za pieniądze, skoro mam takie wydatki. A wydatek był naprawdę spory. Ogólnie ten miesiąc to był najgorszy czas, aby mi się ta klawiatura zepsuła. Przede wszystkim powinnam zacząć pisanie pracy licencjackiej, ale myślę, że w kwietniu z tym ruszę. Ważniejsze teraz jest to, że do końca miesiąca mam do napisania abstrakt na konferencję. Pocieszają mnie w tym dwie rzeczy. Pierwsza rzecz jest taka, że już mam mojego laptopa i mogę normalnie pisać. Druga taka, że stymuluje mnie dedlajn. Fakt, że czas się kurczy działa na mnie motywujące, więc wiem, że ja to na pewno napiszę. 

Z tym abstraktem i ogólnie licencjatem sprawa jest dość ciekawa, bo wyniki moich badań są niejednoznaczne. W sumie to nie wiem, o co w nich chodzi. Trudno jest ich warunki powtórzyć i nawet, jak coś mi wychodziło, to potem metoda analityczna nie dawała wyników. Szczerze, jestem zdziwiona, że robiąc pracę licencjacką, to będzie mi szło jak krew z nosa. Najgorsze jest to, że w programie moich studiów jest na to przewidziany jeden semestr, a ja mam poczucie, że niewiele ruszyłam do przodu. Trochę się tego obawiam, co mogę tam napisać. Pociesza mnie, że o problemach związanych ze związkiem, który syntezuję, jest naprawdę dużo artykułów. Pod tym względem to mnie naprawdę ratuje.

Apogeum wszystkiego złego był poprzedni tydzień. Najpierw dwa dni biegania po dziekanacie, aby dopiąć wszystko. Później była środa, w którą kilka osób zatroszczyło się o moje ciśnienie. Naprawdę. Musiałam zmienić plany, bo ktoś zawiódł. Zebrałyśmy ochrzan od dwóch ważnych osób na uczelni. To nas przełamało, że jednak musimy być asertywne i jasno stawiać granice w kole, bo to my odpowiadamy przed władzami uczelni. Niestety. Cały wieczór kłótni i wniosek, że trzeba spore zmiany wprowadzić i być asertywnymi. 

Oprócz tego podłamałam się lekko moim wzrokiem. Chyba nie w pełni świadomie, ale jednak przez to również nie ciągnęło mnie tak do spędzania czasu przy laptopie. Do książek czytania też nie. Trochę nie miałam czasu, trochę nie miałam siły. Taka dziwna mieszanka. 

Na szczęście czuję się psychicznie lepiej. Mniej zmęczona. Odzyskałam moc sprawczą i zaczynam z powrotem działać. Przypomniało mi się, że istnieje coś takiego jak przesilenie wiosenne. W tym roku chyba mi się pokryło z upierdliwym i ciężkim tygodniem. Mam nadzieję, że moją moc sprawczą odzyskałam w pełni i mogę się zająć spokojnie wszystkim, co mam do zrobienia i też tymi przyjemniejszymi rzeczami. 

Studia semestr V - to było zaskoczenie!

 Hejo!

Po skończeniu semestru przychodzę do Was ze wpisem, który jest już pewnego rodzaju tradycją. Podsumowanie przedostatniego semestru na kierunku chemia środków bioaktywnych i kosmetyków na UMCS. Jestem na studiach licencjackich, więc w tym semestrze będę zabierała się za pisanie pracy i robienie badań do niej. Dodatkowo robię sobie specjalizację nauczycielską, jestem w zarządzie Studenckiego Koła Naukowego Chemików Bioaktywni oraz zaczynam angażować się w działalność samorządu studenckiego. 


Ogólne odczucia 

Ten semestr był dla mnie zaskakujący, ale w większości negatywny sposób. Patrząc na plan studiów i ilość godzin do wyrobienia, myślałam, że nie będzie tak ciężko. Były semestry, w których miałam więcej godzin do wyrobienia, więc myślałam, że będzie lżej. Jak ja się myliłam! Nawet plan zajęć był naprawdę dobry, ale uważam, że w tym semestrze zawiodła organizacja i wiele rzeczy było cięższych niż to potrzebne. Myślę, że to również kwestia tego, że miałam dwa wykłady, które nie miały żadnych laboratoriów i ćwiczeń, przez co trzeba było się uczyć wyłącznie do egzaminu i z materiałów z wykładu. 
Przedmioty wydawały mi się ciekawe po nazwie lub sylabusie, ale w niektórych przypadkach zajęcia były słabo prowadzone. 

Przedmioty

  • biotechnologia 
  • chemia fizyczna w układach biologicznych 
  • socjologia 
  • synteza i chemia organicznych związków chiralnych 
  • wybrane zagadnienia z fizjologii roślin 
  • związki biologicznie czynne pochodzenia zwierzęcego 
  • związki mineralne stosowane w kosmetyce
Ze specjalizacji nauczycielskiej doszły mi dwa przedmioty:
  • przygotowanie pedagogiczne do pracy w szkole podstawowej 
  • psychologiczne podstawy w szkole podstawowej 

Jak oceniam przedmioty?


Nie przypadła mi do gustu forma samodzielnych wykładów — wolę, kiedy materiał jest także omawiany na konwersatoriach lub jest odniesienie do niego na laboratoriach. Wybrane zagadnienia z fizjologii roślin to był naprawdę ciekawy wykład i prowadzony równie dobrze. Prowadząca aktywizowała nas w trakcie zajęć, więc to dla mnie kolejny plus tego przedmiotu. Z kolei związki biologicznie czynne pochodzenia zwierzęcego były nieco chaotycznie prowadzone. Trudno było notować na zajęciach i też układ informacji był taki dziwny. Najważniejsza lekcja dla mnie z tych zajęć — chyba preferuję składniki aktywne pochodzenia roślinnego.

Związki mineralne stosowane w kosmetyce to chyba moje największe rozczarowanie. Przedmiot składał się z wykładu i laboratoriów. Zakres materiału był dla mnie nieinteresujący, a laboratoria zupełnie niepraktyczne. Głównie sprawdzaliśmy parametry błota. Przedmiot zapychacz. Mam poczucie, że te 45 godzin można były lepiej spożytkować.

Chemia fizyczna w układach biologicznych to kolejny semestr chemii fizycznej. Tym razem zagadnienia, które poznałam w ubiegłym roku, zostały umieszczone w organizmie człowieka. Dość ciekawe, ale znowu... Wykład był prowadzony tak, że trudno było mi się w niego angażować, ale był naprawdę sensowny. Ciężko mi określić, co tam poszło nie tak. Oprócz tego były laboratoria, które wyglądały podobnie jak w poprzednich semestrach. Ćwiczenia były ciekawa i czułam, że wiem, co robię. Również mieliśmy konwersatoria, których forma mogłaby być lepsza. Wolałabym bardziej formę dyskusji i omówienie zagadnień z wykładu tak, abyśmy faktycznie potrafiły odnieść te chemiczne parametry do układów biologicznych. Głównie zajmowaliśmy się suchymi obliczeniami.

Miłym zaskoczeniem był wykład z syntezy i chemii organicznych związków chiralnych, Był bardzo dobrze prowadzony. Zagadnienia poruszane na tych zajęciach są bardzo trudne — wymagają wyobraźni przestrzennej i umiejętności obrotu bryły w wyobraźni. Wykładowca naprawdę starał się wyjaśniać wszystko w przystępny sposób, wykorzystywał modele atomów. Czułam, że to nie był stracony czas i naprawdę warto było chodzić na te wykłady. Gorzej wypadały laboratoria. Głównie to były kwestie organizacyjne — nasze sale laboratoryjne poszły do remontu w połowie semestru, przez co trzeba było kombinować. Wyszło tak, że zajęcia były co dwa tygodnie i robiłyśmy na nich dwa preparaty. Było ciężko po prostu. 

Biotechnologia to również był ciekawy przedmiot. Wykłady były interesujące, szczególnie w drugiej połowie semestru, gdy były tematy związane z kosmetykami. Również laboratoria były ciekawe i przyjemnie mi się na nich pracowało. Jedne z lepszych zajęć. Jednak wolałabym mieć podane zagadnienia do kolokwiów i prezentacje — wolę inną formę nauki niż naukę z gotowych materiałów. Szczególnie że było tutaj więcej nauki na pamięć niż na zrozumienie. 

Specjalizacja nauczycielka 


W tym semestrze pierwszy raz miałam wykłady ze specjalizacji nauczycielskiej stacjonarnie. Zarówno zajęcia z psychologii, jak i pedagogiki bardzo mi się podobały. Poruszały wiele ciekawych zagadnień, a wiele z nich z łatwością mogłam zaobserwować w otoczeniu (co nie do końca dobrze świadczy o moim otoczeniu). Prowadzące stwarzały możliwość do aktywnego udziału w zajęciach i możliwość dyskusji z grupą oraz prowadzącymi. Niestety były to tylko wykłady, które były zrealizowane w ciągu pięciu spotkań, więc nie mam za wiele o nich do powiedzenia. W tym semestrze będę mieć konwersatoria z tych przedmiotów i myślę, że te zajęcia przypadną mi do gustu.

Koło naukowe

Działalność w kole naukowym nabrała tempa i kurde... Ile z tym wszystkim jest papierów! Pierwszy raz organizowałyśmy wszystko same, co było ogromnym wyzwaniem. 
Pisanie grantu, sprawozdań, budżetu... Naprawdę dużo tego było. Do tego niezliczona liczba podań o cokolwiek, czekanie na pozwolenie i czekanie na odpowiedzi. Naprawdę dużo papierów i biegania po całym kampusie. 
Poza tym pierwszy raz organizowałyśmy urodziny kola, co nam naprawdę dobrze wyszło. Miałyśmy pokazy z preparatyki kosmetyków na Nocy Innowacji w Puławach, a druga połowa naszej grupy w tym czasie prowadziła pokazy z eksperymentów chemicznych. Mimo że już prowadziłam preparatykę, to zawsze było to na uczelni, więc strasznie się tym stresowałam. Wszystko wyszło naprawdę dobrze. Tylko baloniki nam zabrali... 

Pierwsza konferencja

Inną naprawdę ważną rzeczą było dla mnie pierwsze wystąpienie z posterem na konferencji Bliżej Chemii organizowanej przez koła naukowe z Uniwersytetu Jagielońskiego. Była to zdalna konferencja, co było jej ogromną wadą. 
Pierwszy raz przygotowywałam abstrakt i poster, i po prostu nie miałam pojęcia, jak się za to zabrać Z pomocą znajomych to ogarnęłam. Sam poster wyszedł mi naprawdę ładnie. Była to praca przeglądowa — omawiająca artykuły i wykonane badania przez innych naukowców. 
Najgorsza była prezentacja... Konferencja była na teamsie, a każda osoba prezentująca poster musiała udostępnić ekran, aby był on widoczny. Miałam ogromne problemy techniczne — nie mogłam udostępnić posteru, nie był wcale widoczne. Gdy była więcej niż jedna osoba w spotkaniu, zrywało połączenie i musiałam dołączać od nowa. Naprawdę bardziej stresujące niż to warte. 

Problemy książkowego świata #1 - działania wydawnictw, których nie popieram


Jest to jeden z tych wpisów, które zaczęłam jakieś dwa tygodnie przed publikacją, będąc niesamowicie zirytowaną, bo przecież nie mam czasu, a mam tyle fajnych pomysłów! Miał być wpis o moich frustracjach, taki luźniejszy. Jednak wyjdzie co innego, bo rozpisałam się bardzo mocno i ta luźna forma przestała mi pasować. Zostawiam same poważniejsze kwestii, nakreślam, co mi się nie podoba. Nie mam zamiaru nikogo wzywać do tablicy i nie chodzi mi o konkretne osoby, ale o zjawiska. Po prostu piszę o tym, co mi się nie podoba i na co warto zwrócić uwagę, aby to poprawić. 

Ostatnio wdawałam się sporo w dyskusje na temat książkowej społeczności. Mam przemyślenia, mam gotowy szkic wpisu na dłuższy wpis i mam nadzieję, że zacznie dochodzić do ich realizacji. Być może są to niepopularne opinie, ale może być fajna dyskusja. Ten wpis również piszę z lekką obawą, bo część tematów jest gorąca, a ja wtrącę moje trzy grosze. 


1. Słabe działania promocyjne ze strony wydawnictw


W ciągu ostatniego roku widzę różne trendy, jeśli chodzi o wydawnictwa i promocję ich produktów. Niestety, te gorsze aspekty promocji, dużo lepiej widać niż te pozytywne. Obserwuję na bieżąco kilka wydawnictw i głównie są to wydawnictwa wydające książki młodzieżowe (young adult) i new adult. I tu się zaczynają schody, fikołki i inne absurdy. 

Dawanie książek, które są +18, niepełnoletnim recenzentom. 

Nie ma tak jasnych wytycznych, określających treści odpowiednie dla osób w danych przedziale wiekowym, ale są treści, których osoby w okresie dojrzewania nie powinny jeszcze czytać. Po prostu nie mają jeszcze odpowiedniej dojrzałości do odbioru treści trudnych. Wydawnictwo przede wszystkim powinno o to zadbać, aby ich książki były promowane przez osoby, do których ta książka jest skierowana. To również ułatwia dotarcie do docelowej grupy odbiorców, a niedopasowanie jej na początku utrudni dalszą promocję książki. 

Wydawnictwa z YA w nazwie, które wydają książki nie YA

Łączy się to z powyższym punktem, ale chcę to osobno rozwinąć. Trochę jak nazwać knajpę "WegeKrysia" (nie mam nic do Kryś, po prostu pierwsze imię, jakie mi wpadło do głowy)  i serwować steki wołowe. Jak dla mnie jest to wprowadzanie konsumenta w błąd. Po prostu nazywając markę w ten sposób, oświadcza się, że będzie się dostarczało produkt z określonej grupy. Osoby, które śledzą na bieżąco wydawnictwa i orientują się w nich, to tylko jedna bańska odbiorców. Są jeszcze osoby spoza tej grupy, których książka zaciekawi lub chcą kupić prezent bliskiej osobie i zupełnie się w tym nie orientują. Jest tutaj więcej szkody niż pożytku. 
Biorąc pod uwagę, że young adult to gatunek, który jest skierowanych do młodzieży i po prostu jest on ograniczony pewnymi zasadami. Jest to dość zróżnicowana grupa pod względem dojrzałości, bo wchodzą do niej osoby od 12 do 17 roku życia. Wydawanie przez wydawnictwa deklarujące się jako young adult, nie powinny po prostu wydawać książek skierowanych dla dorosłych. Jasne, jak siedemnastoletnia osoba przeczyta książkę +18 to nic się nie stanie. Chodzi tutaj o te młodsze osoby, przed 16 rokiem życia, które często nie mają wystarczającej dojrzałości, aby odbierać trudne i niekiedy toksyczne treści. Szczególnie że jest wiele książek, które takie treści chcą sprzedawać jako oznaki romantyczności. Również ważne jest dawanie listy "wyzwalaczy" (trigger warning), które przestrzegają przed trudnymi wątkami i motywami w książkach. Na niektóre książki należy poczekać i to nie jest nic złego. Czytanie znacznie wcześniej często nie jest dobrym wyborem, a powstrzymanie się od przeczytania czegoś nie jest wstydem. 

Tłusty Czwartek i nieudany marketing 

Tłusty Czwartek pokazał, jak bardzo wydawnictwa nie potrafią w marketing. Naprawdę... Nie sądziłam, że można zrobić, tak słabe akcje z tej okazji. Zamiana elementów okładek na pączki i... zamiana urny na pączka na okładce "Cieszę się, że moja mama umarła". Jest to autobiografia gwiazdy iCarly, Jennette McCurdy. Zawiera wiele traumatycznych przeżyć aktorki. Inny przykład to zastąpienie słowem początek fragmentu tytułu autobiografii gwiazdy Przyjaciół, "Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz"... Matthew Perry w swojej książce również rozlicza się ze swoimi demonami, w tym z alkoholizmem. Wybór tych książek to postów o zabarwieniu humorystycznym jest nie na miejscu. 
Jest masa książek, które są po prostu zwykłe i nie są związane z cudzą tragedią, więc jak najbardziej nadają się do tego wpisów o zabarwieniu humorystycznym. 

2. Słabej jakości współprace


Inną rzeczą, która wiąże się z promocją, a bardzo rzuca mi się w oczy, są słabe współprace. Z jednej strony to przecież twórca się tym zajmuje, on odpowiada za jakość treści, ale wydawnictwa też powinny trzymać  rękę na pulsie i kończyć takie współprace, jak najszybciej 

Wrażenie, że ktoś nie przeczytał książki

Słowo recenzja nawet mi nie przechodzi przez palce. Chodzi o teksty, które mają na celu polecenie książki, ale jest wrażenie, że ich autor nie przeczytał tej książki i jej w ogóle nie zna. Można pisać o książce krótko i zwięźle, tylko nie to mam na myśli. Widziałam wpisy naprawdę dużych kont, które dały mi takie wrażenie. Jedno to była recenzja drugiego tomu książki, która wyglądało tak:
 Ta książka była dobra, wzbudziła we mnie mniej emocji niż pierwszy tom, ale nie będę wam dużo tym pisać, bo nie chcę spoilerować.
Tutaj również — zdaję sobie sprawę z tego, że spoilery są źle widziane, przez co trudno się recenzuje kontynuacje. Tylko to nie jest tak, że jest to niemożliwe. Jest ciężej, ale da się to zrobić lepiej. Wystarczy nieco więcej napisać. Można napisać, czy bohaterowie się zmienili. Jakie jest tempo akcji, czy fabuła zaskoczyła, czy nie zaskoczyła. O książkach po ich przeczytaniu można naprawdę dużo napisać, unikając spoilerów. Tylko trzeba je przeczytać. 
Są to naprawdę słabe teksty, które nic nie wnoszą do dyskusji o książce ani do jej promocji. Największym szokiem dla mnie jest to, że wydawnictwa nie rezygnują z takich recenzentów, a nawet decydują się na ponowne współprace. 

Relacja wydawnictwo-recenzent 

W kwestii współprac jest też jeszcze jedna ważna kwestia, która już znacznie bardziej dotyczy wydawnictwa. Mianowicie warunki współprac i relacja z recenzentem. Jestem akurat po tej drugiej stronie. Ciśnie mi się na usta, że moje doświadczenie we współpracach jest niewielkie, ale przecież już tak nie jest. Zdobyłam go na tyle, aby wiedzieć, z kim mi się dobrze współpracuje i na jakich warunkach pasuje mi współpraca. 

Najczęściej spotykane są współprace barterowe, w których zapłatą za recenzję jest produkt, czyli książka. Jednym z problemów są egzemplarze recenzenckie, czyli tak zwane "szczoty". Są wydruki książki przed korektą, po prostu surowy tekst. Często bez dodatkowych ozdób lub map, które są w wersji finalnej. Krótko mówiąc, jest to niegotowy produkt. Często recenzent musi się prosić o finalny egzemplarz, co nie powinno mieć miejsca. Zapłatą za recenzję musi być produkt finalny i tyle. 
Jest również kwestia, że współprace za pieniądze to po prostu święty Graal. Zdarzają się rzadko i wyłącznie u osób, które mają bardzo duże zasięgi. Szkoda, bo pokazuje to, że wielu recenzentów, mimo wykonywania naprawdę ogromnej i dobrej pracy, nie jest traktowanych jako pracownik, a jako tania siła robocza. Szczególnie widzę, że tak traktowane są osoby młode, często niepełnoletnie. Robią naprawdę dużo w kwestii promocji książki, a mają wyłącznie książkę. Jest to oczywiście tańsze dla wydawnictwa.

Dla mnie jest również bardzo ważne, jak przebiega komunikacja między mną a wydawnictwem. W tej kwestii jestem w pełni zadowolona z dwóch wydawnictw. Zawsze po wstawieniu recenzji wysyłam linki i doceniam, kiedy wydawnictwo odpisze, że wszystko dotarło. Mam poczucie, że jestem traktowana poważnie i współpraca została w pełni rozliczona. Również spotkała mnie sytuacja, gdzie byłam zapewniona, że książka przyjdzie w okolicach premiery, a została wysłana jakieś dwa czy trzy tygodnie po niej. Myślałam, że wydawnictwo uznało, że  rezygnują ze współprac, nic nie pisząc. Oczywiście, że mogłam sama się odezwać, tylko skupiłam się ogarnianiu bieżących rzeczy na studiach i ostatnie o czym myślałam, to pisanie do wydawnictw. Komunikacja i jasne warunki współprac to podstawa!


3. Tytuły po angielsku


Nowa moda, która przybiera na sile i mocno polaryzuje książkowe społeczeństwo. Ten temat powraca co kilka dni i właściwie wydawnictwo albo obrywa się za przetłumaczony tytuł, albo za jego nieprzetłumaczenie. Ostatnio czuję, że dyskusja robi się szczególnie gorąca.

Nie jestem za zostawianiem oryginalnych tytułów. Przede wszystkim, jeśli książka jest wydawana na polskim rynku, to niech ma też polski tytuł, bo treść jest również po polsku. Widzisz książkę z polskim tytułem, to wiesz, że masz do czynienia z przetłumaczoną książką i tyle. Widziałam w Internecie wiele razy, że ktoś kupił wydanie angielskie, a nie polskie przez oryginalny tytuł. Nawet krąży filmik osoby z zagranicy, która nieświadomie kupiła sobie książkę w polskim języku. To naprawdę wprowadza w błąd. Szczególnie że książki są dawane również na prezenty, a osoby z pokolenia obecnych czterdziestolatków i starze często nie znają tak biegle angielskiego lub naturalnie myślą, że jest to książka po angielsku. Zresztą, wystarczy po prostu nie śledzić książkowej społeczności, aby nie wiedzieć, że jest obecnie taki trend i unikać takich książek przez tytuł. 
Częsty argument, jaki się pojawia w tej dyskusji to "po angielsku" brzmi lepiej. Ten argument jest straszny i głupi jednocześnie. Tytuł może się podobać albo nie, ale to już jest niezależne od języka. Po polsku i po angielsku brzmi tak samo, bo znaczy to samo (pomijam sytuacje, gdy polki tytuł ma całkowicie inne znaczenie). Nie podoba mi się, że ktoś z góry zakłada, że jakiś język jest gorszy. Nawet trudno mi z tym argumentem dyskutować, bo sprowadzanie tej dyskusji do kwestii jakiejś tam estetyki czy luksusu jest dla mnie kuriozalne. Generalnie tytuł to kwestia marketingu, dlatego ważniejsze jest, aby trafił do jak najszerszej grupy odbiorców na danym rynku, a nie tylko tych śledzących nowości wydawnicze na swiecie.

Wybitnym koszmarkiem są dla mnie książki z angielskim tytułem napisane przez polskie autorki. W tym przypadku zupełnie nie widzę sensu takiego zabiegu. Naprawdę, jest to dla mnie wybitnie bez sensu. Również nie widzę w tym żadnych zalet — prędzej to odstraszy czytelników spoza internetowej bańki, niż ich zachęci nowe osoby do sięgnięcia po książkę. Zastanawiam się, jak to się ma w przypadku tiktoka, kiedy książka pójdzie w viral i jedyne co o niej wiadomo to tytuł po angielsku. Ile osób obcojęzycznych da się zmylić i kupi taką książkę? 

Z moich rozważań to tyle! Wyszło naprawdę długo, więc mam nadzieję na jakąś ciekawą dyskusję w komentarzach. 

Zapraszam również na mój profil na Vinted, gdzie wstawiłam książki na sprzedaż oraz ubrania. 

VINTED - KASIULEK1770




Chcę Was również zaprosić na Instagrama, gdzie do jutra trwa rozdanie. Można zgarnąć całą serię Delirium!


Książka, która sama się ogranicza - Cory Anderson "What beauty there is" recenzja



Spodziewałam się, że w styczniu pojawi się jeszcze jakiś wpis, ale jak zawsze moje oczekiwania przegrały w walce z rzeczywistością. Cieszę się, że plan minimum, który  sobie obrałam, został zrealizowany. Nie będę w tym roku cisnąć, aby wpisy były co weekend, bo wiem, że pewnie tego nie zrealizuję, a takie coś bardziej mnie blokuje, niż motywuje. Może uda mi się (w końcu) napisać trochę wpisów na zapas. 
Oczywiście, dziś nie o tym, jakie ja mam zamiary i co u mnie, i dlaczego nie piszę, ale recenzja książki. Zdecydowałam się na współpracę przy tym tytule, bo po prostu mnie zaintrygował. Opis mnie nieco zwiódł, bo liczyłam, że będę mieć do czynienia z książką o nastoletnich problemach, ogromnych problemach rodzinnych, a otrzymałam thriller młodzieżowy. Tyle słowem wstępu, ale zaraz i tak dowiecie, jak spodobała mi się ta książka. 

Tytuł: What beauty there is
Autorka: Cory Andreson
Tłumaczka: Karolina Podlipna
Liczba stron: 352
Data wydania: 18 stycznia 2023 r. 
Moja ocena: 6/10

Można powiedzieć, że Jack Dahl od urodzenia nie miał szczęścia, a z czasem było tylko gorzej. Ojciec w więzieniu, matka popełnia samobójstwo, a pieniędzy nie ma. Nie jest sam, ma młodszego brata, którego za wszelką cenę chcę obronić przed tym całym złem. Nad Jackiem ciąży widmo utraty brata, przez co decyduje się, aby odnaleźć pieniądze, za które jego ojciec poszedł do więzienia. Nie spodziewał się, że będzie to aż tak niebezpieczne... 

Thrillery to gatunek, który przede wszystkim czytam rzadko. Nie do końca rozumiem jego ideę, więc te książki często mnie nie zachwycają. Najczęściej moje oczekiwania są większe i się zawodzę, bo okolice punktu kulminacyjnego są aż nazbyt absurdalne lub odwrotnie, nie są aż tak zaskakujące. Może trafiałam na mało reprezentatywne książki, co mnie trochę zraża i książki z tego gatunku nie są moim pierwszym wyborem. 
Chyba powoli się to zmienia, bo jest to drugi thriller, co prawda młodzieżowy, który przeczytałam w tym roku. Tylko dalej nie ma miłości do tego gatunku. Może to nie dla mnie gatunek.

Zapowiadało się tak dobrze... 

Pierwsze wrażenie było naprawdę dobre. Mroczny klimat, ale nie w takim znaczeniu, jak jest w książkach fantastycznych. Mroczny, jak bardzo może być mroczne życie. Tragedie od pierwszych stron. Problemy zbyt duże dla nastolatków, które jednak bohater musi udźwignąć. I właśnie... Czego się spodziewałam? 
Oczekiwałam bardziej książki o problemach i ich rozwiązaniu, nietypowym, ale jednak dostałam coś innego. Tutaj to właśnie thriller — nie dość, że bohaterowie znaleźli się w trudnej sytuacji, to w dodatku grozi im jeszcze inne niebezpieczeństwo!
Od połowy coś zaczęło mi przeszkadzać. Przede wszystkim zaczął mnie drażnić styl pisania. Początkowo jego surowość i chłód mi pasowała. Później wydawało mi się to zbyt puste. W połowie zorientowałam się, że nie wiele mogę powiedzieć o bohaterach. Z opisów mało o nich wywnioskowałam, ale najgorszy aspekt tej książki to dialogi. Są po prostu słabe. Krótkie wypowiedzi, często na zasadzie pytanie-odpowiedź. Bardzo mnie to drażniło. Sprawę ratowały opisy, które oddawały klimat książki. Był ciekawe i pełne akcji. Chociaż niekiedy się same w tej akcji gubiły.

Historia, którą ogranicza konwencja

Wydaje mi się, że również chciałam więcej od tej historii, niż mogła mi dać młodzieżówka. Zwykle nie czepiam się tego, że książka spełnia cechy danego gatunku. Ba, nawet tego nie lubię. Jak mi przeszkadza konwencja danego gatunku, to go nie czytam. Tylko zawsze znajdzie się wyjątek. 
What beauty there is to właśnie ten wyjątek. Jedną z cech tej książki miała być brutalność, co się gryzie z książkami dla młodzieży. Sceny przemocy były pisane maksymalnie delikatnie, ale przez to one były tymi najbardziej chaotycznymi. Zamiast mocno we mnie uderzać i szokować swoją brutalnością, to się w nich gubiłam i musiałam czytać od nowa. Frustrujące. 
Mogę sobie narzekać, że za mało brutalne, ale to nie ma większego znaczenia. Młodzieżą już nie jestem, więc nie należę do grupy docelowej tej książki. Fajnie, że pojawia się coraz większa różnorodność wśród książek młodzieżowych. Jeśli szukacie czegoś świeżego w tym gatunku, to może być dobry kierunek. 

Bohaterowie, z którymi łatwo sympatyzować

Bohaterowie to zarówno zaleta tej książki, jak i jej wada. 
Jack i Matty wzbudzają współczucie. Ogólnie ich obraz jest budowany jako pozytywny, mimo że niezbyt szczegółowy. Najlepiej przedstawiony jest Matty, co wynika z tego, że jego straszy brat dużo o nim myśli i rozmawia. Matty jest również światełkiem w mroku. Taki mały promyczek słońca w pochmurny dzień i źródło nadziei. 
O Jacku mało umiem powiedzieć. Niewiele wiem o jego przeszłości, właściwie tylko najważniejsze wydarzenia, które go ukształtowały. Jednocześnie Jacka jest łatwo polubić — ma ciężko w życiu, chce być uczciwy i zapewnić dobre życie swojemu bratu. Niby zataja śmierć matki, ale to mu można wybaczyć — przecież chce dobrze. 
Ava z kolei jest bystra. Poznajemy ją przez dziennik i retrospekcje. Jej przeszłość jest najlepiej opisana i najwięcej można się o niej w ten sposób dowiedzieć. Jednak autorka nie rozwinęła relacji Avy i jej ojca. Czuję, że wiele rzeczy zostało tutaj niedopowiedzianych, a szkoda. Z pewnością byłoby to korzystne dla obydwu postaci.

Postaci, które zagrażają bohaterom, są płytkie. Czuję, że zostali bardzo stereotypowo wykreowani. Są źli, bo są źli i nie ma w tym żadnej głębi. Okrucieństwo dla samego okrucieństwa, co również nie ma żadnego motywu w psychice antagonistów.

What beauty there is to dla mnie kolejny thriller, którego nie czuję. Z tym gatunkiem mam właśnie problem — wszystko jest spoko, ale nie ma tego WOW. Jeśli szukacie czegoś oryginalnego, jakieś perełki wśród młodzieżówek to z pewnością warto spróbować. Szczególnie że nie jest to długa książka. Nieco ponad 300 stron. Czyta się ją bardzo szybko i nie stracicie wiele, poświęcając jej czasu. To również kopalnia złotych myśli. Jest w niej wiele mądrych i trafiających w serce cytatów. Można z niej wiele wynieść, jeśli akurat taka forma do Was trafia. 
 

Podsumowanie 2022



Cześć!

Jest to ostatnie podsumowanie, jakie w najbliższym czasie zobaczycie u mnie na blogu. Jest ono dość symboliczne, po prostu pozwala mi rozliczyć się z poprzednim rokiem i sprawdzić, co udało mi się osiągnąć i jak poradziłam sobie z realizacją moich celów. 


Jak wspominam 2022 rok?

Słowo, które najczęściej pojawiało się na blogu, niemalże w każdym podsumowaniu, to ciężko. I aż mi głupio pisać je po raz kolejny, ale tak. Było ciężko. Było dużo pracy. Było dużo wymagających rzeczy. 
Ale też było więcej czasu niż wcześniej. Mogłam więcej czytać. Mogłam więcej czasu z bliskimi spędzić. Mogłam więcej czasu mieć dla siebie. 
Robiłam wszystkiego po trochu, chciałam we wszystkim ważnych dla mnie sprawach być. I mimo wszystko, aby być wszędzie tam, gdzie chcę, to było męczące. Szczególnie w ostatnich trzech miesiącach tego roku, gdzie musiałam odpuszczać i nie dawać z siebie 100%. 


Moje cele — jak mi wyszła ich realizacja? 

Łącznie postawiłam sobie 11 celów, ale na blogu napisałam o 5. Ogólnie ich realizacja poszła mi dobrze. Nie każdy udało mi się zrealizować w takim stopniu, w jakim chciałam, ale każdy choć trochę spróbowałam. 

1. Wrócić do robienia zdjęć — nieprecesyjne, ale myślę, że zaliczone. Robiłam więcej zdjęć niż w poprzednim roku, ale głównie telefonem. Aparatu używałam rzadziej. 
2. Przeczytać 75 książek — zrobione! Przeczytałam 82 książki.
3. Mieć mniej niż 15 nieprzeczytanych książek — zaczynałam ubiegły rok z 25 nieprzeczytanymi książkami. Z tych książek zostało mi 8 do przeczytania, ale doszły przez rok jeszcze inne. Zaczynam ten rok z 18 nieprzeczytanymi książki. Uważam, że jest to sukces.
4. Kupić mniej niż 20 książek — w praktyce nie wliczałam książek ze współprac (zmieniło mi się podejście do współprac). Kupiłam 28 książek - 9 z nich było kupionych z pierwszej ręki, a 19 z drugiej ręki. Wyrobiłabym się, gdybym w grudniu nie kupiła wszystkich książek z serii o Ali Makocie. 
5. Odwiedzić 2 miasta, w których nie byłam — z tych, o których myślałam, tworząc ten cel, to byłam w jednym. Ogólnie byłam w trzech miastach, których wcześniej nie miałam okazji zwiedzić. Byłam we Wrocławiu, Piasecznie (wycieczka do Ireny Eris) oraz w Chełmie (wycieczka do cementowni).

Oprócz tego miałam cel związany z blogiem. Mianowicie — wstawiać minimum 2 wpisy w miesiącu. Zaliczam to sobie, bo łącznie napisałam 35 postów, mimo że w styczniu był tylko 1. Patrząc całościowo na cały rok, osiągnęłam nawet więcej niż minimum, które sobie założyłam. 

Ulubieńcy roku 

1. Film 

Nie mam pojęcia, ile filmów obejrzałam w ciągu tego roku. Bez wątpienia obejrzałam ich mniej niż seriali. Powróciłam do chodzenia do kina. Co prawda, byłam tylko 4 razy w ciągu całego roku, ale to zawsze coś. 

Najlepszy film, jaki w tym roku obejrzałam, to Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie. Ten film jest rewelacyjny. Zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie. Do tego stopnia, że po kilku miesiącach od obejrzenia wciąż wracam do niego myślami.  Polecam bez zbędnych słów. 

2. Książki 

Tym razem nietypowo, bo moim największym książkowym ulubieńcem jest czytnik Inkbook Calypso Plus. Temu małemu urządzeniu zawdzięczam to, że moje książkowe cele udało mi się tak dobrze zrealizować. 
Odkryłam nowy komfort czytania. Mogłam czytać szybciej. Nie byłam ograniczana, przez to, że nie mam książki, na którą mam ochotę. Również pozwoliło mi to ograniczyć kupowanie książek. Są książki, które nie wiem, czy mi się spodobają lub uważam, że są dobre na jeden raz. W takim przypadku czytnik i Legimi sprawdziło mi się rewelacyjne. Na Legimi przeczytałam 23 ebooki, a na zakup książek w wersji papierowej zdecydowałam się tylko w dwóch przypadkach. Również były 6 książek, które decydowałam się na czytanie w na czytniku, mimo że miałam tradycyjną książkę. Zakup zdecydowanie udany! 

3. Zdjęcie

Powrót do fotografii ograniczył się właściwie do robienia zdjęć siebie samej i do Wrocławia. Nie udało mi się wyjść na żaden spacer z aparatem. 
Uważam, że i tak jest to krok w dobrą stronę. Szczególnie że zaczęłam z powrotem bawić zdjęciami, czego efekty można było zauważyć. Mam dwóch ulubieńców. 
Z rzeczy, których nie widać — dałam sobie przestrzeń w zdjęciach, aby nie były idealne. Pozwalam sobie na drobne niedociągnięcia. Z czasem ich nie będzie, a ja wtedy lepiej zobaczę postęp, jaki zaszedł.


4. Seriale 

Obejrzałam wiele seriali, nawet założyłam sobie TVTime, aby wszystko sobie spisać. Komediowe, familijne, dla młodzieży, fantastyczne... Dużo tego było, ale faworytów mam dwóch. 
Pierwszy to Brooklyn 9-9. Godny następna Niani w moim sercu, lepsza i bardziej aktualna wersja 13 posterunku. Zabawny, aktualny i nikogo niedyskryminujący. Doceniam szeroką reprezentację mniejszości oraz pokazanie, że może być zabawnie bez żartów z grup mniejszościowych i szkodliwych stereotypów. Jest osiem sezonów, które oglądałam z zapartym tchem i niecierpliwie czekałam, aż ostatni sezon pojawi się w Polsce. Ósmy sezon był świetnym zakończeniem. Był inny, bo nie mógłbyś dalej utrzymany w tej samej konwencji. Zaszły ogromne zmiany na świecie, które ten sezon pokazał i wyjaśnił, dlaczego Brooklyn 9-9 się kończy. 

5. Kosmetyki 

Absolutny i niezaprzeczalny ulubieniec tego roku to Seal the Deal z HairyTaleCosmetis. To produkt tak cudowny, tak wielofunkcyjny i faktycznie dobrze działający w wielu funkcjach, że jestem w szoku. Powiedzenie "jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego" w tym przypadku się nie sprawdza. 
Do tej pory nie znalazłam nic, co by lepiej podbijało skręt moich włosów. Jest idealny do szybkiego wydobywania skrętu — nakłada się go jako BS i potem stylizator. Więcej nie trzeba, naprawdę!

Jakie mam cele 2023? 

Podobnie jak w poprzednim roku, przedstawię Wam tylko wybrane cele. Łącznie jest ich dziesięć. Nie chciałam przeginać i skupiłam się tylko na najważniejszych dla mnie aspektach, które chcę rozwijać. Postanowiłam sobie, że spiszę je na kartce i nie będę do nich zaglądać aż do końca roku. Wiem, co chcę zrobić i na czym mi zależy, dlatego uważam, że nie muszę tego mieć cały czas przed oczami, aby to osiągnąć. To również fajnie mi pokaże na koniec roku, co faktycznie się dla mnie liczyło. 

1. Przeczytać 100 książek 

Myślę, że to jest już ostatni raz, kiedy podnoszę sobie poprzeczkę w przeczytanych książkach. W 2017 roku zaczynałam od przeczytania 52 książek roku, później poprzeczkę podniosłam w 2020, aby przeczytać 60. W 2021 podniosłam poprzeczkę do 75.
Na początku każdego roku starałam się realnie przewidzieć, ile będę w stanie przeczytać. Nie jest to łatwe w skali roku, ale z czasem coraz łatwiej mi to przewidzieć. 100 książek w moim przypadku powinno być odpowiednim wyzwaniem. Realnym i do osiągnięcia, ale wymagającym większego wysiłku ode mnie. Będzie to też motywacja, aby więcej odpoczywać, bo nic mnie tak nie relaksuje, jak czas z książką, a to będzie w tym roku ważne. Nadchodzący licencjat oraz inne projekty mogą mnie naprawdę pochłonąć. 

2. Zejść poniżej 10 nieprzeczytanych książek na półce 

Zaczęłam ten rok z 18 nieprzeczytanymi książkami. Już doszły dwie — jedna to prezent, a druga to współpraca. 
Jest to takie minimum, które myślę, że osiągnę w tym roku. Wliczam w to również sprzedaż książek, jeśli zdecyduje, że jednak nie chcę ich czytać.

3. Zrobić zdjęcie każdej pory roku 

Mała motywacja, aby zacząć wychodzić na zdjęcia. Nie narzucam sobie robienia zdjęć aparatem, ale byłoby to wyjście idealne. Obym była w stanie współpracować z pogodą i czasem. 

4. Wziąć czynny udział w konferencjach 

Założyłam sobie, żeby wziąć udział w 4 konferencjach. Jedna jest już za mną. To było ciekawe doświadczenie, chociaż wyobrażałam je sobie inaczej. Na pewno czekają mnie jeszcze dwie konferencje. Znalezienie i udział w czwartej też nie powinien być problemem, tylko muszę pilnować terminów. 


Cieszę się, że uporałam się z tym postem. Jego samo pisanie było pewnym rozliczeniem się z rokiem, ale zanim go dopieściłam, trochę czasu minęło. 

Książka, o której tytuł mówi wszystko - "Baśń o złamanym sercu" Stephanie Garber



Hejo!

Trochę pozmieniały mi się plany i kolejność, w jakiej miałam to wszystko publikować. Dziś będzie jeszcze jedna recenzja, a w następnym poście ostateczne podsumowanie ubiegłego roku. Śmiesznie się złożyło, bo właściwie ten wpis to również współpraca rozpoczęta w tamtym roku. A jednocześnie taki łącznik, bo premiera tegoroczna. Co więcej! Recenzja jest przedpremierowa. 

[Materiał reklamowy — współpraca z wydawnictwem Poradnia K; recenzja przedpremierowa]

Tytuł: Baśń o złamanym sercu 
Autorka: Stephanie Garber
Tłumaczka: Dorota Dziewońska
Liczba stron: 341
Data premiery: 25.01.2023 r.

Evangelina Fox jest szczęśliwie zakochana i nie może się doczekać dnia, w którym poślubi swojego ukochanego. Jednak ten nagle zmienia zdanie i decyduje się na ślub z jej przybraną siostrą. Dziewczyna ma złamane serce, ale to ono popychała ją, by odnaleźć kościół Księcia Serc. Planuje za wszelką cenę nie dopuścić do ślubu swojego ukochanego. Pozornie cena jest niewielka — trzy pocałunki. Jednak to umowa z Mojrem, co nigdy nie kończy się dobrze. 

Baśń o złamanym sercu miała nieco pecha. A może to ja miałam pecha, że tę książkę zaczęłam czytać w okresie, gdy mam lekki przesyt fantastyki? Mniejsza o to, kto miał gorzej. Liczy się fakt, że przez pierwszą połowę nie mogłam się wciągnąć w tę historię, ale żadnych zastrzeżeń do niej nie miałam. Później nie mogłam się już oderwać. 

Tytuł, który mówi wszystko 

Nie znam książki, której tytuł tak dobrze oddaje jej treść. Złamane serce rozpoczęło tę historię i złamane serce ją napędza. Nie ma tutaj miejsca nadmierne użalanie się nad swoim, główna bohaterka działa przez cały czas. Ma pomysł. Może nie najlepszy, ale jako pomysł na fabułę rewelacyjny. 
Fabularnie jestem zachwycona. Pomimo że początkowo czytanie mi nie szło i nie mogłam dać się porwać tej książce, ale podobało mi się. 
Pojawia się motyw przepowiedni, a co za tym idzie przeznaczenie. Wolałabym, aby ta przepowiednia była umieszczona na początku książki, jako prolog. Zaciekawiłoby mnie to jeszcze bardziej. Nie oznacza to, że prolog jest słaby — jest bardzo symboliczny i zaciekawia czytelnika, aby dowiedzieć się co to za kłopoty. 

Cudownie okrutny świat 

Stephanie Garber ma niezwykły talent do tworzenia cudownych, baśniowych światów, które są jednocześnie niebezpieczne i okrutne. Dalej jesteśmy w uniwersum Caravalu, lecz tym razem  opuszczamy Imperium Równikowe. Caravalu także już nie ma, chociaż pojawiają się siostry Dragna. 
Akcja toczy się na Cudownej Północy, w miejscu, gdzie baśnie są realne, a magia tej krainy dociera daleko poza jej granice. Niesamowite jest to, że magia tej krainy nie ogranicza się do jej położenia geograficznego, a rozprzestrzenia się na cały świat.
Historia tego świata ma znaczenie dla fabuły. W tej części był przedstawiony tylko jej zarys, ale mam nadzieję, że w kolejnych częściach Evangelina znacznie lepiej ją pozna. Jeśli połączy się to z funkcjonowaniem magii oraz obecnością Jacksa, to wyjdzie z tego coś naprawdę dobrego! 

Poznajcie Jacksa

Jacks, czyli Książę Serce, pojawił się już w Legendzie i był również bohaterem Finału, ale nie został bohaterem żadnej mojej recenji. To ważna postać w tamtej serii, ale niestety drugoplanowa. Nie zachwycił mnie na tyle, abym wspomniała o nim w recenzji. 

W Baśni o złamanym sercu nie dość, że jest głównym bohaterem, to jego kreacja jest wyśmienita. Wiemy, że to kłamca, który ma swoje dobre momenty. 
Ta postać miała szansę rozwinąć się w tej serii i autorka naprawdę wykorzystała jego potencjał. Im bliżej końca byłam, tym bardziej nie byłam pewna jego motywów. Ile z jego działań, to chęć pomocy Evangalinie? A ile to działanie we własnym interesie? Czy Evangelina choć trochę się liczy dla niego?
Jest to mój ulubiony typ złoczyńcy — niejasny, trudny do zaszufladkowania. Ciężko go nawet wepchnąć do ramy złoczyńca, bo ma ten pierwiastek dobra. 

Evangelina dostała się do grona moich ulubionych bohaterek. Jest inna niż siostry Dragna. Wydaje się delikatniejsza i bardziej samodzielna. Ma swój plan życie, który runął w jednej chwili, a ona zdecydowała się go ratować. Co prawda w najgorszy możliwy sposób, co nakręciło dalej fabułę, a ona całkiem nieźle odnalazła się w nowej roli. Starała się zachować swoją niezależność na tyle, na ile mogła. 

Cudowna Północ a Caraval 

Jeśli mam przyrównywać z trylogią Caraval, to ta seria ma większy potencjał. Przede wszystkim kreacja bohaterów jest ciekawsza. Evangelina to naprawdę silna bohaterka, która kocha całym sercem i nie boi się podejmować trudnych decyzji. Jest inna od sióstr Dragna, które były swoimi przeciwieństwami. Sam Caraval jest grą, która ma oddziaływać na bohaterów, co jest rozwiązaniem specyficznym i wyzwala w ludziach często to, co najgorsze. Cudowna Północ jako miejsce bardziej mi się podoba. Jest pewnie efekt tego, że to miejsce ma swoją historię, która Evangelina będzie musiała odkryć. W dodatku to miejsce również wpływa na ludzi, ale jest innego rodzaju magia. Ona w pewien sposób zamyka ludziom usta, pozwala zachować tajemnicę tego miejsca na dłużej. Dodaje to nutki tajemniczości do klimatu, ale też takiej baśniowości. 

Polecam przeczytać tę książki, jeśli szukacie czegoś baśniowego, ale nie infantylnego. Widziałam opinie, że można czytać ją bez znajomości Caravalu i nie wpływa to na odbiór. Jednak uważam, że lepiej czytać w kolejności powstania, ponieważ istotna dla Finału informacja jest tutaj od samego początku oczywista. Zaczynając od Baśni o złamanym sercu można sobie zepsuć niespodziankę.

Poznaj magię roślin - recenzja Kalynn Bayron "This poison heart. Zatrute serce"




Witam wszystkich w Nowym Roku!
Przyszedł czas na przerywnik wśród podsumowań — recenzja This poison heart. Zatrute Serce Kalynn Bayron. Jest to moje pierwsze spotkanie z tą autorką, więc nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Motywy magii związanej z roślinami oraz mitologii greckiej przekonały mnie, abym przeczytała tę książkę. I mam przyjemność ją recenzować we współpracy z wydawnictwem.

[Materiał sponsorowany — współpraca z wydawnictwem Moondrive]

Tytuł: This poison heart. Zatrute serce
Autorka: Kalynn Bayron
Seria: This poison heart #1
Tłumaczka: Alka Konieczna
Liczba stron: 400
Data wydania: 31.10.2022 r. 
Moja ocena: 9/10

Briseis od dziecka ma niezwykłą moc — potrafi wpłynąć na wzrost roślin, rozwinąć kilka roślin z jednego liścia czy ożywić uschnięte kwiaty. Dzięki temu może pomóc swoim mamom w prowadzeniu kwiaciarni. 
Jej życia wywraca się do góry nogami, kiedy odwiedza je prawniczka. Bri okazuje się jedyną spadkobierczynią wielkiego domu. Ze względu na problemy, jakie mają w Nowym Jorku, decydują się spędzić wakacje w tej posiadłości. Bri poznaje rodzinne tajemnice, w tym odnajduje źródło swojej mocy, którego musi chronić za wszelką cenę.


This poison heart. Zatrute serce to historia z unikalnym klimatem. Jest pełna ciepła, a jednocześnie tajemnicza i mroczna. Pełna bujnie rosnącej zieleni, która po prostu żyje, ale przeplatana z niebezpiecznymi, trującymi roślinami. Dodajmy do tego dom jak z Rodziny Addamsów i gotowe! To kwintesencja tej książki. 
Czytało mi się ją bardzo dobrze. Ostatnim czasem zauważyłam, że gdzieś do setnej strony trudniej mi się wciągnąć w książkę, później jest nieco lepiej, a druga połowa idzie w chwilę i nie mogę się oderwać. Tutaj było podobnie.
Pierwsza połowa książki pozwala nam poznać bohaterów oraz dom, który Bri odziedziczyła. Widzimy, jak odkrywa tajemnicę swojej rodziny. W drugiej połowie akcja nabiera tempa, zaczyna się więcej wydarzeń, które są niebezpieczne. 
Cała fabuła została poprowadzona naprawdę dobrze. Wątki miały sens, w trakcie czytania można było znaleźć podpowiedzi do tego, co może się wydarzyć na końcu, ale nie sposób było przewidzieć całego zakończenia. Jeden z plot twistów przewidziałam, chyba dlatego, że podobny motyw pojawił się w Wednesday. Jednak nie przewidziałam go w całości, nieco inaczej wyobraziłam sobie zakończenie, przez co autorka mnie zaskoczyła. Działo się tyle, że nie zdążyłam się popłakać. 

Magia i mitologia

Bri ma niezwykły dar. W jej obecności uschnięte rośliny odżywają, kwiaty zakwitają, a trawa zielenieje i rośnie jak szalona. W książce dowiadujemy się, jak wyglądało dotychczasowe życie dziewczyny ze swoim darem, ile wyrzeczeń ją to kosztowało i jak ciężkie to dla niej było.
Autorka ukazała nie tylko, jak Bri rozwija swoje moce, ale również dała przestrzeń na oswojenie się z nimi i poznanie ich genezy. Magia, która funkcjonuje w tym świecie, ma swoje źródło. W dodatku jest tutaj obecne wyraźne nawiązanie do mitologii greckiej, które, mam nadzieję, zostanie rozwinięte w kolejnym tomie. Ten wątek był dopiero odkrywany przez główną bohaterkę, przez co nie jest tak rozwinięty. 
Co ciekawe, czuć w tej książce, że rośliny to nie tylko element scenerii. Są jak odrębny bohater. Czuć, że żyją. Mają swoje emocje, ale również potrafią odbierać emocje z otoczenia. Takie ukazanie roślin jest spójne z tym, jakie znaczenie mają w życiu Briseis. Nauka Bri o roślinach i jej wiedza jest bardzo zgrabnie wpleciona w fabułę — nie przytłacza, ale zaciekawia i podaje istotne informacje.

Niezwykle ciepłe relacji 

Relacji między Briseis a jej mamami są pełne ciepła. Ta trójka troszczy się o siebie, wzajemnie wspiera i stara pomagać sobie w każdej możliwej sytuacji. Wzajemnie chcą sobie pomów we wspólnych problemów, ale też starają się odciążyć siebie nawzajem. Podoba mi się też ich otwartość oraz poczucie humoru, które jest ironicznie i lekko złośliwe, ale w granicach dobrego smaku i poszanowania granic drugiej osoby. Obydwie mamy wspierają Bri w poznaniu historii swojej biologicznej rodziny oraz ich dziedzictwa.
Jednak mam też zastrzeżenie do innych relacji Briseis. Początek jej znajomości z Karterem jest dziwny, a rozmowa przebiega. Pierwsze rozmowy z kimś przypadkiem poznanym są często niezręcznie, nieco sztywne, ale tutaj chodzi o coś innego. Mianowicie Bri zaprasza nowo poznanego chłopaka, aby dołączył się do jej obiadu z mamami. Jest to dla mnie naprawdę dziwne i nietypowe, sam dialog również brzmi nienaturalnie. Wystarczyłoby pozostać na wymienieniu się numerami telefonów i umówieniu na kawę. 

Dla fanów Wednesday 

Już na początku historii Briseis samoistnie nasunęło mi się skojarzeni z Wednesday, a wspomnienie bohaterek o Rodzinie Addamsów sprawiło, że uśmiechnęłam się i czułam, że moje skojarzenia nie wzięły się znikąd. 
Książki różni się od serialu, ale jednak mają pewne wspólne mianowniki. Obie dziewczyny przeprowadzają się do budynku, który skrywa tajemnice i w jakimś stopniu wiąże się z ich historią. Mieszkają na uboczu, a miasteczko jest niewielkie i każdy każdego zna. W Wednesday było nawiązanie do Edgara Alla Poe i jego twórczości, a tutaj ważną rolę odgrywała mitologia grecka, szczególnie historia Medei. 
Bri podobnie jak Wednesday jest samotna i nierozumiana przez osoby ze swojego otoczenia, poza rodziną. Dopiero po przeprowadzce znajdują przyjaciół i miejsce, które z czasem staje się ich domem. 

Ogromnie polecam Wam tę książkę, szczególnie jeśli lubicie motyw magii. Jest to książka idealnie wpisująca się w ramy fantastyki młodzieżowej — sceny przemocy czy walk są opisane delikatnie, aczkolwiek opisy ran są dość dokładne. Znając fantastykę młodzieżową, można zauważyć pewne schematy w tej książce, ale unikalny klimat i wyjątkowy pomysł sprawiają, że wcale się tego nie odczuwa. Wyczekuję kolejnej części z niecierpliwością.