O najlepszej marce ubrań - SkyDance


 Hejo!

Dzisiaj (znowu) wpis, do którego się zbierałam od początku wakacji. Jest to wpis o ubraniach z mojej ulubionej marki, czyli SkyDance. Najstarsze ubrania z tej firmy mam 1,5 roku i co trochę moja kolekcja się powiększa. W tym momencie mam dwie koszulki, bluzę, cztery tennis skirts, spódniczkę mini i sukienkę. Moje siostry również uwielbiają tę markę, mają kilka rzeczy i też są bardzo zadowolone. Na końcu wpisu znajduje się link do kodu rabatowego. Wpis będzie aktualizowany, kiedy będę mieć nowe kody.

SkyDance jest to polska marka, założona w 2014 roku. Co więcej, marka stara się, aby produkcja przebiegała od początku do końca w Polsce. Ubrania są w stylu alternatywnym, grunge i tak dalej (na tym się nie znam), ale w mój gust po prostu trafiły. Ich ubrania są zniewalające, unikalne. Fani marki w pewien sposób biorą udział w tworzeniu nowych produktów, bo często na Instagramie pokazywane są wzory tkanin, które można ocenić, czy się podobają czy nie. Na tym koncie również często można zobaczyć kulisy powstawania produktów lub posłuchać, jak coś powstaje. 
Bluzy i koszulki SkyDance posiadają certyfikat Oeko-tex® standard 100, co oznacza, że ich materiały nie zawierają żadnych chemikaliów, które byłyby alergenne i rakogenne. Oprócz marka stara się ograniczyć swoją szkodliwość dla środowiska i poczyniła ku temu kilka kroków. Jednym z nich jest szycie ubrań w małych nakładach, aby w przypadku niewyprzedania nie zmarnowało się w magazynie.  Drugim ograniczenie foliowych opakowań na rzecz kartonu i bawełnianego sznurka. Niedawno Gabi (dziewczyna, która to założyła) opowiadała, że znaleźli opakowania z dodatkiem, który pozwala je rozłożyć na produkty neutralne dla środowiska. 

Najważniejsza rzecz — JAKOŚĆ. Już po samym wyliczeniu, ile mam rzeczy, możecie się domyślić, że darzę tę markę zaufaniem. Jakość ich produktów jest najwyższa. Kolory nie blakną, nadruki utrzymują się niemalże nienagannie, nic nie rozciąga, wszystko trzyma się swojego fasonu. Wiem, że posłużą mi jeszcze lata
Jedyne co może odstraszać to ceny, ale na stronie jest wszystko przejrzyście opisane, skąd one wynikają.  Poniższa grafika pochodzi ze strony sklepu skydance.pl.  Spódniczki mini kosztują ok. 100 zł, koszulki od 65 do 95 zł. Bluzy 150-190 zł. 




Zastanawiam się, od czego zacząć, z czego jestem najbardziej zadowolona, a chyba ze wszystkiego tak samo. 

Tennis skirts to chyba mój faworyt. Spódnice, które bym mogła nosić codzienne, a wcześniej w większości czułam się źle. Długość jest idealna, jak na spódniczkę mini. Mam 171 centymetrów wzrostu i dość długie nogi. Spódniczka nie jest za krótka, zasłania wszystko, co potrzeba — rozmiar M i długość 42 cm. Spokojnie, jeśli komuś się podobają, to pod koniec tego roku będzie kolekcja dla wysokich. Są także spódniczki midi na stronie, ale ja ich nie mam — nie wydaje mi się, żeby to był krój. 
Tutaj kilka ujęć tennis skirt w akcji. Są to plisowane spódniczki mini, bardzo urocze, a jednocześnie uniwersalne. Zdjęcia z różnych okresów. 









Tak prezentują się kolory, które mam w codziennym świetle. Bez żadnej  dodatkowej obróbki. Część kolorów po prostu znika po wyprzedaniu nakładu, a na ich miejsce wchodzą nowe. 

Koszulki i bluzy mają krój uniwersalne. Kolory są różne od klasycznej bieli i czerni po prześliczny fiolet, błękity, czerwień. Ostatnio weszły T-shirty z ręcznie wyszywanym haftem, które zastąpią zwykłe nadruki. Jeszcze nie wszystkiego koszulki z nadrukami się wyprzedały, więc może część z Was zachęcę. 



A tutaj zbliżenie na nadruki. Obie rzeczy mam jakieś 1,5 roku, a nadruki są w stanie nienagannym. Szczególnie nadruk z bluzy. Ten z koszulek minimalnie się sprał i przybliżając się widać, jakieś drobne pęknięcia, ale patrząc z normalnej odległości, nie rzuca się to w oczy. Bluza się lekko zmechaciła, podejrzewam, że nie w pełni się zastosowałam do zaleceń, jak to prać.



Sukienkę oraz spódnicę w szachownicę miałam na sobie dwa razy. Jestem zadowolona, ale to jeszcze nie jest tak dobrze przeze mnie znoszone, abym mogła Wam to pokazać. Polecam też bieliznę — mega wygodne staniki i majtki. 
W tym sklepie na pewno jeszcze nie raz coś kupię — poluję na szorty, bo są bardzo fajnej długości. Więcej koszulek, bluz... Cóż... Jak będą mieć jeszcze zwykłe spodnie, to będę mogła po prostu ubierać się tam w całości. 





W tym linku znajdziecie mój kod zniżkowy na 10% - LINK
Może z niego skorzystać nieskończona liczba osób, które jeszcze nie zamawiały ze SkyDance. Jest ważny przez 3 miesiąc od 01.06.2022 r. 

Odrobina magii idealna na jesienny wieczór - "Miasto Snów" Adam Faber


 

Hejo!

Dziś przychodzę z recenzją książki, w której się właśnie zakochałam. Jestem oczarowana tym w światem, a w dodatku to książka, w której znalazłam coś, czego szukałam od kilka lat. Może nie w 100% w formie, której szukam, ale zostałam usatysfakcjonowana. W dodatku książka z klimatem, który jest idealny na jesień. Jak wczoraj wróciłam do domu, to tylko zrobiłam sobie ciepłe kakałko, bo tak mi pasowało do klimatu tej książki. Dla fanów kakao, gorącej herbaty i swetrów to "Miasto Snów" to będzie idealny wybór. Bardzo dziękuję wydawnictwu WeNeedYA za przesłanie książki i możliwość jej przeczytania.


Tytuł: Miasto Snów 
Seria: Krew Ferów
Autor: Adam Faber
Wydawnictwo: WeNeedYA
Data wydania: 13 maja 2019
Moja ocena: 10/10


March Sky jest inna. Ciężko nawet określić, czy jej inność jest niezwykła czy po prostu dziwaczna, ale jest wystarczająca, aby być powodem do wyśmiewania. Dziewczyna ma przyjaciółkę i obie zdają się być równie dużymi ofiarami losu. Do problemów dziewczyny dołączają dziwne sny, stany OBE, tajemniczy chłopak, który ją śledzi, gadający kot. March myśli, że zwariowała, a ukrywana przez matkę tajemnica zmusza ją do ucieczki z domu. To dopiero początek wszystkich przygód i koszmarów. 


"Krew Ferów" to seria osadzona w uniwersum "Kronik Jaaru". Opis mnie zaciekawił, a później dopiero zorientowałam się, że te książki należą do tego uniwersum. Doszłam do wniosku, że raz kozie śmierć i zgłosiłam się do naboru recenzenckiego. Pewnie będzie więcej osób, które nie zorientują, że to należy do konkretnego uniwersum lub nie mają w planach "Kronik", więc głos osoby, która ich nie zna, a to przeczyta z pewnością się przyda. Przez to też miałam pewne wątpliwości, a co jeśli świat będzie dla mnie niezrozumiały? A jeśli jest w jakiś sposób powiązane z tamtym? Wiedziałam też, że "Kroniki Jaaru" są bardziej dla młodszych osób, tutaj spotkałam się z podobnym stwierdzeniem. W skrócie zaczynałam czytać i byłam pełna obaw. Jak się możecie domyślić, obawy był zbędne.

Styl pisania Adama Fabera jest niesamowity. Od pierwszego akapitu wprowadza w klimat powieści. Czyta się to bardzo przyjemnie i ciężko się oderwać. Z kolei klimat jest magiczny. Czuję, że to książka idealna na jesień, mimo że akcja toczy się w czerwcu. Po prostu magia, tajemniczość to coś, co idealnie towarzyszy podczas jesiennego wieczoru - polecam tak zrobić! Albo w chłodny poranek pod kocem. 

Świat był moją największą obawą. Co jeśli wszystko zostało wyjaśnione w tej poprzedniej serii, a ja się nie odnajdę?  Na szczęście nie! March całe życie żyłą w tym realnym świecie, więc sama musi się wszystkiego nauczyć i zrozumieć świat astralny. Wyjaśnia jej to Callen, z którym ma zadziwiająco wiele wspólnego. Podstawowe informacje są szybko opowiedziane, bo bohaterowie także nie mają zbyt dużo czasu. To może się części nie spodobać, że dowiadujemy się większości podstawowych informacji z jednego rozdziału. Dla mnie rozwiewało to moje największe wątpliwości, a jednocześnie czuć było, że Callen nie mówi wszystkiego. Później dowiadujemy się więcej o magii, jakimi rządzi się prawami, o jej rodzajach i jak powinno się nią władać. Wszystko poznajemy wspólnie z March, która jest bardzo utalentowaną wiedźmą i wielkość jej mocy pozwala nam się jedynie domyślać jej pochodzenia, które nie jest ono aż tak jasno określone. 
W świecie astralny poza magią ważną rolę pełnia sny. Uwielbiam ten motyw, więc skaczę z radości w duchu. Mamy tutaj świadome sny, stan OBE, ale też wizje przeszłości. Czytając czuje się, że można się wiele z tych snów nauczyć. Ten świat jest bardzo kolorowy, bardzo pobudził moją wyobraźnię. 
Dla kontrastu świat ziemski jest dość szary. Może trochę zielony od drzew, ale przede wszystkim czuć w nim nudę i rutynę, którą przerywają magiczne wydarzenia. Są drobne nawiązania do kultury - Szekspira i "Gwiezdnych Wojen". 


Dawno nie spotkałam takich bohaterów. Nie są kształtowani na takich superbohaterów, którzy uratują wszystkich ani też nie są typowymi złoczyńcami. Ten pierwszy motyw nieco mnie znudził... Zresztą, nie ma tutaj wiele samego ratowania świata. To bardziej walka o siebie i swoje dziedzictwo. 
March w pierwszej kolejności kojarzy mi się z tak banalnymi określeniami jak zbuntowana i niezrozumiana przez wszystkim. Te słowa to za mało, bo postać jest dużo bardziej złożona. Widać, że dziewczyna nie chce się poddać dręczącym ją osobom, co pokazuje pewną siłą i chart ducha. Jednocześnie ciężko jest ją okiełznać, jest nieufna, przez co podważa pewne autorytety. Nie jest przy tym idealizowana i widać, że nie jest wzorem do naśladowania. 
Callen jest bardzo tajemniczym chłopcem. Wiele mówi i tłumaczy, ale czuć, że równie wiele zataja, dlatego bardzo kibicowałam March w nieufności do niego. Jednocześnie podoba mi się, jak został zbudowany. Przy całej tej aurze jest bardzo dopracowany, a tego często brakuje takim z założenia tajemniczym bohaterom.
I teraz mój ulubiony bohater, czyli Piątek Trzynasty. Piątek jest kotem, który potrafi mówić. Jak cudownie mi się jego wypowiedzi czytało! Jeśli miałabym wybierać, to z jego pyszczka padało najwięcej cytatów, które trafiały do mnie. Przykazywał pewną mądrości, które czasem niosły ze sobą coś zaskakującego. Jeśli chodzi o charakter to jest taki koci. Chodzi własnymi drogami, jest wredny, ale zawsze jest gdzieś blisko głównych bohaterów. 
Lud Ferów z Aislingen traktuję jako bohatera zbiorowego. Są dla mnie fascynujący. Nienawidzą ludzi, chronią swoją wiedzę i tajemnice ponad wszystko. To niezwykle intrygujące i mam nadzieję, że w kolejnych częściach będzie więcej tych fantastycznych stworzeń. 


Szczerze mówiąc, podczas czytania czułam się jakbym znowu poznawała świat Harry'ego Pottera. W obu przypadkach jest równie zauroczona tą magią, fantastycznymi stworzeniami, które się tam pojawiają oraz klimat. Książki różnią się od siebie, nie mają ze sobą nic wspólnego, bo nawet magia jest inaczej przedstawiona, ale obie kojarzą mi się z jesienią. Myślę, że fanom Harry'ego może się spodobać, jeśli tylko się nie będą nastawiać, że jest to coś podobnego. 
Ogólnie od kilku miesięcy nie czytałam książki, w której nie mam się do czego przyczepić. Są tutaj rzeczy, których brakowało mi w innym seriach - brak superbohaterów z tymi samymi wadami, magia w tym realnym świecie, ale łącząca go ze światem astralnym (bardzo podoba mi się, że zostało to tak określone). Do tego unikalny i niezapomniany klimat magii. Książka idealnie trafiła w mój gust. Nie czuję tego, że została skierowana do młodszych osób. Do tego spowodowała u mnie kaca książkowego, ale na szczęście mam drugą część (i zaczęłam ją czytać w trakcie pisania tej recenzji. Nie mogła się powstrzymać!). 

5 rzeczy, które warto wiedzieć na początku studiów



 

Hejo!

Pisałam już, że zmieniam studia. Zaczynam od nowa na kierunku chemia środków bioaktywnych i kosmetyków. Zauważyłam, że moje podejście do rozpoczęcia studiów się zmieniło. Moje przygotowania wyglądają inaczej - więcej dowiaduję się o kierunku, sprawdzam opisy przedmiotów. Stwierdzenie, że "żałuję braku tej wiedzy rok temu" to za dużo, bo skupiałam się na czymś, czego bardziej w tamtym momencie nie ogarniałam, czyli na USOSie oraz samodzielnej rejestracji, a teraz USOSa jako-tako ogarniam, więc jest łatwiej. Odrobinkę podpytałam znajomych (dobra, jedną osobę, ale bardzo jestem wdzięczna za odpowiedź) i tworzę listę rzeczy, o których fajnie jest wiedzieć na początku studiów i które ułatwiają życie. 

Starałam się, aby te rady były jak najbardziej uniwersalne, niezależnie od kierunku, jaki ktoś studiuje. Nie będę pisać o typach i sposobach na naukę, bo każdy kierunek, a nawet każdy prowadzący wymaga czegoś innego. Często metody sprawdzania wiedzy różnią się, bazują na poszczególnych zasadach. Warto to zapamiętać, że co wydział to obyczaj, parafrazując. Na początku jest to mylne, szczególnie przy rozmowach ze znajomymi, którzy studiują coś innego. Wydaje mi się, że udało mi się zebrać cztery rady, które przydadzą się każdemu, ale przed tym mały słowniczek.  Rady powinny się też sprawdzić niezależnie od typu nauczania - stacjonarnie czy zdalnie. 


USOS - taki e-dziennik na studiach, gdzie jest plan zajęć, przedmioty, oceny, a także płatności i podania. Coś z czym trzeba się zaprzyjaźnić, aby jakoś lepiej się żyło na studiach. Prawdopodobnie zawiedzie Cię w chwili rejestracji na przedmioty, ale tak już jest.
Sylabus - opis przedmiotu, dostępny w USOSie (a może i nie tylko). Zawiera w skrócie opisane tematy, sposób oceniania, wstępne wymagania oraz inne niezbędne rzeczy, które trzeba wiedzieć. 


1. Sprawdź sylabus przedmiotu

Sylabusy sprawdzałam tuż po informacji, że dostałam się na studia, ale jeszcze przed złożeniem kompletu papierów i dostaniu dostępu do USOSa. W tym momencie większość osób, które dostały się w pierwszych turach (tzn. w "normalnych" rekrutacjach, a nie w uzupełniającej) już powinna ten dostęp mieć. Tak jest prościej znaleźć sylabusy przedmiotów, szczególnie jeśli jesteście na nie już zarejestrowani (a to zależy od uczelni i wydziału). 
Warto sprawdzić wcześniej wymagania co do przedmiotów. Nad tym spędziłam ostatnio czas - sprawdzałam, co powinnam powtórzyć i przypominam sobie część zagadnień z biologii, z którą nie miałam styczności. Jest jeszcze kilka dni  i można poświęć ten czas na powtórzenie zagadnień, z którymi miało się problem. 


2. Spis lektur jest przydatny

W sylabusie często jest podana literatura.  To jest tak bardzo przydatne, jak oczywiste, że powinno się z tego korzystać. Szczerze mówiąc, to prawie od razu po sprawdzaniu literatury zamówiłam 4 książki do matematyki (za 48 zł łącznie, okazja życia).  Wykładowcy polecają też książki na pierwszych zajęciach i warto tego posłuchać (ja tego nie zrobiłam, więc uczcie się na moich błędach).
Czasem ciężko mi było wynieść coś z wykładu lub ćwiczeń, nie zawsze to było wystarczająco jasne. Szczególnie pomagała mi książka od fizyki. Kilka książek, które kupiłam rok temu, przyda mi się i teraz. Prawdopodobnie więcej niż na jednym przedmiocie, więc nie są to pieniądze wyrzucone w błoto. Lektury powinny też być w bibliotekach wydziałowych/uniwersyteckich, jeśli ktoś nie chce kupować (a większość nie chce, bo są to książki dość specjalistyczne). 


3. Korzystaj z konsultacji i nie bój się pytać

Różnica poziomów pomiędzy studiami, a szkołą średnią jest ogromna. To dosłownie przepaść. Są przedmioty zupełnie nowe; są przedmioty, które były przez rok, w pierwszej klasie i potem idziesz na studia i masz je na dużo wyższym poziomie. Większość osób jest tak samo zdezorientowana jak Wy, to też dla nich nowość, więc śmiało się pytajcie, gdy czegoś nie rozumiecie. Nikt Was nie wyśmieje. Wykładowcy, ćwiczeniowcy i inni prowadzący po to są, aby Wam objaśnić. 
Podobnie z konsultacjami. Inaczej ktoś tłumaczy dwudziestu osobom, a inaczej jednej. Mimo, że jestem osobą, która wolała uczyć się sama, to konsultacje zawsze mi rozjaśniały trudne zagadnienia. Nigdy nie byłam z nich niezadowolona. Przy nauczaniu zdalnym też są organizowane konsultacje, na ogół przez platformę typu Skype albo coś. 


4. Upominaj się

Przyznam się, że na początku mi samej głupio było pisać do dziekanatu czy do prowadzących, jeśli czegoś potrzebowałam lub miałam wątpliwość. Pod koniec semestru straciłam wszelkie skrupuły w momencie, kiedy nie miałam wystawionych dwóch ocen, które powinny być w USOSie w połowie czerwca. Pisałam raz, zero odzewu. Później sesja i nie miałam do tego głowy. Minął miesiąc, znowu napisałam - wreszcie odzew i uzupełnienie. Z drugim przedmiotem jeszcze większy cyrk. Część osób miała wstawione oceny, część zaniżone; poszło kilkadziesiąt maili i część osób dostała oceny, a część nie. 
Wiadomo, że nie wszędzie tak jest, ale przestrzegam. I nie bójcie się pisać, gdy ktoś po prostu zaniedbał swoje obowiązki.


5. Wzajemna pomoc

To chyba najlepsza nazwa dla tego punktu. Ogólnie wprowadza to fajną atmosferę wśród studentów. Dla mnie dobrą formą takiej pomocy była nauka ze znajomymi. Najlepiej w trakcie kwarantanny, gdzie odpalaliśmy Google Meet i ktoś udostępniał ekran i tak rysował, i tłumaczył. Nie rozpraszało mnie to, bo się nie widzieliśmy, a czasem rozjaśniało lepiej niż zajęcia. Nawet zwykłe wysłanie zadania, aby się upewnić, czy na pewno takie powinno być, dużo dawało.
Gdy ktoś woli, może po prostu porównywać rozwiązania czy dyskutować na jakiś temat. To też są formy nauki, w zależności od tego czego wymaga kierunek. 

Smętnik Blogowy #2 - to cacy, a to spam



Hejo!

Już zleciał od ostatniego Smętnika! No dobra... Od pierwszego Smętnika. Najważniejsze, że dalej go kontynuuję i nie zapomniałam o kolejnej części. Chociaż mało brakowało, jak mam być szczera.  Najciężej było mi dobrać tytuł do tego wpisu. Forma też odbiega od pierwszego planu,

Dla przypomnienia!

Ten wpis nie ma na celu wyśmiewać osób personalnie. Nie będę wskazywać konkretnych osób, które tak robią. Nie bierzcie tego osobiście. Nie chcę atakować tym wpisem kogokolwiek. Staram się skupiać w tej serii na konkretnych zjawiskach, które są irytujące (dla mnie i dla innych).
Sama też jestem człowiekiem, więc zdarza mi się te błędy popełniać. Czasem świadomie, czasem nieświadomie. Bywa. 


O czym dziś? 

Dzisiaj o niefajnych praktykach, które ludzie często stosują, kiedy chcą zdobyć obserwatorów i po prostu zwiększyć aktywność. Przeważnie jak najłatwiejszym kosztem. Kilka rzeczy jest bardziej spotykanych na blogach, inne bardziej powszechne na Instagramie. Wszystkie tak samo irytujące i dające jeden komunikat "Mam cię w dupie, ale przyjdź do mnie". Wybaczcie za stwierdzenia, ale to tak brzmi. 
Pisząc to zauważam, że jest to temat, gdzie drobna różnica, a zmienia całkowicie odbiór. 




 Z komentarzem powyżej chyba każdy się spotkał. Jedna z bardziej irytujących rzeczy, jakie można tutaj spotkać. Dlaczego? 
Lakoniczne "świetny blog" - napisałam wpis, spędziłam nad nim kilka godzin, konsultowałam z przyjaciółmi, a nawet nie widzę, czy faktycznie ktoś to przeczytał. Ba, nawet nie mam pojęcia, czy w ogóle wie, jak się blog nazywa, tylko wchodził w każdy kolejny, aby wkleić komentarz. To taka treść, którą można wszędzie wkleić i w rzeczywistości wszędzie wygląda tak samo źle. Wydaje mi się, że każdy słyszał o tym, że to nie jest dobry sposób komentowania, bardziej zraża niż zachęca, ale ciągle zdarzają się sytuacje.
Jeszcze gorsze od tego jest to, gdy ktoś po prostu napisze tak: 


Po prostu brak słów... To samo co wyżej, ja wkładam pracę i znowu nic, zostałam olana. Zdaję sobie sprawę z tego, że to może brzmieć nieco negatywnie, egoistycznie. Jednak odbiór w przypadku bloga i Instagrama jest ważny. Ja mogę być zadowolona z tekstu czy zdjęcia, ale to dopiero ten odbiór pokazuje, czy jest faktycznie tak dobrze, jak myślałam, czy może trzeba jeszcze nad czymś popracować. Do tego dochodzi jeszcze wymiana zdań, różnice w zdaniach. Przy okazji to też szansa pewnego poznania tej drugiej osoby i zbudowania relacji twórca-odbiorca. 
W skrócie - komentarze to nie miejsce do promowania się. 

Wpisy na blogu są dość ciężkie do komentowania, bo zwykle pojawia się tutaj wiele wątków, wiele informacji i ciężko wybrać to do czego człowiek chce się odnieść albo w trakcie czytania jedna myśl ucieka i natychmiast zostaje zastąpiona inną. Bardzo trudno jest się odnieść do wszystkiego, a wiadomo, mało komu chce się znowu wracać do tekstu, a nawet po powrocie nie wiadomo czy znowu się tę myśl uchwyci. Mnie zwykle najlepiej jest wychwycić jedno wydarzenie/wątek, do którego się odnoszę. Nie jestem mistrzynią pisania komentarzy, często jest to dla mnie ciężkie, a ostatnio w ogóle się od tego odzwyczaiłam. Nawet po moim blogu widzę, że niektóre powracające osoby mają po prostu taki styl komentowania - jedno zdanie, kilka ciepłych słów, ale to po prostu ich styl komentowania i po pewnym czasie to się zna.

Jest jeszcze kwestia zostawiania linku do bloga. Na początku nie zostawiałam, nie lubiłam tego irytowało mnie. Potem stwierdziłam, że jeśli ktoś komentuje, daje coś więcej w komentarzu, to spoko. Sama zaczęłam. WARTO sprawdzić, czy komuś na pewno nie przeszkadzają linki w komentarzu - zwykle jest napisane nad okienkiem do wstawiania komentarzy. Jeśli nie ma, można sprawdzić czy ktoś akceptuje komentarze z linkami - po prostu popatrzeć na kilka komentarzy wyżej.


FOLLOW/UNFOLLOW

Praktyka, której sensu do tej pory nie potrafię zrozumieć. Zdarza się na blogach, ale dużo częściej na Instagramach. Podejrzewam, że na IG jest to po prostu łatwiejsze - jak się ściągnie aplikację to wystarczy jedno kliknięcie.
Nawet nie mam pojęcia od czego w tym punkcie zacząć. Samo w sobie jest to tak nie okej, że wydaje mi się, że każdy powinien widzieć bez sensu tego.  A jednak to nie takie oczywiste skoro to tak powszechna praktyka. Szczególnie że miałam sytuację, że jedna osoba mnie zaobserwowała i przestała obserwować jakieś 3 razy w dość krótkim czasie. Jest metoda, która jest przede wszystkim strasznie sztuczna. Niby działa dobrze, ale moim zdaniem nie jest niczego warta, bo:
1. Zraża ludzi, gdy zauważą, że tak się dzieje. 
2. Te obserwacje często są "puste".
3. Bardzo często robią to ludzie, którzy w ogóle nie próbują budować społeczności, a więc aktywność jest mała, czyli znowu bez sensu. Po co same obserwacje?


Inna sytuacja jest, kiedy zaobserwujemy kogoś, a po pewnym czasie konto przestanie być aktywne. Zmienił się styl lub po prostu gust się zmienił, opisy przestały interesować albo konto sprawia, że źle się czujemy. Wtedy nie obserwujesz, dajcie unfollow - możecie oglądać, co chcecie, jak coś na Was źle wpływa to nie obserwujcie, bo po co? 


Takie wiadomości to też rzecz, która mnie irytuje. Po pierwsze każdy zaczynał i da radę zdobyć zasięgi bez pisania do innych. To jeszcze można samo w sobie przeżyć, ale podam Wam tło tej sytuacji: osoba mnie nie obserwowała, miała dwa zdjęcia, żadnego opisu pod nimi i trzy hashtagi. 
Z ciekawości weszłam na profil. I naprawdę nie miałam, czego polecać. Co te dwa zdjęcia mówią? Nic. Kot w worku po prostu. I jeszcze ten brak obserwacji... Wiem, że byłam kolejną losową osobą, do której ta wiadomość poszła, czyli to co ja robiłam się nie liczyło. Ważny był fakt, że mam obserwatorów, jestem już trochę czasu i mogę wypromować. Cała ta moja droga nie miała znaczenia.

Inna sytuacja przy S4S (udostępnienie za udostępnienie) i F4F (obserwacja za obserwację). Są to praktyki dobrowolne, gdzie obie strony mają mniejsze lub większe korzyści. 
Inaczej też by to brzmiało, gdyby ktoś zadał pytanie "Hej, powiesz mi, co zrobić, żeby zwiększyć zasięgi?". 

Wiem, że ciągle piszę "moja praca" i tak dalej. Brzmi dość egoistycznie (?), ale chcę Wam uświadomić, że takie zachowania to nic innego niż brak szacunku do czyjejś pracy, w momencie gdy samemu się tego oczekuje od innych. Każdemu twórcy należy się szacunek, a okazując zainteresowanie komuś, ktoś inny przyjdzie do nas. Blogi i Instagramy to miejsca, gdzie najpierw trzeba dać coś od siebie, a potem do wraca. 



W obiektywie #12

 Hejo!

Rozpoczęcie tego wpisu sprawia mi mały problem, mam tyle pomysłów o czym bym chciała napisać, ale jednocześnie pierwszy raz od dłuższego czasu nie pisałam przez dwa tygodnie. To nie tragedia, żeby nie było, ale warto napisać, co u się u mnie działo i być może podzielę się oczekiwaniami względem września, bo fajnie by było w końcu odpocząć. 

Dostałam się na studia. Znowu. Za niedługo będzie wpis o zmianie studiów czy uczelni. Ogólnie z tą zmianą związał mi się nie mały stres, mimo że logika podpowiadała mi, że się dostanę. W skrócie dostałam się, byłam 8 na liście! <3 Papiery wysłane, nawet przez nich odebrane. 100% spokoju. Od października zaczynam od nowa. 

Miałam dwa pierwsze razy - pierwsze kajaki i sushi. Pierwsze przerażało mnie przez jakieś trzy godziny, a później było spoko. Fajna zabawa, tylko 5 godzin to było nieco za dużo. Drugie mi posmakowało. Jest serio dobre. 

Plany na wrzesień? 

Dużo czytania - "Zapomniana Księga" Pauliny Hendel, Saga "Zmierzch" do końca, "Trylogia Snów" Kerstin Gier... Pewne plany są. Książki, na które mam ochotę od dłuższego czasu. Jedynie "Zmierzch" zaczęłam. Fajnie by było przeczytać więcej niż 10 książek w miesiącu. Oprócz tego trochę się pouczę, przypomnę sobie pewne tematy z biologii, ponieważ będą mi potrzebne w tym semestrze. 
















Tylko brzydkie zdjęcia

 Tylko brzydkie zdjęcia

I nic więcej. 

Wszystko z czego nie jestem zadowolona, co nie wyszło. 

Bo w sumie takie zdjęcia też istnieją. Tak, nie staram sie dziś.



















Retelling mojej ulubionej baśni, czyli recenzja "Zaczytanej i Bestii" Ashley Poston


Hej!
Dzisiaj przychodzą z recenzją premierową. Jestem ogromną fanką „Pięknej i Bestii”. Jak mam wybierać moją ulubioną księżniczkę, to będzie to Bella. Generalnie, nie ma nic, co by mi się w tej historii nie podobało, dlatego nie mogłam sobie odpuścić tego retellingu. Retellingi czytam rzadko, ale chyba bardziej by pasowało napisać, że wcale, bo sobie nie przypominam żadnego. Znaczy… To nie tak, że od razu gdy zobaczyłam „Zaczytaną i Bestię” nie mogłam przejść obojętnie. Najpierw było zaciekawienie. Potem sprawdzanie opisu. Kilkukrotne. Gdzieś były słowa, że nie trzeba znać poprzednich części, żeby ją przeczytać. W końcu ta książka pojawiła się na portalu czytampierwszy i stwierdziłam, że co mi szkodzi. Poprzednie części mnie nie za bardzo interesowały - „Kopciuszek” nie jest moją ulubioną bajką, „Książę i żebrak” tym bardziej. Pomimo zachwytu „Zaczytaną […]” dalej nie mam w planach tych dwóch książek. 


Tytuł: Zaczytana i Bestia 
Autorka: Ashley Poston 
Wydawnictwo: We need YA 
Liczba stron: 320 
Data premiery: 12 sierpnia 2020 
Ocena: 8/10 


Odkąd zmarła mama Rosie Thorne, dziewczyna musi mierzyć z masą innych przeciwieństw – nie potrafi napisać eseju na studia, zauroczyła się w chłopaku, którego właściwie nie zna, namolny i popularny chłopak nie daje jej spokoju,została zwolniona z pracy, a na dodatek zniszczyła bardzo drogą, unikalną książkę. Dziewczyna musi to odpracować porządkowaniem biblioteki. Na (nie)szczęście ma jej w tym pomagać Vance Reigns, osławiony aktor, który ukrywa się w jej niewielkiej miejscowości po ostatnim skandalu. 

Historia z jednej strony znana chyba każdemu pokazana we współczesnym świecie, a szczególnie w realiach moli książkowych. W skrócie coś, co zna każdy, wsadzone w schematy young adult. I wiecie co? Dało to naprawdę oryginalny efekt. Czuć trochę klimat Disneya z lat 2008-2012. Dla mnie miodzio, częściowo na tym się wychowywałam i fajnie poznać to w innej wersji. Nie spodziewałam się tutaj tak przyjemnego i tak unikalnego klimatu, który spowoduje, że nie będę mogła się oderwać. Przeniesienie tych baśniowych wydarzeń na nerdowską współczesność jest niesamowity i sprawiło, że zastanawiałam się, co się wydarzy, mimo że z grubsza znałam schemat. Nawiązania do oryginalnej historii są drobne, często ukryte w zwykłych rzeczach, że orientowałam się po którymś pojawieniu tego, że faktycznie coś takiego było! Po prostu dość był nieoczywiste dla mnie, ale gdy je odnajdywałam to byłam niesamowicie uradowana. Warto jest zastanowić się, co naprawdę przekazuje „Piękna i Bestia” i myślę, że zostało to tutaj naprawdę dobrze otworzone. 

Bohaterowie wychodzą od całkowitej niechęci do przez nić porozumienia i rozczarowanie aż po normalną relację. Tempo nawiązywania się nici sympatii między Rosie a Vancem jest bardzo dobre.  Ze względu na to, że narracja jest prowadzona z obu punktów widzenia (zmiana narratora co rozdział; Rosie i Vance), widać uczucia obojga, ich rozterki i po prostu przez czuć tę naturalność w ich relacji. 
Zwykle bardzo lubię narrację prowadzoną z punktu widzenia różnych bohaterów, ale tutaj rozdziały były często bardzo krótkie, co owocowało częstymi przeskokami. Dla mnie było to za szybko i trochę się gubiłam, zapominając, kto teraz opowiada. 

Bohaterowie są bardzo sympatyczni. Znowu mam wrażenie, że mogliby naprawdę istnieć, co jest bardzo dużym plusem. W ich przypadku jest taki minus, że było tutaj (dla mnie) za mało o przeszłości głównych postaci. Chciałabym usłyszeć więcej o Rosie i jej relacji z mamą, jak się czuła po jej stracie. Tak samo chciałabym więcej usłyszeć o Vancie, jego karierze, tym jak się czuł na planie, o jego ostatnim skandalu, nawet o jego przelotnych romansach. Dużo bardziej by to ich urzeczywistniło, bo charaktery mają super. 
Rosie łączy z Bellą upartość. Bella zwykle mi się kojarzy z odwagę, ale tutaj takiej odwagi nie zauważyłam. Z zachowania bardzo kojarzy mi się z Teddy z „Powodzenia, Charlie”. Ma w sobie tę samą sympatyczność, ale również podobną zawziętość. 
Vance jest naprawdę świetną Bestią! Również nie mają aż tak wiele wspólnego, ale są podobnie zgorzkniali i osamotnieni. Bardzo mi się podoba jego postać, szczególnie jego rozterki, kiedy zaczynał pałać sympatią do Rosie. 
Ogromnym plusem jest tutaj Garret, który jest idealnym odzwierciedleniem Gastona w tych czasach. Naprawdę! Koleś jest namolny, irytujący, nie przyjmuje odmowy i stawia dziewczynę w bardzo niezręcznych sytuacjach. 

Mam tutaj pewien niedosyt w kwestii postaci Kosmnicznego Taty, czyli ojca Rosie. Wydawał się bardzo w porządku i żałuję, że było go tak mało. Ich relacja bardzo mnie ciekawi. Także chciałabym więcej o Quinn, czyli niebinarnej postaci. Jeśli będzie główną postacią w innej książce chętnie przeczytam. W związku z Quinn są używane najbardziej neutralne płciowo końcówki i zaimki. To coś do czego trzeba się przyzwyczaić, bo pojawiają się końcówki jak „powiedziałOM”, do czego większość osób nieprzyzwyczajona. Nie wspominałam tutaj jeszcze o poczuciu humoru, które idealnie trafia w mój gust. Głównie jest sytuacyjne, co jest ogromnym plusem, bo częściej poczucie humoru w książkach to cecha konkretnego bohatera. Tutaj rozbawiły mnie zaskakujące sytuacje lub niezręczności, których doświadczała Rosie. 

Mam również niedosyt, jeśli chodzi o serię Starfield, czyli uniwersum, na którym punkcie szaleją bohaterowie, to również mam niedosyt. Chciałabym się dowiedzieć więcej. Na początku nieco się gubiłam i nie rozumiałam pewnych nawiązań, ale później było lżej. Fajnym akcentem są fragmenty „Starfield” i fajnie by było, jakby faktycznie to istniało. Być może gdybym przeczytała inne książki tej autorki, to może nie miałabym tego niedosytu. 

Podsumowując to bardzo książka. Wyróżnia się wśród współczesnych młodzieżówek, pomimo bycia retellingiem włożonym w schematy YA. Ma drobne minusy, które nie odbierają przyjemności z czytania tej książki. Idealna na każdy moment, szczególnie jeśli szukacie książki do relaksu po czymś cięższym.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję @czytampierwszy
AKREDYTACJA:  Akredytacja 02/05/2020

Smętnik Blogowy #1 - Podstawowe błędy



Cześć! W tamtym tygodniu wpadł mi do głowy pomysł i nawet długo nie myślałam nad jego realizacją. Uznałam, że teraz będzie najlepszy na to moment. Zapraszam wszystkich na nową serię postów, czyli SMĘTNIK BLOGOWY, czyli poradnik marudy. 

 Czym jest „Smętnik blogowy”? 

Smętnik to coś na kształt poradnika, który pozwoli mi ponarzekać, ale można z niego się czegoś nauczyć. Będę pisać o tym, co mi się nie podoba, a jest dość powszechnym zjawiskiem. Myślę, że część osób się ze mną zgodzi. Przede wszystkim nie bierzcie tego osobiście. To nie jest atak na kogokolwiek. Będę narzekać na ogólne zjawisko, a nie na konkretne osoby. Dlatego nie czujcie się urażeni. Mam nadzieję, że uda mi się przemycić tutaj chociaż odrobinę jakiejś ironii i humoru. Nazwę wzięłam od słowa „smęt”, a „nik” wycięłam ze słowa poradnik. Albo inny miesięcznik. Po prostu coś, co sugeruje jakieś czasopismo. Jak na to spojrzycie, tak będzie dobrze. 
Nie będę się też ograniczać tylko do blogów, ale będę też pisać o zjawiskach, które pojawiają się na Instagramie. Pewnie te rzeczy można odnieść do obu tych miejsc.

 Co warto pamiętać przed przeczytaniem reszty tekstu? 

 Że jestem człowiekiem. 
 Popełniam błędy tak samo jak każdy człowiek. Błąd może się zdarzyć każdemu. Być może w tym tekście też znajdzie się kilka błędów, mimo że jest o błędach. 
Na początku już się przyznam, że mam problem z przecinkami w towarzystwie imiesłów. I myślę szybciej niż piszę, więc palce nie zawsze nadążają za mózgiem i mogę coś zjeść. 

 Z poprzedniego akapitu już można wywnioskować, że będzie o błędach – ortograficznych i interpunkcyjnych. Tytuł też o tym mówi. Nie będę wnikać w błędy stylistyczne, bo sama mam dość specyficzny sposób składania zdań, co czasem brzmi i wygląda dziwnie. Mam na myśli te najbardziej podstawowe błędy, których lepiej unikać, a są dość popularne. Przy okazji dam ciekawostkę. Na filologi polskiej uczy się, że błędy są cechą charakterystyczną „języka blogowego”. Jako blogerka bardzo nie chcę być kojarzona z czymś takim. Do tego mnie samą błędy drążnią i z wiekiem co raz bardziej, bo łapię się na tym, że popełniam więcej błędów w tych błahych wyrazach, mimo że czytam więcej książek. 

 1. Spacja lub kropka przed znakami interpunkcyjnymi. 

 NIE! 
JAK TO ROBISZ, TO PRZESTAŃ W TEJ CHWILI. 
Te błędy widzę od czasów aska, czyli jakoś od 2013 roku. Liczyłam na to, że ta głupia moda w końcu się skończy, bo ani to ładnie nie wygląda, ani nie jest jakoś bardziej funkcjonalne, tylko nie potrzebnie zajmuje miejsce. 
Kropkę, przecinek i inne znaki interpunkcyjne stoją od razu ZA wyrazem. Nie robi żadnych przerw, kropek i tak dalej. Tak samo jest w przypadku myślników i półpauz – za i przed tym spacja (tak jak w tym zdaniu). Za to, gdy chcemy napisać „dzieci-śmieci”, to już spacji nie potrzeba, bo ta kreska pełni inną funkcję. 

 2. „Ktury”, „puki” i takie podstawy, gdy nie masz pewności, która wersja jest poprawna. 

 Akurat przychodzą mi tutaj do głowy same pomyłki dotyczące „ó”. Mam na myśli jakieś podstawowe słowa, których używa się naprawdę często. 
Tutaj jest prosta zasada: Nie jesteś pewien, jak się coś pisze? Sprawdź w słowniku! Nic lepszego tutaj nie znajdziemy. Problematyczne słowa zawsze można sobie zapisać i mieć gdzieś przed oczami. Sama z tego korzystam. 




 3. Ilość ma znaczenie, a odmiana przez przypadki bardzo pomaga. 

Nie rozumiem również skąd się wzięło pisanie „te dziecko”, „te słońce”. Znowu ani to ładnie nie wygląda, ani nie jest poprawne. Aż się wzdrygam, że muszę to napisać. Jeśli ciężko to zapamiętać to wystarczy skojarzyć, że: 
TO – liczba pojedyncza. Jedna rzecz. 
TE – liczba mnoga. Dużo rzeczy. 
Podobnie jest z „jakiś” i „jakichś”. 
Jakiś – liczba pojedyncza, mianownik. 
Jakichś – liczba mnoga, dopełniacz. 

Odmiana przez przypadki to coś, czego nauczyłam się mniej więcej rok później od mojej klasy. Jakby moment, w którym się uczyliśmy gdzieś mi umknął i rok później czułam się, jakbym widziała to po raz pierwszy na oczy. Naprawdę! Jak widać możecie się nauczyć tego w każdym momencie, a to niezwykle ułatwia życie. Pokazałam to już w powyżej. 
Czyli przechodzę do kolejnego błędu. To samo jest z „tą” i „tę”. Gdy piszę, to łatwiej mi jest to wyłapać, ale gdy mówię potrafię się pomylić. Jeszcze się aż tak dobrze tego nie nauczyłam, ale pomaga mi to, że: 
tą – narzędnik ([z]kim? [z] czym?)
tę – biernik (kogo? Co?). 


Również często spotyka się pisanie w celowniku liczby mnogiej końcówki „ą”. Błąd, który mnie bardzo razi, a który jest tak powszechny, że sama się na nim łapię. 
W tym przypadku jest to celownik liczby mnogiej (komu? Czemu) np. dzieciOM. 


4. Mimo że przecinka nie stawia się pomiędzy, ale przed "ale" musi być.

Tutaj czysto subiektywnie. Bardzo mnie drażni wstawianie przecinka pomiędzy "mimo" a "że". Wiem, że to nieoczywiste, dlatego że zawsze jesteśmy uczeni, że przed "że" przecinek musi być, ale nie w każdym przypadki. "Mimo że", "dlatego że" to wyrażenia, gdzie przecinek stawiamy przed całością. 
Tak samo drażni mnie brak przecinka przed "ale". 
W tej kwestii tak samo - nie masz pewności, sprawdź w słowniku. 

Jest to pierwszy wpis z tej serii. Mam w planach jeszcze dwa. Dobrze by było, jakby skończyło się to na tych dwóch wpisach, ale pewnie wynajdę coś jeszcze irytujące. Chciałabym też bardzo podziękować osobom, które kilkanaście tygodni temu odpowiedziały na to, jakie błędy je irytują. Jeśli chcecie to zobaczyć to są one w wyróżnionej relacji na moich profilu na Instagramie - @myslizglowywylatujace. Zapisana relacja "błędy". Gdzieś na końcu. 



Po prostu dbajmy o nasz język, ale zadbajmy o jakość przekazu. Możesz pisać niesamowicie interesujące rzeczy, ale przez takie błędy będzie ciężej się to czytać. Pamiętaj, że Ty również tworzysz język, więc warto o niego zadbać.


Na koniec dwa pytania. 
1. Co Was irytuje i jest powszechne w innych blogach bądź instagramach?
2. Jak zapamiętać, kiedy stawia się przecinki przed imiesłowami? 

Ulubieńcy miesiąca: czerwiec & lipiec 2020


Hejka!
Próbuję sensownie napisać podsumowanie tych dwóch miesięcy. Maj to było zderzenie ze ścianę, więc czerwiec był próbą ominięcia tej ściany, aby w lipcu dać z siebie wszystko, a później trafić na pole minowe zwane sesją - jedna pomyłka i po tobie. Dosłownie. 
Ten skrócony opis brzmi dużo gorzej niż w rzeczywistości. Jak sobie myślę, to było dobrze. W czerwcu sporo działałam na każdej płaszczyźnie - czytanie, Instagramy, nauka. Tak w lipcu moje działanie w Internecie przystopowało, ale to poza nim szło bardzo dobrze - trzy kursy za mną, z czego mniej zadowolona jestem z angielskiego. Myślałam, że będzie wyglądał inaczej. 
Na blogu nie było mnie tak dużo, jak planowałam. W tym miesiącu chcę to zmienić. Ogólnie w lipcu z planowaniem się nieco pogryzłam i niby było zapisane w kalendarzu, przed oczami, to jednak nie wyszło.



1. Muzyka
Muzycznie zakochałam się od nowa w Acid Drinkers. To wszystko dzięki Najpiękniejszej Domówce Świata, czyli Pol'And'Rock 26. Zdążyłam na koniec koncertu, ale wiem, że na żywo na pewno też kiedyś tam będę.  



2. Książki 
W czerwcu przeczytałam 10 książek, czyli bardzo ładny wynik. W lipcu dużo mniej, bo 4, w tym 3 audiobooki. Skończyłam też z 6 zaczętymi książkami. Jak do tego doszło nie wiem... 
Liczba stron w czerwcu to było 3825 stron, a w lipcu 1768 stron, czyli dwa razy mniej. 
  1. Opowieści z Narnii: Lew, Czarownica i Stara Szafa C.S Lewis - gdzieś przeczytałam, że klasyków się nie ocenia i jakoś to do mnie trafiło. Przynajmniej w tym przypadku. Uwielbiam tę książkę, ten klimat. Żałuję, że nie czytałam w zimę. 10/10
  2. Zostań jeśli kochasz Gayle Forman - podoba mi się pomysł, podoba mi się narracja i bardzo lubię do niej wracać. 8/10
  3. Wróć, jeśli pamiętasz Gayle Forman - a tutaj jakoś bardziej podoba mi się niż poprzednia część. Jest bardziej emocjonalna. 9/10
  4. Confess Colleen Hoover - recenzja  10/10
  5. Zieleń Szmaragdu Kerstin Gier - recenzja  10/10 
  6. Too late Colleen Hoover - recenzja  7,5/10
  7. Ten obcy Irena Jurgielewiczowa - szkolna lektura. Niesamowicie mi się podobają różnice we funkcjonowaniu wsi kiedyś a teraz oraz relacji między dziećmi a starszymi. 7/10
  8. Jego banan Penelope Bloom - całkowicie nie mój gust. Słuchałam tego z zażenowaniem i jeśli się z czegoś śmiałam to po prostu było z  zażenowania. Nie mój typ humoru, bohaterowie tylko robią sobie na złość. 4/10
  9. Harry Potter i Czara Ognia J.K. Rowling - uwielbiam tę część. Chyba jak każdą. Taki klasyk, że klasyk. 10/10
  10. Ręka na ścianie Maureen Johnson - recenzja 10/10
  11. Ja, Diablica Katarzyna Berenika Miszczuk - bardzo zabawna książka. Fabuła może nie jest porywająca i skupia się głównie na rozterkach miłosnych bohaterki, które są nieco irytujące, ale humor trafił w mój gust. Ogólnie przyjemna książka. 7,5/10
  12. F*ck it, czyli jak osiągnąć spokój ducha John C. Parkin - książka, która się zestarzała, co mnie zadziwiło. Nie zgadzam się z wieloma rzeczami, ale znalazłam to, czego potrzebowałam. Zdecydowanie nie dla ludzi, którzy chcą swoje usprawiedliwić. 6/10
  13. Ja, Anielica Katarzyna Berenika Miszczuk - tutaj fabuła jest znacznie ciekawsza. Beneth miesza jeszcze bardziej. Mniej jest Piotruś, co jest dużym plusem. Poczucie humoru wciąż super.  8/10
  14. Ja, Potępiona Katarzyna Berenika Miszczuk - jak na razie Beneth namieszał najbardziej, ale to odkręcił. Poznajemy kolejne miejsce, jak na razie najciekawsze ze wszystkich.  8,5/10

3. Filmy 



  1. Harry Potter (od części 2 do 6) - uwielbiam te filmy. Ciężko mi znaleźć ulubioną część, bo każda jest dobra i przeplata się u mnie z książką. 
  2. Chmura - film, który chciałam dokończyć od liceum, bo kiedyś na lekcji niemieckiego oglądaliśmy. Cóż... Końcówka mnie trochę zawiodła. Nie wiem, jak to określić. 
  3. Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć (obie części) - również uwielbiam, bardzo mi się podobają te stworzenia, świat, który jest przedstawiony i Gindewald mnie ciekawi. 
  4. Straszny film 4 - zapamiętałam lepiej. Nie bawił mnie aż tak, jak inne części.
  5. Noc żywych kretynów - niemiecka komedia o zombie. To tak w skrócie. Dziwne, ale śmieszne.
  6. Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa - film zrobił na mnie duże wrażenie. Polecam.
  7. 12 prac Asterixa - jedna z moich ulubionych przygód Asterixa i Obeliksa. Bardzo lubię tę kreskę, poczucie humoru i historię.
  8. Planeta Singli 2 - nie spodziewałam się, że uznam ten film za dość pouczający. Podobał mi się, śmiałam się i o dziwo, dał mi do myślenia. 
  9. Igrzyska na kacu - taki śmieszne, nieco głupkowate, dobre na odmóżdżenie się.
  10. Pech to nie grzech - podoba mi się! Lekka, zabawna i nic więcej nie potrzeba.
  11. Zenek - obejrzałam z ciekawości. Mój chłopak uważa jest całkiem spoko, a ja odwrotnie. Głównie mam problem z tym, że jest film o człowieku, ale są dodane jakieś wymyślone sytuacje... Szczególnie, że ta wymyślona sytuacja przydarzyła się komuś innego.
  12. Disco Polo - oglądałam to po raz drugi. Przyjemny film, zabawny, też dobry do relaksu.
  13. Grease - trochę lepiej go zapamiętałam, ale ciągle bardzo lubię tę historię.
  14. Noc oczyszczenia - ciekawy film, nieco przerażający. Świetne. 
  15. Ja, Robot - chyba najlepszy film ze wszystkich z ostatnich miesięcy. Cudowny, ciekawy, wartościowy. Polecam fanom SF!



4. Zdjęcia


Najbardziej jestem zadowolona ze zdjęć w mojej miejscowości. Komary mnie zeżarły, ale warto było. Jak na razie wersje bez obróbki, bo te zdjęcia mnie bardzo zadowalają. 






5. Serial

Tutaj zaskoczenie. Skończyłam oglądać dwa seriale, więc sam ten fakt pozwala im się znaleźć w ulubieńcach. Oprócz tego też to, że nie były one złe. 
Pierwszy to dziesięcioletni "Chichot losu". Bardzo dobrze wspominam ten serial z czasów jego premiery i uznałam, ze warto to odświeżyć. Jest w szoku, że nie zestarzał się aż tak bardzo. Fabuła w dalszym ciągu jest ciekawa, momentami wzruszająca. Jego zakończenie zapamiętałam inaczej, więc byłam nim zaskoczenie. 
Drugi to "Jeszcze nigdy...". Bardzo fajny, puściłam go żeby leciał mi w tle, gdy coś robię, ale się wczułam. Historia Davy, która radzi sobie ze śmiercią ojca, a jednocześnie chce zerwać z wizerunkiem "tej, która zmarł tata i jeździła na wózku". Bohaterowie sympatyczni, zwykli, ale nie byli przeciętni. Tacy nieidealni, jakby byli prawdziwy. Fajne poczucie humoru - proste i niewymuszone. O dziwo, myślałam, że jeden sezon mi wystarczy, a tu proszę... Ciekawi mnie, co będzie dalej. Jak rozwinie się życie bohaterki i jak będzie wyglądać jej relacja z matką. 

6. Coś nowego

Joga!
Proszę państwa, znalazłam aktywność fizyczną (dla mnie są to te ramy), której nie porzuciłam po dwóch tygodnia i od miesiąca tylko pięć razy sobie odpuściłam przez brak czasu w ciągu dnia i duże zmęczenie przed snem. Bardzo przyjemne i relaksujące, a oprócz tego czuję, że przez ten miesiąc moja postawa ciała zmieniała się na lepsze. 

7. Coś fajnego 


Tutaj najfajniejszą rzeczą były kursy. Szczególnie Letnia Akademia Kreatywności, która pozwoliła mi poznać mi wiele nowych technik i narzędzi tworzenia. Najważniejsze jest to, że poznałam praktycznie wskazówki jak pokonać moje bariery i ujarzmić wewnętrznego krytyka, aby skorzystać z jego zalet. 

8.  Jestem dumna z...


Z siebie. Po prostu i ogólnie. Co nie wyszło, przyjęłam z bardzo dużą pokorą, bez złości i wiem, że następnym razem wyjdzie. Musi wyjść. 
A tak blogowo to wpis o nieocenianiu oraz Jak wybrać studia