Nie tylko do włosów! - Hairy Tale Cosmetic. Peeling, wcierka, kuracja laminująca




Cześć!

Dziś recenzja inna niż zwykle, bo dotyczy kosmetyków do włosów. Włosing mój konik, uwielbiam dbać o włosy, a Hairy Tale Cosmetics to marka, której byłam ciekawa od ponad roku. Szampony, odżywki do włosów i zdjęcia efektów, szczególnie podbitego skrętu bardzo mnie do siebie zachęciły. Zamówienie pierwszych kosmetyków zajęło mi trochę czasu, bo nie ukrywajmy,  nie są to rzeczy najtańsze, a ja sama musiałam się dobrze zastanowić, czy będą to rzeczy, których będę używać i czy odpowiedzą na moje potrzeby. Wybór produktów poprzedzało aktywne śledzenie profilu marki, czytanie o ich produktach, jak powstają (moje chemiczne serce jest tym zachwycone) i jak mają działać. Produkty odebrałam na koniec stycznia tego i od tamtej pory ich używam regularnie, dlatego wreszcie zdecydowałam się, aby opublikować o nich opinie.

Co warto wiedzieć o Hairy Tale Cosmetics?

HairyTale Cosmetics to marka, która powstała na koniec 2019 roku. Założona przez Agnieszkę Niedziałek, która od lat popularyzuje wiedzę o włosingu. Produkty są specyficzne, odpowiadają na konkretne potrzeby, ich składy są unikalne, ale jednocześnie są to kosmetyki, które można nazwać uniwersalnymi i wielozadaniowymi. W teorii dedykowane włosom i skórze głowy, a w praktyce jeden produkt może być wykorzystywany na różne sposoby.

Jak produkty wybrałam?

Peeling chelatujący Squeaky to produkt, dla którego złożyłam zamówienie. Jakoś w tamtym okresie zaczęłam mieć większe problemy ze skórą głowy – swędzenie, łuszczenie, a także twarda woda, a czasem tak chlorowana, jakbym była na basenie. Do tego przeczytałam, że ten peeling mogę stosować na ramiona i poradzi sobie z moim rogowaceniem okołomieszkowym. 

Zależało mi na zakupie jednej ze wcierek, bo zapuszczam włosy i jednocześnie, żeby działała na dobrze na moją skórę głowy. Był to dla mnie najtrudniejszy wybór, bo wahałam się między Grasshopperem a Wasabi. Do Grasshoppera przekonało mnie to, że wykazuje działanie w pięciu aspektach - zapuszczanie włosów, brak objętości, przetłuszczanie, suchość oraz może być stosowany do wrażliwej skóry głowy. Wcierka Wasabi nie wykazuje działania przeciwko przetłuszczaniu, dlatego jej nie wybrałam. 

Trzecim produktem jest Seal the Deal, czyli kuracja laminująca. Cóż… Nie ukrywam, że dorzuciłam to sobie, bo był to produkt limitowany. Spoiler do dalszej części wpisu. :D Na całe szczęście w tym momencie jest wprowadzony jako produkt sezonowy, bo nie wyobrażam sobie mojej pielęgnacji bez niego. 

Stan mojej skóry głowy i włosów – wtedy  

Koniecznie muszę wspomnieć, z czym te produkty musiały się zmierzyć. Mój stan skóry głowy w zimę się pogorszył – niby nic dziwnego, ale nie chodziło tutaj tylko przetłuszczanie się od czapki. Cóż, z dermatologiem nie było mi po drodze w tamtym czasie, jednak winowajcę tego stanu rzeczy znalazłam. Nie była to twarda woda ani chlor. Także nie było to spowodowane stresem, jak podejrzewałam, bo w okolicy sesji było gorzej. Po sesji lepiej, a potem znowu gorzej. Winowajcą okazał się szampon z Crazy Hair. Na początku wydawało mi się, że dobrze działa. Zupełnie nie skojarzyłam, że w domu używałam czegoś innego. Uświadomiłam sobie to na koniec kwietnia, kiedy przez dwa tygodnie go nie używałam, a gdy go użyłam, uderzył mnie chemiczny odór. Na początku zapach tego produktu, to była chemiczna jagoda, znośne, ale później był to dla mnie okropny smród, do którego się pewnie przyzwyczaiłam przez półtora miesiąca regularnego używania. Było to sporym utrudnieniem dla tych produktów.  Odkąd go przestałam używać, jest znaczna poprawa jej stanu.

Wzmożonego wypadania włosów nie zauważałam. 

Moje włosy się kręcą, jednak ciężko mi określić ich skręt. Najwięcej pasm jest o typie skrętu 2b i 2c, ale zdarzają się o pasma o skręcie bliskim 2a i 3a. Wszystko zależy. Jedyne, co jest pewne, że mocniejszy skręt mam gdzieś od żuchwy. Między czubkiem głowy a żuchwą są falowane. Ich porowatość jest średnia, w kierunku niskiej. Nie są podatne na prostowanie. Kręcą się, potrafią mieć skręt zdefiniowany (przy odpowiedniej stylizacji), jednak ciężko jest mi go utrzymać przez cały dzień. Są gładkie, rzadko się puszą.


Peeling kwasowy Squeaky Clean

Cena: 75 zł
Pojemność: 150 ml
PAO: 6 miesięcy
Wegański: Tak
Skład: Aqua, Panthenol, Arginine PCA, Tartaric Acid, Lactic Acid, Glycolic Acid, Maltodextrine, Shikimic Acid, Citric Acid, Xanthan Gum, Malpighia Glabra Fruit Juice, Glycerin, Inulin Lauryl Carbamate, Biosaccharide Gum-1, Sodium Levulinate, Potassium Sorbate, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, Sodium Hydroxide, Parfum, d-Limonene, Linalool, Citral.

Kwasowy peeling, który można stosować do skóry głowy i… twarzy. Raz użyłam go na ramiona, ale więcej tego nie powtórzyłam z braku czasu.  Jest dość lejący się, łatwo można go wydobyć z opakowania. Jego naturalną właściwością jest to, że ciemnie po pewnym czasem i jego barwa zmienia się z żółtej na brązową. Jest on naprawdę mocny. Uważajcie latem, bo może fotouczulać. Jeśli wychodzicie na słońce po jego użyciu, koniecznie mocny SPF na twarz i ciało oraz zasłaniajcie przedziałek.

W jego składzie znajduje się kombinacja czterech kwasów: winowego, mlekowego, glikolowego i szikimowego. Bazą produktu jest arginina i pantenol, których zadaniem jest nawilżenie. W ten sposób peeling zachowuje mocne działanie złuszczające, ale nie podrażnia skóry głowy, gdy jest stosowany zgodnie z zaleceniami producenta.

Użycie 

Peelingu stosowałam raz na tydzień albo dwa w zależności od potrzeb. W moim przypadku optymalnym czasem było trzymanie go przez 8 minut na głowie. Następnie zmywałam go, myłam dwa razy delikatnym, nawilżającym szamponem i na koniec używałam Grasshopppera. Raz przetrzymałam ten peeling nieco dłużej i miałam lekko podrażnioną skórę, co nie trwało długo.
Na twarz nakładałam go z podobną częstotliwością albo nieco rzadziej. Trzymam 5 minut. Zmywam pianką, tonik (czyli znowu Grasshopper) i krem z tołpy.
Na ramionach trzymałam go 10 minut, a następnie zmywałam ciepłą wodą i żelem.

Wydajność 

Ciężko jest mi ocenić zużycie tego produktu przez jego opakowanie. Wydaje mi się, że nie jest tak wydajny jak wcierka, którą stosowałam częściej. Mam wrażenie, że zostało go około 1/3 opakowania. Ostatnio używałam go jakoś w maju, a piszę to w połowie czerwca. Kiedy go zużyję — nie wiem, ale nie wykluczam, że może mi starczyć na dłużej niż zakładałam.

Efekty

Tutaj były bardzo dobrze widoczne, nawet gołym okiem. Bardzo dobrze radzi sobie złuszczaniem suchej skóry i nadbudowy produktów. On ją dosłownie rozpuszcza. Po jego użyciu czuć oczyszczenie i świeżość skóry głowy.
Na twarzy czuć podobnie. Widać gładkość, skóra po prostu oczyszczona. Ze zrogowaconą skórą na moich ramionach poradził sobie również rewelacyjnie. 


Wcierka Grasshopper 

Cena: 75 zł
Pojemność: 100 ml
PAO: 6 miesięcy 
Wegański: TAK
Skład: Aqua, Saccharomyces Cerevisiae, Humulus Lupulus (Hop) Extract, Panthenol, Propanediol, Glycerin, Inulin Lauryl Carbamate, Gluconolactone, Sodium Levulinate, Potassium Sorbate.

Demon wydajności! Dosłownie. Produkt, który może być stosowany jako wcierka do włosów, ale także tonik do skóry twarzy. Wcierka ma za zadanie regulować skórę głowy i nawilżać, a także przewdziałać nadmiernu wypadniu włosów. W przypadku stosowania tej wcierki jako toni do twarzy, najlepiej sprawdzi się cerze mieszanej, ale moja cera normalna też jest zadowolona. 
Jednym z najważniejszych składników aktywnych jest lupeina, która znajduje się w ekstrakcie z chmielu. Ma działanie bakteriobójcze w stosunku do bakterii gram dodatnich i gram ujemnych, dzięki czemu warto ją stosować przy problemach z łupież. Z kolei ekstrakt z drożdży zawiera aminokwasy o właściwościach nawilżających, polipeptydy oraz witaminy i mikroelementy, który wywierają pozytywny wpływ na stan skóry głowy.  
Wcierka jest w masywnym, szklanym opakowaniu, które ciężko jest zbić. 

Użycie

W zależności od tego ile byłam w domu, to używałam jej od dwóch do czterech, czy nawet pięciu razy w tygodniu jako wcierki i codziennie jako tonik do twarzy. Później, gdy w domu byłam tylko na weekendy, miałam wrażenie, że tego produktu nie ubywało.
Jako wcierki używałam tego produktu po myciu skóry głowy, tak jak zaleca producent, oraz na suchą skórę głowy. W obydwu przypadkach nie obciążała włosów, nie było wrażenie, jakby włosy były nieświeże. W moim przypadku na całą głowę stosuję ok. 6-7 psiknięć.
Jako toniku psikam trzy razy na twarz i wystarcza. Ostatnio nieco więcej, bo zależy mi, żeby zużyć ten produkt. 

Wydajność

Jak wspominałam, ten produkt jest niezwykle wydajny. W lutym, kiedy była to moja „główna” wcierka i tonik, ciężko mi dostrzec, że ją zużywam. Gdzieś na początku marca zauważyłam, że zużyłam około 1/6 pojemności. Póżniej gdy patrzyłam, to właśnie taką ilość zużywałam w ciągu miesiąca. PAO tego produktu to 6 miesięcy, więc uważam to za dobry wynik i cały produkt zostanie zużyty przed końcem tego czasu. 

Efekty 

Pierwsze efekty ciężko mi było jednoznacznie ocenić, bo to, co ta wcierka koiła, ten nieszczęsny szampon od nowa rujnował. Do tego nie jest to jedyna wcierka, którą stosuję na porost włosów. Zdecydowanie wydłuża świeżość włosów i zauważalnie reguluje wydzielanie łoju. W zimę myłam włosy co dwa dni, ale gdybym zdecydowała się być co trzeci dzień, nie byłoby tragedii. Obecnie mogę myć włosy co 3/4 dni.
Grasshopper świetnie się sprawdzał po kwasowym peelingu. Stosowałam to z obawy, że peeling mógł być za mocny i chciałam od razu łagodzić skórę głowy. Przy moim standardowym stosowaniu tego peelingu, nie odczułam żadnych nieprzyjemności. Nie wiem w jakim stopniu, to zasługa tego produktu.
W porównaniu z grudniem cały czas mam wysyp nowych włosów. Moje baby hairy rosną jak szalone i co chwilę widzę, że pojawia się nowa tura. Tutaj myślę, że to połączenie dwóch wcierek (Hairy Tale Cosmetics i Sattvy) z peelingiem pozwoliło na ich wzrost, a przede wszystkim jest to zasługa regularności we wcieraniu i masażu skóry głowy. 
Wcierka naprawdę dobrze daje sobie radę z łagodzeniem skóry głowy i jej nawilżaniem. Można to odczuć przy regularnym użyciu. Szybko się wchłania w skórę głowy. 


Kuracja laminująca Seal the Deal 

Cena: 65 zł
Pojemność: 50 ml
PAO: 6 miesięcy 
Wegański: NIE
Skład:  Aqua, Collagen, Coco Caprylate/Caprate, Lactic Acid, Avocado Oil Aminopropanediol Esters, Grapeseed Oil Aminopropanediol Esters, Raspberry Seed Oil/Tocopherol Succinate Aminopropanediol Esters, Sodium Hyaluronate, Phenoxyethanol, Benzoic Acid, Hydroacetic Acid, Citronellol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Hydroxycitronellal, Parfum.

Seal the Deal (foczka) to produkt sezonowy, ponieważ w jego składzie znajdują się ceramidy, kolagen oraz kwas hialuronowy z rybich skór. Rybie skóry to produkt, który jest odpadem w przemyśle spożywczym i sprzedawany jest wyłącznie raz w roku w sezonie. Jego powrót do sklepu marki jest planowany na jesień.
Produkt jest w opakowaniu typu air less z białego plastiku, dlatego nie widać jego zużycia. Ma konsystencję glutka, która upłynnia się i traci swoje właściwości w temperaturze powyżej 25 stopni, dlatego latem producent zaleca trzymać produkt w lodówce. Ma specyficzny zapach – białkowy, rybi. Różnie jest określany. Mnie akurat pachnie takim jeziorem, ale nie jest to dla mnie w żaden sposób nieprzyjemne. 

To tak wielofunkcyjny produkt, że muszę się posłużyć grafiką ze Instagrama marki. 

Użycie 

Sama stosowałam ten produkt jako:

    • kurację laminująca,

    • żel lub BS do stylizacji włosów, 

    • do reanimacji skrętu,

    •  na skórę głowy dla nawilżenia i odżywienia,

    • serum na twarz.

Zależnie od sposobu użycia, stosowałam od 0,5 do 2 pompek produktu. Dwie pompki stosowałam wyłącznie do laminacji włosów. Najczęściej na włosy i twarz nakładałam jedną pompę produktu i było to wystarczające. 

Stosowałam różnie. Czasem raz w tygodniu na włosy, czasem dwa, a innym razem raz na dwa tygodnie. Na skórę głowy nakładałam nieregularnie, chyba średnio wychodziło dwa razy w miesiące. Na twarz nieco częściej, ale również nieregularnie.

Wydajność:

Ze względu na typ opakowania nie jest w stanie określić zużycia. Starałam się używać go maksymalnie oszczędnie, bo chcę go używać jak najdłużej i być może świadomie oleję PAO.
Jest to produkt, który daje maksymalnie dobre efekty przy minimalnej ilości produktu. Do tego stosowałam na kilka różnych sposobów, w różnych kombinacjach i z różną częstotliwością. W niektórych myciach nakładałam go skórę głowy, twarz i włosy. Te fakty utwierdzają mnie w przekonaniu, że jest to produkt wydajny.

Efekty:

Nic, ale to NIC tak nie podbija i definiuje skrętu jak Seal the Deal. Po jego użyciu zawsze mam bardzo ładne ruloniki i drobniejsze loki, co ciężko mi osiągnąć używając innych produktów.
Oprócz tego włosy są miękkie, gładkie, lśniące i mięsiste, czyli same zalety.
Skórę głowy nawilża, niweluje uczucie ściągnięcia. Nie miałam również żadnych nieprzyjemności po jego użyciu, takich jak swędzenie czy łupież.
Seal the deal dzięki zawartości ceramidów sprawił, że nie mam w tym momencie żadnych rozdwojonych końcówek. Ostatnio włosy podcinałam na początku grudnia, więc od tego czasu minęło ponad pół roku. Zwykle po około czterech miesiącach pojawiały się u mnie pierwsze rozdwojenia.
Bardzo fajnie odżywia też skórę twarzy. Raczej polecam stosować to doraźnie, jako taki mocniejszy kop odżywienia. Ja stosowałam to właśnie w takim celu, gdy czułam, że twarz potrzebuje czegoś więcej. Efekt to po prostu widocznie nawilżona skóra, nieco bardziej sprężysta. Od razu po jego nałożeniu używałam kremu.


Krótko mówiąc - kosmetyki Hairy Tale Cosmetics to produkty, które są przemyślane, stosunek wydajności do ceny jest w moim odczuciu bardzo dobry. Ich niewątpliwą zaletą jest to, że są wielozadaniowe. Na pewno będę wracać do peelingu i foczki. Będę chciała przetestować jeszcze wcierkę Wasabi, żel Lemur Lemon i sera olejowe. 

Morderczy obóz - „Skrzynia w lesie” Maureen Johnson


Cześć!

Przychodzę do Was z niedawno zapowiedzianą recenzją. Brakowało mi dłuższego pisania o książkach, zaczęłam też inną książkę pod kątem recenzji, ale nie mogłam się w nią wczuć i zrobiłam sobie od niej chwilową przerwę. Mam nadzieję, że niedługo ją skończę.

Trylogia "Nieodgadniony" to seria, która kojarzy mi się z wakacjami. Niby akcja dzieje się w szkole, ale czytałam tę serię latem, gdy za oknem świeciło słońce i było przyjemnie. Pamiętam, jak byłam zawiedziona, że "Ręka na ścianie" to koniec. Zagadka zaginięcia w Akademii Ellinghama została rozwiązania. Nawet nie sprawdzałam, czy autorka szykuje coś jeszcze. A tu proszę!  „Skrzynia w lesie” to czwarty tom przygód Stevie i jej przyjaciół. Jest poza trylogią o „Nieodgadnionym”, a rozwiązanie nowej zagadki mieści w tym tomie.  Przed jego przeczytaniem nie trzeba odświeżać sobie trylogii, ale lepiej będzie czytać te serie w kolejności wydania. Nie ma spoilerów do poprzednich tomów, lecz są nawiązania, które mogą być mylące.


Tytuł: Skrzynia w lesie
Autorka: Maureen Johnson
Tłumacz: Paweł Łopatka
|Wydawnictwo: Poradnia K
Liczba stron: 404
Data wydania: 27 października 2021 
Moja ocena: 9/10


W wakacje Stevie Bell, uczennica Akademii Ellinghama, która rozwiązała tajemnicę tej szkoły, nie ma co robić. Pracuje w sklepie, dopóki nie dostaje zaproszenia na letni obóz. Szczęśliwe Sosny to miejsce, gdzie wcześnie znajdował się obóz Wodospad Cudów, w którym na koniec lat siedemdziesiątych doszło do tragedii. Jeden z uczestników został znaleziony martwy, a jego przyjaciele, z którymi się wybrał do lasu, nie powrócili z niego. Rozwiązanie tej zagadki to zadanie dla Stevie Bell.  W porównaniu do zagadki Nieodgadnionego powinno być prościej – świadkowie tych wydarzeń wciąż żyją, są trzy prawdopodobne wersje zdarzeń, lecz czy któraś z nich jest prawdziwa? Stevie może i ma łatwiejszy dostęp do informacji, ale jest to sprawa dużo bardziej niebezpieczna. 


Początkowo obawiałam "Skrzyni w lesie", bo „Nieodgadniony” to dla mnie jest z najlepszych trylogii pod względem jej budowy. Moje obawy dotyczyły tego, że autorka nie zmieści się w tym tomie, będzie wątek, którego rozwinięcie mnie nie zadowoli albo zostanie wciśnięte po łebkach. Na całe szczęście, historia zgrabnie się zmieściła na 400 stronach, które pochłonęłam w jeden dzień. 

Po prostu się płynie! 

W historii są dwie linie czasowe – 1978 rok, w którym doszło do tragedii, i teraźniejszość, kiedy Stevie rozwiązuje zagadkę. Na początku więcej jest wspomnień z tej tragedii, które bardzo zachęcają do czytania. Teraźniejszość, dopóki Stevie nie trafia do obozu, nie jest zbyt wciągająca, ale jednocześnie chce się czytać dla scen z przeszłości. Dopiero kiedy zaczyna zapoznawać się ze sprawą, cała akcja nabiera tempa, zaczyna dziać się dużo więcej, a czytanie, jak dziewczyna rozwiązuję tę zagadkę to czysta przyjemność. Tak jak poprzednie tomy, ta historia zmusza do myślenia i rozwiązywania jej razem ze Stevie. Udało mi się odgadnąć, kto stał za jedną sprawą. Jednak to było dość proste i celowe, a w kwestiach kluczowych, czyli wydarzeniach z lat siedemdziesiątych, Maureen nie zawiodła mnie, a nawet trochę zmyliła. Rozwiązanie zagadki mnie zaskoczyło. Było naprawdę przemyślane i inteligentne, a ja nie mogłam przez to odłożyć tej książki.

Gdzieś do połowy książki akcja jest mało dynamiczna, jednak czytając po prostu się płynie przez historię. Jest to spowodowane tym, że Stevie skupia się na poznaniu historii, dlatego jej działań jest nieco mniej. Jednocześnie historia czwórki zamordowanych jest intrygująca i po prostu trzeba poznać jej zakończenie, dlatego czyta się dalej. Później Stevie zaczyna działać i wszystko przyspiesza, a do tego robi się niebezpiecznie. 

Wakacyjny klimat

Klimat tego tomu jest zupełnie inny niż trylogii. W trylogii dominowała aura tajemniczości i zagadek, które z czasem stawały się coraz bardziej mroczne. „Skrzynia w lesie” klimatem bardziej przypomina mi drugą część filmowej „Ulicy strachu”, gdzie akcja również miała na obozie i w podobnych latach. Wiecie, klimat takiego horroru dla nastolatków, niekoniecznie slashera (nie jest tutaj tandetnie), gdzie niby czuć wakacyjną lekkość, nie jest przerażający, ale czuć ten mrok i odrobinę grozy. Z założenia jest to kryminał, jednak to skojarzenie z horrorem jest dużo mocniejsze.

Bohaterowie

Kwestia bohaterów jest ciekawa. Ze wszystkich dominuje najbardziej Stevie, następnie za nią wysuwają się osoby zamordowane i siostra jednej z ofiar. Jest tutaj więcej Davida, a pozostałe postaci, w tym Nate i Janelle, to po prostu tło dla fabuły. 

W Stevie lubię jej sposób rozwiązywania zagadek. Jeśli nie znajduje rozwiązania zagadki od razu, to cały czas ją to nurtuje i powraca do tego myślami, dopóki nic nie wymyśli. Jest mi to naprawdę bliskie, sama tak mam w trakcie nauki czy robienia raportów. Później przychodzi olśnienie. W najmniej oczekiwanym momencie i pozornie sposób, w jaki ono przychodzi, jest bez sensu, Jednak Stevie (i ja także) jesteśmy w stanie przedstawić swój tok myślenia tak, że wszystko jest logiczne i wiadome. Nie mogę nie wspomnieć, że Stevie zmaga się ze stanami lękowymi. W moich oczach czyni ją to bardziej autentyczną i wciąż uważam to za dobrą odmianę po bohaterkach, które wciąż są odważne i altruistyczne.

Cieszę się z powrotu Davida. Mój stosunek do niego się zmieniał. Najpierw nie przepadałam za nim, potem go polubiłam, potem mnie wkurzał, ale chyba wreszcie mogę naprawdę powiedzieć, że lubię tę postać. W tym tomie jest sympatyczny i stara się zrozumieć Stevie i jej pomóc. Podoba mi się jego podejście do swojej sytuacji, bo jest naprawdę dojrzałe.
Janelle nie rozwijają się w tym tomie, za to w Nicku zachodzi drobna zmiana. Ich obecność jest po prostu miłym dodatkiem. Mają swój czas, ale nie są tutaj najważniejsi. 

Podoba mi się przybliżenie wszystkich czterech ofiar. Stały się naprawdę realne, mimo że nieco stereotypowe. Todd – chłopak z bogatej rodziny, który sprawia kłopoty. Diana – zagubiona rockmenka. Eric – zabawny chłopak, wzbudza sympatię i jest dilerem. I Sabrina, która zupełnie do nich nie pasuje. Idealna uczennica, idealna siostra, idealna córka. Sabrina to największa zagadka tej historii, którą trzeba rozwiązać. 

Nie mogłam się oderwać od historii. Im bliżej końca, tym ciężej mi było zostawić tę książkę. Uparcie czytałam, aż poznałam zakończenie, przez które zaniemówiłam. Naprawdę mózg mi wybuchł i trudno było mi zebrać myśli. Podoba mi się zmiana klimatu. Jest naprawdę wakacyjnie, lekko i jak z horroru dla nastolatków (co ja poradzę, lubię ten klimat). Cieszę się, że ta powieść powstała, bo widzę, że przygody Stevie Bell mają potencjał na bardzo rozbudowaną serię powieści kryminalnych dla młodzieży. Dobrze, że autora nie ograniczała się tylko do murów Akademii Ellinghama i zaczyna maksymalnie wykorzystywać jej potencjał. Na jesieni będzie premiera piątego tomu, ale nie wiem, czy w Polsce, czy za granicą. 


Sprawdź, gdzie kupić: 


Widżet działa jak link afiliacyjny. Gdy kupisz produkt, wchodząc do sklepu przez ten widżet, otrzymam prowizję od sprzedaży.

Drobne pozytywy





 Cześć!

Siedzę, kotłują mi się w głowie pomysły, a ja nie wiem, co wybrać, dlatego chcę napisać, co u mnie. Wpis zaczynam po raz drugi, bo przecież ostatnio dużo czytam, a żadna książka nie jest na tyle interesująca, żebym jej poświęciła cały wpis na blogu i tak przypadkiem zaczęłam pisać znowu "Krótko o książkach". Myślę, że przeczytacie to w przyszłym tygodniu (oby nie było faila, że zapowiadam się za wcześniej). 

W tym momencie, kiedy zaczynam to pisać, naprawdę optymistycznie siedzę, piszę i kończę ten ciężki tydzień. Cóż, w głowie traktuję tydzień od poniedziałku do piątku, weekend to weekend. Nieco lżej mi wtedy. Całe dwa ostatnie tygodnie na uczelni były dla mnie męczące. Dużo fajnych rzeczy się działo, ale przeżyło się na to, że wracałam dość późno. W połączeniu z zajęciami na uczelni od 8 rano codziennie jest niezbyt przyjemne. Preferowałabym godzinę 9 albo chociaż 8:30, ale niestety. Jedyny plus tego jest taki, że jest to codziennie i już się przyzwyczaiłam, więc nie ma dla mnie takiego szoku.
W momencie, gdy to publikuję, mija tydzień od rozpoczęcia pisania. Ten tydzień był lżejszy, satysfakcjonujący, ale piszę, żeby nie myśleć o kolokwium. Weszłam, napisałam i wyszłam, szanse na zdanie mam dużo, może jednej części nie zaliczę. 


Także mam w tym momencie zadziwiająco dużo energii. Tylko już czuję, że zaczyna mnie ona powoli opuszczać. Nie dziwię się, bo wstałam dziś przed 6, a wróciłam do domu na 18. Dziś byłam na wycieczce z uczelni i zwiedzałam laboratorium kosmetyczne. Bardzo ciekawe doświadczenie, najbardziej mnie zaciekawiła kontrola jakości. Chociaż laboratoria technologiczne też było ciekawe. Najbardziej nużąca była dla mnie linia produkcyjna, ale to chyba kwestia hałasu i tego, że nie było dobrze słychać, co przewodnik mówi, więc nie byłam w stanie się zaciekawić. 


Jestem podekscytowana na myśl o czerwcu, bo zaczyna się naprawdę dobrze i zapowiada się obiecująco. Co prawda, mam sesję (nawet dobrze ustaloną i stacjonarnie), ale jakoś to nie burzy mojego pozytywnego nastawienia. 

Nie wyrobiłam się ze wpisem na weekend, ale mogę dać więcej pozytywnych rzeczy, które miały miejsce w moim życiu. Może kojarzycie koncept dziennika wdzięczności i samej wdzięczności. Wypisywanie pozytywnych rzeczy, pomaga znajdować więcej pozytywnych rzeczy. A ja po prostu chcę podzielić się tymi kilkoma pozytywnymi rzeczami, które nie są wielkie, ale dały mi dużo radości. 

Poniedziałek był dla mnie bardzo przyjemny. Przede wszystkim dostałam zielone światło i będę mieć praktyki w szkole, w której chciałam. Myśl o tym, że muszę je sobie załatwić, po prostu mnie przerażała, bo wymagała ode mnie rozmowy z obca osoba i nie miałam pewności, czy mnie przyjmą. Rozmowa trwała 5 minut i efekt jest dla mnie zadowalający. W ogóle jej długość, to coś, co na mnie robi wrażenie. Często zwlekam z załatwianiem spraw „urzędowych” lub dzwonieniem gdzieś, bo boję się, ze będzie to trwało w nieskończośc. Ostatnio udaje mi się tę niechęć pokonywać, bo zauważyłam, ze w moim przypadku takie telefonu to kwestia maksymalnie dwóch minut. 


Druga bardzo pozytywną rzeczą jest współpracują z wydawnictwem Moondrive. Trzy lata temu napisałam krótką opinię o „Losing Hope”, która została umieszczona wewnątrz okładki nowego wydania. Jestem z tego naprawdę dumna! Chociaż nie byłam w stanie w to uwierzyć, dopóki książka do mnie nie przyszła. Akurat tak się złożyło, że przez ten tydzień widziałam ją tylko na zdjęciach, ale dziś w końcu wrócę i będzie cała moja! 




Hej, hej! Tej post powstawał od początku miesiąca i jego publikacja wciąż się przekładała. Najpierw padłam ze zmęczenia, potem uznałam, że lepiej poczekać aż będę mieć książkę i… w mojej okolicy pojawiły się problemy z zasięgiem. W mieście studenckim nie miałam czasu na publikacje przez te trzy przed Bożym Ciałem, dlatego publikuje to, gdy znów tutaj jestem. Mam napisane dwa wpisy, które zaplanuję do końca czerwca, a potem zobaczę.




Jak zorganizować się przed sesją?

 


Hejo!

Dzisiaj chciałam poruszyć temat sesji i przygotowania się do niej. W tym momencie do mojej sesji pozostało jakieś 1,5 miesiąca — zaczynam w ostatnim tygodniu czerwca, ale to dobry czas, aby powoli mentalnie się do tego przygotować. Taką typową naukę pod sesję zacznę pewnie  w czerwcu. To nie wpis w stylu "jak ogarnąć cały semestr wykładów w dwa dni", ale bardziej "Ogarnij cały semestr wykładów w dwa dni na miesiąc przed sesją!". Żartuję. Chociaż sama tak robię. 
W momencie publikacji jestem miesiąc przed sesją. Moja przygotowania właściwie zaczęły się od tego wpisu i wypisania wszystkiego, co muszę zaliczyć jeszcze w trakcie semestru. Co dalej? Zobaczymy.  


Jak wygląda sesja u mnie?

Na moim wydziale sesja zimowa trwa dwa tygodnie, a letnia trzy. W tym czasie mam na ogół 3 egzaminy i maksymalnie 3 kolokwia zaliczeniowe. Niektóre przedmioty zaliczane były egzaminami cząstkowymi (matematyka, chemia fizyczna), a także zerówki na ostatnich zajęciach. Ta druga opcja była stosowana dopiero w poprzednim semestrze. Jak na razie większość egzaminów odbywała się w trybie zdalnym, co było dla mnie bardziej stresujące. Mój laptop lubi zrywać połączenie na teamsie i zwykle wyrzucało mnie raz w trakcie zaliczenia. Gdy siedzę na sali, to żadna tajemnicza siła mnie  z niej nie wyrzuca, no nie?

Na moim wydziale nie jest podawany plan sesji odgórnie. Sami ustalamy pasującą nam datę z prowadzącymi. Jedynie wiemy od początku semestru, jeśli ktoś planuje przeznaczyć ostatnie zajęcia na zerówkę czy kolokwium zaliczeniowe. Wolę akurat wersję, gdzie harmonogram sesji ustalany z góry, a nie indywidualnie z każdym prowadzącym. Chociaż zerówki to fajna opcja. 



Krok 1. Skończ wszystko, co masz zrobić w tym semestrze. 

Moje przygotowanie do sesji zaczyna się od wypisania wszystkich rzeczy, które mam zdać na koniec semestru. Najbardziej lubię spisywać to na kartkach formatu A5 i mieć przyczepiona nad biurkiem. 
Co spisuję? 

  • Terminy zdania  raportów, 
  • terminy kolokwiów zaliczeniowych, 
  • poprawy,
  • terminy innych rzeczy na zaliczenie. 
Na moim kierunku nie spotyka się zadawania esejów. Jakieś prezentacje zdarzały się na specjalizacji nauczycielskiej, więc tego nie uwzględniam. Zaznaczam małym kółkiem czy zamalowuje kwadracik obok rzeczy, które mam już zrobione. Kiedy zostaną sprawdzone i ocenione — wykreślam. 


Krok 2. Spisz wszystko w kalendarzu


Stosuję dwa kalendarze — wydrukowany miesięczny  A4 oraz książkowy A5. Z tego wydrukowanego korzystam na co dzień i mam spisane w nim wszystkie kolokwia w ciągu semestru oraz inne ważne rzeczy. Zaliczenie końcowe preferują wpisywać do strony poświęconej danemu miesiącowi w kalendarzu, Jest mi łatwiej tam to wszystko zobaczyć. 
Możecie zobaczyć, jak wyglądała moja sesja zimowa. 






Krok 3. Informacje o egzaminach i plan nauki


Przed poprzednią sesją stworzyłam sobie tabelkę w Wordzie, do której wpisałam wszystkie egzaminy i ich termin. Oprócz tego uwzględniłam takie informacje jak: 
  • forma zaliczenia — egzamin, test, zaliczenie oraz czy odbywa się ono zdalnie, czy stacjonarnie, 
  • materiały od prowadzącego — prezentacje z wykładów lub jakieś zadania, 
  • własne notatki,
  • inne — czyli materiały z innych źródeł, egzaminy z poprzednich lat i tym podobne. 
Do tego uwzględniłam kolumnę, w której odznaczałam powtórki przed egzaminem. Początkowo rozważałam dwie takie kolumny, ale wtedy miałam za mało miejsca w kolumnie "inne". Cała tabelka na moją sesję w tym semestrze tak wygląda.

Krok 4. Organizacja czasu nauki 



Jeśli chodzi o organizację nauki i miejsca do niej, to mistrzem zdecydowanie nie jestem. Moja nauka to okresy regularnej nauki przed kolokwiami cząstkowymi, aby później przed sesją mieć intensywne zrywy. Kiedy się uczę, wokół mnie panuje chaos, w którym tylko ja umiem się odnaleźć, więc rady o trzymaniu porządku na biurku nie usłyszycie ode mnie. 
Planując naukę, spisuję "Listę rzeczy do zrobienia". Bardzo ciężko jest  obiektywnie ocenić, ile rzeczy jest w stanie zrobić w ciągu dnia i kończy się to tym, że moja lista nieskończoną ilość punktów. Żartuję, ale nie rzadko jest tak, że coś przekładam na kolejny dzień, bo skończyły mi się moce przerobowe. Na to do list umieszczam też rzeczy, które pozwalają mi odpocząć — czytanie, spacer i inne. Odhaczanie kolejnych punktów jest satysfakcjonujące. 
Pilnuję też, żeby nie uczyć się dłużej niż 6 godzin w ciągu dnia. Łączę to z techniką pomodoro, aby łatwiej się skupić i pamiętać o przerwach.
W przypadku miejsca do nauki nie skupiam się na jego organizacji i porządku, ale na jego dostosowaniu do moich potrzeb. Przede wszystkim dobre światło i wygodne siedzenie. Druga mniej istotna kwestia to zapalona świeczka. Taki mały znak dla mnie, że "teraz jest pora na naukę" i jest wtedy przyjemniej. 


Krok 5. Skup się!


Łatwo się rozpraszam i czasem niesamowicie ciężko przychodzi mi skupienie się na czymkolwiek.
W organizacji nauki w ciągu dnia pomaga mi technika pomodoro. Najczęściej polecany system to 25 minut nauki i 5 minut przerwy, Ja preferuję 30 minut nauki i przypada na to 6 minut przerwy. Cóż... Z przerwami jest różnie. Czasem są dłuższe, czasem są krótsze. W pilnowaniu tego pomaga mi aplikacja Forest. Jest w niej minutnik, który odlicza czas bez korzystania z telefonu. Kiedy się wytrzyma — rośnie drzewo. Nie wytrzymasz — drzewko usycha. Jest tryb klasyczny, w którym można wychodzić aplikacji, oraz deep focus mode, w którym wyjście z aplikacji sprawia, że uschniecie drzewka. Forest używam przed sesją lub w momentach kryzysowych, gdy muszę coś zrobić, a wybitnie nie mam na to ochoty. 
Wykorzystuje również  filmiki na YouTube Study with Me. Po prostu puszczam sobie to na laptopie, aby było na całym ekranie (albo połowie) i robię, co mam robić. Często mają muzyczkę, która dodatkowo pomaga mi się skupić. Lubię to łączyć z korzystaniem z Foresta, bo w tych filmikach także stosowana jest metoda pomodoro.
Warto też spróbować się uczyć ze znajomym. Zastosowałam to raz w sesji zimowej. To było kilka godzin, kiedy ja robiłam notatki, a kumpela pracowała w photoshopie. Bardzo nam to pomogło. 


Jak sobie radzicie/radziliście przed sesją?
Macie sposoby, aby ułatwić sobie przetrwanie tego czasu?


7 kosmetyków, które są stale obecne w mojej pielęgnacji

Hejo!
Temat kosmetyczny to coś, co chciałam prowadzić od dawna. Do tej pory pojawił się, tylko jeden wpis - 2 lata temu i od tego czasu wiele się zmieniło. Przede wszystkim znalazłam kosmetyki, których używam regularnie, moja skóra i włosy je lubią. W pielęgnacji włosów zaszłam dużo, dużo dalej i doszłam do etapu, w którym chcę dzielić się moją wiedzą. Ten wpis to taki zalążek tematów włosowych, jakie będą się tutaj pojawiać. Myślę, że w tym miesiącu powinna się pojawić recenzja trzech produktów do włosów, a później zacznę od opowiedzenia mojej włosowej historii. Pomysły na inne kosmetyczne wpisy też są. :D Jednak pielęgnacja włosów jest mi najbliższa i w nią najbardziej się zagłębiłam.



1. Żel enzymatyczny Tołpa Super Seed

Moim totalnym hitem, jeśli chodzi o oczyszczanie twarzy jest żel enzymatyczny Super Seed z tołpy. Dobrze oczyszcza, po użyciu nie zostawiał mi bardzo ściągniętej skóry. Na zdjęciu jest chyba moje 4 opakowanie, więc naprawdę dobrze mi się sprawdza. Jeśli nie jestem do czegoś przekonana w pełni i czuję, że może być lepiej — próbuję coś innego, a to jedyny żel, który mi się tak sprawdził, żebym go kupiła ponownie. Czasem sobie kupię inny do domu, ale ten Super Seeds zawsze jest. Poza działaniem jestem zadowolona z jego konsystencji. Zawsze narzekam na żele z Tołpy, że są za rzadkie i wypływa ich za dużo. Ten ma idealną konsystencję — odpowiednio gęsty, aby nie wylewało się pół opakowania. 

Miałam też jego kolegę ze zdjęcia i zdenkowałam, więc mogę ponarzekać. Żel z kultowej linii Tołpa 3 Enzymy powielił ten sam problem, czyli konsystencja. Dobrze oczyszcza, jednak lepiej sprawdzał mi się stosowany kilka razy w tygodniu niż codziennie. Przy zbyt częstym stosowaniu miałam wrażenie, że przesuszał mi twarz. Do tego konsystencja — tak rzadka, że nie trzeba było naciskać, a sam wylatywał z opakowania. 

Cena: ok. 18 zł

EDIT 17.05.2022 r.: Niestety nie widzę ostatnio tego żelu w Rossmanie. Kupiłam nową wersję z linii Enzymatyczna Odnowa Malina i dzika róża i będę testować. Na stronie Tołpy jeszcze jest ta wersja z dynią i sezamem.


2. Krem Tołpa nawilżona skóra


Ten krem to moje największe zaskoczenie. Używam go stosunkowo krótko, bo od początku lutego. Już po pierwszym użyciu byłam oczarowana — wyraźnie czułam nawilżenie na twarzy, żadnego ściągnięcia, rolowania czy pozostawiania dziwnych warstw. Również nie zapychał mnie, nie pozostawiał na twarzy tłustej warstwy. Nie miałam problemu z utrzymaniem się korektora.
Przy regularnym stosowaniu naprawdę czuć, że skóra jest elastyczna, bardziej napięta (w pozytywnym sensie) i nawilżona. Bardzo lubię nakładać pod niego  żel aloesowym lub Seal the Deal z HairyTale Cosmetics (o tym produkcie będzie niedługo). 
Ma bardzo prosty skład - 12 składników, żadnych kompozycji zapachowych, które mogłyby podrażniać. Jedynie powinny uważać osoby wrażliwe na Benzoic Acid, który jest tutaj konserwantem.
Produkt jest w aluminiowej tubce, co jest dla mnie dużą zaletą. Przede wszystkim jest to rozwiązanie higieniczne i wygodne. Tubki aluminiowe są łatwiejsze w ponownej obróbce.

Cena: ok. 31 zł


3. Żel aloesowy SOQU


O tym produkcie wspominałam parę razy na blogu. Rzeczy najbardziej uniwersalna z całej tej listy. Żel aloesowy używam zarówno do twarzy, jak i do włosów. Zdarzyło mi się nakładać go także na ciało, kiedy słońce mnie spaliło.

Najczęściej stosuję go pod krem do twarzy lub SPF,  rzadko się zdarza, żebym stosowała go solo na twarz. Szybko się wchłania, krem na nim się nie roluje. Stosowany samemu nie pozostawiał uczucia ściągnięcia, gdy się wchłonął, jak czasem takie lekkie produkty potrafią. 
Oprócz tego stosuję go na włosy. Zwykle służy jako podkład do olejowania włosów. Czasem stosuję po prostu do nawilżania i nakładam na włosy przed myciem. Później spłukuję, myję głowę szamponem i na to odżywka emolientowa. 
Wykorzystuje to też do nawilżania skóry głowy. Po prostu czasem przed snem nakładam na skórę. Co ciekawe, przedłuża mi to świeżość włosów, więc po nałożeniu rano albo je umyję, albo nie.

Cena: ok. 25 zł


4. Wcierka Joanna Konopie

Najbardziej nawilżająca wcierka do skóry głowy, jaką znam! Stosuję ja najczęściej na mokrą skórę głowy, bezpośrednio po myciu. Kiedy stosuję na sucho, obciąża mi włosy, wyglądają na przetłuszczone, więc unikam tego. Czasem stosuję w dzień przed myciem głowy, jeśli wiem, że nie będę nigdzie wychodzić i nie zależy mi na widocznej świeżości. 
Najważniejsze jest działanie. Koi skórę głowy, nie mam żadnego uczucia swędzenia, jakie zdarza mi się, gdy mam przesuszoną skórę głowy, co zdarza się często, bo mieszkam w miejscach, gdzie bardzo często woda jest koszmarnie chlorowana. Moja skóra głowy ją dosłownie pije.  
Wadą jest atomizer, który czasem przecieka podczas stosowania i nie "strzela" tak, jak powinien. 

Cena: ok. 11 zł


5. Anwen Emolientowa Róża 



Używam tej odżywki od września 2020 roku i chyba wykorzystałam ją na wszystkie możliwe sposoby. Dedykowana jest włosom o wysokiej porowatości, jednak moim średnioporom minus sprawdza się najlepiej. Jest to moja ulubiona emolientowa odżywka.  
Najważniejsze, co mogę o niej powiedzieć — dociąża, ale nie obciąża. Opakowanie o pojemności 200 ml starcza mi na jakieś pół roku, a używam jej niemalże co mycie. 
Używam jej po myciu skóry głowy, a następnie spłukuje. Czasem po prostu nakładam ją po myciu, wczesuję i zostawiam bez spłukiwania. Wszystko zależy od moich chęci. W myciach nieemelioentowych stosuję ją jako odżywkę bez spłukiwania  pod stylizatory. Na moich włosach przyczyniła się do tego, jak mój skręt wygląda oraz nadaje blasku.
Dostępne są dwie pojemności: 100 ml w aluminiowej tubce oraz 200 ml w plastikowej. Niedawno pojawiły się opakowania o pojemności 500 ml. 

Cena: ok. 18 zł/100 ml
          ok. 30 zł/200 ml
          ok. 55 zł/500 ml



 6. Odżywka proteinowa OnlyBio



Kolejny produkt, który zużywam tubkami. Nie jest aż tak wydajny, jak ta odżywka z Anwen, ale też jedno opakowanie zużywam jakieś 4 miesiące. Najczęściej używam tej odżywki raz w tygodniu. Na początku stosowałam jej jako odżywki przed myciem szamponem, ale później, kiedy zrezygnowałam z metody OMO, nakładałam ją tylko jako drugie O. Bardzo ładnie podbija skręt, włosy po niej są lekkie, ale takie mięsiste. Włosy mniej się plączą po jej użyciu. Również nadaje włosom błysku. 

Cena: 22,99 zł


7. Pomadka Isana Classic



Pomadka idealna. Bezbarwna, bezzapachowa i tania. Nie jest za twarda ani za miękka Nawilża i odżywia usta i jest mało na nich wyczuwalna. Nie wchłania się za szybko, ale też nie zostaje na ustach godzinami. Nie pozostawia tłustej warstwy na ustach. Po prostu działa tak, jak powinna i daje efekty. 
Swoją drogą, to pierwszy balsam do ust z Isany, jaki kupiłam i przepadłam. Potem próbowałam jeszcze dwóch balsamów. Czerwony lepiej się sprawdzał jako pomadka ochronna na zewnątrz, bo zostawiał tłustą, niewchłaniającą się warstwę, a różowego nie rozumiem — twarde, jakoś nakłada się na usta, ale nie zauważam takich efektów, jak ta niebieska.

Cena: ok. 6 zł

Zemsta i zdrada - "Królestwo Nikczemnych" Kerri Maniscalco


Cześć!

W tamtym tygodniu premierę miała książką, którą zainteresowała mnie swoim opisem. Mam przyjemność recenzować ją w ramach współpracy z wydawnictwem You&YA.
Książki o wiedźmach i innych wymiarach to jeden z moich ulubionych tematów. Kocham ten typ magii w książkach jako sekret ukrywany przed zwykłymi ludźmi. Wiedźmy, które wyglądają tak jak każdy, żyją normalnie wśród innych. Uwielbiam to.


Tytuł: Królestwo Nikczemnych
Autorka: Kerii Maniscalco
Tłumacz: Andrzej Goździkowski 
Wydawnictwo: You&YA
Liczba stron: 448 
Data wydania: 13 kwietnia 2022 r.


Vittoria di Carlo umiera w tajemniczych okoliczności. Zostaje brutalnie zamordowana, a oprawca wyrywa jej serce. Jej zrozpaczona siostra bliźniaczka, Emilia, przysięga sobie odnaleźć mordercę i pomścić siostrę. Wielkim ułatwieniem jest to, że kobiety z rodu di Carlo są wiedźmami. W swoim dochodzeniu dziewczyna odkrywa, że siostra w tajemnicy przed rodziną zaczęła się parać czarną magią.
Emilia stara się odtworzyć poczynania Pana Gniewu. Malvagi, jeden z siedmiu Książąt Piekieł, Nikczemny. Kreatura z legend, którymi straszyła ją babcia. Pan Gniewu staje po jej stronie, jednak dziewczyna nie jest w stanie w pełni mu zaufać. Razem zyskują wspólny cel.




„Królestwo Nikczemnych” to historia taka, jakie lubię. Wiedźmy, odrobina niebanalnego romansu i klimat, którego się nie zapomina. Dodajmy do tego, że moje wymagania do książek o magii w naszym świecie, są ogromne i przez lata nie mogłam znaleźć książek, które by mnie zadowoliły i nie pozostawiły z niedosytem, jeśli chodzi o przedstawienie świata. Ta książka mnie nie zawiodła, co więcej jest pierwszą książką zagranicznych autorów, w której nie mam zastrzeżeń do magii.



Powieść pełna magii 


Klimat książki przypadł mi do gustu. Jest spokojny, taki leniwy, nieśpieszny. Po prostu idealnie włoski, a raczej taki, jaki sobie wyobrażam, że mają włoskie miasteczka. Czytałam i z łatwością wyobrażałam sobie miejsca, w których jest Emilia, czułam ciepło na sobie, morską bryzę i tego nieśmiertelnego ducha. A nigdy we Włoszech nie byłam.
Akcja na początku biegnie równie leniwie, co podobało mi się. Mogłam się relaksować w trakcie czytania. Później zaczęło mi się nieco nużyć, mimo że akcja nie była nudna. Po prostu zaczęłam potrzebować więcej emocji. I tak się stało. Im bliżej końca, tym napięcie rośnie coraz bardziej. Akcja nabiera tempa, jest więcej mroku i niebezpieczeństw.
Zakończenie jest… Wow! Emocje we mnie uderzyły, byłam zaskoczona wyborem głównej bohaterki, liczyłam cały czas na coś innego. Oczekiwałam czegoś innego, ale to zapowiada znacznie ciekawszą akcję w kolejnym tomie.

Główna oś fabuły jest rewelacyjnie poprowadzona. Śledztwo, niebezpieczeństwa, które pojawiają się nagle, zaskakujące fakty, które zmieniają cały wydźwięk. Do tego przekonany o swojej wyższości Książę Piekieł i bystra Wiedźma. Jak dla mnie to historia o zemście i zdradzie. Poszukiwaniu jednego, odnalezieniu drugiego. Zakończenie jasno daje znać, że zemsta nastąpi.
Co jeszcze?
Magia. Poznajemy wierzenia i legendy, które Emilia słyszy od dziecka. Skonfrontowane są z tym, co wie Nikczemny. Niektóre rozdziały zaczynają się od cytatów z księgi czarów rodziny di Carlo, dzięki czemu poznajemy, jak są warunki wykonywanych rytuałów, jak je wykonań i ogólne działanie magii w tym świecie. Narracja jest pierwszoosobowa, więc jest to perspektywa Emilii – jej lęki, świat, który zna i emocje, jakie wzbudzają w niej legendy.

Wątek miłosny jest poprowadzony bardzo subtelnie. Nie przesłania głównego wątku, rozwija się bardzo powoli, niemalże niezauważalnie. Po prostu pomiędzy głównymi bohaterami rodzi się specyficzna więź, która powoli ewoluuje. Niebanalne jest to, jak się zapowiadają ich dalszy rozwój.


Czego mi zabrakło?

Mimo rewelacyjnego poprowadzenia głównego wątku, dobrego wykreowania świata, to jednak zabrakło mi tła dla głównych wydarzeń. Nie mam na myśli tutaj magii i opisów świata bohaterów, ale takich prostych rzeczy, jak wątki poboczne. Moim głównym zastrzeżeń jest wątek rodziny di Carlo. Nie jestem usatysfakcjonowana. Dlaczego nikt nie zauważył, że Emilia wychodzi co noc i nie wraca do rana? Tylko raz ktoś o tym wspomniał, ale wyglądało, jakby był to jednorazowy wybryk. Dlaczego nie zwrócili uwagi, że nie ma jej w domu dwa tygodnie? Zupełnie, jakby nikt nie zauważył jej zniknięcia. Podobnie relacje z przyjaciółmi. Jest o nich mowa, czasem się pojawiają, ale są to bardziej epizodyczne sceny, które ściśle napędzają główny wątek. Zabrakło mi takich pobocznych wątków, które dzieją się nieco równoległe, ale mają wpływ na całość.

Wiele osób ma zastrzeżenia do tłumaczenia. Imiona Książąt Piekieł zostały przetłumaczone na język polski. Jako nazwy własne nie powinny zostać przetłumaczone, jednak w praktyce jest różnie. Dla mnie nie było to problemem, ale chcę to zaznaczyć. Dobrze mi się komponowało to z tytułami "Książę", "Pan" i "Władca". W niektórych cytatach naprawdę dobrze to brzmiało. Zobaczcie. 

Nadejdzie dzień, gdy nazwiesz mnie Śmiercią. Na razie wystarczy, jeśli będzie mnie nazywać Gniewem. - "Królestwo Nikczemnych" s. 107


Demony zeszły wśród ludzi 


Ogół bohaterów jest bardzo ciekawy. Wiedźma i jej rodzina, Książęta Piekieł i gdzieś zabłądzi jakiś człowiek. Pojedynczo każda z postaci jest charakterystyczna.

Emilia to bohaterka, której zmianę obserwujemy na stronach powieści. Na początku słucha się zaleceń babci, wydaje się nieco bojaźliwa. Ze względu na to, że jest narratorką, obierałam ją jako spokojną osobę, więc nie całkiem mi do niej pasowało, gdy została określona jako osoba, w której łatwo wzbudzić gniew i podniecenie. Im bliżej końca, tym większą widać w niej determinację. Postawiła sobie cel, którego dokona za wszelką cenę.
Pan Gniewu to typ bohatera, jakiego ostatnio bardzo lubię. Naturalnie przynależący do gatunku, który utożsamiany jako zły. Śmiertelnie niebezpieczny, ale czarujący. Piekielnie inteligentny, nieco zbyt pewny siebie. Ma w sobie coś przyciągającego, nawet widać, że potrafi się troszczyć. Może po prostu szukam w nim jakiegoś pierwiastka dobra. Po prostu jest intrygujący, inteligentny i ma klasę.
Nonna, czyli babcia bliźniaczek, to postać, która ma największą wiedzę. Wydaje mi się, że też ma najwięcej tajemnic, czym mnie zaskoczyła. To taka babcia, która chroni wnuki za wszelką ceną. Niepozorna, ale może zabić.


Z pozostałych postaci poznajemy Vittorię. Na początku jako wulkan energii, który nie boi się konsekwencji, a później ze wspomnień siostry jako osobę, która ma pełno tajemnic i trzeba poznać ją na nowo.
Pan Zazdrości, Pan Chciwości i Pan Nieczystości nie zrobili dobrego wrażenia. Wprowadzali dużo mroku do książki i wyraźnie było czuć ich nieczyste intencje.
 
Z drugoplanowymi postaciami jest trochę problem. Są charakterystyczne, można je zapamiętać bez większego problemu, ale przedstawia je tylko Emilia w swoich wspomnieniach. Nie ma wielu sytuacji, w których oni się pojawiają. Mają znaczenie dla głównego wątku, ale nie mają własnych wątków. Całość skupia się na Emilii i Władcy Gniewu.


Jest to jedna z książek, które po prostu polecam. Jestem zachwycona. Zeszły już ze mnie te emocje, jakie czułam bezpośrednio po przeczytaniu. Jak myślę, co przeczytałam – myślę z uśmiechem. Spędziłam dobry czas z tą książką, dała mi to, czego w tym momencie potrzebowałam.


Książka dostępna na Empik.com


9 lat pisania!





 Hej!

Z jednej strony cieszyłam się na te urodziny bloga, z drugiej chciałam je zignorować. Dziewięć lat prowadzenia bloga, to jest coś. Za to nie wygląda tak ładnie, jak dziesięć lat. Nieco chciałam sobie to odpuścić i dopiero za rok coś napisać. Stworzyć coś bardziej wyjątkowo. Jednak to też dla mnie czas podsumować. Sprawdzam wpisy z poprzednich lat, porównuję, co się zmieniło.


Jak funkcjonował blog w ciągu ostatniego roku?

Ten rok dla mojego bloga nie był owocny. Wypadłam z blogosfery. Na bloga nie poświęcałam dużo czasu, co odbiło się na ilości wpisów, które wstawiałam, a to przełożyło się na liczbę wyświetleń i tak dalej. Na szczęście, jakość wpisów znacznie się podwyższyła.  Głównie przez to, że pisałam recenzje książek, dzięki czemu szlifowałam ten typ wpisów. Poza tym głównie podsumowania — kwartału, studiów i roku. Są to wpisy, które wymagają ode mnie regularności i nie lubię ich odpuszczać, bo wtedy rzadko kiedy wracam do takich serii. 


Klasyka, czyli trochę cyferek 


Obserwatorzy: 151                                                                                         | +3
Wyświetlenia: (prawie) 99 000                                                                       | + 15 000
Napisane posty: 366 (331 opublikowanych i 35 wersji roboczych)               | + 27 (-3; +30)
Komentarze: 3209                                                                                           | + 158


Dziwny zapis wynika stąd, że zarchiwizowałam pierwszą wersję ulubieńców miesiąca i wpisy z muzyką, bo nie działały w nich teledyski. Do tego uważam, że były to mało wartościowe wpisy, jeśli chodzi o treść, więc nie było dla mnie dużej straty.
Statystyki jasno wskazują, że blog stał w miejscu. Mało wpisów przełożyło się mało interakcje. Szczególnie że recenzje to nie są treści, które cieszą popularnością. Kolejny czynnik, który miał wpływ na to — ja. Nie jestem aktywna na innych bloga, ostatnio też nie odkrywam nowych, co także się na ruch na moim blogu.


Co planuję dalej?

Na początku roku zapowiadałam zmiany, pisałam, że mam kilka tematów. Dopiero w tym miesiącu udało mi się zaplanować, co chcę tutaj dodać. Do tego udało mi się znaleźć rozwiązanie, jak i kiedy te zmiany najlepiej wprowadzić. W maju lub w czerwcu pojawią się pierwsze wpisy z nowej tematyki. Jeszcze nie wiem, która będzie pierwsza. 
Oprócz tego zaczną się pojawiać linki afiliacyjne we wpisach książkowych. W podsumowaniach nie będę ich umieszczać, ograniczy się to postów rankingowych. Linki afiliacyjne to forma zarabiania na treści — jeśli kupicie produkt poprzez wejście na stronę przez mój link, to dostanę prowizję (kilka złotych)..  Będę o tym wspominać o we wpisach, w których będą się pojawiać. 


Kwartalnik V - mam tę moc!

 


Cześć!

Jakoś nie mogłam się zebrać to napisania tego wpisu. Chciałam go wstawić tydzień wcześniej, ale przez cały weekend nie miałam prądu i jedynie udało mi się zacząć pisać o części książkowej tego wpisu. Potem w tygodniu uczelnia, przez co skupiłam się na ogarnianiu bieżących rzeczy, a wieczorami byłam zbyt zmęczona, żeby myśleć o blogu. Jeszcze z „miłych” rzeczy — zalałam laptopa kawą. Na szczęście działa, ale część klawisz ciężko chodzi, więc pisanie jest utrudnione, a dla mnie to podstawowa funkcja. Niestety, czeka go czyszczenie, tylko nie wiem, kiedy.


Co u mnie?

Trzy miesiące zleciały mi bardzo szybko. Styczeń i pół lutego to był istny zapierdol. W okresie przed sesją miałam bardzo dużo zaliczeń. Później nieco odpoczęłam, a później wszedł mi stres. Osobiście też było całkiem nieźle. Zima nie sprzyja mi nigdy w życiu towarzyskim, preferuje wtedy zakopać się pod kołdrą w pokoju z książką albo filmem i nie wychodzić aż się zrobi ciepło. Ładna zima  mnie ominęła, więc nawet nie miałam okazji pospacerować, gdy śnieg sypał.

Marzec był dla mnie lżejszy. Wbicie się w rytm na uczelni nie było dla mnie ciężkie. Po uczelni miałam sporo czasu. Jestem zadowolona z tego miesiąca, po prostu.


Książki

Przez pierwsze trzy miesiące tego roku przeczytałam 23 książki, co przy styczniowej ilości zaliczeń było dużym osiągnięciem. Potem było coraz mniej. Co więcej, w styczniu przeczytałam 12 książek, w lutym 9, a w marcu 2. Właściwie nie odczuwam tego, że czytałam jakoś mniej w marcu, bo działo się bardzo dużo. W sumie to czuję, że więcej pisałam o książkach, niż ich czytałam, a chyba to też wyczyn.

Książki, które czytałam to głównie książki na bardzo dobrym poziomie, które mnie wciągały. Każda z nich się czymś wyróżniała, przez co nie było mi łatwo wybrać tych trzech, które najbardziej mi się podobały. Wybór padł na książkę, którą najwyżej oceniłam, trylogię, która mnie najbardziej zaskoczyła, i debiut, który przewyższył moje oczekiwania. Co ciekawe, poza komiksem „W.I.T.C.H. Księdze 3”, nie było żadnej książki, której dałam 9/10.


Co mi się podobało?


1. Łańcuch ze złota Cassandra Clare – czyli wybór oczywisty. To najlepsza książka przeczytana w ostatnim czasie, niemal idealna, bo drobne zastrzeżenia mam, a przede wszystkim wiem, że kolejna część będzie lepsza. Pełna emocji, akcji ciekawszej niż opis na okładce wskazuje, skłania do myślenia i zachwyca sama sobą. Bohaterowie zachwycają, będąc sobą. Świat Nocnych Łowców po raz kolejny się rozszerza.

2. Trylogia Delirium Lauren Oliver – do skończenia tej serii zbierałam się ponad 4 lata, w międzyczasie nakład tych książek się skończył, a mi udało się ją oderwać z drugiej ręki. Myślę, że to było największe zaskoczenie tego kwartału. Każda część była inna niż jej poprzednika. Różnią się stylem pisania i klimatem. Pierwsza składnia do myślenia, zaciekawia światem. Druga rzuca w wir walki i rzeczywistości o wiele innej niż w pierwszym tomie. Trzeci z kolei łączy te dwie rzeczywistości. Trzeci tom najbardziej mi się podobał – świetnie łączy przeszłość i teraźniejszość, szkoda, że nie ma więcej o tym, co potem. O zmianach, jakie mogły zajść. Tu aż się prosiło o jakiś prolog.

3. Za kurtyną: Apogeum Laura Savayes – aż sama jestem zaskoczona, że ta książka się tutaj znajduje. Wyróżniło ją to, że przewyższyła mojego oczekiwania. Apogeum bez wątpienia jest bardzo dobrą książką, do której zaczęłam czuć miłość w trakcie czytania. Trójkąt miłosny sprawia, że jest kilka zabawnych scen. Naprawdę, z udziałem całej trójki niektóre sceny są komediowe, ale nie żenujące. Stosunek romansu do akcji jest poprawny, a co więcej jedno bardzo fajnie napędza drugie. Mam trochę zastrzeżeń do bohaterów, a szczególnie główniej bohaterki, ale czuję w niej potencjał.


Nie ma książek, których nie polecam ani mi się w pełni nie podobały. Najsłabiej wypadła Krew i popiół Jennifer L. Armentrout, które wzbudziło we mnie mieszane uczucia. Odmóżdżacz w świecie fantasty, który wciąga i pozwalała się zrelaksować, ale ma słabe elementy (język), słabe przedstawienie świata – więcej się domyślałam na temat tego, czym są dane rasy, niż wiedziałam. Niestety, ma też elementy, które nigdy nie powinny się znaleźć przedstawione w taki sposób.


Filmy 

Filmów nie było dużo, a tych, których nie widziałam wcześniej, było jeszcze mniej. Znowu więcej było seriali, co mnie zaskakuje, bo nieświadomie się na nie przerzuciłam. Ostatnio nie umiem szukać i wybierać sobie filmów.

Co polecam?



1. Kot w butach reż. Chris Miller— świetna animacja! Zabawna, fajna fabuła. Myślę, że dość uniwersalne. Może się spodobać zarówno młodszym, jak i starszym.

2. Projekt Adam reż. Shawn Levy — to również film dedykowany młodszym. Lekko się zawiodłam, bo oczekiwałam głębszego rozwinięcia jednego z wątków. I innego zakończenia, bo byłby to po prostu dobry happy end, na jaki bohaterowie zasługują. Ogólnie polecam, bo przyjemnie się oglądało.


Czego nie?



1. Jak pokochałam gangstera? reż. Maciej Kawulski — film zapamiętałam jako nudny, a im więcej czasu od niego mija, to uważam, że to, coś, co w ogóle nie powinno powstać. Po pierwsze — długi. To są 3 godziny istnej męczarni, podczas której ciężko się połapać w fabule. Dziwne przeskoki między scenami, nagłe zmiany wątków. Straszny bałagan. Bardzo źle się oglądało. Kolejnym problemem jest to, że w filmie są postaci, które rzeczywiście istniały, a znaczna część historii jest zmyślona. I po co? Nie można było stworzyć nowych bohaterów, skoro z prawdziwej historii wykorzystano tylko elementy?

2. Ślubne wojny reż. Gary Winick — film na początku podobał mi się, ale im dalej, tym gorzej. Przede wszystkim — toksyczna przyjaźń. Jedna drugiej robi na przekór, bo? Bo w sumie co? Mają mieć ślub jednego dnia, w jednym miejscu, mimo że miał być odstęp dwóch tygodni. I dalsza część wypowiedzi to spoilery. Jedna wymusza oświadczyny. Narzeczonemu drugiej, gdy ta zaczyna się mścić na przyjaciółce, przeszkadza jej zachowanie, to słyszy, że nie akceptuje tego, że się zmieniła i jest zakochany w tym, jaka była dawniej. WTF? Oczywiście nie dochodzi do ślubu tej drugiej i jest wielkie pojednanie przyjaciółek.


Seriale 

Seriali oglądałam sporo, bo skończyłam oglądać „Friends” i zaczęłam oglądać od nowa. Dla niewtajemniczonych: obejrzałam kiedy pół pierwszego sezonu, przeczytałam historie bohaterów, doszłam do wniosku, że nie podoba mi się wątek Rachel i Rossa i przestałam oglądać. Potem w maju zobaczyłam historię Monici i Chandlera, i zaczęłam oglądać od trzeciego sezonu. Skończyłam na 9, gdy wszedł wątek, który bardzo mi się nie podobał i był bez sensu. I teraz dokończyłam. To po prostu dobry serial, gdy nie ma się co oglądać albo żeby coś leciało w tle.
Ponownie zaczęłam oglądać „Daybreak”, który jest dla mnie ulubionych serialem — o nastolatkach, świat po apokalipsie i edukacyjne wstawki. Polecam!

Co polecam?



1. Ktoś z nas kłamie reż. John Scott, Benjamin Semanoff, Sophia Takka, Jennifer Morrison— to właściwie jedyny serial, którego wcześniej nie widziałam, obejrzałam w całości i mnie zachwycił. Daje vibe „Pretty Little Liars” i „Plotkary” jednocześnie. Akcja dzieje się w szkole średniej, są tajemnice, zagadka i intryga. Podejrzanych zmieniałam kilka razy, a ostateczny i tak byłam zaskoczona.

2. Cień i kość Lee Toland Krieger, Mairzee Almas, Dan Liu, Jeremy Webb  — w maju utknęłam w połowie tego serialu. Dokończony. Spodobał mi się na tyle, że zakupiłam całą trylogię. Finałowy odcinek naprawdę mnie zaskoczył. Ogólnie, podoba mi się świat Griszów, jego historia i te podziały. Wątek Wron był w to bardzo ciekawie wkomponowany w całość. Najbardziej polubiłam wątek Niny i Matthiasa. Charakter dziewczyny bardzo mi przypadł do gustu, rozbawiała mnie i ciekawie kontrastował z chłopakiem.


Kim jest Anna? reż. David Frankel, Tom Verica, Nzingha Stewart — serial, do którego mam mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo ciekawa historia, przed serialem nie słyszałam o Annie Delvey. Sam fakt stworzenia tego serialu jest dla mnie moralnie wątpliwy. Anna za ekranizację swojej historia dostała zapłatę, co jest logiczne. Tylko to mnie właśnie gryzie, czy ta historia powinna powstać teraz. Czy kara, którą Anna odbyła, faktycznie dała jej do myślenia? Czy się zmieniła? Sama Anna była dla mnie przerażająca, przez to jak manipulowała ludźmi. Do tego stopnia kłamała, że aż sama w to wierzyła. Przerażające.


Kosmetyki 

Wprowadzenie tej sekcji jest dla mnie małym wyzwanie. Używam sporo rzeczy, lubię testować nowe rzeczy i przywiązuję się do naprawdę wyjątkowych perełek. Ciężko mi też wybrać, bo stosuję rzeczy z różnych kategorii i w jednej mam hity, a w innej wcale. Jeszcze trudniej, bo z kupiłam sobie 3 produkty z jednej firmy i każdy jest rewelacyjny, używam do wszystkiego. Dosłownie. Te trzy rzeczy, które tutaj podam, to nie był łatwy wybór.

1. Kuracja laminująca Seal the deal Hairy Tale Cosmetics — wyjątkowość tego produktu i fakt, że jest on limitowany, zadecydowały o tym, że pokażę Wam to teraz. Używałam do laminacji włosów, do stylizacji, do reanimacji skrętu, jako serum pod krem do twarzy i na skórę głowy. Szczególnie uwielbiam wykorzystywać go do stylizacji. Nakładam na odżywkę bez spłukiwania, a później na to pianka i żel do stylizacji. Podbija skręt włosów, lepiej się on utrzymuje, a włosy są zachwycające — miękkie i pełne blasku. Niestety, to produkt limitowany i wyprzedał się w ciągu tygodnia od premiery. Planuję przygotować szerszą recenzję kosmetyków z Hairy Tale Cosmetics.

2. Wcierka Anyż i Lukrecja Sattva — jest to jedna z trzech wcierek, których używałam w ciągu ostatnich miesięcy. Połączenie wcierek, których używałam, było przemyślane — nawilżająca, regulująca i pobudzająca wzrost włosa. Myślę, że to wcierka z Sattvy najbardziej przyczyniła się do mojego wysypu nowych włosów i tego, że moja grzywka rośnie szalona (reszta włosów też, ale to mniej widać). Nie była za mocna, nie obciążała włosów, gdy stosowałam na sucho.

3. Krem Nawilżona skóra Tołpa — krem kupiony z polecenia AniaMaluje i był ogromnym zaskoczeniem. Przede wszystkim skład — bardzo prosty, 12 składników. Działanie — niesamowite. Moja skóra na początku mocno piła ten krem. Teraz już jest trochę spokojniej, ale widzę, że jest nawilżona, elastyczna. Kosmos po prostu. Dalej mnie szokuje, że tak prosty skład daje tak rewelacyjne efekty.


Jestem dumna z...

Standardowo zacznę od studiów. Jestem dumna z zaliczenia wszystkiego w pierwszym terminie, co więcej pierwszy raz mam tak wysoką średnią od gimnazjum.
Ogarniania rzeczy - koło naukowe jest już całkiem na naszych ramionach. Jako zarząd działamy zespołowo, a rzeczy, którymi się zajmowałyśmy, wymagały od nas zorganizowania się. Brałyśmy udział w Drzwiach Otwartych UMCS, co było dla nas okazją do wyciągnięcia kilku lekcji na przyszłość, jak organizować takie rzeczy.


Mam nadzieję, że w najbliższym miesiącu (z moim ogarnięciem się to do końca maja) napiszę wpis w stylu, co u mnie. Jakiś taki luźniejszy, po prostu dla mnie. Zaczęła mi się rysować koncepcja na bloga i mam kreatywny czas, więc chcę to maksymalnie wykorzystać.