W obiektywie #12

 Hejo!

Rozpoczęcie tego wpisu sprawia mi mały problem, mam tyle pomysłów o czym bym chciała napisać, ale jednocześnie pierwszy raz od dłuższego czasu nie pisałam przez dwa tygodnie. To nie tragedia, żeby nie było, ale warto napisać, co u się u mnie działo i być może podzielę się oczekiwaniami względem września, bo fajnie by było w końcu odpocząć. 

Dostałam się na studia. Znowu. Za niedługo będzie wpis o zmianie studiów czy uczelni. Ogólnie z tą zmianą związał mi się nie mały stres, mimo że logika podpowiadała mi, że się dostanę. W skrócie dostałam się, byłam 8 na liście! <3 Papiery wysłane, nawet przez nich odebrane. 100% spokoju. Od października zaczynam od nowa. 

Miałam dwa pierwsze razy - pierwsze kajaki i sushi. Pierwsze przerażało mnie przez jakieś trzy godziny, a później było spoko. Fajna zabawa, tylko 5 godzin to było nieco za dużo. Drugie mi posmakowało. Jest serio dobre. 

Plany na wrzesień? 

Dużo czytania - "Zapomniana Księga" Pauliny Hendel, Saga "Zmierzch" do końca, "Trylogia Snów" Kerstin Gier... Pewne plany są. Książki, na które mam ochotę od dłuższego czasu. Jedynie "Zmierzch" zaczęłam. Fajnie by było przeczytać więcej niż 10 książek w miesiącu. Oprócz tego trochę się pouczę, przypomnę sobie pewne tematy z biologii, ponieważ będą mi potrzebne w tym semestrze. 
















Tylko brzydkie zdjęcia

 Tylko brzydkie zdjęcia

I nic więcej. 

Wszystko z czego nie jestem zadowolona, co nie wyszło. 

Bo w sumie takie zdjęcia też istnieją. Tak, nie staram sie dziś.



















Retelling mojej ulubionej baśni, czyli recenzja "Zaczytanej i Bestii" Ashley Poston


Hej!
Dzisiaj przychodzą z recenzją premierową. Jestem ogromną fanką „Pięknej i Bestii”. Jak mam wybierać moją ulubioną księżniczkę, to będzie to Bella. Generalnie, nie ma nic, co by mi się w tej historii nie podobało, dlatego nie mogłam sobie odpuścić tego retellingu. Retellingi czytam rzadko, ale chyba bardziej by pasowało napisać, że wcale, bo sobie nie przypominam żadnego. Znaczy… To nie tak, że od razu gdy zobaczyłam „Zaczytaną i Bestię” nie mogłam przejść obojętnie. Najpierw było zaciekawienie. Potem sprawdzanie opisu. Kilkukrotne. Gdzieś były słowa, że nie trzeba znać poprzednich części, żeby ją przeczytać. W końcu ta książka pojawiła się na portalu czytampierwszy i stwierdziłam, że co mi szkodzi. Poprzednie części mnie nie za bardzo interesowały - „Kopciuszek” nie jest moją ulubioną bajką, „Książę i żebrak” tym bardziej. Pomimo zachwytu „Zaczytaną […]” dalej nie mam w planach tych dwóch książek. 


Tytuł: Zaczytana i Bestia 
Autorka: Ashley Poston 
Wydawnictwo: We need YA 
Liczba stron: 320 
Data premiery: 12 sierpnia 2020 
Ocena: 8/10 


Odkąd zmarła mama Rosie Thorne, dziewczyna musi mierzyć z masą innych przeciwieństw – nie potrafi napisać eseju na studia, zauroczyła się w chłopaku, którego właściwie nie zna, namolny i popularny chłopak nie daje jej spokoju,została zwolniona z pracy, a na dodatek zniszczyła bardzo drogą, unikalną książkę. Dziewczyna musi to odpracować porządkowaniem biblioteki. Na (nie)szczęście ma jej w tym pomagać Vance Reigns, osławiony aktor, który ukrywa się w jej niewielkiej miejscowości po ostatnim skandalu. 

Historia z jednej strony znana chyba każdemu pokazana we współczesnym świecie, a szczególnie w realiach moli książkowych. W skrócie coś, co zna każdy, wsadzone w schematy young adult. I wiecie co? Dało to naprawdę oryginalny efekt. Czuć trochę klimat Disneya z lat 2008-2012. Dla mnie miodzio, częściowo na tym się wychowywałam i fajnie poznać to w innej wersji. Nie spodziewałam się tutaj tak przyjemnego i tak unikalnego klimatu, który spowoduje, że nie będę mogła się oderwać. Przeniesienie tych baśniowych wydarzeń na nerdowską współczesność jest niesamowity i sprawiło, że zastanawiałam się, co się wydarzy, mimo że z grubsza znałam schemat. Nawiązania do oryginalnej historii są drobne, często ukryte w zwykłych rzeczach, że orientowałam się po którymś pojawieniu tego, że faktycznie coś takiego było! Po prostu dość był nieoczywiste dla mnie, ale gdy je odnajdywałam to byłam niesamowicie uradowana. Warto jest zastanowić się, co naprawdę przekazuje „Piękna i Bestia” i myślę, że zostało to tutaj naprawdę dobrze otworzone. 

Bohaterowie wychodzą od całkowitej niechęci do przez nić porozumienia i rozczarowanie aż po normalną relację. Tempo nawiązywania się nici sympatii między Rosie a Vancem jest bardzo dobre.  Ze względu na to, że narracja jest prowadzona z obu punktów widzenia (zmiana narratora co rozdział; Rosie i Vance), widać uczucia obojga, ich rozterki i po prostu przez czuć tę naturalność w ich relacji. 
Zwykle bardzo lubię narrację prowadzoną z punktu widzenia różnych bohaterów, ale tutaj rozdziały były często bardzo krótkie, co owocowało częstymi przeskokami. Dla mnie było to za szybko i trochę się gubiłam, zapominając, kto teraz opowiada. 

Bohaterowie są bardzo sympatyczni. Znowu mam wrażenie, że mogliby naprawdę istnieć, co jest bardzo dużym plusem. W ich przypadku jest taki minus, że było tutaj (dla mnie) za mało o przeszłości głównych postaci. Chciałabym usłyszeć więcej o Rosie i jej relacji z mamą, jak się czuła po jej stracie. Tak samo chciałabym więcej usłyszeć o Vancie, jego karierze, tym jak się czuł na planie, o jego ostatnim skandalu, nawet o jego przelotnych romansach. Dużo bardziej by to ich urzeczywistniło, bo charaktery mają super. 
Rosie łączy z Bellą upartość. Bella zwykle mi się kojarzy z odwagę, ale tutaj takiej odwagi nie zauważyłam. Z zachowania bardzo kojarzy mi się z Teddy z „Powodzenia, Charlie”. Ma w sobie tę samą sympatyczność, ale również podobną zawziętość. 
Vance jest naprawdę świetną Bestią! Również nie mają aż tak wiele wspólnego, ale są podobnie zgorzkniali i osamotnieni. Bardzo mi się podoba jego postać, szczególnie jego rozterki, kiedy zaczynał pałać sympatią do Rosie. 
Ogromnym plusem jest tutaj Garret, który jest idealnym odzwierciedleniem Gastona w tych czasach. Naprawdę! Koleś jest namolny, irytujący, nie przyjmuje odmowy i stawia dziewczynę w bardzo niezręcznych sytuacjach. 

Mam tutaj pewien niedosyt w kwestii postaci Kosmnicznego Taty, czyli ojca Rosie. Wydawał się bardzo w porządku i żałuję, że było go tak mało. Ich relacja bardzo mnie ciekawi. Także chciałabym więcej o Quinn, czyli niebinarnej postaci. Jeśli będzie główną postacią w innej książce chętnie przeczytam. W związku z Quinn są używane najbardziej neutralne płciowo końcówki i zaimki. To coś do czego trzeba się przyzwyczaić, bo pojawiają się końcówki jak „powiedziałOM”, do czego większość osób nieprzyzwyczajona. Nie wspominałam tutaj jeszcze o poczuciu humoru, które idealnie trafia w mój gust. Głównie jest sytuacyjne, co jest ogromnym plusem, bo częściej poczucie humoru w książkach to cecha konkretnego bohatera. Tutaj rozbawiły mnie zaskakujące sytuacje lub niezręczności, których doświadczała Rosie. 

Mam również niedosyt, jeśli chodzi o serię Starfield, czyli uniwersum, na którym punkcie szaleją bohaterowie, to również mam niedosyt. Chciałabym się dowiedzieć więcej. Na początku nieco się gubiłam i nie rozumiałam pewnych nawiązań, ale później było lżej. Fajnym akcentem są fragmenty „Starfield” i fajnie by było, jakby faktycznie to istniało. Być może gdybym przeczytała inne książki tej autorki, to może nie miałabym tego niedosytu. 

Podsumowując to bardzo książka. Wyróżnia się wśród współczesnych młodzieżówek, pomimo bycia retellingiem włożonym w schematy YA. Ma drobne minusy, które nie odbierają przyjemności z czytania tej książki. Idealna na każdy moment, szczególnie jeśli szukacie książki do relaksu po czymś cięższym.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję @czytampierwszy
AKREDYTACJA:  Akredytacja 02/05/2020

Smętnik Blogowy #1 - Podstawowe błędy



Cześć! W tamtym tygodniu wpadł mi do głowy pomysł i nawet długo nie myślałam nad jego realizacją. Uznałam, że teraz będzie najlepszy na to moment. Zapraszam wszystkich na nową serię postów, czyli SMĘTNIK BLOGOWY, czyli poradnik marudy. 

 Czym jest „Smętnik blogowy”? 

Smętnik to coś na kształt poradnika, który pozwoli mi ponarzekać, ale można z niego się czegoś nauczyć. Będę pisać o tym, co mi się nie podoba, a jest dość powszechnym zjawiskiem. Myślę, że część osób się ze mną zgodzi. Przede wszystkim nie bierzcie tego osobiście. To nie jest atak na kogokolwiek. Będę narzekać na ogólne zjawisko, a nie na konkretne osoby. Dlatego nie czujcie się urażeni. Mam nadzieję, że uda mi się przemycić tutaj chociaż odrobinę jakiejś ironii i humoru. Nazwę wzięłam od słowa „smęt”, a „nik” wycięłam ze słowa poradnik. Albo inny miesięcznik. Po prostu coś, co sugeruje jakieś czasopismo. Jak na to spojrzycie, tak będzie dobrze. 
Nie będę się też ograniczać tylko do blogów, ale będę też pisać o zjawiskach, które pojawiają się na Instagramie. Pewnie te rzeczy można odnieść do obu tych miejsc.

 Co warto pamiętać przed przeczytaniem reszty tekstu? 

 Że jestem człowiekiem. 
 Popełniam błędy tak samo jak każdy człowiek. Błąd może się zdarzyć każdemu. Być może w tym tekście też znajdzie się kilka błędów, mimo że jest o błędach. 
Na początku już się przyznam, że mam problem z przecinkami w towarzystwie imiesłów. I myślę szybciej niż piszę, więc palce nie zawsze nadążają za mózgiem i mogę coś zjeść. 

 Z poprzedniego akapitu już można wywnioskować, że będzie o błędach – ortograficznych i interpunkcyjnych. Tytuł też o tym mówi. Nie będę wnikać w błędy stylistyczne, bo sama mam dość specyficzny sposób składania zdań, co czasem brzmi i wygląda dziwnie. Mam na myśli te najbardziej podstawowe błędy, których lepiej unikać, a są dość popularne. Przy okazji dam ciekawostkę. Na filologi polskiej uczy się, że błędy są cechą charakterystyczną „języka blogowego”. Jako blogerka bardzo nie chcę być kojarzona z czymś takim. Do tego mnie samą błędy drążnią i z wiekiem co raz bardziej, bo łapię się na tym, że popełniam więcej błędów w tych błahych wyrazach, mimo że czytam więcej książek. 

 1. Spacja lub kropka przed znakami interpunkcyjnymi. 

 NIE! 
JAK TO ROBISZ, TO PRZESTAŃ W TEJ CHWILI. 
Te błędy widzę od czasów aska, czyli jakoś od 2013 roku. Liczyłam na to, że ta głupia moda w końcu się skończy, bo ani to ładnie nie wygląda, ani nie jest jakoś bardziej funkcjonalne, tylko nie potrzebnie zajmuje miejsce. 
Kropkę, przecinek i inne znaki interpunkcyjne stoją od razu ZA wyrazem. Nie robi żadnych przerw, kropek i tak dalej. Tak samo jest w przypadku myślników i półpauz – za i przed tym spacja (tak jak w tym zdaniu). Za to, gdy chcemy napisać „dzieci-śmieci”, to już spacji nie potrzeba, bo ta kreska pełni inną funkcję. 

 2. „Ktury”, „puki” i takie podstawy, gdy nie masz pewności, która wersja jest poprawna. 

 Akurat przychodzą mi tutaj do głowy same pomyłki dotyczące „ó”. Mam na myśli jakieś podstawowe słowa, których używa się naprawdę często. 
Tutaj jest prosta zasada: Nie jesteś pewien, jak się coś pisze? Sprawdź w słowniku! Nic lepszego tutaj nie znajdziemy. Problematyczne słowa zawsze można sobie zapisać i mieć gdzieś przed oczami. Sama z tego korzystam. 




 3. Ilość ma znaczenie, a odmiana przez przypadki bardzo pomaga. 

Nie rozumiem również skąd się wzięło pisanie „te dziecko”, „te słońce”. Znowu ani to ładnie nie wygląda, ani nie jest poprawne. Aż się wzdrygam, że muszę to napisać. Jeśli ciężko to zapamiętać to wystarczy skojarzyć, że: 
TO – liczba pojedyncza. Jedna rzecz. 
TE – liczba mnoga. Dużo rzeczy. 
Podobnie jest z „jakiś” i „jakichś”. 
Jakiś – liczba pojedyncza, mianownik. 
Jakichś – liczba mnoga, dopełniacz. 

Odmiana przez przypadki to coś, czego nauczyłam się mniej więcej rok później od mojej klasy. Jakby moment, w którym się uczyliśmy gdzieś mi umknął i rok później czułam się, jakbym widziała to po raz pierwszy na oczy. Naprawdę! Jak widać możecie się nauczyć tego w każdym momencie, a to niezwykle ułatwia życie. Pokazałam to już w powyżej. 
Czyli przechodzę do kolejnego błędu. To samo jest z „tą” i „tę”. Gdy piszę, to łatwiej mi jest to wyłapać, ale gdy mówię potrafię się pomylić. Jeszcze się aż tak dobrze tego nie nauczyłam, ale pomaga mi to, że: 
tą – narzędnik ([z]kim? [z] czym?)
tę – biernik (kogo? Co?). 


Również często spotyka się pisanie w celowniku liczby mnogiej końcówki „ą”. Błąd, który mnie bardzo razi, a który jest tak powszechny, że sama się na nim łapię. 
W tym przypadku jest to celownik liczby mnogiej (komu? Czemu) np. dzieciOM. 


4. Mimo że przecinka nie stawia się pomiędzy, ale przed "ale" musi być.

Tutaj czysto subiektywnie. Bardzo mnie drażni wstawianie przecinka pomiędzy "mimo" a "że". Wiem, że to nieoczywiste, dlatego że zawsze jesteśmy uczeni, że przed "że" przecinek musi być, ale nie w każdym przypadki. "Mimo że", "dlatego że" to wyrażenia, gdzie przecinek stawiamy przed całością. 
Tak samo drażni mnie brak przecinka przed "ale". 
W tej kwestii tak samo - nie masz pewności, sprawdź w słowniku. 

Jest to pierwszy wpis z tej serii. Mam w planach jeszcze dwa. Dobrze by było, jakby skończyło się to na tych dwóch wpisach, ale pewnie wynajdę coś jeszcze irytujące. Chciałabym też bardzo podziękować osobom, które kilkanaście tygodni temu odpowiedziały na to, jakie błędy je irytują. Jeśli chcecie to zobaczyć to są one w wyróżnionej relacji na moich profilu na Instagramie - @myslizglowywylatujace. Zapisana relacja "błędy". Gdzieś na końcu. 



Po prostu dbajmy o nasz język, ale zadbajmy o jakość przekazu. Możesz pisać niesamowicie interesujące rzeczy, ale przez takie błędy będzie ciężej się to czytać. Pamiętaj, że Ty również tworzysz język, więc warto o niego zadbać.


Na koniec dwa pytania. 
1. Co Was irytuje i jest powszechne w innych blogach bądź instagramach?
2. Jak zapamiętać, kiedy stawia się przecinki przed imiesłowami? 

Ulubieńcy miesiąca: czerwiec & lipiec 2020


Hejka!
Próbuję sensownie napisać podsumowanie tych dwóch miesięcy. Maj to było zderzenie ze ścianę, więc czerwiec był próbą ominięcia tej ściany, aby w lipcu dać z siebie wszystko, a później trafić na pole minowe zwane sesją - jedna pomyłka i po tobie. Dosłownie. 
Ten skrócony opis brzmi dużo gorzej niż w rzeczywistości. Jak sobie myślę, to było dobrze. W czerwcu sporo działałam na każdej płaszczyźnie - czytanie, Instagramy, nauka. Tak w lipcu moje działanie w Internecie przystopowało, ale to poza nim szło bardzo dobrze - trzy kursy za mną, z czego mniej zadowolona jestem z angielskiego. Myślałam, że będzie wyglądał inaczej. 
Na blogu nie było mnie tak dużo, jak planowałam. W tym miesiącu chcę to zmienić. Ogólnie w lipcu z planowaniem się nieco pogryzłam i niby było zapisane w kalendarzu, przed oczami, to jednak nie wyszło.



1. Muzyka
Muzycznie zakochałam się od nowa w Acid Drinkers. To wszystko dzięki Najpiękniejszej Domówce Świata, czyli Pol'And'Rock 26. Zdążyłam na koniec koncertu, ale wiem, że na żywo na pewno też kiedyś tam będę.  



2. Książki 
W czerwcu przeczytałam 10 książek, czyli bardzo ładny wynik. W lipcu dużo mniej, bo 4, w tym 3 audiobooki. Skończyłam też z 6 zaczętymi książkami. Jak do tego doszło nie wiem... 
Liczba stron w czerwcu to było 3825 stron, a w lipcu 1768 stron, czyli dwa razy mniej. 
  1. Opowieści z Narnii: Lew, Czarownica i Stara Szafa C.S Lewis - gdzieś przeczytałam, że klasyków się nie ocenia i jakoś to do mnie trafiło. Przynajmniej w tym przypadku. Uwielbiam tę książkę, ten klimat. Żałuję, że nie czytałam w zimę. 10/10
  2. Zostań jeśli kochasz Gayle Forman - podoba mi się pomysł, podoba mi się narracja i bardzo lubię do niej wracać. 8/10
  3. Wróć, jeśli pamiętasz Gayle Forman - a tutaj jakoś bardziej podoba mi się niż poprzednia część. Jest bardziej emocjonalna. 9/10
  4. Confess Colleen Hoover - recenzja  10/10
  5. Zieleń Szmaragdu Kerstin Gier - recenzja  10/10 
  6. Too late Colleen Hoover - recenzja  7,5/10
  7. Ten obcy Irena Jurgielewiczowa - szkolna lektura. Niesamowicie mi się podobają różnice we funkcjonowaniu wsi kiedyś a teraz oraz relacji między dziećmi a starszymi. 7/10
  8. Jego banan Penelope Bloom - całkowicie nie mój gust. Słuchałam tego z zażenowaniem i jeśli się z czegoś śmiałam to po prostu było z  zażenowania. Nie mój typ humoru, bohaterowie tylko robią sobie na złość. 4/10
  9. Harry Potter i Czara Ognia J.K. Rowling - uwielbiam tę część. Chyba jak każdą. Taki klasyk, że klasyk. 10/10
  10. Ręka na ścianie Maureen Johnson - recenzja 10/10
  11. Ja, Diablica Katarzyna Berenika Miszczuk - bardzo zabawna książka. Fabuła może nie jest porywająca i skupia się głównie na rozterkach miłosnych bohaterki, które są nieco irytujące, ale humor trafił w mój gust. Ogólnie przyjemna książka. 7,5/10
  12. F*ck it, czyli jak osiągnąć spokój ducha John C. Parkin - książka, która się zestarzała, co mnie zadziwiło. Nie zgadzam się z wieloma rzeczami, ale znalazłam to, czego potrzebowałam. Zdecydowanie nie dla ludzi, którzy chcą swoje usprawiedliwić. 6/10
  13. Ja, Anielica Katarzyna Berenika Miszczuk - tutaj fabuła jest znacznie ciekawsza. Beneth miesza jeszcze bardziej. Mniej jest Piotruś, co jest dużym plusem. Poczucie humoru wciąż super.  8/10
  14. Ja, Potępiona Katarzyna Berenika Miszczuk - jak na razie Beneth namieszał najbardziej, ale to odkręcił. Poznajemy kolejne miejsce, jak na razie najciekawsze ze wszystkich.  8,5/10

3. Filmy 



  1. Harry Potter (od części 2 do 6) - uwielbiam te filmy. Ciężko mi znaleźć ulubioną część, bo każda jest dobra i przeplata się u mnie z książką. 
  2. Chmura - film, który chciałam dokończyć od liceum, bo kiedyś na lekcji niemieckiego oglądaliśmy. Cóż... Końcówka mnie trochę zawiodła. Nie wiem, jak to określić. 
  3. Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć (obie części) - również uwielbiam, bardzo mi się podobają te stworzenia, świat, który jest przedstawiony i Gindewald mnie ciekawi. 
  4. Straszny film 4 - zapamiętałam lepiej. Nie bawił mnie aż tak, jak inne części.
  5. Noc żywych kretynów - niemiecka komedia o zombie. To tak w skrócie. Dziwne, ale śmieszne.
  6. Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa - film zrobił na mnie duże wrażenie. Polecam.
  7. 12 prac Asterixa - jedna z moich ulubionych przygód Asterixa i Obeliksa. Bardzo lubię tę kreskę, poczucie humoru i historię.
  8. Planeta Singli 2 - nie spodziewałam się, że uznam ten film za dość pouczający. Podobał mi się, śmiałam się i o dziwo, dał mi do myślenia. 
  9. Igrzyska na kacu - taki śmieszne, nieco głupkowate, dobre na odmóżdżenie się.
  10. Pech to nie grzech - podoba mi się! Lekka, zabawna i nic więcej nie potrzeba.
  11. Zenek - obejrzałam z ciekawości. Mój chłopak uważa jest całkiem spoko, a ja odwrotnie. Głównie mam problem z tym, że jest film o człowieku, ale są dodane jakieś wymyślone sytuacje... Szczególnie, że ta wymyślona sytuacja przydarzyła się komuś innego.
  12. Disco Polo - oglądałam to po raz drugi. Przyjemny film, zabawny, też dobry do relaksu.
  13. Grease - trochę lepiej go zapamiętałam, ale ciągle bardzo lubię tę historię.
  14. Noc oczyszczenia - ciekawy film, nieco przerażający. Świetne. 
  15. Ja, Robot - chyba najlepszy film ze wszystkich z ostatnich miesięcy. Cudowny, ciekawy, wartościowy. Polecam fanom SF!



4. Zdjęcia


Najbardziej jestem zadowolona ze zdjęć w mojej miejscowości. Komary mnie zeżarły, ale warto było. Jak na razie wersje bez obróbki, bo te zdjęcia mnie bardzo zadowalają. 






5. Serial

Tutaj zaskoczenie. Skończyłam oglądać dwa seriale, więc sam ten fakt pozwala im się znaleźć w ulubieńcach. Oprócz tego też to, że nie były one złe. 
Pierwszy to dziesięcioletni "Chichot losu". Bardzo dobrze wspominam ten serial z czasów jego premiery i uznałam, ze warto to odświeżyć. Jest w szoku, że nie zestarzał się aż tak bardzo. Fabuła w dalszym ciągu jest ciekawa, momentami wzruszająca. Jego zakończenie zapamiętałam inaczej, więc byłam nim zaskoczenie. 
Drugi to "Jeszcze nigdy...". Bardzo fajny, puściłam go żeby leciał mi w tle, gdy coś robię, ale się wczułam. Historia Davy, która radzi sobie ze śmiercią ojca, a jednocześnie chce zerwać z wizerunkiem "tej, która zmarł tata i jeździła na wózku". Bohaterowie sympatyczni, zwykli, ale nie byli przeciętni. Tacy nieidealni, jakby byli prawdziwy. Fajne poczucie humoru - proste i niewymuszone. O dziwo, myślałam, że jeden sezon mi wystarczy, a tu proszę... Ciekawi mnie, co będzie dalej. Jak rozwinie się życie bohaterki i jak będzie wyglądać jej relacja z matką. 

6. Coś nowego

Joga!
Proszę państwa, znalazłam aktywność fizyczną (dla mnie są to te ramy), której nie porzuciłam po dwóch tygodnia i od miesiąca tylko pięć razy sobie odpuściłam przez brak czasu w ciągu dnia i duże zmęczenie przed snem. Bardzo przyjemne i relaksujące, a oprócz tego czuję, że przez ten miesiąc moja postawa ciała zmieniała się na lepsze. 

7. Coś fajnego 


Tutaj najfajniejszą rzeczą były kursy. Szczególnie Letnia Akademia Kreatywności, która pozwoliła mi poznać mi wiele nowych technik i narzędzi tworzenia. Najważniejsze jest to, że poznałam praktycznie wskazówki jak pokonać moje bariery i ujarzmić wewnętrznego krytyka, aby skorzystać z jego zalet. 

8.  Jestem dumna z...


Z siebie. Po prostu i ogólnie. Co nie wyszło, przyjęłam z bardzo dużą pokorą, bez złości i wiem, że następnym razem wyjdzie. Musi wyjść. 
A tak blogowo to wpis o nieocenianiu oraz Jak wybrać studia. 

Nie oceniaj



Hejo!
W tym miesiącu miałam dwa kursy - pierwszy to była akademia kreatywności, a drugi to kurs sketchnotingu. Na nich obu padły słowa "Nie oceniaj się". Za pierwszym razem dotyczyło to generowania pomysłów. Za drugim razem tego, czy sketchnotka wyjdzie tak, jak się chciało czy inaczej. I dopiero ten drugi raz wpłynął na to, że to piszę. Dało mi to więcej do myślenia, bo jednak to dwie inne rzeczy, dotyczą czegoś innego, ale na obu padły te słowa. Myślę, myślę, myślę i wiecie co? Warto to Wam powiedzieć. Będę mówić głównie w oparciu o te zajęcia z Inkubatura UW, ale też własne informacje dostosowane do Was.

Pod pewnymi względami jestem pedantką. Bałaganiarą także, ale nie chodzi tutaj, że tworzę wokół siebie chaos - zwykle wiem, co gdzie mam.  Jeśli coś robię, to chcę, żeby było jak najlepiej. Do tego jest niecierpliwa, więc nie chcę i nie umiem wytrzymać, kiedy coś doskonalę. Jak nie jest tak, jak w mojej głowie to się wkurzam. Wykształciłam sobie też ciekawe zachowania, żeby się nie irytować nadmiernie. Wykorzystywałam je podczas zajęć plastyki, czyli robiłam coś "na odwal się". Miałam świadomość, że się nie staram, więc nie mogę się wściekać, że nie wychodzi to tak, jakbym chciała. Logiczne, no nie? Robienie minimum, żeby tylko było i skupienie się na czymś, co mi wychodzi.

Tutaj  będę się odnosić głównie do Instagrama/bookstagrama. Tam dużo łatwiej jest zauważyć to samoocenianie, które jest częściej negatywne niż pozytywne. Głównie łatwiej mi to zauważyć, bo tam jest większy  codzienny kontakt niż blogu - są stories, gdzie dużo ludzi wstawia luźniejsze rzeczy niż profilu. Głównie tam się przejawia ta krytyka wobec siebie - często osoby nie są aż tak zadowolone ze zdjęcia, często zmieniają feed, dążą do tego idealnego i to, co teraz jest "to nie to". W pewnym momencie dochodzi też pisanie, że nie ma się pomysłu na zdjęcie. Pisałam już o presji, którą ludzie sami na siebie nakładają - O presji. Miej przyjemność! W tym tygodniu doszła mi jeszcze jedna myśl - ocenianie się i zbyt duży wpływ wewnętrznego krytyka. Podejrzewam też, że dochodzi porównywanie się z innymi.

 

Podczas burzy mózgów generujemy pomysły. Podczas tworzenia samych pomysłów pozwalamy się ponieść fantazjami, wytwarzamy jak najwięcej, aby było z czego wybierać. Nie musimy ich wszystkich realizować. Wtedy KAŻDY POMYSŁ JEST DOBRY. Tak samo z pomysłami na zdjęcia, nawet jestem skłonna się pokusić, że zrobieniem zdjęć, jeśli wymagają układania czegoś. Po prostu robimy zdjęcia - układamy, przekładamy, a dopiero potem sprawdzamy, co z tego weszło. Po prostu myślimy, wymyślimy, kombinujemy, przestawiamy. W zdjęciach i w pomysłach - działa podobnie. 
Później porównujemy pomysły i zdjęcia między sobą. To pozwala wybrać, jak najlepsze ze wszystkie. 


Gdy stawiasz pierwsze kroki (w robieniu zdjęciu, w rysowaniu, w sporcie) też się nie oceniaj. Po prostu pamiętaj, że wiele rzeczy potrzebuje praktyki, musisz wyrobić sobie pewne zdolności, a po pewnym czasie będzie już dużo łatwiej. Zwykle nie byłam zwolenniczką podejść "Skoro tak wyszło, to tak miało być", ale myślę, że w przypadku tworzenia to może być prawda. Teraz nie wyszło tak, jak sobie umyśliłam, ale nie oznacza to, że wyszło źle. Z czasem nabierzesz wprawy, a zbyt ostre podejście do siebie bardziej zniechęca niż motywuje. 

Jedyne co oceniaj to pomysły/zdjęcia na tle innych, które Ty zrobiłeś. Nie porównuj tego z pracami innych, bo to nie ma sensu - różne techniki,  style pracy, a przede wszystkim inne osoby. Łatwo jest zobaczyć u innych coś świetnego, a ciężej dojrzeć to u siebie. Porównywanie konkretnych pomysłów w danym obszarze pomaga wybrać ten najlepszy lub stworzyć z nich coś nowego. Fragment z pomysłu A, trochę z pomysłu B, coś z pomysłu D, a pomysł C tutaj nie pasuje. Z robieniem zdjęć może być podobnie - to super zdjęcie można stworzyć z elementów, które były na innych zdjęciach. Może być tak, że zdjęcie będzie wypada dużo lepiej od innych. Ocena to końcowa faza, gdy już masz porównanie WŚRÓD TEGO, CO ZROBIŁEŚ. Gdy robisz, to nie myśl o tym, jak to wypadnie. Zrób to później, na spokojnie.

Warto jest też mieć zaufaną osobę, której będzie można dać coś obejrzenia, przeczytania. Prośba o pomoc w wyborze lub sprawdzenie, czy pisząc o rozległym temacie wszystko zostało zawarte.


Czym się kierować przy wyborze studiów?


Hej! 

Ten wpis piszę walcząc z moim wewnętrznym krytykiem, który mówi mi "Odpuść sobie, to niepotrzebne. Nie trafisz do tej grupy osób, do której chciałabyś trafić.". Pierwsze myśli o tym były kilka miesięcy temu. Pierwsze podejście w okolicy matur, ale... Przecież były matury, więc ludzie mają ważniejsze rzeczy. Matury się skończyły, a ja walczę z przeświadczeniem, że ten wpis nie ma sensu, nie przyda się. Do tego próbuję się zajmować innymi rzeczami, które mogą mnie odciągnąć od tego. A przecież wiele rzeczy tutaj piszę, bo sama chciałabym coś takiego przeczytać w pewnym momencie mojego życia. Dowiedzieć się tego wcześniej.  I to powinno mi wystarczyć. Szczególnie, że twierdzę, że jak jednej osobie coś pomoże, coś zmieni w jej myśleniu, to już jest sukces. Mały sukces, ale sukces. 


U mnie wybór studiów był dość spontaniczny. Przez całe liceum kilka razy zmieniało mi się zdanie. Szłam na biol-chem z myślą, że chcę iść na psychologię. Potem po drodze myślałam o fizjoterapii. W rzeczywistości wyszło tak, że składałam na chemię i farmację. Na początku klasy maturalnej byłam na farmację nastawiona. Później na chemię, ale na studiach wojskowych (gdyby nie wzrok pewnie bym tam poszła). Ze względu na to, że nie dostałam się z pierwszych list na farmację i chemię medyczną, to wylądowałam na zwykłej chemii. Nie żałuję. Chemia sama w sobie jest super! Co prawda inne rzeczy mnie napawają duuużą niechęcią, ale kierunek jest zdecydowanie "mój". 




Przede wszystkim należy się kierować własnymi zainteresowaniami. Zastanowić się, co chcę się robić w życiu, jak wyobraża się swoją przyszłość, jak to wychodzi i czy chciałoby się w tym kierunku rozwijać. Jedne rzeczy lubi się robić, ale nie chce się z nimi wiązać przyszłości - to jest normalne. To ma być dziedzina, w której TY CHCESZ zdobywać wiedzę i chcesz z nią w pewien sposób związać przyszłość. Praca w danym zawodzie, to nie jest wyznacznik tego, co chcesz studiować. Możesz pracować w jednym zawodzie, a w drugim zdobywać wiedzę, bo Cię to interesuje. Ciężej to pogodzić, ale można. Oczywiście, jak nie chcesz to nie studiuj i nie dawaj się do tego zmusić. Wiadomo, że piszę ten tekst z myślą o osobach, które chcą studiować.

Na pewno nie powinno się słuchać innych osób. Nie spełniaj cudzych oczekiwań. To Twój wybór i pamiętaj o tym. Nie ma, co się słuchać, bo "Babcia to zawsze chciała mieć lekarza w rodzinie, a Ty się tak dobrze uczysz i w ogóle teraz macie takie możliwości, że szkoda z nich nie skorzystać.". Tak samo, kiedy już się zdecydujesz i wiesz, w czym chcesz się rozwijać, nie słuchaj "Po tym nie znajdziesz pracy", "To jest takie ciężkie" i inne dyrdymały. Nawet jak w trakcie uznasz, że to nie to - nic się nie dzieje. W studiach jest to piękne, że nikt Cię tam nie trzyma i jesteś tam, bo Ty chcesz tam być.


Kolejna rzecz, kiedy już wiesz, co chcesz to uczelnia (i miasto). Zwykle jest kilka uczelni, które oferują to, co nas interesuje. Raczej każdy wie, jakie miasto by wolał, gdzie by chciał pójść. Jednak i tak jest 

"co wybrać?". Tę uczelnię, czy tamtą? Miasto wydaje mi się najmniej istotnym czynnikiem - ważny, ale nie najważniejszy. 

I tutaj zaczyna się story time. Wybrałam UW ze względu na "dobre zaplecze chemiczne" i ogólnie UW to dobra uczelnia. Nie wiem, czy teraz bym tak samo wybrała z tą wiedzą, którą mam. Szczególnie, że uważam, że to nie miejsce dla mnie (o tym kiedy indziej). 

I wiecie co? Nie na pewno się tym kierujcie. To, że uczelnia jest wysoko w rankingu nie oznacza, że będzie wpasowała się w Wasze potrzeby. Przede wszystkim sprawdzajcie program studiów.  To jest niby oczywiste, ale ja o tym nie wiedziałam. Porównajcie je między sobą, zobaczcie czym się różnią, co ma więcej przedmiotów, które będą Was interesować i które bardziej Wam się przydadzą. Tak samo rozkład godzin, ile na co się poświęca, czy są laboratoria. To duża różnica, ale definiuje to, co będzie robić. 


Jak możecie to pogadajcie z ludźmi, którzy tam studiują. Nie macie stuprocentowej pewności, że jak im się podoba i im pasuje, to Wam też będzie dobrze, ale zawsze to daje jakieś rozeznanie. Możecie się dowiedzieć o podejściu wykładowców do studentów - to także jest bardzo ważne. Dostać jakieś wskazówki, które pomogą przetrwać.


Mam nadzieję, że ten wpis Wam się spodobał. Efekt końcowy mnie naprawdę zadowala i mam nadzieję, że mnie docenicie. 

Take it easy



Hejo!
Normalnie unikam angielskich tytułów, ale dziś nic innego nie pasuje. Mam przed oczami tę przeklętą pandę z napisem "Take it easy". Nic Wam to nie mówi, ale to takie moje pozytywne wspomnienie z jednej z sal w moim liceum. Nie mam pojęcia, czemu to mi się kojarzy dobrze, skoro w tej sali rzadko kiedy byłam uspokojona. Ale ta panda była fajna... Piosenka, która siedzi mi teraz w głowie też jest fajna. 



Ostatnio narasta we mnie stres, zdenerwowanie. To niefajne. Czuję się zobowiązana, żeby się uczyć, a jednocześnie nie chcę się uczyć. Wchodzi mi jakaś blokada, więc nawet się nie umiem tak dobrze zrelaksować. Sesja przede mną. Za cztery dni pierwszy egzamin. Nie mam pojęcia, jak to wyjdzie w praktyce, więc więcej stresu mi dochodzi. Za dużo myślę. Robiłam sobie reset, aby się mniej przejmować, staram się wyluzować, ale i tak ciężko. Jakoś nie idzie mi to. Dużo się dzieje, dużo rutyny, dużo wątpliwości. Zdecydowanie tego nie lubię.To nie do końca jest mój czas. 

Jeszcze zaplanowałam pewien wpis na bloga. Na przedwczoraj. Oczywiście to nie ten, który czytacie. Naprawdę chcę tamto napisać, ale jakoś mnie to stresuje. Przecież to zwykła rzecz, fajnie jakby się komuś przydało. To coś, co chętnie przeczytałabym rok temu. I mam pewną blokadę przed wrzuceniem tego, a czas w pewien sposób mnie nagli.



Nagli mnie też nauka. Jutro próbny egzamin z matematyki. Chyba się cieszę, że coś takiego będzie, bo będę wiedzieć, jak to wyjdzie w praktyce. Miałam w planach jak najszybciej napisać ten wpis, aby wylać swoje wątpliwości, i wziąć się za naukę. Chociaż dwa zadania z matematyki. Przejrzeć część zadań. Przypomnieć pewne schematy. I wszystko mnie odciąga od tego. Najpierw obiad, potem coś. Teraz myślę, że fajnie by było przed nauką trochę czasu na jogę poświęcić, bo rano mi się nie udało. Zrobiłam sobie mocniejszą yerbę. To kolejne zmiany w mojej codzienności, których efekty już czuję. To pozytywne  i będę chciała poświęcić temu jakiś wpis. Ostatnio mam sporo pomysłów na wpisy, ale gorzej z ich realizacją. O! Z fajnych rzeczy u mnie, jestem na kursie kreatywności. Mam nadzieję, że może mi to przełamać część moich wewnętrznych blokad. 

Pomijając tę za mocną yerbę, to jest mi lepiej po napisaniu tego. Miłego dnia, ludziki! :D Trzymajcie kciuki za mnie i moje egzaminy. 

TOP 5: Najlepsze książki pierwszej połowy 2020 roku

Hejo!
Zaczynamy drugą połowę 2020 roku, więc uznałam, że zrobię podsumowanie. Po raz pierwszy jest podsumowanie półroczne, bo do tej pory przeczytałam 45 książek, co jest wynikiem lepszym niż w innych latach. Jeśli ta tendencja by się utrzymała, to na koniec roku wyszłoby 90 książek i weź tu z nich wybierz 7. Prościej jest mi teraz podać 5 książek, a następne 5 za pół roku.
Nie zamierzam podsumowywać tego półrocza pod innymi względami. Nie widzę w tym żadnego sensu - poza książkami nie ma nic, co by było interesujące w tym czasie, a przez kolejne pół roku myślę, że może się wiele zmienić i to jeszcze zaważy nad całą oceną tego roku.
Mam ochotę napisać, że najlepsze w tym roku są książki, ale byłoby to dużym wyolbrzymieniem i pewną ujmą dla osób, z którymi ten czas spędziłam, bo było z nimi naprawdę fajnie! 

Tym razem książki podam w kolejność przeczytania. Rewelacyjnych książek było bardzo dużo, jak patrzę na recenzje, które były pozytywne mam wątpliwości, czy dobrze wybrałam, ale mają być najlepsze, no nie? A nie "Książki, które mnie zaskoczyły lub są wyjściem z mojej strefy komfortu". O! O książkowych zaskoczeniach dawno nie było, a udane wyjścia ze strefy komfortu, też może być czymś ciekawym. Ogólnie kierowałam się tym, które książki najbardziej mi się spodobały, wywołały najwięcej emocji i najwyżej oceniłam. Chciałam też, aby każda z nich była dla mnie czymś nowym. Jest jedynie jedna kontynuacja, 



1. Vicious V.E. Schwab
Książka, które przede wszystkim zachwyca kreacją bohaterów. To jest jej najbardziej charakterystyczna cecha. Bohaterowie, którzy balansują między dobrem a złem, maniakalni, z obsesją, aby być kimś więcej niż człowiekiem. Jeden z bohaterów czyni zło, aby poskromić większe zło. Drugi czyni zło, myśląc, że robi coś dobrego. 
W całej historii czuć zazdrość, wygórowane ambicje i inne negatywne emocje, co jest fascynujące. Momentami mrozi krew w żyłach. Niesamowite po prostu. Tak dobra książka, że pożyczyłam ją mojej wychowawczyni z gimnazjum i jest nią zachwycona. :D 



2. Dziewczyny znikąd Amy Reed
Kolejna książka, której nie wahałam się pożyczyć i znowu ta osoba jest zadowolona. 
"Dziewczyny znikąd" to jedna z najważniejszych książek w moim życiu. Historia, którą mogę polecić każdemu, bo w niej liczy się przesłanie. A ono jest proste - "Nie znaczy nie", "Winny jest gwałciciel". Dwa najważniejsze przesłanie, o których każdy powinien pamiętać. 
Tutaj również są bardzo ciekawi bohaterowie. Wiele różnych dziewcząt, z różnymi charakterami i zainteresowaniami, ale połączone jednym celem. Z kolei mężczyźni głównie nie są w porządku, ślepo podążają za dwoma chłopakami, po prostu hiperbola, która ma na celu ukazanie pewnego problemu, 



3. Wichrowe Wzgórza Emily Bronte
Moje pierwsze spotkanie z tą angielską klasyką i to zdecydowanie nie było coś, czego się spodziewałam. Nie miałam pojęcia, że będzie w tym tyle intryg oraz motyw zemsty. Naprawdę! Nie sądziłam, że to wyjdzie aż tak dobrze. Było to połączone z jakimiś wyższymi siłami. Z jednej strony Heathcliff czuwał nad tym wszystkim, a z drugiej działo się to wszystko jakby przypadkiem i pasowało do jego planu. Po prostu idealnie zaplanowane i, na szczęście, nie było nie zrozumiałe. Oprócz tego czuć, że każdy bohater jest ważny dla fabuł i ma wpływa na nią. To książka, gdzie czuć kto pełni daną rolę i kiedy "może zejść ze sceny". 
Tutaj także bohaterowie są bardzo dobrze wykreowani. Są pełni wad, czasem porywczy. Jest niesamowite po prostu. 



4. Tusz Alice Broadway
Tutaj jestem zachwycona kreacją świata. Miejsca, gdzie tatuaże są wyznacznikiem uczciwości. Pokazują szczerość, otwartość. Brak tatuaży to znak, że ktoś coś ukrywa przed światem i nieszczery. Tatuaże to nie tylko sztuka, ale też opis osoby, która jest nosi. System tego świata, zawody w nim są bardzo dobrze opisane. Widać, jak wszystko funkcjonuje. Jest to bardzo dopracowane. 
Cała ta historia bardzo skłoniła mnie do myślenia. Szczególnie baśnie, które są tam ukazane - "Śpiąca królewna" oraz mit o Pandorze. Jest to o tyle ciekawe, że możemy wysnuć stąd inne wnioski niż z tego, co my znamy. Po prostu jest to niesamowite.




5. Ręka na ścianie Maureen Johnson
Chyba jeszcze nie opadły ze mnie emocje po skończeniu tej trylogii. Uznałam, że warto ją tutaj dać, dlatego że ta część zmienia całkowicie charakter tej historii oraz ma zupełnie inny klimat. 
Myślę, że wielkim plusem jest tutaj zmiana Stevie. Z jednej strony zamknęła się w sobie, ale później była skłonny przezwyciężyć swoje lęki, aby rozwiązać sprawę. 
Mroczniejszy klimat oraz prawdziwa historia, które wydarzyła się w tej Akademii jest niesamowita. Tak bardzo różniło się to od tego, co było pewne, że nikt z tego nie zdawał sobie sprawy. Brakuje mi po prostu słów, aby opisać to bez spoilerów.