Studia semestr V - to było zaskoczenie!

 Hejo!

Po skończeniu semestru przychodzę do Was ze wpisem, który jest już pewnego rodzaju tradycją. Podsumowanie przedostatniego semestru na kierunku chemia środków bioaktywnych i kosmetyków na UMCS. Jestem na studiach licencjackich, więc w tym semestrze będę zabierała się za pisanie pracy i robienie badań do niej. Dodatkowo robię sobie specjalizację nauczycielską, jestem w zarządzie Studenckiego Koła Naukowego Chemików Bioaktywni oraz zaczynam angażować się w działalność samorządu studenckiego. 


Ogólne odczucia 

Ten semestr był dla mnie zaskakujący, ale w większości negatywny sposób. Patrząc na plan studiów i ilość godzin do wyrobienia, myślałam, że nie będzie tak ciężko. Były semestry, w których miałam więcej godzin do wyrobienia, więc myślałam, że będzie lżej. Jak ja się myliłam! Nawet plan zajęć był naprawdę dobry, ale uważam, że w tym semestrze zawiodła organizacja i wiele rzeczy było cięższych niż to potrzebne. Myślę, że to również kwestia tego, że miałam dwa wykłady, które nie miały żadnych laboratoriów i ćwiczeń, przez co trzeba było się uczyć wyłącznie do egzaminu i z materiałów z wykładu. 
Przedmioty wydawały mi się ciekawe po nazwie lub sylabusie, ale w niektórych przypadkach zajęcia były słabo prowadzone. 

Przedmioty

  • biotechnologia 
  • chemia fizyczna w układach biologicznych 
  • socjologia 
  • synteza i chemia organicznych związków chiralnych 
  • wybrane zagadnienia z fizjologii roślin 
  • związki biologicznie czynne pochodzenia zwierzęcego 
  • związki mineralne stosowane w kosmetyce
Ze specjalizacji nauczycielskiej doszły mi dwa przedmioty:
  • przygotowanie pedagogiczne do pracy w szkole podstawowej 
  • psychologiczne podstawy w szkole podstawowej 

Jak oceniam przedmioty?


Nie przypadła mi do gustu forma samodzielnych wykładów — wolę, kiedy materiał jest także omawiany na konwersatoriach lub jest odniesienie do niego na laboratoriach. Wybrane zagadnienia z fizjologii roślin to był naprawdę ciekawy wykład i prowadzony równie dobrze. Prowadząca aktywizowała nas w trakcie zajęć, więc to dla mnie kolejny plus tego przedmiotu. Z kolei związki biologicznie czynne pochodzenia zwierzęcego były nieco chaotycznie prowadzone. Trudno było notować na zajęciach i też układ informacji był taki dziwny. Najważniejsza lekcja dla mnie z tych zajęć — chyba preferuję składniki aktywne pochodzenia roślinnego.

Związki mineralne stosowane w kosmetyce to chyba moje największe rozczarowanie. Przedmiot składał się z wykładu i laboratoriów. Zakres materiału był dla mnie nieinteresujący, a laboratoria zupełnie niepraktyczne. Głównie sprawdzaliśmy parametry błota. Przedmiot zapychacz. Mam poczucie, że te 45 godzin można były lepiej spożytkować.

Chemia fizyczna w układach biologicznych to kolejny semestr chemii fizycznej. Tym razem zagadnienia, które poznałam w ubiegłym roku, zostały umieszczone w organizmie człowieka. Dość ciekawe, ale znowu... Wykład był prowadzony tak, że trudno było mi się w niego angażować, ale był naprawdę sensowny. Ciężko mi określić, co tam poszło nie tak. Oprócz tego były laboratoria, które wyglądały podobnie jak w poprzednich semestrach. Ćwiczenia były ciekawa i czułam, że wiem, co robię. Również mieliśmy konwersatoria, których forma mogłaby być lepsza. Wolałabym bardziej formę dyskusji i omówienie zagadnień z wykładu tak, abyśmy faktycznie potrafiły odnieść te chemiczne parametry do układów biologicznych. Głównie zajmowaliśmy się suchymi obliczeniami.

Miłym zaskoczeniem był wykład z syntezy i chemii organicznych związków chiralnych, Był bardzo dobrze prowadzony. Zagadnienia poruszane na tych zajęciach są bardzo trudne — wymagają wyobraźni przestrzennej i umiejętności obrotu bryły w wyobraźni. Wykładowca naprawdę starał się wyjaśniać wszystko w przystępny sposób, wykorzystywał modele atomów. Czułam, że to nie był stracony czas i naprawdę warto było chodzić na te wykłady. Gorzej wypadały laboratoria. Głównie to były kwestie organizacyjne — nasze sale laboratoryjne poszły do remontu w połowie semestru, przez co trzeba było kombinować. Wyszło tak, że zajęcia były co dwa tygodnie i robiłyśmy na nich dwa preparaty. Było ciężko po prostu. 

Biotechnologia to również był ciekawy przedmiot. Wykłady były interesujące, szczególnie w drugiej połowie semestru, gdy były tematy związane z kosmetykami. Również laboratoria były ciekawe i przyjemnie mi się na nich pracowało. Jedne z lepszych zajęć. Jednak wolałabym mieć podane zagadnienia do kolokwiów i prezentacje — wolę inną formę nauki niż naukę z gotowych materiałów. Szczególnie że było tutaj więcej nauki na pamięć niż na zrozumienie. 

Specjalizacja nauczycielka 


W tym semestrze pierwszy raz miałam wykłady ze specjalizacji nauczycielskiej stacjonarnie. Zarówno zajęcia z psychologii, jak i pedagogiki bardzo mi się podobały. Poruszały wiele ciekawych zagadnień, a wiele z nich z łatwością mogłam zaobserwować w otoczeniu (co nie do końca dobrze świadczy o moim otoczeniu). Prowadzące stwarzały możliwość do aktywnego udziału w zajęciach i możliwość dyskusji z grupą oraz prowadzącymi. Niestety były to tylko wykłady, które były zrealizowane w ciągu pięciu spotkań, więc nie mam za wiele o nich do powiedzenia. W tym semestrze będę mieć konwersatoria z tych przedmiotów i myślę, że te zajęcia przypadną mi do gustu.

Koło naukowe

Działalność w kole naukowym nabrała tempa i kurde... Ile z tym wszystkim jest papierów! Pierwszy raz organizowałyśmy wszystko same, co było ogromnym wyzwaniem. 
Pisanie grantu, sprawozdań, budżetu... Naprawdę dużo tego było. Do tego niezliczona liczba podań o cokolwiek, czekanie na pozwolenie i czekanie na odpowiedzi. Naprawdę dużo papierów i biegania po całym kampusie. 
Poza tym pierwszy raz organizowałyśmy urodziny kola, co nam naprawdę dobrze wyszło. Miałyśmy pokazy z preparatyki kosmetyków na Nocy Innowacji w Puławach, a druga połowa naszej grupy w tym czasie prowadziła pokazy z eksperymentów chemicznych. Mimo że już prowadziłam preparatykę, to zawsze było to na uczelni, więc strasznie się tym stresowałam. Wszystko wyszło naprawdę dobrze. Tylko baloniki nam zabrali... 

Pierwsza konferencja

Inną naprawdę ważną rzeczą było dla mnie pierwsze wystąpienie z posterem na konferencji Bliżej Chemii organizowanej przez koła naukowe z Uniwersytetu Jagielońskiego. Była to zdalna konferencja, co było jej ogromną wadą. 
Pierwszy raz przygotowywałam abstrakt i poster, i po prostu nie miałam pojęcia, jak się za to zabrać Z pomocą znajomych to ogarnęłam. Sam poster wyszedł mi naprawdę ładnie. Była to praca przeglądowa — omawiająca artykuły i wykonane badania przez innych naukowców. 
Najgorsza była prezentacja... Konferencja była na teamsie, a każda osoba prezentująca poster musiała udostępnić ekran, aby był on widoczny. Miałam ogromne problemy techniczne — nie mogłam udostępnić posteru, nie był wcale widoczne. Gdy była więcej niż jedna osoba w spotkaniu, zrywało połączenie i musiałam dołączać od nowa. Naprawdę bardziej stresujące niż to warte. 

Problemy książkowego świata #1 - działania wydawnictw, których nie popieram


Jest to jeden z tych wpisów, które zaczęłam jakieś dwa tygodnie przed publikacją, będąc niesamowicie zirytowaną, bo przecież nie mam czasu, a mam tyle fajnych pomysłów! Miał być wpis o moich frustracjach, taki luźniejszy. Jednak wyjdzie co innego, bo rozpisałam się bardzo mocno i ta luźna forma przestała mi pasować. Zostawiam same poważniejsze kwestii, nakreślam, co mi się nie podoba. Nie mam zamiaru nikogo wzywać do tablicy i nie chodzi mi o konkretne osoby, ale o zjawiska. Po prostu piszę o tym, co mi się nie podoba i na co warto zwrócić uwagę, aby to poprawić. 

Ostatnio wdawałam się sporo w dyskusje na temat książkowej społeczności. Mam przemyślenia, mam gotowy szkic wpisu na dłuższy wpis i mam nadzieję, że zacznie dochodzić do ich realizacji. Być może są to niepopularne opinie, ale może być fajna dyskusja. Ten wpis również piszę z lekką obawą, bo część tematów jest gorąca, a ja wtrącę moje trzy grosze. 


1. Słabe działania promocyjne ze strony wydawnictw


W ciągu ostatniego roku widzę różne trendy, jeśli chodzi o wydawnictwa i promocję ich produktów. Niestety, te gorsze aspekty promocji, dużo lepiej widać niż te pozytywne. Obserwuję na bieżąco kilka wydawnictw i głównie są to wydawnictwa wydające książki młodzieżowe (young adult) i new adult. I tu się zaczynają schody, fikołki i inne absurdy. 

Dawanie książek, które są +18, niepełnoletnim recenzentom. 

Nie ma tak jasnych wytycznych, określających treści odpowiednie dla osób w danych przedziale wiekowym, ale są treści, których osoby w okresie dojrzewania nie powinny jeszcze czytać. Po prostu nie mają jeszcze odpowiedniej dojrzałości do odbioru treści trudnych. Wydawnictwo przede wszystkim powinno o to zadbać, aby ich książki były promowane przez osoby, do których ta książka jest skierowana. To również ułatwia dotarcie do docelowej grupy odbiorców, a niedopasowanie jej na początku utrudni dalszą promocję książki. 

Wydawnictwa z YA w nazwie, które wydają książki nie YA

Łączy się to z powyższym punktem, ale chcę to osobno rozwinąć. Trochę jak nazwać knajpę "WegeKrysia" (nie mam nic do Kryś, po prostu pierwsze imię, jakie mi wpadło do głowy)  i serwować steki wołowe. Jak dla mnie jest to wprowadzanie konsumenta w błąd. Po prostu nazywając markę w ten sposób, oświadcza się, że będzie się dostarczało produkt z określonej grupy. Osoby, które śledzą na bieżąco wydawnictwa i orientują się w nich, to tylko jedna bańska odbiorców. Są jeszcze osoby spoza tej grupy, których książka zaciekawi lub chcą kupić prezent bliskiej osobie i zupełnie się w tym nie orientują. Jest tutaj więcej szkody niż pożytku. 
Biorąc pod uwagę, że young adult to gatunek, który jest skierowanych do młodzieży i po prostu jest on ograniczony pewnymi zasadami. Jest to dość zróżnicowana grupa pod względem dojrzałości, bo wchodzą do niej osoby od 12 do 17 roku życia. Wydawanie przez wydawnictwa deklarujące się jako young adult, nie powinny po prostu wydawać książek skierowanych dla dorosłych. Jasne, jak siedemnastoletnia osoba przeczyta książkę +18 to nic się nie stanie. Chodzi tutaj o te młodsze osoby, przed 16 rokiem życia, które często nie mają wystarczającej dojrzałości, aby odbierać trudne i niekiedy toksyczne treści. Szczególnie że jest wiele książek, które takie treści chcą sprzedawać jako oznaki romantyczności. Również ważne jest dawanie listy "wyzwalaczy" (trigger warning), które przestrzegają przed trudnymi wątkami i motywami w książkach. Na niektóre książki należy poczekać i to nie jest nic złego. Czytanie znacznie wcześniej często nie jest dobrym wyborem, a powstrzymanie się od przeczytania czegoś nie jest wstydem. 

Tłusty Czwartek i nieudany marketing 

Tłusty Czwartek pokazał, jak bardzo wydawnictwa nie potrafią w marketing. Naprawdę... Nie sądziłam, że można zrobić, tak słabe akcje z tej okazji. Zamiana elementów okładek na pączki i... zamiana urny na pączka na okładce "Cieszę się, że moja mama umarła". Jest to autobiografia gwiazdy iCarly, Jennette McCurdy. Zawiera wiele traumatycznych przeżyć aktorki. Inny przykład to zastąpienie słowem początek fragmentu tytułu autobiografii gwiazdy Przyjaciół, "Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz"... Matthew Perry w swojej książce również rozlicza się ze swoimi demonami, w tym z alkoholizmem. Wybór tych książek to postów o zabarwieniu humorystycznym jest nie na miejscu. 
Jest masa książek, które są po prostu zwykłe i nie są związane z cudzą tragedią, więc jak najbardziej nadają się do tego wpisów o zabarwieniu humorystycznym. 

2. Słabej jakości współprace


Inną rzeczą, która wiąże się z promocją, a bardzo rzuca mi się w oczy, są słabe współprace. Z jednej strony to przecież twórca się tym zajmuje, on odpowiada za jakość treści, ale wydawnictwa też powinny trzymać  rękę na pulsie i kończyć takie współprace, jak najszybciej 

Wrażenie, że ktoś nie przeczytał książki

Słowo recenzja nawet mi nie przechodzi przez palce. Chodzi o teksty, które mają na celu polecenie książki, ale jest wrażenie, że ich autor nie przeczytał tej książki i jej w ogóle nie zna. Można pisać o książce krótko i zwięźle, tylko nie to mam na myśli. Widziałam wpisy naprawdę dużych kont, które dały mi takie wrażenie. Jedno to była recenzja drugiego tomu książki, która wyglądało tak:
 Ta książka była dobra, wzbudziła we mnie mniej emocji niż pierwszy tom, ale nie będę wam dużo tym pisać, bo nie chcę spoilerować.
Tutaj również — zdaję sobie sprawę z tego, że spoilery są źle widziane, przez co trudno się recenzuje kontynuacje. Tylko to nie jest tak, że jest to niemożliwe. Jest ciężej, ale da się to zrobić lepiej. Wystarczy nieco więcej napisać. Można napisać, czy bohaterowie się zmienili. Jakie jest tempo akcji, czy fabuła zaskoczyła, czy nie zaskoczyła. O książkach po ich przeczytaniu można naprawdę dużo napisać, unikając spoilerów. Tylko trzeba je przeczytać. 
Są to naprawdę słabe teksty, które nic nie wnoszą do dyskusji o książce ani do jej promocji. Największym szokiem dla mnie jest to, że wydawnictwa nie rezygnują z takich recenzentów, a nawet decydują się na ponowne współprace. 

Relacja wydawnictwo-recenzent 

W kwestii współprac jest też jeszcze jedna ważna kwestia, która już znacznie bardziej dotyczy wydawnictwa. Mianowicie warunki współprac i relacja z recenzentem. Jestem akurat po tej drugiej stronie. Ciśnie mi się na usta, że moje doświadczenie we współpracach jest niewielkie, ale przecież już tak nie jest. Zdobyłam go na tyle, aby wiedzieć, z kim mi się dobrze współpracuje i na jakich warunkach pasuje mi współpraca. 

Najczęściej spotykane są współprace barterowe, w których zapłatą za recenzję jest produkt, czyli książka. Jednym z problemów są egzemplarze recenzenckie, czyli tak zwane "szczoty". Są wydruki książki przed korektą, po prostu surowy tekst. Często bez dodatkowych ozdób lub map, które są w wersji finalnej. Krótko mówiąc, jest to niegotowy produkt. Często recenzent musi się prosić o finalny egzemplarz, co nie powinno mieć miejsca. Zapłatą za recenzję musi być produkt finalny i tyle. 
Jest również kwestia, że współprace za pieniądze to po prostu święty Graal. Zdarzają się rzadko i wyłącznie u osób, które mają bardzo duże zasięgi. Szkoda, bo pokazuje to, że wielu recenzentów, mimo wykonywania naprawdę ogromnej i dobrej pracy, nie jest traktowanych jako pracownik, a jako tania siła robocza. Szczególnie widzę, że tak traktowane są osoby młode, często niepełnoletnie. Robią naprawdę dużo w kwestii promocji książki, a mają wyłącznie książkę. Jest to oczywiście tańsze dla wydawnictwa.

Dla mnie jest również bardzo ważne, jak przebiega komunikacja między mną a wydawnictwem. W tej kwestii jestem w pełni zadowolona z dwóch wydawnictw. Zawsze po wstawieniu recenzji wysyłam linki i doceniam, kiedy wydawnictwo odpisze, że wszystko dotarło. Mam poczucie, że jestem traktowana poważnie i współpraca została w pełni rozliczona. Również spotkała mnie sytuacja, gdzie byłam zapewniona, że książka przyjdzie w okolicach premiery, a została wysłana jakieś dwa czy trzy tygodnie po niej. Myślałam, że wydawnictwo uznało, że  rezygnują ze współprac, nic nie pisząc. Oczywiście, że mogłam sama się odezwać, tylko skupiłam się ogarnianiu bieżących rzeczy na studiach i ostatnie o czym myślałam, to pisanie do wydawnictw. Komunikacja i jasne warunki współprac to podstawa!


3. Tytuły po angielsku


Nowa moda, która przybiera na sile i mocno polaryzuje książkowe społeczeństwo. Ten temat powraca co kilka dni i właściwie wydawnictwo albo obrywa się za przetłumaczony tytuł, albo za jego nieprzetłumaczenie. Ostatnio czuję, że dyskusja robi się szczególnie gorąca.

Nie jestem za zostawianiem oryginalnych tytułów. Przede wszystkim, jeśli książka jest wydawana na polskim rynku, to niech ma też polski tytuł, bo treść jest również po polsku. Widzisz książkę z polskim tytułem, to wiesz, że masz do czynienia z przetłumaczoną książką i tyle. Widziałam w Internecie wiele razy, że ktoś kupił wydanie angielskie, a nie polskie przez oryginalny tytuł. Nawet krąży filmik osoby z zagranicy, która nieświadomie kupiła sobie książkę w polskim języku. To naprawdę wprowadza w błąd. Szczególnie że książki są dawane również na prezenty, a osoby z pokolenia obecnych czterdziestolatków i starze często nie znają tak biegle angielskiego lub naturalnie myślą, że jest to książka po angielsku. Zresztą, wystarczy po prostu nie śledzić książkowej społeczności, aby nie wiedzieć, że jest obecnie taki trend i unikać takich książek przez tytuł. 
Częsty argument, jaki się pojawia w tej dyskusji to "po angielsku" brzmi lepiej. Ten argument jest straszny i głupi jednocześnie. Tytuł może się podobać albo nie, ale to już jest niezależne od języka. Po polsku i po angielsku brzmi tak samo, bo znaczy to samo (pomijam sytuacje, gdy polki tytuł ma całkowicie inne znaczenie). Nie podoba mi się, że ktoś z góry zakłada, że jakiś język jest gorszy. Nawet trudno mi z tym argumentem dyskutować, bo sprowadzanie tej dyskusji do kwestii jakiejś tam estetyki czy luksusu jest dla mnie kuriozalne. Generalnie tytuł to kwestia marketingu, dlatego ważniejsze jest, aby trafił do jak najszerszej grupy odbiorców na danym rynku, a nie tylko tych śledzących nowości wydawnicze na swiecie.

Wybitnym koszmarkiem są dla mnie książki z angielskim tytułem napisane przez polskie autorki. W tym przypadku zupełnie nie widzę sensu takiego zabiegu. Naprawdę, jest to dla mnie wybitnie bez sensu. Również nie widzę w tym żadnych zalet — prędzej to odstraszy czytelników spoza internetowej bańki, niż ich zachęci nowe osoby do sięgnięcia po książkę. Zastanawiam się, jak to się ma w przypadku tiktoka, kiedy książka pójdzie w viral i jedyne co o niej wiadomo to tytuł po angielsku. Ile osób obcojęzycznych da się zmylić i kupi taką książkę? 

Z moich rozważań to tyle! Wyszło naprawdę długo, więc mam nadzieję na jakąś ciekawą dyskusję w komentarzach. 

Zapraszam również na mój profil na Vinted, gdzie wstawiłam książki na sprzedaż oraz ubrania. 

VINTED - KASIULEK1770




Chcę Was również zaprosić na Instagrama, gdzie do jutra trwa rozdanie. Można zgarnąć całą serię Delirium!


Książka, która sama się ogranicza - Cory Anderson "What beauty there is" recenzja



Spodziewałam się, że w styczniu pojawi się jeszcze jakiś wpis, ale jak zawsze moje oczekiwania przegrały w walce z rzeczywistością. Cieszę się, że plan minimum, który  sobie obrałam, został zrealizowany. Nie będę w tym roku cisnąć, aby wpisy były co weekend, bo wiem, że pewnie tego nie zrealizuję, a takie coś bardziej mnie blokuje, niż motywuje. Może uda mi się (w końcu) napisać trochę wpisów na zapas. 
Oczywiście, dziś nie o tym, jakie ja mam zamiary i co u mnie, i dlaczego nie piszę, ale recenzja książki. Zdecydowałam się na współpracę przy tym tytule, bo po prostu mnie zaintrygował. Opis mnie nieco zwiódł, bo liczyłam, że będę mieć do czynienia z książką o nastoletnich problemach, ogromnych problemach rodzinnych, a otrzymałam thriller młodzieżowy. Tyle słowem wstępu, ale zaraz i tak dowiecie, jak spodobała mi się ta książka. 

Tytuł: What beauty there is
Autorka: Cory Andreson
Tłumaczka: Karolina Podlipna
Liczba stron: 352
Data wydania: 18 stycznia 2023 r. 
Moja ocena: 6/10

Można powiedzieć, że Jack Dahl od urodzenia nie miał szczęścia, a z czasem było tylko gorzej. Ojciec w więzieniu, matka popełnia samobójstwo, a pieniędzy nie ma. Nie jest sam, ma młodszego brata, którego za wszelką cenę chcę obronić przed tym całym złem. Nad Jackiem ciąży widmo utraty brata, przez co decyduje się, aby odnaleźć pieniądze, za które jego ojciec poszedł do więzienia. Nie spodziewał się, że będzie to aż tak niebezpieczne... 

Thrillery to gatunek, który przede wszystkim czytam rzadko. Nie do końca rozumiem jego ideę, więc te książki często mnie nie zachwycają. Najczęściej moje oczekiwania są większe i się zawodzę, bo okolice punktu kulminacyjnego są aż nazbyt absurdalne lub odwrotnie, nie są aż tak zaskakujące. Może trafiałam na mało reprezentatywne książki, co mnie trochę zraża i książki z tego gatunku nie są moim pierwszym wyborem. 
Chyba powoli się to zmienia, bo jest to drugi thriller, co prawda młodzieżowy, który przeczytałam w tym roku. Tylko dalej nie ma miłości do tego gatunku. Może to nie dla mnie gatunek.

Zapowiadało się tak dobrze... 

Pierwsze wrażenie było naprawdę dobre. Mroczny klimat, ale nie w takim znaczeniu, jak jest w książkach fantastycznych. Mroczny, jak bardzo może być mroczne życie. Tragedie od pierwszych stron. Problemy zbyt duże dla nastolatków, które jednak bohater musi udźwignąć. I właśnie... Czego się spodziewałam? 
Oczekiwałam bardziej książki o problemach i ich rozwiązaniu, nietypowym, ale jednak dostałam coś innego. Tutaj to właśnie thriller — nie dość, że bohaterowie znaleźli się w trudnej sytuacji, to w dodatku grozi im jeszcze inne niebezpieczeństwo!
Od połowy coś zaczęło mi przeszkadzać. Przede wszystkim zaczął mnie drażnić styl pisania. Początkowo jego surowość i chłód mi pasowała. Później wydawało mi się to zbyt puste. W połowie zorientowałam się, że nie wiele mogę powiedzieć o bohaterach. Z opisów mało o nich wywnioskowałam, ale najgorszy aspekt tej książki to dialogi. Są po prostu słabe. Krótkie wypowiedzi, często na zasadzie pytanie-odpowiedź. Bardzo mnie to drażniło. Sprawę ratowały opisy, które oddawały klimat książki. Był ciekawe i pełne akcji. Chociaż niekiedy się same w tej akcji gubiły.

Historia, którą ogranicza konwencja

Wydaje mi się, że również chciałam więcej od tej historii, niż mogła mi dać młodzieżówka. Zwykle nie czepiam się tego, że książka spełnia cechy danego gatunku. Ba, nawet tego nie lubię. Jak mi przeszkadza konwencja danego gatunku, to go nie czytam. Tylko zawsze znajdzie się wyjątek. 
What beauty there is to właśnie ten wyjątek. Jedną z cech tej książki miała być brutalność, co się gryzie z książkami dla młodzieży. Sceny przemocy były pisane maksymalnie delikatnie, ale przez to one były tymi najbardziej chaotycznymi. Zamiast mocno we mnie uderzać i szokować swoją brutalnością, to się w nich gubiłam i musiałam czytać od nowa. Frustrujące. 
Mogę sobie narzekać, że za mało brutalne, ale to nie ma większego znaczenia. Młodzieżą już nie jestem, więc nie należę do grupy docelowej tej książki. Fajnie, że pojawia się coraz większa różnorodność wśród książek młodzieżowych. Jeśli szukacie czegoś świeżego w tym gatunku, to może być dobry kierunek. 

Bohaterowie, z którymi łatwo sympatyzować

Bohaterowie to zarówno zaleta tej książki, jak i jej wada. 
Jack i Matty wzbudzają współczucie. Ogólnie ich obraz jest budowany jako pozytywny, mimo że niezbyt szczegółowy. Najlepiej przedstawiony jest Matty, co wynika z tego, że jego straszy brat dużo o nim myśli i rozmawia. Matty jest również światełkiem w mroku. Taki mały promyczek słońca w pochmurny dzień i źródło nadziei. 
O Jacku mało umiem powiedzieć. Niewiele wiem o jego przeszłości, właściwie tylko najważniejsze wydarzenia, które go ukształtowały. Jednocześnie Jacka jest łatwo polubić — ma ciężko w życiu, chce być uczciwy i zapewnić dobre życie swojemu bratu. Niby zataja śmierć matki, ale to mu można wybaczyć — przecież chce dobrze. 
Ava z kolei jest bystra. Poznajemy ją przez dziennik i retrospekcje. Jej przeszłość jest najlepiej opisana i najwięcej można się o niej w ten sposób dowiedzieć. Jednak autorka nie rozwinęła relacji Avy i jej ojca. Czuję, że wiele rzeczy zostało tutaj niedopowiedzianych, a szkoda. Z pewnością byłoby to korzystne dla obydwu postaci.

Postaci, które zagrażają bohaterom, są płytkie. Czuję, że zostali bardzo stereotypowo wykreowani. Są źli, bo są źli i nie ma w tym żadnej głębi. Okrucieństwo dla samego okrucieństwa, co również nie ma żadnego motywu w psychice antagonistów.

What beauty there is to dla mnie kolejny thriller, którego nie czuję. Z tym gatunkiem mam właśnie problem — wszystko jest spoko, ale nie ma tego WOW. Jeśli szukacie czegoś oryginalnego, jakieś perełki wśród młodzieżówek to z pewnością warto spróbować. Szczególnie że nie jest to długa książka. Nieco ponad 300 stron. Czyta się ją bardzo szybko i nie stracicie wiele, poświęcając jej czasu. To również kopalnia złotych myśli. Jest w niej wiele mądrych i trafiających w serce cytatów. Można z niej wiele wynieść, jeśli akurat taka forma do Was trafia. 
 

Podsumowanie 2022



Cześć!

Jest to ostatnie podsumowanie, jakie w najbliższym czasie zobaczycie u mnie na blogu. Jest ono dość symboliczne, po prostu pozwala mi rozliczyć się z poprzednim rokiem i sprawdzić, co udało mi się osiągnąć i jak poradziłam sobie z realizacją moich celów. 


Jak wspominam 2022 rok?

Słowo, które najczęściej pojawiało się na blogu, niemalże w każdym podsumowaniu, to ciężko. I aż mi głupio pisać je po raz kolejny, ale tak. Było ciężko. Było dużo pracy. Było dużo wymagających rzeczy. 
Ale też było więcej czasu niż wcześniej. Mogłam więcej czytać. Mogłam więcej czasu z bliskimi spędzić. Mogłam więcej czasu mieć dla siebie. 
Robiłam wszystkiego po trochu, chciałam we wszystkim ważnych dla mnie sprawach być. I mimo wszystko, aby być wszędzie tam, gdzie chcę, to było męczące. Szczególnie w ostatnich trzech miesiącach tego roku, gdzie musiałam odpuszczać i nie dawać z siebie 100%. 


Moje cele — jak mi wyszła ich realizacja? 

Łącznie postawiłam sobie 11 celów, ale na blogu napisałam o 5. Ogólnie ich realizacja poszła mi dobrze. Nie każdy udało mi się zrealizować w takim stopniu, w jakim chciałam, ale każdy choć trochę spróbowałam. 

1. Wrócić do robienia zdjęć — nieprecesyjne, ale myślę, że zaliczone. Robiłam więcej zdjęć niż w poprzednim roku, ale głównie telefonem. Aparatu używałam rzadziej. 
2. Przeczytać 75 książek — zrobione! Przeczytałam 82 książki.
3. Mieć mniej niż 15 nieprzeczytanych książek — zaczynałam ubiegły rok z 25 nieprzeczytanymi książkami. Z tych książek zostało mi 8 do przeczytania, ale doszły przez rok jeszcze inne. Zaczynam ten rok z 18 nieprzeczytanymi książki. Uważam, że jest to sukces.
4. Kupić mniej niż 20 książek — w praktyce nie wliczałam książek ze współprac (zmieniło mi się podejście do współprac). Kupiłam 28 książek - 9 z nich było kupionych z pierwszej ręki, a 19 z drugiej ręki. Wyrobiłabym się, gdybym w grudniu nie kupiła wszystkich książek z serii o Ali Makocie. 
5. Odwiedzić 2 miasta, w których nie byłam — z tych, o których myślałam, tworząc ten cel, to byłam w jednym. Ogólnie byłam w trzech miastach, których wcześniej nie miałam okazji zwiedzić. Byłam we Wrocławiu, Piasecznie (wycieczka do Ireny Eris) oraz w Chełmie (wycieczka do cementowni).

Oprócz tego miałam cel związany z blogiem. Mianowicie — wstawiać minimum 2 wpisy w miesiącu. Zaliczam to sobie, bo łącznie napisałam 35 postów, mimo że w styczniu był tylko 1. Patrząc całościowo na cały rok, osiągnęłam nawet więcej niż minimum, które sobie założyłam. 

Ulubieńcy roku 

1. Film 

Nie mam pojęcia, ile filmów obejrzałam w ciągu tego roku. Bez wątpienia obejrzałam ich mniej niż seriali. Powróciłam do chodzenia do kina. Co prawda, byłam tylko 4 razy w ciągu całego roku, ale to zawsze coś. 

Najlepszy film, jaki w tym roku obejrzałam, to Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie. Ten film jest rewelacyjny. Zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie. Do tego stopnia, że po kilku miesiącach od obejrzenia wciąż wracam do niego myślami.  Polecam bez zbędnych słów. 

2. Książki 

Tym razem nietypowo, bo moim największym książkowym ulubieńcem jest czytnik Inkbook Calypso Plus. Temu małemu urządzeniu zawdzięczam to, że moje książkowe cele udało mi się tak dobrze zrealizować. 
Odkryłam nowy komfort czytania. Mogłam czytać szybciej. Nie byłam ograniczana, przez to, że nie mam książki, na którą mam ochotę. Również pozwoliło mi to ograniczyć kupowanie książek. Są książki, które nie wiem, czy mi się spodobają lub uważam, że są dobre na jeden raz. W takim przypadku czytnik i Legimi sprawdziło mi się rewelacyjne. Na Legimi przeczytałam 23 ebooki, a na zakup książek w wersji papierowej zdecydowałam się tylko w dwóch przypadkach. Również były 6 książek, które decydowałam się na czytanie w na czytniku, mimo że miałam tradycyjną książkę. Zakup zdecydowanie udany! 

3. Zdjęcie

Powrót do fotografii ograniczył się właściwie do robienia zdjęć siebie samej i do Wrocławia. Nie udało mi się wyjść na żaden spacer z aparatem. 
Uważam, że i tak jest to krok w dobrą stronę. Szczególnie że zaczęłam z powrotem bawić zdjęciami, czego efekty można było zauważyć. Mam dwóch ulubieńców. 
Z rzeczy, których nie widać — dałam sobie przestrzeń w zdjęciach, aby nie były idealne. Pozwalam sobie na drobne niedociągnięcia. Z czasem ich nie będzie, a ja wtedy lepiej zobaczę postęp, jaki zaszedł.


4. Seriale 

Obejrzałam wiele seriali, nawet założyłam sobie TVTime, aby wszystko sobie spisać. Komediowe, familijne, dla młodzieży, fantastyczne... Dużo tego było, ale faworytów mam dwóch. 
Pierwszy to Brooklyn 9-9. Godny następna Niani w moim sercu, lepsza i bardziej aktualna wersja 13 posterunku. Zabawny, aktualny i nikogo niedyskryminujący. Doceniam szeroką reprezentację mniejszości oraz pokazanie, że może być zabawnie bez żartów z grup mniejszościowych i szkodliwych stereotypów. Jest osiem sezonów, które oglądałam z zapartym tchem i niecierpliwie czekałam, aż ostatni sezon pojawi się w Polsce. Ósmy sezon był świetnym zakończeniem. Był inny, bo nie mógłbyś dalej utrzymany w tej samej konwencji. Zaszły ogromne zmiany na świecie, które ten sezon pokazał i wyjaśnił, dlaczego Brooklyn 9-9 się kończy. 

5. Kosmetyki 

Absolutny i niezaprzeczalny ulubieniec tego roku to Seal the Deal z HairyTaleCosmetis. To produkt tak cudowny, tak wielofunkcyjny i faktycznie dobrze działający w wielu funkcjach, że jestem w szoku. Powiedzenie "jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego" w tym przypadku się nie sprawdza. 
Do tej pory nie znalazłam nic, co by lepiej podbijało skręt moich włosów. Jest idealny do szybkiego wydobywania skrętu — nakłada się go jako BS i potem stylizator. Więcej nie trzeba, naprawdę!

Jakie mam cele 2023? 

Podobnie jak w poprzednim roku, przedstawię Wam tylko wybrane cele. Łącznie jest ich dziesięć. Nie chciałam przeginać i skupiłam się tylko na najważniejszych dla mnie aspektach, które chcę rozwijać. Postanowiłam sobie, że spiszę je na kartce i nie będę do nich zaglądać aż do końca roku. Wiem, co chcę zrobić i na czym mi zależy, dlatego uważam, że nie muszę tego mieć cały czas przed oczami, aby to osiągnąć. To również fajnie mi pokaże na koniec roku, co faktycznie się dla mnie liczyło. 

1. Przeczytać 100 książek 

Myślę, że to jest już ostatni raz, kiedy podnoszę sobie poprzeczkę w przeczytanych książkach. W 2017 roku zaczynałam od przeczytania 52 książek roku, później poprzeczkę podniosłam w 2020, aby przeczytać 60. W 2021 podniosłam poprzeczkę do 75.
Na początku każdego roku starałam się realnie przewidzieć, ile będę w stanie przeczytać. Nie jest to łatwe w skali roku, ale z czasem coraz łatwiej mi to przewidzieć. 100 książek w moim przypadku powinno być odpowiednim wyzwaniem. Realnym i do osiągnięcia, ale wymagającym większego wysiłku ode mnie. Będzie to też motywacja, aby więcej odpoczywać, bo nic mnie tak nie relaksuje, jak czas z książką, a to będzie w tym roku ważne. Nadchodzący licencjat oraz inne projekty mogą mnie naprawdę pochłonąć. 

2. Zejść poniżej 10 nieprzeczytanych książek na półce 

Zaczęłam ten rok z 18 nieprzeczytanymi książkami. Już doszły dwie — jedna to prezent, a druga to współpraca. 
Jest to takie minimum, które myślę, że osiągnę w tym roku. Wliczam w to również sprzedaż książek, jeśli zdecyduje, że jednak nie chcę ich czytać.

3. Zrobić zdjęcie każdej pory roku 

Mała motywacja, aby zacząć wychodzić na zdjęcia. Nie narzucam sobie robienia zdjęć aparatem, ale byłoby to wyjście idealne. Obym była w stanie współpracować z pogodą i czasem. 

4. Wziąć czynny udział w konferencjach 

Założyłam sobie, żeby wziąć udział w 4 konferencjach. Jedna jest już za mną. To było ciekawe doświadczenie, chociaż wyobrażałam je sobie inaczej. Na pewno czekają mnie jeszcze dwie konferencje. Znalezienie i udział w czwartej też nie powinien być problemem, tylko muszę pilnować terminów. 


Cieszę się, że uporałam się z tym postem. Jego samo pisanie było pewnym rozliczeniem się z rokiem, ale zanim go dopieściłam, trochę czasu minęło. 

Książka, o której tytuł mówi wszystko - "Baśń o złamanym sercu" Stephanie Garber



Hejo!

Trochę pozmieniały mi się plany i kolejność, w jakiej miałam to wszystko publikować. Dziś będzie jeszcze jedna recenzja, a w następnym poście ostateczne podsumowanie ubiegłego roku. Śmiesznie się złożyło, bo właściwie ten wpis to również współpraca rozpoczęta w tamtym roku. A jednocześnie taki łącznik, bo premiera tegoroczna. Co więcej! Recenzja jest przedpremierowa. 

[Materiał reklamowy — współpraca z wydawnictwem Poradnia K; recenzja przedpremierowa]

Tytuł: Baśń o złamanym sercu 
Autorka: Stephanie Garber
Tłumaczka: Dorota Dziewońska
Liczba stron: 341
Data premiery: 25.01.2023 r.

Evangelina Fox jest szczęśliwie zakochana i nie może się doczekać dnia, w którym poślubi swojego ukochanego. Jednak ten nagle zmienia zdanie i decyduje się na ślub z jej przybraną siostrą. Dziewczyna ma złamane serce, ale to ono popychała ją, by odnaleźć kościół Księcia Serc. Planuje za wszelką cenę nie dopuścić do ślubu swojego ukochanego. Pozornie cena jest niewielka — trzy pocałunki. Jednak to umowa z Mojrem, co nigdy nie kończy się dobrze. 

Baśń o złamanym sercu miała nieco pecha. A może to ja miałam pecha, że tę książkę zaczęłam czytać w okresie, gdy mam lekki przesyt fantastyki? Mniejsza o to, kto miał gorzej. Liczy się fakt, że przez pierwszą połowę nie mogłam się wciągnąć w tę historię, ale żadnych zastrzeżeń do niej nie miałam. Później nie mogłam się już oderwać. 

Tytuł, który mówi wszystko 

Nie znam książki, której tytuł tak dobrze oddaje jej treść. Złamane serce rozpoczęło tę historię i złamane serce ją napędza. Nie ma tutaj miejsca nadmierne użalanie się nad swoim, główna bohaterka działa przez cały czas. Ma pomysł. Może nie najlepszy, ale jako pomysł na fabułę rewelacyjny. 
Fabularnie jestem zachwycona. Pomimo że początkowo czytanie mi nie szło i nie mogłam dać się porwać tej książce, ale podobało mi się. 
Pojawia się motyw przepowiedni, a co za tym idzie przeznaczenie. Wolałabym, aby ta przepowiednia była umieszczona na początku książki, jako prolog. Zaciekawiłoby mnie to jeszcze bardziej. Nie oznacza to, że prolog jest słaby — jest bardzo symboliczny i zaciekawia czytelnika, aby dowiedzieć się co to za kłopoty. 

Cudownie okrutny świat 

Stephanie Garber ma niezwykły talent do tworzenia cudownych, baśniowych światów, które są jednocześnie niebezpieczne i okrutne. Dalej jesteśmy w uniwersum Caravalu, lecz tym razem  opuszczamy Imperium Równikowe. Caravalu także już nie ma, chociaż pojawiają się siostry Dragna. 
Akcja toczy się na Cudownej Północy, w miejscu, gdzie baśnie są realne, a magia tej krainy dociera daleko poza jej granice. Niesamowite jest to, że magia tej krainy nie ogranicza się do jej położenia geograficznego, a rozprzestrzenia się na cały świat.
Historia tego świata ma znaczenie dla fabuły. W tej części był przedstawiony tylko jej zarys, ale mam nadzieję, że w kolejnych częściach Evangelina znacznie lepiej ją pozna. Jeśli połączy się to z funkcjonowaniem magii oraz obecnością Jacksa, to wyjdzie z tego coś naprawdę dobrego! 

Poznajcie Jacksa

Jacks, czyli Książę Serce, pojawił się już w Legendzie i był również bohaterem Finału, ale nie został bohaterem żadnej mojej recenji. To ważna postać w tamtej serii, ale niestety drugoplanowa. Nie zachwycił mnie na tyle, abym wspomniała o nim w recenzji. 

W Baśni o złamanym sercu nie dość, że jest głównym bohaterem, to jego kreacja jest wyśmienita. Wiemy, że to kłamca, który ma swoje dobre momenty. 
Ta postać miała szansę rozwinąć się w tej serii i autorka naprawdę wykorzystała jego potencjał. Im bliżej końca byłam, tym bardziej nie byłam pewna jego motywów. Ile z jego działań, to chęć pomocy Evangalinie? A ile to działanie we własnym interesie? Czy Evangelina choć trochę się liczy dla niego?
Jest to mój ulubiony typ złoczyńcy — niejasny, trudny do zaszufladkowania. Ciężko go nawet wepchnąć do ramy złoczyńca, bo ma ten pierwiastek dobra. 

Evangelina dostała się do grona moich ulubionych bohaterek. Jest inna niż siostry Dragna. Wydaje się delikatniejsza i bardziej samodzielna. Ma swój plan życie, który runął w jednej chwili, a ona zdecydowała się go ratować. Co prawda w najgorszy możliwy sposób, co nakręciło dalej fabułę, a ona całkiem nieźle odnalazła się w nowej roli. Starała się zachować swoją niezależność na tyle, na ile mogła. 

Cudowna Północ a Caraval 

Jeśli mam przyrównywać z trylogią Caraval, to ta seria ma większy potencjał. Przede wszystkim kreacja bohaterów jest ciekawsza. Evangelina to naprawdę silna bohaterka, która kocha całym sercem i nie boi się podejmować trudnych decyzji. Jest inna od sióstr Dragna, które były swoimi przeciwieństwami. Sam Caraval jest grą, która ma oddziaływać na bohaterów, co jest rozwiązaniem specyficznym i wyzwala w ludziach często to, co najgorsze. Cudowna Północ jako miejsce bardziej mi się podoba. Jest pewnie efekt tego, że to miejsce ma swoją historię, która Evangelina będzie musiała odkryć. W dodatku to miejsce również wpływa na ludzi, ale jest innego rodzaju magia. Ona w pewien sposób zamyka ludziom usta, pozwala zachować tajemnicę tego miejsca na dłużej. Dodaje to nutki tajemniczości do klimatu, ale też takiej baśniowości. 

Polecam przeczytać tę książki, jeśli szukacie czegoś baśniowego, ale nie infantylnego. Widziałam opinie, że można czytać ją bez znajomości Caravalu i nie wpływa to na odbiór. Jednak uważam, że lepiej czytać w kolejności powstania, ponieważ istotna dla Finału informacja jest tutaj od samego początku oczywista. Zaczynając od Baśni o złamanym sercu można sobie zepsuć niespodziankę.

Poznaj magię roślin - recenzja Kalynn Bayron "This poison heart. Zatrute serce"




Witam wszystkich w Nowym Roku!
Przyszedł czas na przerywnik wśród podsumowań — recenzja This poison heart. Zatrute Serce Kalynn Bayron. Jest to moje pierwsze spotkanie z tą autorką, więc nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Motywy magii związanej z roślinami oraz mitologii greckiej przekonały mnie, abym przeczytała tę książkę. I mam przyjemność ją recenzować we współpracy z wydawnictwem.

[Materiał sponsorowany — współpraca z wydawnictwem Moondrive]

Tytuł: This poison heart. Zatrute serce
Autorka: Kalynn Bayron
Seria: This poison heart #1
Tłumaczka: Alka Konieczna
Liczba stron: 400
Data wydania: 31.10.2022 r. 
Moja ocena: 9/10

Briseis od dziecka ma niezwykłą moc — potrafi wpłynąć na wzrost roślin, rozwinąć kilka roślin z jednego liścia czy ożywić uschnięte kwiaty. Dzięki temu może pomóc swoim mamom w prowadzeniu kwiaciarni. 
Jej życia wywraca się do góry nogami, kiedy odwiedza je prawniczka. Bri okazuje się jedyną spadkobierczynią wielkiego domu. Ze względu na problemy, jakie mają w Nowym Jorku, decydują się spędzić wakacje w tej posiadłości. Bri poznaje rodzinne tajemnice, w tym odnajduje źródło swojej mocy, którego musi chronić za wszelką cenę.


This poison heart. Zatrute serce to historia z unikalnym klimatem. Jest pełna ciepła, a jednocześnie tajemnicza i mroczna. Pełna bujnie rosnącej zieleni, która po prostu żyje, ale przeplatana z niebezpiecznymi, trującymi roślinami. Dodajmy do tego dom jak z Rodziny Addamsów i gotowe! To kwintesencja tej książki. 
Czytało mi się ją bardzo dobrze. Ostatnim czasem zauważyłam, że gdzieś do setnej strony trudniej mi się wciągnąć w książkę, później jest nieco lepiej, a druga połowa idzie w chwilę i nie mogę się oderwać. Tutaj było podobnie.
Pierwsza połowa książki pozwala nam poznać bohaterów oraz dom, który Bri odziedziczyła. Widzimy, jak odkrywa tajemnicę swojej rodziny. W drugiej połowie akcja nabiera tempa, zaczyna się więcej wydarzeń, które są niebezpieczne. 
Cała fabuła została poprowadzona naprawdę dobrze. Wątki miały sens, w trakcie czytania można było znaleźć podpowiedzi do tego, co może się wydarzyć na końcu, ale nie sposób było przewidzieć całego zakończenia. Jeden z plot twistów przewidziałam, chyba dlatego, że podobny motyw pojawił się w Wednesday. Jednak nie przewidziałam go w całości, nieco inaczej wyobraziłam sobie zakończenie, przez co autorka mnie zaskoczyła. Działo się tyle, że nie zdążyłam się popłakać. 

Magia i mitologia

Bri ma niezwykły dar. W jej obecności uschnięte rośliny odżywają, kwiaty zakwitają, a trawa zielenieje i rośnie jak szalona. W książce dowiadujemy się, jak wyglądało dotychczasowe życie dziewczyny ze swoim darem, ile wyrzeczeń ją to kosztowało i jak ciężkie to dla niej było.
Autorka ukazała nie tylko, jak Bri rozwija swoje moce, ale również dała przestrzeń na oswojenie się z nimi i poznanie ich genezy. Magia, która funkcjonuje w tym świecie, ma swoje źródło. W dodatku jest tutaj obecne wyraźne nawiązanie do mitologii greckiej, które, mam nadzieję, zostanie rozwinięte w kolejnym tomie. Ten wątek był dopiero odkrywany przez główną bohaterkę, przez co nie jest tak rozwinięty. 
Co ciekawe, czuć w tej książce, że rośliny to nie tylko element scenerii. Są jak odrębny bohater. Czuć, że żyją. Mają swoje emocje, ale również potrafią odbierać emocje z otoczenia. Takie ukazanie roślin jest spójne z tym, jakie znaczenie mają w życiu Briseis. Nauka Bri o roślinach i jej wiedza jest bardzo zgrabnie wpleciona w fabułę — nie przytłacza, ale zaciekawia i podaje istotne informacje.

Niezwykle ciepłe relacji 

Relacji między Briseis a jej mamami są pełne ciepła. Ta trójka troszczy się o siebie, wzajemnie wspiera i stara pomagać sobie w każdej możliwej sytuacji. Wzajemnie chcą sobie pomów we wspólnych problemów, ale też starają się odciążyć siebie nawzajem. Podoba mi się też ich otwartość oraz poczucie humoru, które jest ironicznie i lekko złośliwe, ale w granicach dobrego smaku i poszanowania granic drugiej osoby. Obydwie mamy wspierają Bri w poznaniu historii swojej biologicznej rodziny oraz ich dziedzictwa.
Jednak mam też zastrzeżenie do innych relacji Briseis. Początek jej znajomości z Karterem jest dziwny, a rozmowa przebiega. Pierwsze rozmowy z kimś przypadkiem poznanym są często niezręcznie, nieco sztywne, ale tutaj chodzi o coś innego. Mianowicie Bri zaprasza nowo poznanego chłopaka, aby dołączył się do jej obiadu z mamami. Jest to dla mnie naprawdę dziwne i nietypowe, sam dialog również brzmi nienaturalnie. Wystarczyłoby pozostać na wymienieniu się numerami telefonów i umówieniu na kawę. 

Dla fanów Wednesday 

Już na początku historii Briseis samoistnie nasunęło mi się skojarzeni z Wednesday, a wspomnienie bohaterek o Rodzinie Addamsów sprawiło, że uśmiechnęłam się i czułam, że moje skojarzenia nie wzięły się znikąd. 
Książki różni się od serialu, ale jednak mają pewne wspólne mianowniki. Obie dziewczyny przeprowadzają się do budynku, który skrywa tajemnice i w jakimś stopniu wiąże się z ich historią. Mieszkają na uboczu, a miasteczko jest niewielkie i każdy każdego zna. W Wednesday było nawiązanie do Edgara Alla Poe i jego twórczości, a tutaj ważną rolę odgrywała mitologia grecka, szczególnie historia Medei. 
Bri podobnie jak Wednesday jest samotna i nierozumiana przez osoby ze swojego otoczenia, poza rodziną. Dopiero po przeprowadzce znajdują przyjaciół i miejsce, które z czasem staje się ich domem. 

Ogromnie polecam Wam tę książkę, szczególnie jeśli lubicie motyw magii. Jest to książka idealnie wpisująca się w ramy fantastyki młodzieżowej — sceny przemocy czy walk są opisane delikatnie, aczkolwiek opisy ran są dość dokładne. Znając fantastykę młodzieżową, można zauważyć pewne schematy w tej książce, ale unikalny klimat i wyjątkowy pomysł sprawiają, że wcale się tego nie odczuwa. Wyczekuję kolejnej części z niecierpliwością.

Kwartalnik VIII - za szybko

 Hejo!

Dziś przychodzę z podsumowaniem ostatnich trzech miesięcy, a następnie chwila przerwy od tego typu wpisów. 
Na początek. Dziś do północy można jeszcze głosować w Rankingu OpowiemCi - kliknij tutaj. Zostałam nominowana w trzech kategoriach: 

  • bloga - Myśli z głowy wylatujące
  • Instagram - @myslizglowywylujace
  • Akcja książkowa - Najgłośniejsza książka roku

Co u mnie? 

Będę się powtarzała, ale ten rok akademicki jest ciężki! Naprawdę nie spodziewałam się, że cały czas będzie się coś i właściwie cały czas trzeba będzie coś ogarniać, i ogarniać to, czego ktoś inny nie ogarnął. 
Wydarzyło się kilka rzeczy, których się nie spodziewałam. Zaangażowałam się w projekty, które w przyszłości naprawdę mogą zaowocować. 
Mój czas dla mnie i dla moich zainteresowań był niewielki. Kiedy już go miałam, to wolałam sobie po prostu odpocząć z serialem niż pisać lub czytać. Przez to też mniej czytałam i mniej pisałam na bloga. Musiałam się nauczyć, jak nadawać priorytety zadaniom. A raczej, jak odpuszczać to, gdzie nie muszę się starać na 100%. Pocieszała mnie również zasada 80/20, czyli że 80% efektów wynika z 20% działań. Czy to działa? Nie jestem pewna, ale chociaż pozwala mi odpuścić i wyluzować. 
Tak sobie myślę, że również wiele rzeczy zaczynałam i nie kończyłam przez brak czasu. Czyli coś robiłam, ale efektów ostatecznie nikt nie zobaczył



Książki 

Przez te trzy miesiące przeczytałam 10 książek. Zdecydowanie poszłam w jakość, a nie w ilość. Żartuję, nie przepadam za tych stwierdzeniem w sensie. Po prostu miałam mało czasu na czytanie, więc nie był to mój świadomy wybór. Po prostu tak wyszło. 

Co polecam? 
1. Córka Smoka Adam Faber — rewelacyjne zakończenie trylogii! Mimo tytułu, który sugeruje, kim jest Sky, książka mnie zaskoczyła. Samo jej czytanie było bardzo przyjemne. Krew Ferów jedna z moich ulubionych serii. Polecam każdemu, kto lubi magiczne klimaty. 9/10  
2. Cuda wianki — kolejny zbiór opowiadań o rodzinie Koźlaczek. Ma inny klimat niż Cud Miód Malina. Na niesamowitą całość składają się opowiadania, które nie są idealne. Mają drobne wady, tu mi czegoś zabrakło, tu czegoś jest za dużo, ale ostatecznie razem tworzą coś świetnego. 9/10
3. Lonely Heart — poruszająca serce historia. Zakochiwałam się coraz bardziej z każdą stroną, aby na koniec zostać ze złamanym sercem. Dużo emocji mi dała. 9/19

Każda z tych książek jest na podobnym poziomie i wywarły na mnie ogromne wrażenie. Córki Smoka i Cuda Wianki zdecydowałam się nie umieszczać w najlepszych książek. Wolałam dodać tam Lonely Heart, które było przeczytane na świeżo i było z innego gatunku, ponieważ w tym momencie mam delikatny przesyt fantastyką. 
Na całe szczęście nie przeczytałam żadnej słabej książki, więc nie mam czego Wam odradzać. 

Filmy

Ostatnio zaczęłam więcej filmów oglądać. Byłam dwa razy w kinie, planowałam jeszcze pójść na Avatara 2, ale zrobię to po Nowym Roku, bo nie zdążyłam.  

Co polecam?
1. Avatar — byłam w kinie i to było coś niesamowitego! Efekty specjalne w 3D zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Co prawda, wyszłam przed końcem, bo już to oglądałam i wiem, że bym się popłakała, ale i tak świetnie się to oglądało.
2. Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie — jakie to było dobre! Sceny z tego filmu powracają do mnie w myślach bardzo często. Puściłam, myśląc, że to będzie komedia. Bardzo się myliłam, ale nie żałuję, bo to chyba najlepszy film tego roku. 
3. Jeździec bez głowy  — klimat tego filmu jest niesamowity. Motyw Jeźdźca bez głowy kojarzyłam, ale nigdy  nie interesowałam się historią. Jeden z nielicznych filmów, który oglądałam, uważnie śledząc to, co się dzieje na ekranie.



Seriale

Seriale nie poszły przez ten czas w odstawkę, mimo że zaczęłam oglądać więcej filmów. Przez te trzy miesiące obejrzałam naprawdę dużo odcinków. Oglądałam nowości, następne sezony ulubionych seriali, ale także powróciłam do seriali z dzieciństwa i obejrzałam coś, co zaczęłam oglądać w trakcie egzaminów gimnazjalnych.

Co polecam? 
1. Wednesday  — jestem zachwycona! Klimat Addamsów zachowany, Jenna Ortega zagrała rewelacyjnie. Fabuła mnie wciągnęła. Naprawdę przeżywałam to, co się dzieje na ekranie. Jestem zachwycona i jestem ogromną fanką!
2. Emily w Paryżu — obejrzałam w październiku dwa sceny praktycznie na raz. Fajny, lekki i przyjemny serial. Jakiś tydzień temu wyszedł trzeci sezon, ale wciągnął mnie na tyle, aby to pochłonęła w jeden dzień. Zostały mi trzy odcinku do końca sezonu. Gdzieś od czwartego robi się klimat, taki jaki kojarzył mi się z tym serialem. Trzy pierwsze odcinki były średnio ciekawe, nieco nawet irytujące. 
3. Szkoła złamanych serc — świetny serial dla młodzieży! Porusza wiele ważnych tematów, ma szeroką reprezentację mniejszości. Łatwo mi było przeżywać historię bohaterów, mimo że niekiedy zachowywali się irytująco lub niezrozumiale dla mnie. 

Czego nie polecam?
Ginny i Georgia — z tym serialem mam ogromny problem. Historia ma naprawdę duży potencjał, ale wykonanie nie przypadło mi do gustu. Największy problem mam z seksualizacją nastolatek. Dziewczyny, które mają szesnaście lat, tańczą w zespole, a ich trener mówi, że mają rozpalić publikę? Obrzydziło mnie to. Inny przykład — do piętnastolatki przychodzi sąsiad, którego ledwo co zna, i zaczynają uprawiać seks. Już na pewno, to tak cholernie bezsensowne. To akurat dwa przykłady, które najbardziej zapamiętałam.

Kosmetyki 

Trochę nowych rzeczy używałam w ostatnim czasie, więc mam o czym pisać. Jeden kosmetyk, który jest cudem i używam go regularnie. Drugi to fajna rzecz w fajnej cenie i w dodatku łatwo dostępna. O dwóch kolejnych wypowiem się kiedy indziej, a naprawdę mają potencjał. Jest też jedna rzecz, która chyba będzie bublem, ale jeszcze jest za wcześnie, aby to ocenić. 

Co polecam?
Odbudowująca maska na noc APIS — najświeższe odkrycie, ale jestem zakochana. Po pierwsze, forma — maska na noc, której nie trzeba zmywać. Idealne dla takiego leniwca jak ja. Po drugie, komfort użycia. To dla mnie naprawdę ważne w kosmetykach. Bardzo przyjemnie mi się tego używa, przez co używam regularnie 2 lub 3 razy w tygodniu. Po trzecie, efekty — stosuję to nie cały miesiąc, więc użyłam tego nie więcej niż 10 razy. To, co zauważyłam od razu, to milsza skóra po nocy, gdy ją nakładałam. Jest również lepiej nawilżona, ale to wpłynęły też inne zmiany w mojej pielęgnacji. 

Oczyszczający peeling trychologiczny SO!FLOW — drogeryjny peeling, który naprawdę dobrze sobie radzi. Po jego użyciu czułam, że mam oczyszczoną skórę głowy. Co prawda, to nie było takie uczucie, jak po peelingu z HTC. Nie miałam żadnych nieprzyjemności po nim. Nie jest za mocny ani za słaby. Wszystko okej i pewnie będę wracać do niego. 


Najlepsze książki 2022

 Cześć!

Rozpoczynam maraton podsumowań — zaczynam od książek, czego nie robiłam w tamtym roku. Następnym wpisem będzie podsumowanie kwartału, czyli sprawy bieżące. Przerwa na recenzję i podsumowanie roku wraz z planami na przyszły rok. 

Zmieniłam formę spisu przeczytanych książek — jest to link do Excela. W takiej formie je sobie spisuję na komputerze. W przyszłym roku planuję zrobić tak samo, łatwiej będzie mi utrzymać regularność aktualizowania tego. 

Wybór najlepszych książek był zadziwiająco łatwy... Uznałam, że nie będę się rozdrabniać i pisałam seriami, co pewnie mi dużo ułatwiło. Jest siedem pozycji, które są w ścisłej topce, oraz trzy, które mają mięcej mankamentów, ale kojarzą mi się dobrze i często wracam do nich myślami.

1. Ostatnie Godziny Cassandra Clare

Książki od Clare z uniwersum Nocnych Łowców biorę i czytam w ciemno. Ostatnie Godziny jednak szczególnie ekscytowały, ponieważ głównymi bohaterami są dzieci Willa i Tessy oraz ich rówieśnicy. Akcja ma miejsce w Londynie przed stu laty, a ja naprawdę kocham ten klimat.
Młodzi bohaterowie przechodzą do działania, kiedy ich rodzice zajęci są formalnościami, których wymaga od nich prawo Nocnych Łowców. Ta ma najlepiej pokazać, jak ono jest surowe i niekiedy bezsensowne. 
Pokochałam bohaterów, których jest ogrom. Każdy z nich jest wyjątkowy, ma swój czas w tych dwóch tomach i swoją rolę w rozwiązaniu zagadki. Wydane są na razie tylko dwa z trzech tomów, ale już jest to dla mnie druga ulubiona seria Clare zaraz po Diabelskich Maszynach. Jestem pewna, że ostatnia część będzie genialna, a finał mnie zaskoczy.

2. Trylogia Królestwo Nikczemnych Kerri Maniscalco

W tym przypadku też będę się odnosić do dwóch tomów, które zostały wydane w Polsce i je przeczytałam.
Emilia wiążę się z jednym z Książąt Piekieł, Panem Gniewu, aby rozwikłać zagadkę nagłej śmierci swojej siostry. 
Pokochałam tę historię. Przede wszystkim za klimat. Powieść pełna magii. Akcja w pierwszym tomie biegnie tak leniwie i jakby nieśpiesznie, a jednocześnie jest jej pełna. Później, wszystko przyspiesza i jest znacznie więcej emocji. Królestwo Przeklętych  jest jeszcze lepsze niż pierwszy tom. Autorka skupia się na relacji bohaterów bardziej niż na odkryciu prawdy i zemście za śmierć Vittorii. Po prostu zaszła drobna zmiana priorytetów, co wyszło korzystnie. Przez to klimat jest tak niesamowity. Sensualny, pełen napięcia między bohaterami. Emilię i Pana Gniewu ciągnie do siebie, ale sami tego nie rozumieją. Świetnie mi się to czytało. 
Dodatkowo magia w tym świecie jest dokładnie opisana. Ma swoje źródło, rytuały oraz legendy. Emilia przypomina sobie nauki babki, a w drugim skupia się bardziej na rozwoju swoich magicznych zdolności.

3. Żniwiarz Paulina Hendel

Pierwszy raz Pustą Noc przeczytałam w 2019 roku. Spodobało mi się, ale nie na tyle, żebym czuła potrzebę, że muszę mieć kolejne tomy od razu. Czerwony Słońce stało u mnie na półce jakieś pół roku, aż zdecydowałam się to przeczytać i zebrać całość. Przepadłam po prostu.

Pierwszy to naprawdę świetna książka, ale czegoś mi w nim zabrakło. Wciągnęłam się, byłam zaskoczona i przeżywałam to, co się dzieje, ale czegoś mi zabrakło. Natomiast Czerwone słońce pochłonęłam, z każdą stroną coraz bardziej wgłębiałam się w tę historię. Pokochałam bohaterów, a nowe postaci to ZŁOTO. Szczególnie Janina — starsza, złośliwa i roszczeniowa pani. Głównie ona odpowiada za elementy humorystyczne. Ta część spowodowała, że musiałam przeczytać resztę, jak najszybciej (co się nie udało). Trzeci tom wypadł nieco gorzej — miał po prostu syndrom drugiego tomu. Wiele zaczętych wątków, część z poprzednich tomów, jakieś nowe wątki. To było przytłaczające, ale w połowie wszystko się ładnie połączyło i już było lepiej. Czwarty tom ma nieco inny klimat, co nie całkiem mi się podobało, ale też świetnie mi się to czytało Za to finał serii! Wow! Po prostu wow! Autorka poprowadziła fabułę w taki sposób, że nie widziałam innego rozwiązania, a jednak udało jej się wybrnąć z tego i mnie zaskoczyć. Coś niesamowitego!

4. The love hypothesis Ali Hazelwood

Jakie to było urocze! Dosłownie jedna z najsłodszych historii, a jednocześnie wszystko jest takie normalne. Może poza początkiem, kiedy Olive całuje losowego typa (największą kosę wśród doktorów, czyli Adama), aby pokazać przyjaciółce, że ma chłopaka. Później dochodzi do tego, że udają związek, a to oczywiście prowadzi do związku. 
Narracja jest lekko ironiczna, co uwielbiam i już od pierwszych stron wiedziałam, że się zakocham w tej książce. Dalej było tylko lepiej. Zdrowy rozwój relacji między bohaterami i odpowiednie tempo rozwoju. Relacja bardzo pełna wsparcia, zrozumienia oraz poszanowania własnych granic. Do tego najlepsza scena erotyczna. Jest długa, ale jaka mądra! Zawiera kilkukrotne pytanie o zgodę i przypomnienie, że zgodę można wycofać w każdym momencie. Jest poruszona kwestia antykoncepcji i chorób wenerycznych. Rzadko się spotykałam z tym w książkach, więc to ogromny plus. Mam nadzieję, że będzie więcej tak dobrze napisanych scen.  


5. Mroczne umysły Alexandra Bracken

To chyba największe zaskoczenie tego roku! O Mrocznych umysłach słyszałam już w gimnazjum, ale nie ciągnęło mnie wtedy do czytania. Teraz przy okazji wznowienia zdecydowałam się na to. 
Znowu miłość!
To najlepsza dystopia, z jaką kiedykolwiek miałam do czynienia. Akcja ma miejsce w pierwszych latach zmian w państwie, co jest rzadko spotykane. Widać, jak choroba zabijała dzieci, a inni wykazywali ponadprzeciętne zdolności. Władze zaczynają tworzyć kłamstwa o młodzieży, która przeżyła, a dorośli ślepo w to wierzą.
Jest tutaj motyw "znalezionej rodziny", czyli grupkę obcych osób, które znalazły się w trudnej sytuacji, zaczynają łączyć mocne więzi, że stają się swoją jedyną rodziną. Relacje między bohaterami są wyjątkowe. 

6. The Atlas Six Olivie Blake

The Atlas Six to kolejna książka, która się wyróżniła w tym roku. Jest to historia szóstki wybitnych Medejów, którzy zostali wytypowani i mają możliwość wstąpienia do Towarzystwa Aleksandryjskiego. Jest to tajne, elitarne stowarzyszenie, które ma dostęp do zasobów Biblioteki Aleksandryjskiej. 
Klimat tej książki jest wyjątkowy. W fabule nie chodzi o cały o to, co doprowadza bohaterów do wtajemniczenia. Jest to przede wszystkim historia dążenia do władzy. Pokazuje, jak wyglądają relacje elity oraz jak ludzie reagują na możliwość awansu społecznego. Badania każdego z bohaterów mają znaczenie, ale nie jest to główny wątek książki. Jest tutaj wiele okołonaukowych tematów, nawiązania do fizyki i chemii, co było dla mnie fascynujące.
Również bardzo dobrze jest zbudowany świat. Magia i zdolności bohaterów opierają się przede wszystkim na chemii i fizyce kwantowej, co było dla mnie niesamowite. Część bohaterów ma zdolności powiązane z psychiką, ale to również jest tłumaczone w podobny sposób.  

7. Władca Pierścieni J.R.R. Tolkien

Klasyk literatury fantastycznej, który wreszcie przeczytałam. Styl pisania jest cudowny. Byłam zachwycona kunsztem literackim. Chłonęłam każde słowo i byłam zachwycona. Klimat jest niesamowity. Cudowne, obrazowe i rozległe opisy, które mnie męczyły. Cudo! Miałam ogromnego kaca książkowego po tej książce, bo nic nie dorównuje temu stylowi. 

8. Trylogia Caraval Stephanie Garber

Pierwszy raz do czynienia z Caravalem miałam 4 lata. Byłam zachwycona tym baśniowym klimatem i ubolewałam, że pozostałe części nie zostały wydane. Aż do tego roku! Cała trylogia została wydana, a ja miałam przyjemność zostania recenzentką kolejnych części. 
Podczas ponownego czytania Caravalu towarzyszyły mi inne emocje. Nie uważałam już tego magicznego przedstawienia za baśniowe. Jest ono po prostu okrutne — miesza w głowie, wykorzystuje marzenia i stwarza pozór, że w nocy można być bezkarnym, przez co wychodzi z ludzi to, co najgorsze.
Legenda ma inny klimat. Główną bohaterką jest Tella, która jest zdeterminowana. Dla niej ta gra to tylko środek do celu, ale i tak widać, jak bardzo jest ona zwodnicza. Poznajemy Mojrów, przez co powieść ma mistyczny i tajemniczy klimat.  
Finał wypada nieco słabiej niż poprzednie tomy, ale to wciąż bardzo dobre zakończenie historii. Jest tutaj perspektywa obydwu bohaterek. Podobał się mi wątek Scarlett, pokazał jej prawdziwą moc. Jednak wątek Telli nie wykorzystał w pełni potencjału tej bohaterki.

9. Trylogia Delirium Lauren Oliver

Trylogia Delirium to również seria, która została wznowiona w tym roku. Pierwszą część przeczytałam 5 lat temu, a ponownie na początku tego roku. Kolejne tomy tej serii były dla mnie zaskoczeniem. Każdy z nich ma inny klimat. 
Delirium pokazuje, jak Lena odkrywa kłamstwa świata, w którym żyje. Okazuje się, że to miłość nie jest tak niebezpieczna, jak każdy chce jej wmówić. Bohaterka przechodzi ogromną przemianę z osoby, która ślepo podąża za regułami, w buntowniczkę. Pandemonium to po prostu wir walki. Lena walczy o to, co uważa za słuszne. Jeszcze lepiej można zauważyć zmianę, która w niej zaszła. Natomiast Requiem to zestawienie życia, które Lena wybrała, i takiego, jakie mogłaby mieć, gdyby została w mieście. 
Najbardziej w tej serii podoba mi się to, że walka o miłość, to tak naprawdę walka wolność. 

10. Lonely Heart Mona Kasten

Książką, którą dopiero co skończyłam i szybko wkradła się w moje serce. Z każdą stroną zakochiwałam się coraz bardziej w historii bohaterów, aż złamało mi serce. Czuję, że kolejna część połata je, a pewnie później znowu złamie. 
Rosie prowadzi własną audycję radiową i nie posiada się ze szczęścia, kiedy jej gośćmi są Scarlet Luck. Zespół, który kocha od ich początków. Niestety wywiad nie idzie po jej myśli, mały incydent przekreśla wszystko, a Bestia, jeden z członków, wychodzi wściekły. Na Rosie spada ogromny hejt, co nie podoba mi się członkom zespołu i chcą jej pomóc odbudować reputację. I tak zaczyna łączyć ją nić porozumienia z Bestią. 

Ta historia jest tak pełna ciepła, wiary w drugą osobę i zaufania, że się rozpływałam. Jednocześnie Bestia skrywa tajemnicę i ma problemy, przez co książka łamie serce i daje to też nadzieję. Chcę naprawdę poznać dalsze losy bohaterów, dowiedzieć się więcej o historii Bestii, ale też zobaczyć, jak będzie wyglądać audycja Rosie.